Trochę nie wiem, czy żyję czy już tylko z rozpędu funkcjonuję... najwyraźniej potrzebuję czasu, żeby to wszystko ogarnąć i wdrożyć się w nową codzienność. Na razie mam wrażenie, że NA NIC NIE MAM CZASU (dla odmiany), ale słuchajcie, to minie, prawda? Obiecuję, że przy następnej książce szerzej się rozpiszę, ale od wczoraj tylko gonię i gonię.
To pierwsza książka islandzka ever, jaką czytałam (nie, czekajcie, a te kryminały trzy chyba, co mam, to nie islandzkie? no patrzcie, nie mam czasu iść sprawdzić). Pierwsza z literatury pięknej w każdym razie. Wiedziałam, że jakiś taki noblista istniał, ale to było wszystko 😀
Jest dokładnie tak, jak napisano na skrzydełku: wdzięczna to była lektura i pogodna. Jeśli będziecie mieć okazję sięgnąć po Czysty ton, to polecam.
Wczoraj wieczorem wiatr przyniósł do nas jesień, a dziś wiatr ucichł i jesień znów odpłynęła. Tego cytatu będę się trzymać.
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW, Warszawa 1966, 319 stron
Seria: KLUB INTERESUJĄCEJ KSIĄŻKI
Tytuł oryginalny: Brekkukotsannáll
Przełożyła: Maria Wisłowska (z niemieckiego!)
Z własnej półki
Przeczytałam 3 czerwca 2023 roku
Króciutko, bo kolację muszę dawać. Ojczasty przeprowadzony, podróż poszła luksusowo, jak się wyraził (brat mu rozłożył siedzenie, więc jechał w pozycji półleżącej), łóżko zostało zmontowane w trymiga, bety są wszędzie i nie wiem, jak ja się spod nich wydobędę. Kaczek nie sprzedają w aptece, tylko w sklepach z artykułami medycznymi, a te w sobotę nieczynne (to tak, gdyby ktoś zwrócił uwagę na stan tej obecnej na fotografii 😁; Grażynka mówi, że od kamienia się tak robi).
Najnowsze nabytki
Z betami zostało przywiezionych parę książek, to jedyne, jakie wybrałam z Dżendżejowa, na więcej nie mam miejsca (na te też zresztą nie).
Ja to umiem dotrzymać słowa! Dwa lata temu się zarzekałam, że w życiu nie przeczytam tego po polsku i -voilà, gdzieś trafiam na ostatnie zdanie z tej książki, trafia mnie nostalgia, natychmiast pędzę lecę do katalogu bibliotecznego i zamawiam w osiedlowej filii, żeby było ZARAZ.
Ale najlepsze jest to, że potem wchodzę na swój własny blog, na ten post z linka, i odkrywam... że przecież ja to wtedy kupiłam po francusku, no kompletnie zapomniałam 😂 Więc w sumie wcale nie musiałam po polsku czytać, ale - na szczęście - nie było tak, że przez to powieść Modiano (jedna z najukochańszych) straciła dla mnie swój urok.
Mimo że nie podoba mi się tłumaczenie. Nie podoba mi się, że imię jednej z głównych bohaterek zostało spolszczone na Denizę (po co i na co, któż to wie), nie podoba mi się, że tłumaczka ma problem z liczebnikami (przez około dwudziestu lat tworzyli nierozłączną parę) czy dziwne pomysły na szyk wyrazów w zdaniu (wszelkiego rodzaju roczniki z ostatnich lat pięćdziesięciu) albo na dziwną stylizację (widziałem to wejście, wielką prostokątną rogóżkę - gdy w oryginale jest najzwyklejsza wycieraczka, tak, zaczęłam w pewnym momencie porównywać z francuskim wydaniem). Padłam przy takim rozwiązaniu tłumaczenia zwrotu chez Howard de Luz (czyli u państwa HdL) - chodziło o kartkę adresowaną do ich ogrodnika - "z listami państwa Howard de Luz"! Nie podoba mi się ani początek książki ani jej koniec. Tłumaczenie mam na myśli oczywiście. I aż sprawdziłam panią Eligię Bąkowską. Tłumaczyła bardzo dużo literatury historycznej, biografii, dzieła z historii sztuki (niektóre nawet mam). I trochę literatury pięknej. A to już jest trochę inny kaliber. Moim zdaniem Modiano jej się nie powiódł, a Czytelnik wznowił to tłumaczenie natychmiast po przyznaniu autorowi Nobla, idąc po linii najmniejszego oporu - a jednak trzeba było się zdobyć na nowe zamówienie.
