środa, 12 sierpnia 2026

Hans Gruhl - 5 mrtvých starých dam + PRAGA, wtorek - poniedziałek

Wyciągnęłam z pudła po 10 koron, bo sam tytuł był więcej niż zachęcający, i taki klimat a' la Agata Christie. I się nie zawiodłam, przeczytałam w dwa dni - nie mając co ze sobą robić w największy skwar. Bardzo bardzo przyjemna lektura. Pan młody doktor z prywatną praktyką - rzecz dzieje się w RFN w latach 60-tych - przejmuje gabinet po innym lekarzu wraz z jego pacjentami oraz z asystentką, ale ta odchodzi na emeryturę i trzeba znaleźć nową. Gdy zgłasza się pewna świeża absolwentka kursów pielęgniarskich, dr Klein przyjmuje ją bez wahania, nie zważając na absolutny brak doświadczenia oraz pewną ekscentryczność w zachowaniu (wynikającą z młodości), za to zauważając inne, bardziej fizyczne atuty. No, krótko mówiąc, pan doktor poczuł miętę i to nie bez wzajemności. To jeden wątek, który mi każe myśleć, że co prawda lubię kryminały, ale najbardziej takie z historią miłosną w tle, choć romansów jako takich raczej nie czytuję. Czyli najlepsze jest dwa w jednym 😁

A co z wątkiem kryminalnym? No, wszystko zaczyna się od wezwania do jednej z odziedziczonych pacjentek, już tylko po to, by skonstatować jej śmierć. Cóż, nie była najmłodsza i chorowała na serce. Na stoliku przy łóżku jest oprawione w ramkę zdjęcie pięciu dziewcząt ze szkolnych czasów i oto dwie z tych przyjaciółek już nie żyją, a wygląda na to, że ze świata zejdą kolejne, choć ich śmierć niby wypada jak najbardziej naturalnie. Doktor Klein zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, do którego wciąga zaprzyjaźnionego komisarza policji.

Nie widzę śladu w polskim internecie po tym autorze, więc pozostaje mi nadzieja, że kiedyś znajdę jeszcze jego drugi kryminał przetłumaczony na czeski. Będę zachwycona! 


Zaintrygowała mnie ta informacja o zastrzeleniu się niechcący, więc wrzuciłam tekst z niemieckiej Wiki do translatora:

Hans Gruhl zginął w wyniku – prawdopodobnie niezamierzonego – samobójstwa. Chcąc zapewne wczuć się w sytuację opisywaną w nowej powieści, przystawił sobie do głowy pistolet z wcześniej opróżnionym magazynkiem i pociągnął za spust. Najwyraźniej nie wziął przy tym pod uwagę naboju znajdującego się w komorze nabojowej.

No coś takiego! Jaka szkoda! Jeszcze większa szkoda, że nie ma nic po polsku nieszczęsnego pana Gruhla. Pisze z humorem i jest to naprawdę taka wypoczynkowa lektura.

Początek:


Koniec:


Wyd. ORBIS, Praha 1970, 134 strony

Tytuł oryginalny: Fünf tote alte Damen

Przełożyła na czeski: Karla Kvasničková

Z własnej półki (kupiona 8 sierpnia 2026 roku z pudła po 10 koron)

Przeczytałam 9 sierpnia 2026 roku 

 

Praga, dzień piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty, dziesiąty i jedenasty

😁😁😁 

Tak, wiem, wystarczyło napisać dzień piąty - jedenasty, ale co sobie będę żałować 😂 W sumie nawet nie wiem, od czego zacząć. Mówię sobie: wezmę po dwa-trzy zdjęcia z każdego dnia... i nagle jest ich 88! Teraz muszę ciąć. Jednak relacje z kolejnych dni są lepsze. Ale dobrze, lećmy z tym koksem.


To był najbardziej męczący pobyt z dotychczasowych, przez ten upał oczywiście. Dlatego muszę dobrze pomyśleć, co dalej (młodsza nie będę). Oczywiście maj, to nie podlega dyskusji, ale czy również sierpień? A jeśli nie sierpień, to co? Wrzesień? Postanowiłam się przyglądać temperaturom i generalnie pogodzie praskiej po wakacjach i dopiero podjąć decyzję. Ale dzień już wtedy taki krótki...

