Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobiografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobiografie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2026

William A. Nolen - Jak zostałem chirurgiem

Ostatni dzień kwietnia, ostatnia migrena, ostatnia książka. Chodzi mi po głowie, że kiedy ją przyniosłam z knihobudki Jack się bardzo pozytywnie wyrażał o autorze - i teraz się z nim zgadzam w 100 procentach!  

 Książka po kolei opisująca kilkuletnie zdobywanie zawodu chirurga podczas specjalizacji odbywanej po studiach lekarskich. Co się wiązało z każdym etapem, jak wyglądały kilkumiesięczne "praktyki" na rozmaitych oddziałach szpitalnych, jak się zdobywa doświadczenie nie tylko samemu operując, ale i przyglądając się pracy innych, jak się w końcu dochodzi do najwyższego (na tym etapie) stanowiska adiunkta i jak wtedy nie oszaleć, przejmując całą odpowiedzialność za pacjenta o za młodszych kolegów. Jak sobie w ogóle radzić ze stresem i emocjami, jak je próbować wyłączać. Jak współpracować z lekarzami innych specjalności (na przykład interniści nie lubią się z chirurgami), jak (nie) przerzucać pacjentów między oddziałami. W którym momencie uznać, że już się jest chirurgiem (kiedy ma się zaufanie we własne siły). 

Nolen praktykował w szpitalu dla biednych w latach 50-tych i jako stażysta zarabiał 85 dolarów - to był jego wybór, bo mógł iść do prywatnego szpitala. Nie wiem, ile to było w tamtych latach, poza tym, że bardzo mało. Z serialu Chirurdzy (porównania się tu cisną co chwilę) jednak pamiętam, że któraś ze stażystek mieszkała w samochodzie, a to już były lata 2000. Więc chyba się wiele w tym temacie nie zmieniło. Co natomiast na pewno uległo zmianie, to udział kobiet w specjalizacji chirurgicznej. W książce Nolena nie ma ani jednej chirurżki kobiety-chirurga, ANI JEDNEJ. Świat czysto męski. Nie ma też operacji laparoskopowych, poszukałam teraz, od kiedy się one datują - od 1987, kiedy to francuski chirurg wykonał po raz pierwszy w ten sposób cholecystektomię. Ja też miałam ją wykonaną laparoskopowo (przez kobietę) i dopiero czytając Jak zostałem chirurgiem mogłam sobie uświadomić, ile mi oszczędzono. 

Ciekawy jest rozdział o pracy pielęgniarek na chirurgii, o roli instrumentariuszki, która - jeśli jest dobra w tym, co robi, jeśli zna się na rzeczy - potrafi w znacznej mierze skrócić czas operacji, a czasem nawet taktownie podpowiedzieć lekarzowi lepsze rozwiązanie problemu. Taktownie, bo hierarchia w tej dziedzinie była, jest i będzie. Ostatnio miałam przykład w rozmowie z przyjaciółką, która była dentystką. Opowiadała o różnych pomocach dentystycznych, jakie miewała, i o jednej dziewczynie, która była tak świetna, że NAWET zaproponowała jej przejście na ty.

- Ale znała swoje miejsce i przy pacjencie zawsze mówiła do mnie "pani doktor".

Ha! A teraz czytam jakąś przedwojenną sensacyjną powieść dla kucharek 😂 i tam narrator mówi, że babcia go zawsze ostrzegała, żeby się nie spoufalać ze służbą 🤣 

A wracając do Nolena - każdy rozdział jest ciekawy, choć zatrważające jest uświadomienie sobie, ile w nas jest w środku możliwości popsucia się. Jakim skomplikowanym jesteśmy ustrojstwem i jak sekundy mogą decydować o życiu i śmierci. Ech.



Początek:


Koniec:


Wyd. Państwowe Zakłady Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1976, 245 stron

Tytuł oryginalny: The Making of a Surgeon

Przełożył: Witold Rudowski

Z własnej półki

Przeczytałam 30 kwietnia 2026 roku 


Lubię cmentarze, a tu jedna praska dzielnica poszukuje pracownika. Nie napisali co prawda, ile będą płacić (za 30 godzin miesięcznie!). Za to poszukałam w słowniku słowa dochvilnost, bo nie znałam... i bardzo się zdziwiłam, że to znaczy punktualność (znaczy zdziwiłam się, że słowa nie znałam 😂). Robota odpowiedzialna - o 7.00 trzeba otworzyć, o 20.00 zamknąć, człowiek uwiązany cały dzień 😉

A najlepsze jest to, że akurat mam w planie zwiedzić ten cmentarz. Znaczy za każdym razem na jakiś idę, ale teraz na maj mi się ich tyle namnożyło, że nie wiem, co wybiorę. 