Jednak mimo tego nie najlepszego doświadczenia pozostaję wielbicielką Ulicy Ciemnych Sklepików na wieki wieków, amen. Jest tam wszystko, co kocham w powieści - tajemnica, detektywistyczne próby rozwikłania zagadki, nieprzeniknioność naszego życia, niepewność, romantyka, ale nie przesłodzona, melancholia, powolne odkrywanie własnego ja...
Początek:
Koniec:
Wyd. Czytelnik, Warszawa 2014, 171 stron
Tytuł oryginalny: Rue des Boutiques Obscures
Przełożyła: Eligia Bąkowska
Z biblioteki
Przeczytałam 22 sierpnia 2022 roku
Żadne argumenty nie przekonają Ojczastego, że należy podciąć brodę. Już starożytni uważali brodę za symbol mądrości, gada. I nic tam, że nie niechlujną brodę! Nie pozostaje nic innego, jak uciąć mu ją - na zdjęciu 😁
Nowy cykl - NA RYNNIE
Wcale nie jest nowy, bo już się tu pojawiały takie vlepki, ale dopiero teraz przyszło mi do głowy go nazwać. Tak mam z segregacją wielu rzeczy, nie wiem, gdzie je przypasować, plączą się bezdomne, a gdy już wreszcie wpadnę na pomysł, to porządkowanie zaszłości staje się syzyfową pracą...
Właśnie kupiłam, w związku z tematem, jeszcze jeden dysk zewnętrzny. I znowu tylko 250 GB. To celowa polityka - jak przestanie działać, mniej stracę 😂 W końcu jeden stary dysk sprzed lat leży do tej pory w szufladzie, żadne nasze urządzenie go nie czyta...
A kupiłam, bo - UWAGA - mam jeszcze 650 zł na ten miesiąc! Tak tak 😎 Lipiec był okropny, ale to wynikało z tego, że jeszcze musiałam ZUS płacić za poprzedni miesiąc, teraz już z górki 😊 Z czego wynika, że dobry sobie ustaliłam limit miesięcznych wydatków, absolutnie do dotrzymania. A właśnie, przyszły faktury za gaz do czerwca przyszłego roku i wzrosły tak o 5-7 zł jedynie. Natomiast Ojczasty zainterpelowany przez mnie w tej kwestii wyznał, że do tej pory płacił za butlę 50 zł, teraz - 90!
No więc tak.
Ja tu całkiem niedawno na blogu narzekałam, że nie posiadam na własność mojej ulubionej książki Modiano i że nie mam do niej dostępu, bo nie zamierzam płacić rocznego wpisowego do biblioteki Instytutu Francuskiego (z której ją niegdyś pożyczałam). Życzliwy czytelnik (czytelniczka?) bloga mi w komentarzu podsunął myśl o bibliotece na Rajskiej, z jej oddziałem obcojęzycznym. Tamże się udałam, w lutym bodaj, książkę przywlokłam, a teraz, gdy nastał czas jej zwrotu, zabrałam się za czytanie.
Lektura to na pewno trzecia, jeśli nie czwarta. Nie, chyba trzecia.
I znów pełna zaangażowania.
No naprawdę podoba mi się ta powieść, jak mało która.
Ale ponieważ zdaję sobie sprawę, że dość często mam tak, iż gdy czytam coś w oryginale, ma to dla mnie o wiele większy urok, niż gdy poznaję tłumaczenie - dopuszczam myśl, że nie wszyscy mogą być zachwyceni. Jakaś dziecinna satysfakcja płynie z tej możliwości czytania po francusku czy chińsku :)
Więc - nie mam absolutnie nigdy zamiaru przeczytać tej książki po polsku! Jamais!
