niedziela, 20 września 2026

Elżbieta i Roman Konieczni - Krzywy uśmiech Bienia [Ekspres reporterów]

Wspominałam ostatnio o tym zbiegu okoliczności: najpierw na tablicy koło kościoła nekrolog twórcy naszego osiedla, architekta Krzysztofa Bienia, a potem w knihobudce kilka egzemplarzy Ekspresu reporterów, z których wybrałam sobie cztery i dosłownie po otwarciu pierwszego z nich zobaczyłam Krzywy uśmiech Bienia. Tak nazywano nasze osiedle 😁 Dlaczego krzywy? Bo było zaprojektowane amfiteatralnie. I od północnej strony miał je zamykać blok 23-kondygnacyjny czyli autentyczny wieżowiec (choć z wielkiej płyty). 

Ale o tym za chwilę, najpierw ten Ekspres reporterów, bo pojawia się u mnie po raz pierwszy, mimo że w katalogu mam ich już 27 sztuk, a teraz przybyły kolejne. 

AI mówi (niestety nie ma hasła na Wiki), że ta seria wydawnicza zaczęła wychodzić w 1976. I tu się może mylić, bo mam zapisany tomik z 1974 roku (chyba że źle wpisałam przy katalogowaniu, ale ponieważ jest to gdzieś tam w drugim rzędzie, to nie każcie mi teraz się do tego dostawać - czyli zdejmować pierwszy rząd 😂). W każdym razie były to lata 70-te i 80-te, a książeczki ukazywały się co miesiąc i osiągały ogromne nakłady.

Mam plan, żeby co miesiąc przeczytać jeden z reportaży - nie całe wydanie, bo wtedy nie byłoby jak wpisać w tytule posta wszystkich autorów i tytułów reportaży... na taki sposób się wzięłam. 

Co jest irytujące, to że na okładce podają tytuły reportaży, a te w środku są inne 🙄 co sami możecie zobaczyć na dzisiejszym przykładzie.  


Czyli dzisiejszy reportaż to Proces jakiego nie było alias Krzywy uśmiech Bienia. Proces, bo architekt podał do sądu instytucje odpowiedzialne za realizację naszego osiedla. Dlaczego? Bo naruszono jego prawa autorskie. Czytaj: on zaprojektował osiedle w danym kształcie, a budowano je z dużymi zmianami, zlecając przeprojektowanie innemu architektowi.  Osiedle, choć ograniczone wówczas (w latach 70-tych) normami i możliwościami budowlanymi, miało być czymś do tej pory niespotykanym, pomyślanym jako miejsce zamieszkania nie tylko przyjazne, ale i odpowiadające na potrzeby estetyczne mieszkańców, którzy mieli z okien swych mieszkań podziwiać rozległe krajobrazy z dwoma krakowskimi kopcami włącznie. Duże odległości między blokami, zaprojektowana cała infrastruktura dla 10 tysięcy mieszkańców, zieleń, amfiteatr, biblioteka, dom kultury, przychodnia, przedszkole, szkoły, sklepy... Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze? Nie do końca, bo pewne rozwiązania zostały zachowane, ale wieżowce nie powstały, osiedle nie zostało w ten sposób domknięte, a jakość wykonania - cóż, powszechna fuszerka nie oszczędziła i Widoku. Jest tam passus z notatki służbowej z wizji lokalnej:

- w niektórych mieszkaniach skrócono łazienki o 11 cm, co uniemożliwiło prawidłowe ustawienie wanien i umywalek na jednej ścianie

- w tych samych łazienkach na przeciwległej ścianie przesunięto rury c.o. blokując tym samym miejsce przewidziane na pralkę

- w 11 mieszkaniach przesunięto o 20 cm ścianki działowe, zwężając wnęki na szafy ścienne w przedpokojach

- w 22 mieszkaniach w pomieszczeniach wc wystąpiła kolizja między drzwiami a muszlą klozetową 

- w pracowni Bienia (na dachu tzw. falowca czyli łamańca powstały pracownie dla artystów; jedną z nich zajął sam architekt) rura odprowadzająca wodę z wanny biegnie przez środek pomieszczenia, gdyż krany zamocowano po jednej, a kratkę ściekową po drugiej stronie łazienki

Z czego wynikały takie fuszerki niczym z Alternatyw? Między innymi i z tego, że najpierw budowy się ślimaczyły, potem nagle ruszyły z kopyta - przy jednym budynku pracowało 400-600 osób i NIKT nie miał nad tym kontroli, nie respektowano niczego. Moce przerobowe, wiecie, raz są, raz ich nie ma...