Każdy wyjazd powinien objąć szereg punktów:

- cmentarz

- kościół /klasztor

- rzeka /potok

- zegar słoneczny

- fontanna lub pomnik 

- kino

- usedlost (czyli rodzaj posiadłości ziemskiej)

- pociąg

- wystawa (czy to w muzeum czy galerii) 

- wieża (hm, wleźć łatwiej, zleźć trudniej)

- schody (nowe w programie, bo właśnie odkryłam hasło na Wiki)

- kiedyś był w programie paternoster, teraz już rzadziej

- podobnie kiedyś przepływałam Wełtawę tramwajem wodnym, ale w sumie mam już wszystkie te trasy zaliczone

Spojrzawszy na jedną z półek z pragensie uświadomiłam sobie, że takie pozycje, jak Praskie poczty czy Praskie zabytki lekarskie czy Praskie browary albo Praskie gospody też powinnam stopniowo, krok po kroku wykorzystywać. Tak, mam takie książki 😂 I tak, już za dwieście lat mogłabym zrealizować program. W zeszłym roku już zaczęłam chodzić po miejscach z Pragi esbeckiej. I jeszcze mam trzy tomy Skrytych zamków i pałaców... a tu mi mówią, czemu do Ołomuńca nie pojedziesz! No jak, kiedy! 😁
 

Do budki ktoś przyniósł pudełko świątecznych ozdób i wybrałam sobie kilka na choinkę 😂 Trzeba być przewidującym i w kwietniu myśleć o grudniu!


Pojechałam na zaległą wystawę, co to mnie na wernisażu mało nie zgnietli, i obejrzałam sobie luksusowo, w pojedynkę 😂 Jeszcze Toyen w maju i koniec zaległości.


Ale ale! W
racając zobaczyłam coś dziwnego na Plantach, więc wysiadłam z tramwaju. Cóż to za obozowisko?




A to tylko instalacja artystyczna 😉
 



A dzisiaj z Frankiem obejrzeliśmy po południu, gdy już się lepiej poczułam, pierwsze odcinki Alaski i bardzo nam się podobały. Kiedyś kiedyś kochałam się w Chrisie o poranku... ale już w Moim greckim weselu nie, zapomnij.


niedziela, 19 kwietnia 2026

Marcello Mastroianni - Pamiętam. Tak, pamiętam...

Córka mi przyniosła wczoraj z knihobudki, a że to taki drobiazg, a ja coś się nie mogłam zdecydować, co czytać, no to akurat 😍

To zapis wspomnień snutych przez Mastroianniego podczas kręcenia filmu w Portugalii. Anna Maria Tatò zrobiła wówczas taki dokument - że też ja go do tej pory nie obejrzałam! - a to jest wersja książkowa. Skromna, bez zadęcia, Mastroianni z lekkością opowiada o tym, co pamięta ze swego życia będąc już po siedemdziesiątce. Bezpretensjonalne, momentami zabawne, czasem dające do myślenia. 

Szkoda tylko, że niechlujnie przetłumaczone. Jak chociażby słowo recitare przełożone dosłownie na 'recytować' (pojawia się w tej wersji wielokrotnie), a oznacza ono 'grać', w sensie na scenie czy w filmie. Przy okazji taka ciekawostka - nigdy się nad tym nie zastanowiłam, ale cóż, nie jestem aktorem - że po francusku 'grać' to jouer czyli dosłownie bawić się. Że granie czy w filmie czy na scenie ma być zabawą. Wiedział o tym dobrze Fellini, a i sam Mastroianni też uznawał taką zasadę i wyśmiewał aktorów przynoszących pracę do domu, czy inaczej przenoszących rolę na życie prywatne, miesiącami się wczuwających, aż do kryzysu nerwowego 😉 

Dosłowne tłumaczenie widzicie też na zreprodukowanym końcu książki: niektóre manifestacje - 'manifestazioni' w tym wypadku nie oznaczają tłumu z transparentami pod oknem MM, tylko PRZEJAWY 😂 przejawy sympatii i przyjaźni, o których dalej mówi. 

Takich przykładów jest sporo, tylko jak zwykle nie robiłam notatek czytając, nigdy się chyba tego nie nauczę. Ale jeden błąd kompletnie bezsensowny wbił mi się w pamięć. MM mówi o filmie, który mieli nakręcić razem z Sophią Loren, ale jemu nie spodobał się scenariusz, więc Loren wystąpiła u boku Lina Wertmüller. Wiecie, że ja tak zgłupiałam, jak to przeczytałam, że nawet szukałam w internecie, czy Lina Wertmüller - reżyserka nie była córką albo siostrą jakiegoś Lino Wertmüllera - aktora 😂 Nie, nie była. Takiego byka kompletnie nie rozumiem. 