Mimo cholernie niesprzyjającej pogody czyli 35 stopni (bo dlaczego nie) sporo jednak zobaczyłam - widzę to teraz dopiero po zdjęciach. Mogę określić tegoroczny sierpień jako kościółkowy, bo wypisałam sobie ich sporo - spośród tych, gdzie odbywają się msze również w wakacje (tak, bo w części kościołów jest urlop... albo mają mszę o 8.00 rano, a wiadomo, że jeśli chce się wejść do środka i pofocić, to trzeba to zrobić przed nabożeństwem, a nie po, bo prędziutko zamykają interes; często jest zresztą tak, że ksiądz pędzi odprawić mszę jeszcze w innym kościele w parafii). W kilku przypadkach i tak zastałam na drzwiach kartkę, że przepraszamy, ale nic z tego; oj, to boli, jak się już w ten gorąc pojedzie na próżno.




 

 

Zebrałam też do kolekcji kilka zegarów słonecznych, w tym taki na osiedlu, gdzie kicają również zające.



Za to wyprawa na żubry powiodła się średnio na jeża (pozostając w kręgu zwierząt) - jedyny, jakiego ujrzałam, to był ten koło stacji 😂 A tyle mnie to kosztowało potu (i kroków). A' propos kroków, wyszło mi, że zrobiłam 134,6 km w te upały, normalnie jestem gieroj.

W nagrodę z platformy widokowej zrobiłam sobie kolejne selfie: 

Ja się tym żubrom nie dziwię, jak bym była taka kudłata, też bym siedziała w gorąc w mateczniku.

A cóż to poniżej, spytacie. A to najwęższy dom mieszkalny w Pradze 😂 Bodajże 14 pięter, ale mieszkań mniej, bo na parterze nie ma, a na górze jest dwupoziomowe czy może nawet trzy.

 

Dojechałam tramwajem na przystanek pociągu, a tu takie coś. Peron jeden, tor się skończył. Dobrze, że przyszedł jakiś młodzieniec i mi wyjaśnił, że pociąg jeździ wahadłowo, tak że tu przyjedzie z przeciwnego kierunku i z powrotem w nim pojedzie. Tak też się stało i w dodatku trzeba było pilnować przycisku, bo moja stacja była na żądanie.


A wszystko to po to, żeby obejrzeć dom pod skałą, ponoć inspirowany Hundertwasserhausem. Zamieszkała w nim para artystów, która po powrocie z Wiednia tak go sobie wymalowała, że stał się lokalną atrakcją.

A skoro już o domach artystów mowa, to ZNALAZŁAM! Kiedyś oglądałam wywiad z panią B., w którym aktorka narzekała na tę budowę hotelu (co to ją miałam za oknem), z czego wywnioskowałam, że gdzieś tu w pobliżu musi mieszkać. Cóż więc prostszego, niż przyjrzeć się domofonom w przyległych ulicach. 

Oprócz nazwiska na domofonie, moje znalezisko potwierdza godło na kamienicy 😁 Panią B. znacie ze Szpitala na peryferiach 😁


Z Osobą Towarzyszącą wstąpiłyśmy na Pocztę Główną, bo jej chciałam pokazać jedno z najpiękniejszych miejsc tego typu - a tu okazało się, że najwyraźniej w obliczu rychłej sprzedaży (tak, chcą się pozbyć tego budynku, całkiem jak w Krakowie) przestali tam dyżurować ochroniarze, łapiący za rękę każdego, kto chce zrobić zdjęcie - teraz można focić skolko ugodno.


Przypadkiem wstąpiłyśmy też na podwórko z kawiarnią i tak odkryłyśmy, że od poniedziałku do piątku działa tam również stołówka gazowni, która pracownikom wydaje obiady od 11.00 (no wiecie, Czesi, oni masowo o 11.00 idą na przerwę obiadową), ale od 12.00 również obcym, więc jak najbardziej wybrałyśmy się tam któregoś dnia. To jest moje czwarte miejsce obiadowe w centrum...

