wtorek, 28 maja 2024

Erle Stanley Gardner - Případ křivopřísežného papouška


Mam się średnio na jeża, żeby nie powiedzieć źle. Wczoraj przed pracą zaszłam do przychodni zapytać, jakie są możliwości zapisania się do mojej lekarki. Na 10 czerwca... Zakładam, że do tej pory albo będę martwa albo zdrowa 😉 A wcześniej? Wcześniej trzeba przyjść rano w kolejkę, wtedy rozdają numerki na dany dzień. Nawet zaplanowałam tę akcję na dzisiaj, córka miała pójść po 6.00, a ja dojść przed 7.00, kiedy otwierają. Cóż, kiedy nie byłam w stanie. Na samą myśl, że mam iść pod prysznic, otrzepuje mnie.

No więc nic. W tym wszystkim - jak zawsze - najgorszy jest ból głowy, resztę (czyli katar i kaszel) można znieść. Z czego wnoszę, że to jednak będzie zwykłe przeziębienie. Derechcja mi wczoraj proponowała test na covid, bo ma wolny w domu, ale jakoś nie chciałam. Wszedł do mnie, a gdy tylko usłyszał, żem chora natychmiast odskoczył z powrotem na próg 😂

Wieczorem myślałam skończyć Gardnera, zostało mi ledwie parę stron, ale nie dałam rady. Dopiero dziś po śniadaniu. Jeszcze miałam świetny pomysł, żeby kupić kapustę i teraz ją muszę zrobić, bo odmroziłam kiełbasę... W zlewie gromadzą się kolejne łyżeczki, no bo jak próbuję, czy już miękka, to nie chcę tam swoich zarazków wmieszać, więc za każdym razem biorę nowy sztuciec 😂

Słuchajcie, ten nowy Gardner spodobał mi się bardzo, pełen zwrotów akcji i z kompletnie zaskakującym rozwiązaniem. Zdaje się, że nie był tłumaczony na polski, więc przynajmniej w pełni uzasadniony jest ten zakup w Pradze. Albo nie, chyba nie zakup, tylko łup z knihobudki 😂 Bo przecież gdybym nawet zdobyła oryginał, to nie dałabym rady przeczytać.

 Początek:


 

Koniec:


Wyd. Mladá fronta, Praha 1970, 147 stron

Tytuł oryginalny: The Case of the Perjured Parrot

Przełożyła z angielskiego na czeski: Olga Fialová

Z własnej półki

Przeczytałam 28 maja 2024 roku


 

Po powrocie do domu czekały mnie niespodzianki: kwiaty za oknami wybujały, toteż mówię córce, że od tej pory ona je będzie podlewać, skoro tak dobrze jej idzie. Na Dzień Matki kupiła mi nową portmonetkę - w starej była dziura w przegródce na monety, kaletnik zażądał bodajże 25 zł za zszycie, więc niech się wali 😂 Oprócz tego nabyła WÓZEK NA ZAKUPY. No i tu się krzywiłam, bo taki najzwyklejszy, a ja chciałam WYBITNY - miałam kiedyś taki, ale urwało się kółko i nikt nie umiał naprawić. Przy czym wybitne najwyraźniej aktualnie nie egzystują w przyrodzie, bo już kiedyś przekopywałam internety. Ale po wczorajszych zakupach w Lidlu uznałam, że trudno, grunt, że nic nie musimy już dźwigać.


 

W Jordanówce zgarnęłam z półki siedem książeczek na Pragę, tak że uzupełniam zapasy nadwątlone majowym wyjazdem 😁


 

 Potem to już prosto do łóżka. I tak patrzyłam na półkę naprzeciwko, gdzie są zbiory miesięcznika ALMA MATER i się zastanawiałam, czy ich nie wydać (mam jeszcze pół innej półki z nimi). Niegdyś, gdy moją pasją były cracoviana, gromadziłam je zawzięcie. Od lat już do nich nie zaglądam. Ale jakoś mi szkoda - może kiedyś będę chciała? Jednak gdzieś te nowe czeskie trzeba będzie upchnąć, prawda? Ciągle ich nie wyjęłam z torby, nie mam siły się nimi cieszyć ani tym bardziej ich "obrobić": wpisać do katalogu, wpisać do listy, którą drukuję i wklejam do zeszytu przed każdym wyjazdem, sfotografować wreszcie w całości. Papouška miałam w torebce, bo czytałam go już w Pradze i założyłam, że poświęcę mu się również w podróży - ale już byłam nieswoja...