Dziś zresztą też - w kinie - w polskich napisach do włoskiego filmu pojawił się książę Miskin 🤣 O ile rozumiem, że można nie mieć w domu Idioty, żeby na szybko sprawdzić polską pisownię, o tyle każdy jednak ma Wikipedię na podorędziu! Jak to łatwo mogą wyjść na jaw niedostatki kulturowe...
 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, 99 stron

Tytuł oryginalny: brak podanego (ale przecież wiem, jaki to był - Mi ricordo, sì, io mi ricordo)

Przełożyła: Magdalena Gronczewska 

Z knihobudki

Przeczytałam 19 kwietnia 2026 roku 




Korzystając z okazji - czyli po malowaniu chciałoby się coś jeszcze w domu zmienić - postanowiłam parę rzeczy wypchnąć do ludzi. W tym etażerkę, którą kiedyś przyniosłam z wystawki na osiedlu (były na niej rzeczy Ojczastego), a potem dałam do piwnicy. Więc wczoraj wystawiłam ją na OLX za stówkę 😉 Zaraz zgłosiła się dziewczyna, czy bym ją przetrzymała do następnego weekendu, bo ona wtedy będzie w Krakowie. Dobrze, może być. Po czym pisze inna dziewczyna, że chce. Ja, że zarezerwowana. Ona, że daje 150, bo jej zależy. Ja, że moje słowo droższe piniendzy 😂 i tak sobie gadamy. A po paru godzinach ta pierwsza pisze, że jednak rezygnuje, więc ja do drugiej, że zwolniło się. To ja przyjadę po 18.00. Przyjechała, zabrała i 150 dała, mimo, że protestowałam, że przecież sprzedaję za wystawioną cenę. Ale ona uznała, że przemyślałam sprawę i tamtej widać odmówiłam, wyszłam na chytrusa 🤣


No, to jedną sprzedaż mam za sobą, szykuję trzy następne, tylko się może w cenach zorientuję, bo najwyraźniej drewniane etażerki drożej chodzą, więc kto wie, jak to jest na przykład z nachkastlikami 😁

Moja córka natomiast nie sprzedawała, tylko kupowała. To znaczy bardzo chciała kupić - normalnie marzenie jej życia - małpę w IKEI. Ale małp zabrakło (tylko czarne były) i to totalnie, w całej Polsce, wróciła zrozpaczona i czekała na maila, którego jej obiecano, jak się pojawią. W piątek nadeszła informacja i natychmiast poleciała do sklepu, wracając dumna i blada 😂


A przed godziną wracam z kina i kogóż zastaję na lekturze? 😂😂😂



A wczoraj odkryłam na Arte francuski film z 1969, który oglądałam w telewizji w szkolnych czasach, pewnie to było w latach 70-tych i zrobił na mnie wówczas wielkie wrażenie, tak że do tej pory pamiętałam oryginalny tytuł (Que la bête meure). Thriller o tym, jak mały chłopiec zostaje przejechany na ulicy miasteczka w Bretanii, kierowca auta nawet się nie zatrzymuje, a ojciec ma od tej pory jedyny cel w życiu - odnaleźć sprawcę wypadku i zabić go. Niech bestia zdycha jest do obejrzenia jeszcze dzisiaj przez trzy godziny, cud, że zdążyłam. W ogóle to jest tam cały przegląd Chabrola, ale reszta filmów będzie dostępna do 14 lipca (Bastylia!), a tylko ten tak krótko, ciekawe, dlaczego. I ciekawe, że kiedyś widziałam na Arte jakby osobny dział na filmy, które się kończą, a teraz tego nie mogę znaleźć. Carramba!

PS. Za równiutki miesiąc o tej porze będę już rozpakowywać walizkę w Pradze, tak że przygotowania wkraczają w ostrą fazę. Ogłosili program Open House i aczkolwiek wiem z doświadczenia, że nie należy sobie wyznaczać zbyt wielu celów, jednak kilkanaście miejsc wypisałam. Teraz przymierzam karteczki do mapy i nastąpi redukcja. Więcej niż cztery sztuki na dzień raczej nie ma sensu planować, żeby uniknąć rozczarowań.

Kiedyś za każdym razem przywoziłam z Pragi kolejną mapę, zwłaszcza, że one tak szybko odchodzą się niszczą... Ale to było zanim kupiłam tę w formie książki, a potem to już w telefonie, najlepsza!

Tutaj eksperymentalnie użyłam papierowej, żeby przymierzyć się do odległości 😉 

PS. 2

Dla Teatralnej 😁


niedziela, 26 października 2025

Marek Raczkowski - Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

To wywiad-rzeka ze znanym rysownikiem z Polityki i Przekroju. I zastanawiam się, czy ją sobie zatrzymać, czy będę jeszcze kiedyś chciała powtórnie po nią sięgnąć. Bo smutna to lektura.