Ale proces nie dotyczył niedoróbek budowlanych, tylko zmian w projekcie, wprowadzonych czy to z oszczędności czy z potrzeby unifikacji (lepiej, żeby było tak jak wszędzie, lepiej się nie wyróżniać). A generalnie założenie było takie, że wobec armii ludzi czekających na mieszkania nie stać nas na robienie dobrej architektury.

Z wieżowcem dyskusja trwała długi czas, raz przychodziła z Warszawy zgoda, raz ją cofano. Zakładam, że w reportażu wówczas nie można było wszystkiego napisać, więc tak do końca nie jest to wyjaśnione. Bienia a to wyrzucano z biura projektowego, a to przyjmowano, ale nie dawano mu konkretnej pracy. Proces z miastem ponoć wygrał* (o tym w reportażu nie ma, bo wówczas jeszcze się toczył), ale co mu to mogło dać poza satysfakcją? Już za nowych czasów domagał się cofnięcia zgody na budowę nowego bloku obok wiaduktu, jako naruszającego kompozycję osiedla. Oczywiście bez skutku. 

* znalazłam w sieci rozmowę z autorką książki Betonia:

To był jedyny w Polsce proces architekta przeciwko miastu. Bień był jednym z tych architektów, którzy po odwilży zaczęli wyjeżdżać. W Paryżu spał w samochodzie obok osiedla La Défense, w Szwajcarii odwiedzał rodzinę i oglądał, co się tam buduje. Wymyślił osiedle z panoramą na krakowskie kopce i Salwator, złożone z bloków różnej wielkości, z zielenią i pawilonami handlowymi. No, ale projekt był własnością biura i ono mogło zrobić z nim, co chciało - zastosować inne technologie, zmienić proporcje. Zaczął się stawiać, więc wyleciał z pracy. Wtedy pozwał miasto. Proces toczył się bardzo długo, odbił się szerokim echem na świecie i skończył wyrokiem salomonowym. Czyli uznano wprawdzie, że naruszono prawa architekta, ale projektu nie naprawiono, bo niechciane bloki już stały.   

Blok zbudowany jako tarasowy ma też ciekawą historię. Miał powstać dla naukowców, przyjeżdżających z Francji do Instytutu Fizyki i gdy Bień zaproponował tę formę tarasową, z każdym kolejnym piętrem ustępującym kaskadowo, o dziwo Komitet Wojewódzki zaakceptował go od razu. Jakim cudem? Bo mieszkań dla naukowców miało być zaledwie kilka, a reszta dla sekretarzy, którzy zwietrzyli okazję... 

Dodajmy, że całe osiedle było zbudowane tak, żeby było przewietrzane - Bień projektował bloki "z różą wiatrów leżącą na mapie", uwzględniając warunki klimatyczne i kierunki przewietrzania. Tego w późniejszych czasach nie naruszono - ale obok osiedla obecnie powstają apartamentowce, które właśnie zagradzają drogę tym wiatrom, bo zaplanowano je w układzie odwróconym o 90 stopni. Czyli i tak poszło się ... wiecie co.

Proces był sensacją, pisano wówczas na ten temat bardzo wiele, a na YT znalazłam krótki materiał na ten temat: 

 

Tu natomiast jest pełen materiał. 

Jako mieszkanki osiedla nie od początku, bo od 1988 chyba roku, ciekawostką dla mnie był opis drogi reporterów do pracowni Bienia w 1977 roku, według wskazówek samego architekta:

Od pętli tramwajowej w Bronowicach krzywym chodniczkiem w dół, obok pawilonu Argedu. Arged tu mają zamiast targowiska [...] Pawilon jest duży, import z NRD. Parę lat temu Kraków dostał ich kilka [...] w czwartym, właśnie na Widoku sprzedaje się garnki, wiadra, syfony [...]. Mijamy pawilon, bloki Chodorowskiego, skręcamy w lewo i wreszcie jest falowiec - złamany w dwóch miejscach , najdłuższy budynek osiedla. Pracownie są na dachu. Bień zaprojektował ich kilka czy nawet kilkanaście, wykorzystując w tym celu puste przestrzenie pomiędzy wystającymi ponad budynek pomieszczeniami maszynowni wind. Ryzykował, bo nie było zgody inwestora. - Będzie to pana drogo kosztować. Jak nie przyjdzie pozwolenie, zapłaci pan za projekty z własnej kieszeni - krakał nad Bieniowym uchem dyrektor. Ale pozwolenie przyszło.