Teraz. Patrzę ci ja w hasztagi po prawej stronie, a tam PO FRANCUSKU - 41 sztuk, PO CZESKU - 41 sztuk. A przecież po czesku czytam w sumie od niedawna, a po francusku całe życie (całe dorosłe życie). Wynika to z tego, że gdy czytałam masę książek wypożyczanych z Instytutu Francuskiego, nie miałam jeszcze bloga :) Było to głównie w czasach, gdy "siedziałam" w domu z dzieckiem. Co trzy tygodnie (tak dziwnie mieli, nie na miesiąc pożyczali) jechałyśmy do miasta, brałam coś dla córki (głównie dużo ilustracji, mało tekstu - ten tekst jej potem czytałam od razu po polsku, nie że moje dziecko się francuskiego nauczyło) i oczywiście zapas dla siebie.
Dobrze. Wrócę na chwilę do Rue des Boutiques Obscures. Jest tam klimat tajemniczości tego rodzaju, że trzyma w nieustannym napięciu. Dla kogoś, kto lubi kryminały, miód na serce, bo cały czas śledzimy usiłowania bohatera, który chce za wszelką cenę ustalić swoją tożsamość. I jest to po trosze tak, jak by szukać wyjaśnienia jakiejś kryminalnej historii.
Początek:
Koniec:
A gdy przeczytałam to ostatnie zdanie - to było jak magdalenka. NO SKĄD TO ZNAM? Czy to możliwe, żebym je zapamiętała z lektury przed (powiedzmy) dwudziestu laty? Czy kojarzy mi się z czymś innym?
Ba! Wręcz mi taka myśl przemknęła przez głowę, że to w stylu Saganki... Przepraszam :)
A jednocześnie łzy same mi się cisną do oczu (znowu przepraszam). Nasze życie - jakież ono pozostawia po sobie ślad?
Wyd. Gallimard 2004, 250 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 8 czerwca 2020 roku
A w niedzielny poranek, jeszcze w trakcie czytania, już miałam gotowy plan. Pojadę do Paryża śladami bohatera. On w roku 1965 szuka swoich śladów z okresu przed II wojną światową - ja w 2025 (na przykład) będę szukać jego śladów z 1965 roku :)
To jest plan wyłącznie na emeryturę, bo wcześniej nie dam rady ze względu na Pragę (albo albo w końcu). A ta emerytura będzie diabli wiedzą kiedy. Lubię co prawda powtarzać, że mi do niej zostały dwa lata, ale tak naprawdę za dwa lata zacznę ją pobierać, ale pracować będę musiała dalej...
W każdym razie - założę bloga i tam udokumentuję swoje wędrówki. Mam oczywiście zamiar wyżebrać gdzieś jakieś fundusze na ten cel, bo jednak Paryż to nie Praga i trochę więcej kasy będzie potrzebne.
Projekt już wdrożyłam. Mianowicie zamówiłam książkę we francuskiej księgarni, ma nadejść w przyszłym tygodniu :) Tutaj nie było zmiłuj się, muszę przecież mieć własny egzemplarz. Co prawda wolałabym jakieś starsze wydanie i w sumie byłoby to możliwe, wyszukać we francuskim antykwariacie i sprowadzić, ale znam się trochę i wiem, że "przy okazji" i dla "rozłożenia kosztów przesyłki" zaraz bym nakupiła co najmniej pięć innych. Jeśli nie dziesięć. A na to nie mogę sobie pozwolić - mimo wszystko moje ściany nie rozszerzają się.
Szperałam wśród serii Nike szukając czegoś, co by było czytable, a wyciągnęłam Herzoga. Ten ci nie jest taki lekki, miły i przyjemny. Na początku nawet byłam trochę zniechęcona i pomyślałam ; czyżby się miała powtórzyć historia ze Śmiercią Wergilego, porzuconą z uczuciem sromotnej klęski po kilkudziesięciu stronach?
A jednak nie. Wciągnęło, zachwyciło, zafascynowało.
Egzemplarz pozbawiony obwoluty, a pochodzący z czasów, gdy brało się, co w ręce wpadnie i nie przebierało, człek był szczęśliwy, że w ogóle na to trafił, więc w kij tam z obwolutą. Dziś by mi jej było szkoda.
Jak widać poniżej, więcej takich egzemplarzy. Część jeszcze z domu, musiały się zniszczyć, część z antykwariatów.
