niedziela, 8 marca 2026

Patrick Quentin - Człowiek w matni

To moje pierwsze spotkanie z tym autorem (a mam jeszcze trzy jego książki: Mój syn mordercą, Bez motywu i Powrót na wyspy). Chciałam sprawdzić, czy to Amerykanin czy Anglik - akcja tej powieści rozgrywa się w USA, więc jakby wiadomo, ale na wszelki wypadek... A tu taki zonk: Patrick Quentin to pseudonim, pod którym kryminały pisało czterech autorów! To ci numer! Ale nie tak, że czterech na raz, najwyżej dwóch (lub dwie, bo połowa tego zespołu to kobiety) pisało razem jedną powieść.
Człowiek w matni wydał mi się nieco nudny. John Hamilton przeprowadził się z żoną z Nowego Jorku na prowincję, żeby w spokoju malować obrazy, ale także by chronić żonę-alkoholiczkę przed zgubnym wpływem wielkiego miasta. Gdy jednak dostaje propozycję powrotu do dobrze płatnej pracy, Linda nie może się pogodzić z jego decyzją, by jednak dalej mieszkać w tej małej nudnej dziurze. Podczas wyprawy Johna do NY kobieta znika, a wszystko wskazuje na to, że winien jej zniknięcia jest on, mąż. Miejscowi organizują na niego nagonkę... 

Oglądamy crime scene oczami Johna, który drobiazgowo analizuje każde słowo Lindy, każdy jej gest i krok. Pomocy udzielają mu dzieci, z którymi wcześniej się bawił (dziś by ten motyw nie przeszedł, bo od razu narzucałby wiadome podejrzenia), ale nie można się na nie całkowicie zdać, bo są nieprzewidywalne. Duszna atmosfera nieustannego zagrożenia, tak, to zostało dobrze opisane, ale nudziła mnie drobiazgowość i mówiłam sobie niech ją już wreszcie znajdą, niech się to skończy.

Początek:

Koniec:


Pan Jerzy się poprzybijał w książce dość gęsto... Ulica Pstrowskiego - to chyba obecna Kalwaryjska?

 

Wyd. Iskry Warszawa 1965, 193 strony 

Tytuł oryginalny: The Man in the Net

Przełożył: Wacław Niepokólczycki

Seria: Klub Srebrnego Klucza 

Z własnej półki (egzemplarz z knihobudki dość sfatygowany i nawet bez tylnej okładki)

Przeczytałam 7 marca 2026 roku 



Najnowsze nabytki 

Z nabytkami jest tak, że Lermontow mi się spodobał z okładki, tak mi się kojarzy z książkami z dzieciństwa, ale chyba jednak trzeba wynieść, bo gdzie ja go będę czytać... Następnie Nike - to jest Dziennik Katherine Mansfield i coś mi mówi, że też mi się nie chce. Ostatnio, jak skończyłam Listy Joyce'a, zdjęłam z półki Listy tej właśnie autorki i nie przebrnęłam nawet przez wstęp napisany przez jej męża. No jakoś nie, chociaż kiedyś mi się (chyba) podobały jej opowiadania Garden Party.

Bułhakow pochodzi z półki w Jordanówce, a więc nie dziwi, że ma wyciętą kartkę tytułową, ale zabrałam, bo to jest jakieś inne tłumaczenie, co zobaczyłam już w pierwszym zdaniu. Trzeba się zapoznać. Kto tłumaczył, nie wiadomo. A ten Titel to rumuński pisarz, łudzę się, że przeczytam, boć to drobiazg, no i potem wyniosę. Kryminał hiszpański zgarnęłam z rozpędu - zna ktoś tę autorkę, warto?

Wracając do tematu sprzedaży książek z knihobudek - tak wygląda pieczątka, którą biblioteka na Rajskiej wbija do książek, które można wziąć z darmowych półeczek.
 


Zastanawiam się, czy nie zamówić czegoś w tym stylu... bez zgłaszania oczywiście gdziekolwiek 😂Ale przecież (mimo że bywam w "mojej" budce zazwyczaj parę razy dziennie, no takie zboczenie) nie wyłapię wszystkich przynoszonych tam egzemplarzy, żeby je opieczętować. Niemniej jednak mogłabym nosić pieczątkę ze sobą i wbijać, wbijać, wbijać 😁 Jak myślicie? A jeśli jesteście na tak, to jaki tekst proponujecie?  

Poza tym nagle i niespodziewanie odkryłam, że zakwitł storczyk ofiarowany mi na imprezie pożegnalnej w pracy - a był już goły i niewesoły. Miło z jego strony.

Umyłam wszystkie okna, uprałam wszystkie zalane ręczniki i nic więcej nie chce mi się robić. Wspomniane ręczniki należy teraz pozwijać i poukładać z powrotem na półkach, ale nie mogę się za to zabrać. Bo wiem, że się teraz nie zmieszczą, przecież zawsze tak jest 🤣 Jak patrzę na tę KUPĘ, to wydaje mi się, że faktycznie jest ich za dużo jak na potrzeby dwóch osób. Ale ręczniki się przecież zużywają z czasem, a zakupów tego rodzaju raczej się już nie będzie robić...

Co wiąże się z tematem finansów, ale o tym będzie, jak przyjdzie emerytura po rewaloryzacji 😂
 

A jak już przyjdzie to może się wybiorę na wystawę, bo czeska artystka zawitała do Mocaku. Przepatrzyłam cennik biletów i nie ma lekko, ulgowy dla emerytki kosztuje 20 zł, niech ich diabli wezmą. Chyba na przyszłość muszę się w czas dowiadywać, kiedy wernisaże, żeby za darmo chodzić 🤣 Miałam takie hobby, gdy córka była mała i nie pracowałam - pomyśleć, jak to zatoczyło koło... Inna sprawa, że na otwarciu jest ścisk (jeśli wystawa dobra) i oglądanie jest utrudnione.