niedziela, 3 lipca 2022

Ivan Kraus - Medová léta

 Tego autora już czytałam - patrz tutaj - i właśnie wtedy, dwa lata temu, po przeczytaniu jego wspomnień rodzinnych, kupiłam cztery inne pozycje. Wyciągnęłam z półki jedną z nich - żeby tylko nie brać się za Kajś - ja wiem, że to jest głupie, ale tak bardzo nie chce mi się już nic robić z powodu, że muszę, iż nie chcę czytać Kajś, no bo właśnie muszę, bo stoi kolejka i mam oddać do 11-go, bez możliwości przedłużenia. Aż wreszcie do mnie dotarło, że przecież NIE MUSZĘ czytać Kajś, że pójdę oddać do biblioteki, no i co się stanie? Jak mnie najdzie, pożyczę sobie kiedy indziej 😁 

Ale takie podejście trochę oznacza, że w ogóle nie powinnam teraz pożyczać książek, prawda? Nie bądź głupia, Gośka!


Miodowe lata nie podobały mi się aż tak bardzo, jak ta poprzednia książka, jednak wolę rodzinne historie niż opowieść dojrzewającego chłopca, zakochanego bez pamięci w szkolnej koleżance. Natomiast trzeba przyznać, że bardzo celnie uchwycone są te fragmenty czechosłowackiej rzeczywistości lat 50-tych, czasem gdzieś tam mimochodem (gdy mowa o przyjacielu dziadka, który kiedyś był kierownikiem sklepu, a teraz jest portierem), czasem wprost, gdy bohater widzi byłego właściciela hotelu, dyndającego nad ladą recepcji, pewnie mu właśnie ten hotel znacjonalizowali. 

To 74-ta książka przeczytana po czesku i w ten oto sposób zrównałam się z czytaniem po rosyjsku, które było do tej pory dominujące. Jasne dla mnie jest, że czeski będzie przeważać, ale mam jeszcze sporo rosyjskich kryminałów (głównie) i nie odżegnuję się od nich, absolutnie. Hm, może by teraz? Bo coś trzeba wybrać kolejnego... choć myślałam o książce o powodzi w Pradze w 2002 roku, będzie niedługo okrągła rocznica, akurat będę w Pradze, pewnie pojawią się jakieś wystawy?


Początek:


Koniec:

 

Półka, z której nie przeczytałam jeszcze nic. Ale to się nadrobi!

Wyd. Academia, Praha 2001, 188 stron

Z własnej półki (kupione 9 sierpnia 2019 roku w Ulubionym Antykwariacie za 19 koron)

Przeczytałam 3 lipca 2022 roku

 

Nowe Życie, dzień trzeci

A właściwie czwarty, bo za pierwszy można uznać ostatni dzień pracy, skoro wtedy właśnie przyszła decyzja o emeryturze oraz sławetna Legitymancja. Co za ulga! Dokonałam ponownych obliczeń, gdy następnego dnia odkryłam, że już są na koncie pieniądze z ZUS za czerwiec, że w sierpniu czy wrześniu będzie czternastka - i nagle mi wyszło, że żyjąc oszczędnie (jak całe prawie życie, kurna) dojadę bez sięgania do skarpety DO MAJA PRZYSZŁEGO ROKU 😍

/naturalnie, jeśli się nic nie wydarzy, tfu tfu/

Więc co tam, myśleć o jakiejś dorywczej pracy, w dupie mieć 😂 

Tak już zaczęłam chojrakować, że w obliczu gadki z Fabryki, gdzie jest mowa o tym, że postarają się podpisać ze mną umowę na wrzesień, a dalej przyjedzie nowy dyrektor i będzie decydował, co od października, myślę sobie z satysfakcją, że GUZIK Z WAMI PODPISZĘ UMOWĘ - jako że wrzesień to będzie ta najczarniejsza robota, a potem ktoś przyjdzie na moje miejsce i będzie spijał śmietankę, o, co to, to nie. Albo postawię zaporową cenę za ten jeden miesiąc 😃

Takie sobie, wiecie, gdybanie o małej zemście (gdy tak naprawdę NIKT nie jest winien, to warunki narzucone przez górę) - ale tak naprawdę najlepiej byłoby wiedzieć już teraz, że RZUCAM WSZYSTKO W PIERONY i zamknąć działalność. Kuzynka-emerytka jednak twierdzi, że dziś myślę tak, a jutro zachce mi się pieniędzy i zmienię myślenie...  

 

No nic, Nowe Życie w każdym razie podoba mi się, choć na wstępie poniosłam klęskę, bo - jak zwykle - chciałam odchudzić szafę... i mi się nie udało. Wyrzuciłam na łóżko jeden wieszak, córka zaczęła grzebać, co to za spodnie, na rower będziesz miała dobre, hm, no faktycznie, i po odchudzaniu. Szafy. 

Właśnie, rower. Wczoraj został doprowadzony do porządku (znaczy pompnięty) po chyba 20 miesiącach, jak stał nietykany. Ruszyłyśmy na Błonia, zwiedziłyśmy dwa parki kieszonkowe na Półwsiu Zwierzynieckim (Gustawa Holoubka i Kory Jackowskiej), bardzo fajny to pomysł, taki zielony teren z ławkami etc. wśród bloków, na wyciągnięcie ręki mieszkańców. Napisane było, że założenie jest, aby każdy mieszkaniec Krakowa miał taki park w odległości nie większej niż pół kilometra od domu. My już mamy, bo jest w pobliżu Młynówka Królewska 😍 

Dziś po tych pierwszych dwóch godzinach na siodełku tyłek mnie boli, ale mogło być gorzej. Po raz kolejny stwierdzam, że rower to wolność, jednak gdy chcesz coś oglądać po drodze, to jednak spacer lepszy. Rower jest dobry dla samego rowerowania. Po wczorajszym miłym chłodku dzisiaj znów podniosła się temperatura, więc na razie nie robię planów rowerowych na popołudnie - ALE - jakie tam w ogóle plany na emeryturze, przecież jestem WOLNA, tak? 😁 Kiedy mi coś przyjdzie do głowy, wtedy to zrobię i już.

PS. Złożyłam na poczcie oświadczenie (poparte decyzją ZUS), że mam świadczenie emerytalne w wysokości niższej niż 50% przeciętnego wynagrodzenia w zeszłym roku - i od sierpnia wreszcie nie płacę haraczu na kurwizję!!!