Szokująca na pewno. Szczerością? Bo chyba nie dla epatowania Raczkowski opowiada o swoich nałogach, o stosunkach z kobietami, o trudnym charakterze. Może trochę zmyśla? Tak sobie myśli czytelnik, któremu pewne fragmenty wydają się tak ekscentryczne, że aż niemożliwe. A może nie zmyśla, może tak właśnie wygląda/ło jego życie? Wtedy cóż, skoro twierdzi, że niczego nie żałuje - to OK. 

Czyta się jednym tchem, ale zostaje jakiś osad smutku.  

 


Początek:

Koniec:

Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2013, 335 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 22 października 2025 roku 


Najnowsze nabytki

czyli urobek z minionego tygodnia. Bogato było. 


Sama nie wiem, po co przynoszę te kulinarne, skoro prawie nie korzystam... Ale cały czas sobie wmawiam, że BĘDĘ. A nawet w Gotujemy z przyjaciółmi zaznaczyłam przepis na buraczki zasmażane, który co prawda znajdę wszędzie, ale akurat mi się na nim otwarło - a planuję zrobić (po raz pierwszy w życiu). Co do gotowania aktualnie, będzie trochę poniżej. Obiady za 9,99 zł pochodzą z 2011 roku, więc umówmy się - obecnie co najmniej za 19,99 😁 W ramach relokacji uwolniłam (i zagospodarowałam!) całą dodatkową półkę na te kulinaria, a teraz znowu nie ma miejsca...

Siódme wtajemniczenie - wreszcie! Twierdza Persil! Bo nie miałam. Ale brzydkie wydanie, więc jak się trafi lepsze, to zamienię. Podobnie z Myśliwskim. Właściwie tak mnie denerwuje ten obszarpany Pałac, że nie wiem, czy jeszcze dziś go nie wyniosę z powrotem 😉 Naciągnięte i Magma pewnie do przeczytania i oddania. Połanieccy w oprawie, ktoś przyniósł do knihobudki pół półki tak oprawionego Sienkiewicza, Mickiewicza i nie pamiętam kogo jeszcze. A wczoraj wieczorem wyskoczyłam kontrolnie jakoś po 21.00 - pojawiły się cztery pełne półki rozmaitości, trochę sensacji, dzieła Hłaski (których nie mam, ale miejsca też nie mam) i różne inne. Dobrze, że nic mnie nie skusiło...

W przeciwieństwie do pudła z filmami, które ktoś podrzucił wczoraj rano. Ja wzięłam mniej niż połowę, ale to jest do przejrzenia, bo na przykład nie pamiętałam, co w domu jest House'a (a są cztery sezony). Gdy zobaczyłam Tarantino, aż mi się oczy zaświeciły - albowiem kiedy ostatnio chciałam sobie przypomnieć Jackie Brown, okazało się, że mam to na VCD no i nie było jak. Pamiętacie taki format? On chyba był popularny na przejściu z VHS do DVD. A teraz już go nic nie odtwarza. Więc Jackie Brown podmieniona natychmiast, a inne też pod tym kątem mam sprawdzić.

Ostatni łup tegotygodniowy to drewniany listownik ze Śmieciarki. Złoty, ale skromny 😂 Co prawda w ostatnich czasach jedyne listy, jakie dostaję, to zawiadomienia z ZUS, że przyznali mi czternastkę, ale przecież mogę tam włożyć notes, lupę, żeby była pod ręką, no i nie wiem jeszcze co.


Hamerykańskie widokówki też są z budki, do poodcinania i używania jako zakładki. Kiedyś też  były popularne takie zestawy, nie wiem, czy jeszcze istnieją w handlu.

 

Dzień z życia emerytki

Nic pasjonującego 😁 Wygląda na to, że niewiele się taki dzień różni od dnia kobiety pracującej - tak samo monotonnie. Weźmy na przykład czwartek. Zaczął się typowo dla wieku 60+ mianowicie pobraniem krwi w celu wykonania 7 badań wątrobowych 😂 Niestety w placówce odległej od miejsca zamieszkania, bo w szpitalu na Wrocławskiej. Było jasne, że potem nastąpi globus, jako że przecież musiałam na czczo, a moja głowina jakoś tak ma, że jak nie dostanie zaraz po wstaniu sygnału z przewodu pokarmowego, iż już tam coś leci do żołądka, to się obraża. Więc się obraziła, z tym, że na razie lajtowo, więc nawet wykonałam poranny plan (obejrzeć czeskie wiadomości, skontrolować, jakie nowe filmy na hamerykańskiej stronie, wyrzucić spam z poczty, wziąć witaminy, coś tam pouzupełniać w katalogu książek). Dobrze. Na 13.00 była umówiona dziewczyna na odbiór paru książek, które się zdecydowałam wydać. Jak przyszła, jak siadła, jak zaczęła gadać... No, trochę zeszło. Na szczęście obiad był w lodówce.

