Znalazłam w knihobudce, zanęciło mnie nazwisko autora, którego Chłopca z Salskich Stepów lubiłam w dzieciństwie, a Wzgórze błękitnego snu czeka na przeczytanie. Okazało się, że rzecz to o Korczaku, którego Newerly był współpracownikiem przez kilkanaście lat. Wydana przez Czytelnika, ale adresatem jest młody czytelnik.
Do Newerlego siedzącego w swoim sadzie przychodzi grupka dzieci, żeby wypytać go, jaki był Korczak. Wiedzą, jaka była końcówka życia pedagoga, ale ciekawe są, jak to wszystko wyglądało wcześniej, jak było urządzone życie w domach dziecka prowadzonych przez Korczaka. Newerly opowiada i tłumaczy zasady funkcjonowania tych instytucji, samorządu dziecięcego itd. W sumie było to dla mnie ciekawe czyli też jestem młodym czytelnikiem 😂 Książeczkę więc zachowuję, bo kto wie, czy kiedyś nie będę chciała sobie przypomnieć jakiegoś faktu z życiorysu. Pewnie wydano jakąś prawdziwą biografię Korczaka? Zajrzałam do swojego katalogu: oprócz Króla Maciusia na wyspie bezludnej, Kajtusia Czarodzieja i Bankructwa małego Dżeka mam jeszcze Prawidła życia (Pedagogikę dla młodzieży i dorosłych), a że ta ostatnia cienka, to może kiedyś po nią sięgnę... choć dla mnie już za późno 😉 Za Maciusiem w dzieciństwie nie przepadałam, za smutne to było.
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1984, 123 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 17 czerwca 2026 roku
Mój typowy dzień ustalił się w następujący sposób: do południa przed laptopem, obiad, film, procházka, chwilę przed zaśnięciem książka. Fascynujące, prawda 🤣🤣🤣 No nic, jakoś się prze do przodu. Sporządzanie spisów filmów z LM zabiera sporo czasu, zanim się posprawdza napisy, czy dobrze chodzą etc., naturalnie sobie powtarzam, że w którymś momencie, już te linki będę miała spisane (za rok?). W każdym razie to mi zaoszczędzi dużo czasu na przyszłość, wystarczy zajrzeć do zeszytu i wybrać. Spisuję też do praskiego zeszytu, gdzie byłam i co robiłam w maju, ale tu już tylko dwa ostatnie dni mi zostały. Na sierpień zeszycik założony 😍
Lista filmów nr 6:
Spoza listy obejrzałam uroczą francuską pierdółkę z 1966 roku, biało-czarną, co przydaje tyle charme'u 😁 choć historyjka błaha i znana: rodzina bohatera wyjeżdża na letnisko, on musi pracować, ale po pracy ma mnóstwo czasu; tym razem jednak, zamiast jeździć z kolegami na ryby, oprowadza po Paryżu spotkaną przypadkiem Angielkę (oczywiście MŁODĄ Angielkę) i... no tak, zakochuje się. Ona niby też, może tak działa Paryż, bo w końcu żaden z niego przystojniak - ale opowiada jej bajery i buzery, że jest malarzem. Koniec łatwy do przewidzenia, ale można sobie popatrzeć i na stary dobry Paryż tradycyjnie wyludniony w sierpniu i na stroje, bo dziewczyna jest modelką 😁
Napisy francuskie, ale są też angielskie i rosyjskie.
I zmiana entourage'u na współczesną Litwę, gdzie rozgrywa się dramat 10-letniego chłopca z sercem na wierzchu (lub prawie, bo pod samą powierzchnią skóry, przez co musi nosić specjalny zabezpieczający pancerz). Do tej pory uczył się w domu, nie ma przyjaciół, miejscowi rówieśnicy go prześladują, oczywiście nie wiedząc, w czym rzecz (co już samo w sobie jest dziwne, bo w małej miejscowości wszyscy powinni wiedzieć wszystko... tak mi się wydaje), ale do miasteczka przeprowadza się z matką dziewczynka w tym samym wieku i zaprzyjaźniają się, no i potem dramatyczne momenty i szczęśliwy finał 😉 Bo to film familijny, dostarczający całego mnóstwa inspiracji do rozmów z dzieckiem, choćby na temat wykluczenia czy niepełnosprawności.
Film nosi tytuł Drugelio sirdis co oznacza Serce motyla. Też napisy francuskie, ale są angielskie.
A wczoraj byłam żem pierwszy raz u okulisty, bo jednak czas najwyższy obstalować sobie bryle i gdy wróciłam to oczy mi kiepsko działały po zakraplaniu, doszukałam się info, że przez parę godzin nie powinno się ich męczyć czytaniem etc., więc włączyłam sobie YT dla odmiany, a tam stary serial dla dzieci Leto s Katkou - myślałam, że czeski, okazał się słowacki (napisy zresztą też). Katka to bardzo zmyślna cholera z Bratysławy, która przyjechała do ciotki na wieś, a tu ciotkę karetka zabrała do szpitala i dziewczynka trafia do jakiegoś dalekiego krewnego, starego kawalera, któremu urządza na nowo gospodarstwo, a co gorsza usiłuje go wyswatać z ekspedientką ze sklepu. Mam za sobą 4 odcinki 😍
Okulary mam mieć +1,5 oba szkła czyli mniej niż się spodziewałam. Teraz przede mną najgorsze czyli wyszukać optyka i wybrać oprawki, o matko jedyna!
A pod wieczór wracając ze spaceru nie pozostało mi nic innego, jak w panice rozglądać się na boki, przez który płot byłabym w stanie przeskoczyć (przez żaden) lub na które drzewo się wspiąć (takoż na żadne).
Ludzie są porąbani... przyszła jakaś miłośniczka ptaszków i wysypała worek ziarna - na ziemię pod karmnikiem. To i Pan Dzik przyszedł na kolację. Na szczęście był tak zajęty żarciem, że na nic innego nie zwracał uwagi - więc jestem cała i zdrowa.
Tymczasem kończę, bo się parzybroda dogotowuje. Córka co prawda pyszczyła, że to nie jest potrawa na lato (zwłaszcza, że ją w ostatniej chwili wysłałam po bagietkę), ale jak nie jest, skoro robi się ją z młodej kapusty (która była wczoraj w Lidlu po 2 zł 😁). Niemniej jednak parzybroda weszła do repertuaru już dawno, przygotowanie proste i dość szybkie (żadna godzina - jak w przepisie - nie jest potrzebna, pół wystarczy), a żaden eksperyment kulinarny ostatnio się nie napatoczył.