Ciężko się tam dostać, bo rower zasłania. Ani razu w tym roku nie użyty. Nawet bym miała chęć, ale nie wiem, jak długo obowiązuje moratorium na wysiłek fizyczny po operacji... a znieść go i wnieść to nie taki mały pikuś, swoje waży.
I taka przygoda z tym Herzogiem.
Czytam sobie grzecznie i wytrwale, jestem w tramwaju, na stronie 512, kończy się ona słowami "Jak gdyby po-", przenoszę wzrok na następną, a tam "nymi, czarnymi brwiami." Halo, coś mi się tu nie zgadza! Patrzę, a strona nosi numer 545. Przeglądam nerwowo książkę, że może gdzieś indziej te strony wklejone - nie, skąd! Nie ma! Nosz!
Dojeżdżam do pracy i zaczynam poszukiwania tekstu angielskiego w internetach. Też nie ma. To znaczy jest, ale do ściągnięcia, pewnie razem z wirusem, bo proponuje się jakiś program exe. Wreszcie znajduję Herzoga po... hiszpańsku. Cóż było robić, jakem się poświęciła, tak i idę. Odnajduję brakujące strony, drukuję, hm... czytam.
Nie nie, nie było tak źle, czego nie rozumiałam, tego się domyśliłam :) Najważniejsze, że już wiedziałam, jakim cudem od wycieczki z córką do akwarium bohater przeszedł do pobytu na komisariacie (tylko tego mu brakowało): —Creo que ahora iremos a que tomes un sandwich —dijo Moses—. Es hora de comer. — Salieron del aparcamiento con bastante cuidado. Herzog se dio cuenta después del cuidado que había puesto en la operación porque iba con la niña. Pero al salir el Falcon alquilado, no había contado con la larga curva del norte donde los vehículos tomaban velocidad. Un pequeño camión Volkswagen venía detrás de él. Tocó los frenos pensando disminuir la velocidad y dejar pasar al camión, pero los frenos eran demasiado nuevos y respondían exageradamente, de modo que el Falcon se detuvo en seco y el pequeño camión lo empujó por detrás contra un poste de teléfonos. June chilló y se agarró a los hombros de su padre, que, con el empellón, se había doblado hacia delante, contra el volante. ¡La niña!, pensó; pero no era por la niña por quien tenía que preocuparse. Por el grito de ésta sabía que no estaba herida; sólo asustada. En cambio, él estaba tumbado sobre el volante y se sentía muy débil, radicalmente débil. Se le enturbió la visión y comprendió que se estaba mareando por momentos. Oía los gritos de June, pero no se podía volver hacia ella. Se comunicó a sí mismo que se estaba muriendo, y se desmayó.
Kto jednak chce sobie oszczędzić takich sensacji, niech uważnie przejrzy swój egzemplarz - jeśli go ma wydanego właśnie w serii Nike - któż wie, ile tego błędnie nadrukowali? Albo niech szuka nowszego wydania... ponoć uzupełnionego o fragmenty wycięte wcześniej przez cenzurę.
A że warto szukać - to zapewniam. Fakt, strasznie tam autor erudycją świeci i może wywołać kompleksy u czytelnika, że tak się na wszystkim zna (a czytelnik nie) - to znaczy bohater Moses Herzog się zna, no ale dobrze, to intelektualista, ma prawo. Jednocześnie przecież ma zwykłe ludzkie kłopoty - rzuciła go dla kochanka (druga) żona, utrudnia mu kontakty z ukochaną córeczką, a już z pierwszego małżeństwa ma syna, którego rzadko widuje. Kochankiem żony okazał się najbliższy przyjaciel Herzoga, a zanim do tego doszło, piękna Madeleine wkręciła go w zakup dość zrujnowanej posiadłości gdzieś na zadupiu, za odziedziczone po ojcu oszczędności jego życia. Tam miał Herzog wrócić do swej pracy naukowej, do badań nad romantyzmem, ale zajął się raczej doprowadzaniem do użytku nowego starego domu. To Madeleine najwyraźniej postanowiła zająć jego miejsce w nauce, zrobić doktorat, Madeleine, ta pijawka, która wyssała z niego wszystko, a teraz chce doprowadzić do uznania go za niespełna rozumu.