No i właśnie, obiady. Jakoś się obcyndalam w tej kwestii, powiem szczerze. Jedyna nowość z ostatnich tygodni jest taka, że chciałam spróbować, czy w ryżowarze można też ugotować kaszę. I tak, można. Wielka to wygoda, więc kombinuję jakieś kaszotta buraczotta na ten przykład. Ale Sąsiad przynosi co i rusz gotowce z pracy i w ten sposób mnie zniechęca do dalszych eksperymentów 😂 

Gotowce biorą się stąd, że jakaś tam firma cateringowa zaopatruje automat w biurowcu, żeby niewolnicy mogli sobie kupić obiadek. Facet przywozi nowe porcje, a tych, co im się właśnie skończyła ważność i nie zostały wykupione, nawet nie chce mu się zabierać z powrotem, więc oddaje recepcji i ochronie.

Tak też było w czwartek, odgrzałyśmy sobie, zjadły, narzekam na głowę, a córka mówi, żebym poszła się przejść, to mi może minie. Dupa tam, takie numery na mnie nie działają, ale że piękna pogoda była, to jednak wyszłam. Byłam po drugiej stronie Błoń, gdy ujrzałam przy stadionie Wisły Wielką Masę Niebieskich Świateł. Trzeba sprawdzić, co się dzieje, więc strawersowałam Błonia (w sumie 12 tys. kroków, 7,5 km), a tam dziesiątki radiowozów i setki policjantów. Jeden mi wyjaśnił, że będzie mecz Legii Warszawa z Szachtarem Donieck. Tu się popisałam, bo zdziwiona zapytałam jak to, z ruskimi? No co, głowa mnie bolała 🤣 Dociekałam, czy zawsze mecze są tak obstawiane, nie, jest ustalany stopień ryzyka. Potem w internecie doczytałam, że Legia Warszawa nienawidzą się z Wisłą Kraków, więc.. Tymczasem nadjeżdżały autobusy pełne tych kibiców z Legii, przywiozły ich dwa specjalne pociągi, ale nie na Główny, tylko do Mydlnik i tam ich przeładowywano. Jak sobie pomyślę, ile sił i środków jest zaangażowane do takich bzdetów, to mi się słabo robi... 

Jako osłabiona podeszłam na Cichy Kącik i wsiadłam do autobusu 159, z myślą, że podjadę JEDEN przystanek, na Miasteczko Studenckie, a stamtąd to już czymkolwiek do domu. To był ten największy błąd: pokonaliśmy tę odległość (na piechotę pewnie bym szła 5 minut) w korkach w PÓŁ GODZINY. Myślałam, że jajo zniosę, głowa mi już pękała, ciemności zapadły, cztery młode Chinki (chyba) nawijały bezustannie po swojemu, a wysiąść się przecież nie dało. 

Do domu dotarłam w stanie totalnej rozwałki, a tu jeszcze w drodze dzwoniła pani, że stoi pod blokiem i czeka. Bowiem SPRZEDAŁAM jedną książkę, a kupująca sobie przypomniała, że ma na moim osiedlu znajomą i że ona ją odbierze wieczorem. Pani (z pieskiem) była przesympatyczna i gdyby nie ten łeb, to bym ją zaprosiła do środka na pogaduchy, a tak to w drzwiach jedynie. 

Wracając do sprzedanej książki - niektórych mi się zrobiło żal (wydawać je za friko), chytra baba z Radomia 😂 Więc pierwszą sprzedałam za 40 zł i zarobek włożyłam do TRZECIEJ skarbonki 😁 Tak, mam trzy skarbonki: do jednej wrzucałam co miesiąc 50 zł na nowy dywan do kuchni po tym, jak Ojczasty trochę nabałaganił przy jedzeniu (już nie dokładam, bo myślę, że się nazbierało, ale za dywanem się nie rozglądam na razie), druga to ta nowa z Pragi przywieziona w kształcie tramwaju, tam co miesiąc wrzucam kupiony banknocik 1000 koron, a trzecia stała do tej pory pusta, ma formę angielskiej budki telefonicznej, chyba córka ją dostała przed wiekami. Tam będę zbierać kasę za książki - ale nie wiem, jeszcze na co 😂 Tymczasem wczoraj sprzedałam kolejną, ma być odebrana jutro. 

A co w czwartek? Nic, zjadłam kolację i poszłam do łóżka, bo tylko na to było mnie stać. Łeb i tak bolał całą noc. Tak że nie chcę już nigdzie chodzić na czczo, rozumiemy się?