A potem zyskałam piąte, bo w akademiku Arnoszta z Pardubic też obcy mogą zjeść, nie tylko studenci i nawet w wakacje. Jestem zabezpieczona obiadowo na wszystkie strony 😁

 

Za to gdy chcecie prawdziwej austro-węgierskiej kawiarni, to wybierzcie się do Cafe' Louvre.

Wszak to tam Jara Cimrman pisał swoją sztukę Czeskie niebo

W hallu jest wielka mapa Pragi z wypisaną listą kawiarń, naciśniesz guziczek, zapali się żaróweczka wskazując lokalizację.

Mówiłam, że pojadę obejrzeć najnowszy pomnik i pojechałam. Możecie zgadywać, czego.

 

A niżej to nie pomnik, ale ni to rzeźba ni to reklama - autorka twierdzi, że wszyscy przechodzący pasażem próbują tak ułożyć palce (ja też próbowałam, bez rezultatu).


A tu sobie łódka płynie ulicą.


Na ulicy można też długo iść wzdłuż najnowszego muralu - liczy sobie 700 metrów długości, są i praskie motywy.


A ja w ostatni wieczór w Pradze przyłączyłam się do tłumów fotografujących oryginał. Zapiszę sobie... żeby może kiedyś wjechać tam na górę.


Łatwo w tych dniach nie było.


Tęskniło się za chłodkiem, oj tęskniło.


Najlepiej wtedy - do metra!

 

Albo - do fontanny!


Bo inaczej wygląda się tak:

Wszystko dobre, co się dobrze kończy... i tak tradycyjnie Věra przychodzi odprowadzić mnie na stację, wyrywając mi z ręki łowicką siatkę z książkami...


Tak że na koń!


 

Aha, ale właśnie, z książkami.  

Spytałam córkę, co jej przywieźć.

- Głównie nie przywoź książek. 

- Too late.

- To wobec tego nic.

Mówisz i masz. 

😂 


A te książki? Cóż.


Miało być mniej i jest mniej. Ale jedynie wydanych na nie pieniędzy 😄😄😄 Sztuk 32, centymetrów 52, waga nieznana. Zaopatrzenie przebiegało albo z wystawek po 5 i 10 koron albo w knihobudkach. No, pięć zamówiłam w Ulubionym Antykwariacie i tak się cieszyłam, że mało... a potem gdzie nie poszłam, tam coś kusiło. Są to oczywiście detektivky czyli kryminały (w tym zagraniczne na spróbę, na przykład ten jakiś Gil Ribeiro), jakieś dla dzieci czy młodzieży, trochę humoru (tu liczę na niejakiego Gordona z samego dołu stosu) i jakieś czytadła. Ach, raz się żyje! Widać tam również polskie nazwisko! Nic mi nie mówi, teraz dopiero czytam, że zmarła w tym roku. 

No jak można przejść obojętnie... 

 

Albo koło tych książek po 5 koron, wystawionych na parapecie czy w kartonach przed antykwariatem, o rzut beretem od hotelu? No przecież kilka razy dziennie tamtędy przechodzę 😉
 

No to jeszcze mój widok z okna (nigdy więcej!)


Widok z kościoła...


Widok z muzeum...

 

Widok z urzędu dzielnicowego... 


Widok z ulicy (na semafor w klatce)...


 Widok z przejścia pod torami...


Widok z kolumbarium...


Widok z ubezpieczalni (na węgorza Pepika, który żyje w fontannie, ale zabronili go fotografować)...

Widok z parku (gdzie można wziąć sobie leżak, tylko pamiętać, żeby dać go z powrotem pod daszek na wypadek niepogody)... 

Widok z trawnika między blokami...


Widok na remont torów, złośliwie kończący się w ostatnim dniu mego pobytu (a tak utrudnił życie)...

 

Widok na nie takie już złe czasy, skoro stać nas na świecącą się w dzień lampę...


I widok na czasy wręcz złote...


Ale pamiętajcie, że nie wolno się przemęczać!



 A jeśli już...


... to kończę 😁