Herzog miota się między Chicago a Nowym Jorkiem, między byłymi żonami, kochankami, dziećmi, boryka się z brakiem pieniędzy, nieustannie wspomina matkę i ojca, żydowskich imigrantów i ich nędzne życie, w takim kontraście do aktualnie ogromnych zarobków braci Mosesa. Jednocześnie przejmuje się bieżącymi sprawami politycznymi, gospodarczymi, społecznymi - pisze ciągle listy, nigdy nie wysłane - do wszystkich, których spotkał na swej drodze, do tych, których spotkać nigdy nie mógł, do żywych i umarłych... Czyżby coraz bardziej zagłębiał się w szaleństwo?
Początek:
Koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1971, wyd.I, 625 stron
Tytuł oryginalny: Herzog
Przełożyła: Krystyna Tarnowska
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 17 lutego 1988 roku za 400 zł)
Przeczytałam 15 września 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film włoski WŁOSKI KOCHANEK (Latin Lover), reż. Cristina Comencini, 2014
Trailer:
W małym włoskim miasteczku zostaje zorganizowane spotkanie z okazji dziesiątej rocznicy śmierci popularnego aktora, Saveria Crispo. Artysta, jak mało kto, potrafił rozkochiwać w sobie kobiety. Na uroczystość przyjeżdżają jego byłe żony, córki oraz wnuki. Wszyscy spotykają się w wielkim, należącym do rodziny domu. W trakcie kolacji na światło dzienne zaczynają wychodzić długo skrywane tajemnice.
6/10
2/ film japoński TOKIJSKA OPOWIEŚĆ (Tokyo monogatari), reż. Yasujirô Ozu, 1953
Na YT w całości z napisami włoskimi:
Dziadkowie udają się w podróż do Tokio. Pragną odwiedzić swoje dorosłe dzieci i wnuki. Są ciekawi jak ułożyło im się życie, czy są szczęśliwi, wreszcie czy udało im się wychować je na porządnych ludzi.
Udają się z wizytą do syna, lekarza pediatry, córki prowadzącej swój zakład fryzjerski i synowej, która straciła męża (ich syna) na wojnie.
Po kilku dniach do głosu dochodzą żal i zawiedzione ambicje rodziców. Syn okazuje się zwykłym lekarzem domowym, a córka po ślubie stała się oschła i skąpa. Paradoksalnie najcieplejsze przyjęcie spotkało ich ze strony synowej, która mimo ciężkiego losu zachowała godność i optymizm.
Ozu w prosty niemal kronikalny sposób odmalowuje życie Japończyków z trzech pokoleń. Początkowa krytyka młodych ludzi ustępuje szybko zrozumieniu i pogodzeniu się ze zmianami jakie przyniosło życie. Znika rozczarowanie i niespełnione nadzieje, a pojawia się spokój i ciepła refleksja nad ludzkim losem i zmianami jakie przynosi życie.
10/10
Byłam kiedyś na tym w kinie i powtórka z rozrywki była niezwykłym wzruszeniem, to był jedyny film Ozu, który widziałam "nieświadomie", nic nie wiedząc o tym reżyserze, nie znając nawet jego nazwiska i nie wiedząc, że kiedyś obejrzę cały jego dostępny dorobek. To jego dwudziesty ósmy film na mojej liście, zostało mi już tylko osiem, żal... mam teraz niezwykły sentyment do Japonii.
Studiując sylwetkę autora na Wikipedii ze zdumieniem odkryłam, że to noblista. Toteż ze wstydem należy przyznać, że w życiu o nim nie słyszałam, a książka wpadła mi w ręce przypadkiem, leżała w bibliotece wśród świeżo oddanych, wzięłam, zaczęłam czytać opis na skrzydełku i zapragnęłam nieco egzotyki...
O literaturze japońskiej nie wiem nic, miałam do czynienia jedynie z Murakamim, a nie znając hermetycznej japońskiej kultury i symboliki nie mogę się poważyć na jakiekolwiek refleksje poza najprostszymi: podobało się - nie podobało.