Pierwszy raz w październiku nie zrobiłam wtedy kolejnego unitu z angielskiego, ale muszę się pożalić, że mnie zaczął ten angielski wkurzać: najpierw past simple z cholernymi nieregularnymi czasownikami, a w następnej lekcji jakiś present perfect z kolejnymi cholernymi nieregularnymi! Jedne takie same, drugie inne. Nie chce mi się tego uczyć!!! Co prawda jeśli celem było rozumienie (na przykład napisów przy oglądaniu filmów), to wystarczy, że wiem, o co chodzi, ale przecież to nie jest tak do końca, jak się już uczyć języka, to żeby go używać, a nie tylko rozumieć... No nie wiem... Następnego dnia ambitnie naszykowałam kilka innych gramatyk, żeby porobić ćwiczenia, sobie utrwalić, ale jeszcze do nich nie zajrzałam.


 

Teraz czytam sobie kryminał Gardnera po czesku (czeski mnie tak nie denerwuje, choć miewa swoje za uszami), ale Perry Mason się Luwrem nie zajmuje, jego klientka jest oskarżona o kradzież zaledwie stu dolców.

 


poniedziałek, 27 lutego 2023

Jan Suzin - Nieźle się zapowiadało

 

To chyba będzie ostatnia książka z biblioteki. Na pewno w tym miesiącu 😏 Znaczy jeszcze mam w domu cały stos, ale coś czuję, że oddam w pierony i przestanę się bawić w notatki, którą gdzie i kiedy oddać lub prolongować. Czas powrotu do własnych.

Czyli wspomnienia Jana Suzina jako pożegnanie (na jak długo?) z cudzesami. Następna już była własna, jutro o niej, bo miesiąc się kończy, a porządek na blogu musi być.

Same wspomnienia tak jak z opisu na okładce: lekkie i pełne humoru (choć nie takiego do rozpuku). Do książki wprowadza Olga Lipińska fragmentem z przygotowywanej (jak pisze wydawnictwo) publikacji o Telewizji Polskiej. To właśnie Lipińska namówiła Suzina, młodego architekta nudzącego się śmiertelnie w biurze projektowym, do wystartowania w konkursie na spikera. Co mnie wzrusza, to entuzjazm tych pionierów, ja to rozumiem... I trochę szkoda mi, że sama już nigdy takiego entuzjazmu nie przeżyję, ech młodość 🤔

Początek:

Koniec:


Wyd. Arkady, Warszawa 2021, 183 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 18 lutego 2023 roku


Dawno już nic po czesku nie czytałam i bardzo to sobie wyrzucam, sama nie wiem, kiedy ta zima minęła, czas pędzi jak szalony, niedługo znów maj i Praga, a wszystko leży odłogiem. W czeskiej tv puścili nowy serial Docent (kryminalny), więc się zmobilizowałam i obejrzałam w trzy weekendowe wieczory - a to dlatego, że miał zaledwie trzy odcinki. Zgłupiałam, gdy doszłam do końca trzeciego, bo jakby wątki pozamykane i pytam się, jak to, co dalej, w końcu poszukałam w internecie i dowiedziałam się, że to miniserial. Niech ich! Po co to takie coś robić!?

Ale nie w tym rzecz, tylko w tym, że zaniedbana czeszczyzna mści się, sporo z dialogów nie rozumiałam (tak żeby co do słowa) i nie wiem w sumie, czy dlatego że szybko lub niewyraźnie mówili czy też z braku dostatecznej uwagi, bo trochę miałam głowę zajętą problemami. Czy też - najzwyczajniej w świecie - poziom mi się obniżył, skoro nic nie robię... 

Sięgnęłam więc po jeden z przywiezionych z Pragi kryminałów łącząc przyjemne z pożytecznym, dwa w jednym. Ale to pewnie trochę potrwa, zanim przeczytam, więc jutro jeszcze Ciotka Julia, a potem chwila milczenia. 

 

PS. Mało co nie kupiłam biletu do teatru - w Pradze naturalnie - w ostatniej chwili sobie przypomniałam, że nie nie nie, że zbyt się emocjonuję (w efekcie globus murowany) i że teatr nie dla mnie. A tak by się chciało jeszcze zobaczyć na żywo niektórych aktorów...

sobota, 18 lutego 2023

Márta Mészáros - Ja, Marta...