W ramach rozglądania się za mieszkaniem oglądaliśmy takie właśnie w łamańcu, do którego przynależała pracownia na dachu... Ale było dla nas za drogie. Mój Boże, jaka szkoda, ileż tam książek by się zmieściło 😁 A do Argedu przyjeżdżali ludzie z całego Krakowa, bo był świetnie zaopatrzony (jak na tamte czasy).

Początek:

Koniec:

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, strony od 7 do 65

Z własnej półki (z "mojej" knihobudki)

Przeczytałam 16 września 2026 roku 


Taka niespodzianka w niedzielny poranek 😍

I ja teraz nie wiem, która to z czytelniczek 😁 Czy w komentarzach się podpisuje inaczej czy też raczej nie komentuje 😉
Swoją drogą ta grupa leży odłogiem z mojej strony ostatnio... scrolluję FB w poszukiwaniu praskich ciekawostek, a resztę pomijam - tak, bo jako emerytka (bez działki) nie mam czasu 🤣🤣🤣 I co ja niby robię przez cały boży dzień? Ludzie kochani, w tym wieku wszystko robi się wolniej, weźcie to pod uwagę! 

Przekroczyliście dzisiaj dwa i pół miliona wyświetleń, a ja raźnym krokiem zbliżam się do dwóch tysięcy postów 😎 Tyle donosów ze statystyk, a co mówią donosy z życia emerytki

Że umyśliła sobie jakoś w sierpniu w Pradze, że musi zawiesić w domu mapę tejże. Że ładnie pięknie z mapą w telefonie, ale wolałaby mieć pod ręką taką większą całość, bo czasem zapomina, gdzie jakaś peryferyjna dawna wioseczka, a obecnie część Pragi, leży. No i w ogóle. Porozkładała wszystkie posiadane plany, co to je kiedyś kupowała za każdym pobytem w Pradze nowe i wytypowała dwa. Żeby jak najmniej obcinały właśnie te peryferie. Pierwszy okazał się za szeroki na ten kawałek ściany, który jest jeszcze do dyspozycji (117 cm), drugi się zmieści, bo ma wymiary 97 x 67 cm.

Zaczęła obdzwaniać pobliskie oprawy obrazów. W pierwszej powiedzieli, że jednak lepiej pod szkło niż pod pleksi, bo to ostatnio się brzydko starzeje, i chcieli za to coś jak 430 czy 470 zł (emerytka zapomniała, ile konkretnie). W drugiej ładnie poopowiadali, że dadzą mapę na piankę, przykryją laminatem i z "podstawową" ramką to będzie 570 zł. Emerytka była nawet gotowa wyszarpnąć tę kwotę ze skarpety (czego się nie robi dla hobby), ale przyszedł listonosz (he he) i powiedział, żeby nie była głupia, że znajdzie się taką gotową ramę w internecie za stówkę, dopłaci coś tam za przesyłkę i gitara. Zaraz nawet zaczął szukać i przesłał mi jakiś link esemesem. Znaczy tak powiedział, a emerytka się nawet dziwiła, że nic nie słyszy z leżącego w pobliżu telefonu, ale nie dociekała. A jak listonosz już poszedł, zadzwonił telefon stacjonarny i coś tam mumlał - a mianowicie przekazywał treść esemesa w postaci adresu tej strony internetowej - bowiem pan listonosz ma zapisane oba telefony moje i nie zwrócił uwagi, na który śle 🤣

Swoją drogą chyba mi już ten stacjonarny niepotrzebny? Tylko nie chce mi się zabrać za kasowanie go, zwłaszcza że mam go od dostawcy internetu i opłata jest połączona, trochę się boję w tym grzebać...

W każdym razie póki co emerytka nie szukała w internecie, zajęta innymi pierdołami ważnymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami, aż tu pojechała do Ikei po karnisz (to osobny pomysł, ale mniejsza) i mówi do córki obejrzyjmy też ramy. A tam gotowiec w postaci 100 x 70 cm, "imitacja dębu", za 129 zł - bieremy!

No i teraz tak: dziś wsadzę do niej mapę, a jutro dzwonię do pana Krzysztofa, żeby się umówić na wieszanie. Taki jest gryplan. Żeby pan Krzysztof nie przychodził jedynie do jednego wieszania (i nie wiedział, ile skasować za taki drobiazg), dorzucimy mu jeszcze ten karnisz i może coś więcej się znajdzie 😂 Oj napoci się chłop.