Ale najpierw zawartość wspomnianego skrzydełka:
A więc: nie była to lekka lektura. Niby cienka książeczka, niby historia romansu, ale jakoś powoli przez to brnęłam. Ten wszechobecny klimat chłodu, ten śnieg wokoło i góry, te nie do końca dla mnie zrozumiałe stosunki między bohaterami, między bogatym Tokijczykiem, studiującym "sztuka dla sztuki" taniec zachodni, a biedną gejszą Komako, która wyobraziła sobie, że coś może być między nimi. Te dziwne symbole w postaci na przykład stada wron, te dziwne rozmowy, ta dziwna obyczajowość... Nieco bardziej interesujące były detale stroju i umeblowania czy długi opis sposobu produkcji śnieżnobiałej krepy. Ale najbardziej zmęczyło mnie czekanie na coś, co się ma wydarzyć: jadąc ponownie do uzdrowiska i swej gejszy Shimamura spotyka w pociągu dziewczynę o imieniu Yoko, która zachwyca go swym wyglądem, głosem i troską o współpasażera. I tu spodziewałam się tej historii miłosnej, o której mowa na skrzydełku, i czekałam jej jak kania dżdżu, a tu figa z tego wyszła. Z literackiego punktu widzenia nawet to ciekawsze, to krążenie Shimamury i Yoko wokół siebie, spuentowane jej smutnym końcem, przyznam, ale trochę byłam zawiedziona jako baba :)
Trudno mi teraz znaleźć dla siebie coś odpowiedniego do czytania, wpadłam w paskudną depresję, chciałabym się niczym baron Münchhausen sama z niej wyciągnąć za włosy i nie decyduję się na wizytę u lekarza (i tak żadnych psychotropów brać nie będę), leczę się za pomocą snu :) Chciałabym, by lektura pomogła mi się wydostać z dołka, ale na razie jestem kompletnie zniechęcona do wszystkiego.
Początek:
i koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1964, 192 strony
Tytuł oryginalny: Yukiguni/ 雪國
Tłumaczył: Wiesław Kotański
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 19 czerwca 2013
Obejrzałam jeszcze jeden film radziecki: 4:0 w polzu Tanieczki (4:0 dla Tanieczki), reż. Radomir Wasiliewskij, 1982 rok
Tanieczka to nowa nauczycielka literatury i wychowawczyni klasy 5b.
Tanieczka będzie się zmagać ze swymi uczniami, by zdobyć ich szacunek i miłość.
Uczniowie w celu wybadania i wypróbowania nowej nauczycielki będą używać różnych środków, a nawet sprawdzać jej warunki domowe:
Asystować przy tym siłowaniu się klasy z wychowawczynią będzie dobrotliwy dyrektor:
krzykliwa nauczycielka muzyki:
surowa matematyczka:
zakochany w Tanieczce doktor (tak, jest taki w szkole, sprawdza dzieciom czystość rąk przy wejściu do stołówki i udaje się w domowe pielesze, gdy któreś z nich zachoruje):
a nawet dziadek Tanieczki-pedagog:
Jak można wywnioskować z tytułu, Tanieczce, choć nie od razu, ale uda się zawojować swoich wychowanków.
W roli dyrektora i kadry nauczycielskiej wystąpiły tuzy radzieckiej kinematografii: Andriej Miagkow, Swietłana Niemoliajewa, Jewgienija Chanajewa. Tak się zastanawiam, czy nie było to na fali popularności po ich rolach w Służebnym romanie (Miagkow i Niemoliajewa) czy Moskwa nie wierzy łzom (Chanajewa). Bo sam film jest... taki sobie, ogląda się całkiem całkiem, patrzy z tęsknotą i nostalgią do tamtych czasów, ale też przychodzi zdać sobie sprawę, że zbyt ta szkoła wyidealizowana, że nieprawdopodobni są i ci uczniowie i ten dyrektor, że to po prostu bajka... Cytując Pokrowskije worota - wysokije, wysokije otnoszenia :)
Zgodnie z zasadami płodozmianu dwupolowego, seria NIKE raz owocuje mi powieścią, a za drugim razem zbiorem opowiadań. Tak padło tym razem na nowele, które wpisały mi się w wyzwanie Trójki e-pik, zakładającej przeczytanie książki nagrodzonej lub nagrodzonego autora. Trudno o lepsiejszą nagrodę niż Nobel, nieprawdaż? A tym to Noblem został wyróżniony John Steinbeck w 1962 roku. O roku sławetny! Już raz pytałam, czemu to on ci taki sławetny, ale nie uzyskałam prawidłowej odpowiedzi :)
Skrzydełko książki informuje, że:
To mamy jasność. Co ja właściwie mogę dodać? Że świetnie się czyta, a fakt, że zabrała mi aż trzy dni świadczy tylko o tym, jaka jestem słabowita po przebytej infekcji - brałam książkę do ręki, cieszyłam się, że taka fajna, po czym zasypiałam po pół stroniczce. Ale nic to - obudziwszy się, cieszyłam się dalej - że jeszcze mi jej tyle zostało. Bo zaprawdę powiadam Wam, satysfakcja to niebywała, ta lektura. Opowiadania są krótsze i dłuższe, ale zawsze jednakowo urocze. A wszystko zaczęło się, gdy...
