Mauri Sariola to fiński pisarz, który przez długie lata był reporterem kryminalnym, więc w końcu zabrał się za pisanie książek. Był autorem ponad 30 powieści o inspektorze Olavi Susikoskim i pięciu o adwokacie Matti Viima. Pułapka jest jedną z tych pięciu.
Książkę wzięłam z budki tylko dlatego, że okładka kojarzyła mi się z jednym skandynawskim kryminałem w moim posiadaniu i wydedukowałam, że to też będzie ten gatunek. I słusznie 😁
Opowieść snuje w pierwszej osobie wspomniany adwokat, zatrudniający dość urodziwą sekretarkę. Trochę się to kojarzy z Perrym Masonem i jego Dellą, w końcu to też adwokat, a trochę z Wodehousem i jego bohaterami: młodym arystokratą Bertiem Woosterem i jego wykształconym kamerdynerem Jeevesem, który go wiecznie ratuje z opresji. Bo panna Lehmus, odziedziczona wraz z kancelarią przez Matti Viima, wydaje się o wiele bardziej inteligentna od pana adwokata, okropnego fajtłapy.
I co się dzieje, o co chodzi. Do kancelarii zgłasza się pewien wiejski bogacz o tytule dyrektor rolny (niestety zabrakło przypisów od tłumaczki, wyjaśniającym pewne fińskie niezrozumiałości) z krępującą sprawą: dostał otóż list od szantażysty, który chce 2 miliony marek w zamian za miłosne listy napisane niegdyś przez pana Patamaa do dwóch kobiet. Jak nie, to WSZYSCY się o nich dowiedzą, a pan Patamaa jest między innymi członkiem rady parafialnej, więc sami rozumiecie, że musi dbać o reputację i lepiej, żeby jego wyprawy do Helsinek nie wyszły na jaw. Adwokat przy pomocy sekretarki wszczyna śledztwo, pan Patamaa w międzyczasie zostaje zastrzelony, a o morderstwo jest oskarżona jedna z tych dwóch kobiet... A gdy asystujemy rozprawie na sali sądowej, skojarzenie z Gardnerem nasuwa się samo - zwłaszcza, gdy przeczytamy na francuskiej Wikipedii, że Sariola tłumaczył jego książki 😁
Całkiem przyjemny kryminał w starym stylu. Szkoda trochę, że w Polsce nic więcej nie wyszło.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Poznańskie 1979, 225 stron
Tytuł oryginalny: Lavean tien laki
We Francji wyszła pod tytułem Un printemps finlandais czyli Fińska wiosna
Przełożyła: Elvi Muranyi
Z własnej półki
Przeczytałam 3 kwietnia 2026 roku
A' propos skandynawskich kryminałów. Na stronie mojego Ulubionego Praskiego Antykwariatu, w dziale kryminałów właśnie, który zawzięcie studiuję i dodaję do koszyka różne pozycje, które bym miała zamówić przy okazji majowego pobytu w Pradze, widzę wczoraj Roseanne. Jakoś byłam przekonana, że mam już wszystkie pozycje szwedzkiego duetu... a tu nie. Więc do koszyka, może nikt nie wykupi do tego czasu. Przy okazji sprawdzam, ile tego w koszyku już mam, a tu jakże kurde miła niespodzianka: skasowało mi jego zawartość. A ta zawartość to był rezultat pracy kilku miesięcy przecież! Co parę dni sprawdzam, co nowego się pojawiło i dorzucam, dorzucam. Teraz bym musiała przestudiować cały dział, żeby zrekonstruować pierwotny stan posiadania, kto ma na to czas i siły...
Ale nie ma tego złego, bo przecież w domu brak miejsca na nowe książki 🤣 Nawet wyniosłam do knihobudki trochę takich stamtąd przyniesionych ostatnimi czasy... że się bez nich obędę... Tak, zrobiło się krytycznie i czas na cięcia.
Święta się kończą i z drżeniem serca oczekuję telefonu od Pana Malarza, że przyjdzie i zrobi armagedon. Ale niech już to wreszcie będzie za mną!
Brat mi przywiózł kolejne zakładki do kolekcji 😍 oraz akt zgonu Ojczastego, będę mogła ruszyć do ZUS-u.
O, przepraszam, cień się wkradł.
A co do tych posągów Moai, to właśnie odkryłam, że w jednym miasteczku tak pół godziny pociągiem od Pragi artystka jedna postawiła napis jeden nawiązujący poniekąd do tych rzeźb i biję się z myślami, czyby tam nie pojechać. Jak nie teraz w maju, to w sierpniu. Ale nie wiem, czy się w ten sposób nie sprzeniewierzę Pradze 🤣
PS. Zwlekałam i zwlekałam do ostatniej chwili z telefonem do sąsiadki, czy ma obiad, bo mogę się żurkiem podzielić... a sąsiadka już po obiedzie 😁