Znowu się odezwała moja miłość do Węgier, Węgrów i madziarszczyzny 😀 Wiecie, do tych Węgier, na których nigdy nie byłam 😂

Interesujące to było, najbardziej gdy autorka opowiadała o swoim dzieciństwie i młodości, o czasach w ZSRR - urodziła się co prawda w Budapeszcie, ale rodzice zaraz wyjechali do Kirgizji, gdzie ojciec, rzeźbiarz, organizował Akademię Sztuk Pięknych, a że było to w tych okrutnych latach 30-tych, został oczywiście aresztowany i zniknął jak sen złoty, a matka wkrótce zmarła na tyfus - mała Marta została z młodszymi siostrami. Zaopiekowała się nią przybrana matka, zaprzysięgła komunistka, z którą zawsze miała bardzo trudną relację (o czym opowiadają filmy Mészáros). 

Oczywiście natychmiast zabrałam się za poszukiwanie tychże, co miałam w planie od lat. Nawet coś tam już w domu miałam, ale w wersji z rosyjskim lektorem, a nie mam aktualnie siły na takie wygibasy 😏 Na szczęście córka znalazła mi pierwszą część trylogii - Dziennik dla moich dzieci - po polsku, potem trafiłam na drugą część - Dziennik dla moich ukochanych - z napisami bodajże angielskimi (i nawet podołałam), ale już trzeciej części czyli Dziennika dla mojego ojca i matki - nie znalazłam w żadnym narzeczu, które mogłabym pojąć. Obejrzałam jeszcze z rozpędu wcześniejszą Adopcję i mam w zapasie Małą Vilmę (po włosku tym razem), więc nie jest źle, ale chciałabym jednak sobie tę trylogię domknąć. To chyba się muszę nauczyć węgierskiego!

Książkę otwiera wstęp napisany przez jej współpracowniczkę, Evę Pataki, z którą piszą razem scenariusze - a to po to, by pokazać, jak wygląda ta współpraca i zwykły dzień Márty Mészáros.


 

Początek:

Koniec:

Wyd. Twój Styl, Warszawa 1998, 170 stron

Przełożyła: Krystyna Pap (miałam dużo zastrzeżeń do tego tłumaczenia)

Z biblioteki

Przeczytałam 9 lutego 2023 roku


Oczywiście nie obyło się bez wyciągnięcia Rozmówek węgierskich (co, myśleliście, że nie mam? ha ha ha! ja bym nie miała!). Do tej pory znałam jedynie szeretlek (kocham cię) i nem tudom (nie wiem), a z tych obejrzanych filmów poznałam jeszcze igem (tak) 😉

Rozmówki są fajne, takie wiecie - prawilne (z 1967 roku), pełne słówek w rodzaju towarzyszu albo jestem aktywistą partyjnym. Czyli w sumie wpisują się w czasy omawiane w książce i filmach 😂

Ale zerknęłam na koniec, gdzie jest krótki zarys gramatyki, i ze zdumieniem odkryłam, że liczbę mnogą rzeczowników tworzy się dodając na końcu literę k. No coś podobnego! 

Ogólnie wiadomo, że węgierski jest do niczego niepodobny i myślę, że już bym się nie nauczyła za Chiny Ludowe... Zapamiętać coś, co z niczym się nie kojarzy, to już nie na moją łepetynę...

Pierwszy ciężki tydzień za mną, przeżyłam, a dziś mi się poszczęściło, bo nie musiałam na Fabrykę, wystarczyło zdalnie. Z tej okazji coś za mną chodziło po obiedzie i wymodziłam coś błyskawicznego czyli paluchy serowo-ziołowe. Po fakcie sobie przypomniałam, że przecież mam słoik sezamu, mogłam posypać, no ale cóż. Skleroza.

 

A potem skończyłam oglądać Stawiam na Tolka Banana. Na płycie był też wspomnieniowy reportaż po latach (z 1995 roku), o tym jak potoczyły się losy młodych aktorów: Łobodziński i Gołębiewski to wiadomo, ale już na przykład Filipek -wybrał swego czasu wolność i osiadł w Szwecji, gdzie prowadzi firmę fotograficzną; Karioka - jest malarką w Paryżu; Cygan - był tajemniczy i nie zdradził, co w życiu robi, za to opowiedział, że z racji grania w filmie miał zgodę na długie włosy, podczas gdy do kolegów w szkole sprowadzono jakichś wojskowych fryzjerów (a koleżankom zabroniono nosić spodnie) 😂 Pomyślcie, to przecież już były lata 70-te... A Tolek Banan? Ten został aktorem, ale zginął tragicznie w wieku 25 lat, w tajemniczych okolicznościach. Reportaż kończy się sceną, gdy reżyser i koledzy stoją nad jego grobem.


wtorek, 31 stycznia 2023

Richard P. Feynman - A co ciebie obchodzi, co myślą inni?

 Dziś koniec tego maratonu, ostatnia styczniowa książka. Wzięta tym razem nie z katalogu, ale z półki z nowościami czyli widziały gały, co brały. A i tak nie zauważyłam zdania dalsze przypadki ciekawego człowieka 😏 Dopiero, gdy zaczęłam czytać, zorientowałam się, że wcześniej już coś było tego autora.