Hiszpański kapral dowodzący pogonią za zbiegłymi Indianami odkrył taki widok: ... u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko sarn spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem. Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna.
- Matko Najświętsza! - wyszeptał. - Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!
Z czasem na Pastwiskach Niebieskich osiedliło się kilka rodzin, zakładając farmy, sklep, pocztę i szkołę. Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii.
Ale sielski wygląd doliny nie zawsze sprzyjał zamieszkującym ją rodzinom. Ludzkie charaktery i ułomności nieraz brały górę i dochodziło do małych tragedii. Mniejsze czy większe, zostały z nieprawdopodobną maestrią opisane przez Steinbecka i pozostawiają w czytelniku niezatarty ślad. Mnie osobiście najgłębiej zapadła w serce opowieść o rodzinie Ryszarda Whiteside'a, który pragnął ponad wszystko założyć dynastię i przygotował wszystko co trzeba pod zasiew tej idei... nie przewidział jedynie tego, że żona, po pierwszym porodzie, nie będzie mogła mieć więcej dzieci. A on ciągle słyszał tupot dziecięcych nóżek w licznych pokojach rozległego domu, który zbudował dla swych potomków.
Tak to już jest, co coś, co z zewnątrz wydaje się sielskie i pełne uroku, od wewnątrz może kipieć emocjami. Ale zawsze będzie przyciągać nowych chętnych, zachwyconych wyglądem doliny i wyobrażających sobie, że życie w niej płynie bezkonfliktowo, jak ten kierowca autobusu w ostatniej noweli.
Niektóre z książek Steinbecka wymienionych niżej czytałam, ale Grona gniewu, najbardziej znana powieść, ciągle przede mną, tym bardziej, że jej nie mam w domu.
Dodam jeszcze, że konstrukcją tomu - zbioru kilkunastu opowiadań połączonych osobami bohaterów, pojawiających się raz jako protagonista noweli, a raz jedynie w jej tle - Pastwiska niebieskie przypominają mi Miasteczko Winesburg Sherwooda Andersona.
Wyd. Czytelnik Warszawa 1966, wyd.II, 283 strony
Tytuł oryginalny: The Pastures of Heaven
Tłumaczył: Andrzej Nowicki
Z własnej półki (kupiona 18 grudnia 1984 roku za 60 zł)
Przeczytałam 26 maja 2013
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik: książka, która została nagrodzona/której autor został nagrodzony
ALMA MATER, nr 156-157
Najnowszy numer jest podwójny, za kwiecień i maj.
Z ciekawszych materiałów:
Wywiad z prof. Henrykiem Andrzejem Gaertnerem, lekarzem, historykiem i muzykiem.
Historia krakowskiej szkoły hydrobiologicznej.
O zbiorze dokumentów związanych z postacią prof. Leona Marchlewskiego, twórcą pierwszej w Polsce szkoły biochemii.
Początek nowego cyklu o krakowskich lekarzach.
Materiały związane ze 150. rocznicą powstania styczniowego, w tym o wystawie mającej miejsce w Collegium Maius.
Historia znaków Wydziału Lekarskiego: herbu, pieczęci, togi, berła i łańcucha oraz personifikacji.
I znów o kolekcji starodruków z klasztoru Kamedułów na Bielanach, która trafiła w depozyt do Biblioteki jagiellońskiej.