I ja to coś sobie nawet pożyczę, choć nie natychmiast. Sytuacja jest aktualnie taka, że mam na stanie z bibliotek cztery sztuki jeszcze plus piątą w czytaniu. Czyli prawie nic. Ale nie zamawiam kolejnych, bo - jak już wspominałam jakoś tak milion razy - przede mną ciężkie lutowe chwile na Fabryce i podejrzewam, że na czytanie to mi czasu nie wystarczy. I bez tego jest kiepsko, choć z innego powodu - ledwo parę stron wieczorem przelecę, już mi się oczy zamykają. Przyjdą długie zimowe wieczory, mówili, będzie czasu a czasu na lektury, mówili. Ta juści.

A książka ciekawa, choć dla mnie bardziej pierwsza część, gdzie opowiada o sobie i swoim życiu. Ta druga jest opisem i podsumowaniem udziału autora w komisji badającej przyczyny katastrofy promu kosmicznego Challenger w 1986 roku. Matko, naprawdę minęło już tyle lat? 

W tej drugiej części jest mnóstwo technicznych szczegółów (co oczywiste), aczkolwiek podanych tak, żeby i jełop, jak ja, zrozumiał. 

Zajrzałam teraz na Wiki i znalazłam taką ciekawostkę:

Jako dziecko otrzymał kolekcję znaczków pocztowych, w tym rzadkie trójkątne egzemplarze z okresu międzywojennego z Republiki Tuwy, wówczas formalnie niepodległej republiki azjatyckiej, dziś republiki autonomicznej Federacji Rosyjskiej. Fascynacja przedstawionymi na znaczkach tuwińskimi jeźdźcami, wyobrażeniami egzotycznej przyrody, skłoniła Feynmana do zainteresowania się losem zaginionej krainy. Propagował hasło „Tuva or Bust” (Tuwa albo nic), które dla jego przyjaciela perkusisty Ralpha Leightona stało się pretekstem do napisania książki pod tym samym tytułem. Książka ta przyczyniła się do rozwoju fascynacji tuwińską kulturą i śpiewem zwanym alikwotowym lub burdononowym. Feynman wielokrotnie prosił władze radzieckie o zezwolenie na wjazd do Tuwy, jednak odmawiano mu wizy. Zgoda przyszła dopiero kilka tygodni przed śmiercią Feynmana i nie zdążył on już z niej skorzystać. Rok później Tuwę odwiedził Leighton. 

Miał po prostu otwarty umysł i tylko dlatego mógł osiągnąć to, co osiągnął (na przykład nagrodę Nobla). Ciekawość świata i nieprzepartą chęć rozszyfrowania wszystkiego, co zaszyfrowane. A wpoił mu to ojciec, również podważaniem wszelkich autorytetów.

Początek:

Koniec:

Wyd. Znak, Kraków 2019, 299 stron

Tytuł oryginalny: "What Do You Care What Other People Think?" Further Adventures of a Curious Character

Przełożył: Rafał Śmietana

Z biblioteki

Przeczytałam 29 stycznia 2023 roku

Tu zachwalają pierwszą część:

 

Mówisz i masz, czyli i tak nie ma kto znieść choinki do piwnicy. Teraz będzie sobie stała w przedpokoju, do momentu, aż zacznie na poważnie zawadzać 😉

 

NAJNOWSZE NABYTKI

Oddawałam wczoraj książkę w odległej filii, gdzie na niechciane pozycje przeznaczono cały regał. No i co, wyszłam z dwiema. Jestem przekonana, że Ten obcy już w domu jest (choć aktualnie nie mogę znaleźć), ale chciałam taki z cieniowanej serii 💜 A małą książeczkę dla dzieci wzięłam z myślą o Pradze, of course. Możliwe, że na tegoroczne wyjazdy już ich nazbierałam dostateczną ilość, ale hm... powstaje pytanie, gdzie je wepchnęłam jeszcze przed remontem. A tam, dużo czasu do maja, znajdą się.

Zgarnęłam też pięć filmów - jestem nienormalna, bo przecież wszystkie je mam, ale też chcę sprawdzić, czy takie wydania i dopiero wtedy niepotrzebne wynieść do Jordanówki, żeby był ruch w interesie. Ale najlepsze jest to, że wczoraj obejrzałam Blues Brothers 😁 Kurde, toż to chyba ze 40 lat minęło... Córka najpierw kręciła nosem, a potem i tak ze mną usiadła i oglądała.

A w Pradze dziś najkrótszy dzień w roku. Spójrzcie, o której słońce wzeszło i zaszło 😁

Tak przynajmniej było rano, potem się ktoś odpowiedzialny zorientował (albo mu dali znać) i poprawili.