Uczucia mieszane. Bo najpierw okazuje się, że to znów Zamość i czasy wojenne, jak w cyklu o Kaktusach z Zielonej ulicy, ale potem wychodzą na jaw dziwne intencje autora. Rzecz w tym, iż książka traktuje o miesiącach bezpośrednio po wyzwoleniu Zamościa i walce politycznej, jaka zaczyna się toczyć. Nowa milicja i nowe wojsko "przyradzieckie" kontra dawni akowcy, a obecni leśni bandyci. Tak to jest przedstawione - a powieść została wydana w 1985 roku, a więc świeżo po stanie wojennym. Nic więc dziwnego, że czytelnik odnosi wrażenie, iż powstała na zamówienie.
Sympatie autora stoją twardo po stronie nowych porządków i w tym celu pisarz wprowadza postać małego jefrajtera Gwardii Griszy Grażdankina, który wraz z sowieckim kapitanem kwateruje w domu 13-letniego Wojtka i jego mamy - ojciec jest jeszcze, w chwili wyzwolenia Zamościa - w partyzantce. Grisza zaprzyjaźnia się z Wojtkiem, rozmawiają łamanym półrosyjskim, półpolskim, ale cóż się okazuje - matka Wojtka świetnie zna rosyjski, wychowała się na pensji w Jekatierinodarze, zna mnóstwo wierszy i pieśni. Jakim sposobem matka Wojtka mogła być na pensji w Jekatierinodarze - nie pojmę. Skoro Wojtek ma w 1944 roku 13 lat, to jego matka będzie miała, powiedzmy, 35 lat. Czyli urodziła się w 1910 roku mniej więcej. Gdzie tu jakaś pensja? Przecież gdy osiągnęła wiek szkolny, już była Rosja sowiecka!
No ale taka właśnie matka była potrzebna dla dalszego toku akcji. Bo ona właśnie zaopiekuje się osieroconym Griszą jak własnym dzieckiem, ona będzie się z nim uczyć. Wojtek wraca do szkoły, która ponownie otwiera podwoje po latach okupacyjnej przerwy, ma problemy z "wielkimi" czyli ze starszymi wyrośniętymi chłopakami z partyzantki, którzy chyba nie najlepiej czują się w szkolnej ławie razem z "konusami" i wykorzystują ich niemiłosiernie, każąc oddawać sobie śniadania, czyścić buty, a nawet robić za golibrodę. Oczywiście ci "wielcy" to akowcy, którzy grożą przykrymi konsekwencjami Wojtkowi przyjaźniącemu się z ruskim oraz zapowiadają, że pomszczą kradzież prywatnej własności, gdy uczniowie wraz z nauczycielem wybierają się do jakiegoś opuszczonego i półspalonego dworu po książki, które w nim się jeszcze zachowały. Z drugiej strony Zawada wmawia czytelnikowi, że ci sami "wielcy", tak stojący na straży cudzej własności, choćby i porzuconej, zdobyli się na wstrętną napaść na "wujalucia" i odebrali mu przyodziewek, puszczając w samej bieliźnie. Byle tylko przedstawić ich w jak najgorszym świetle.
Nie wiem, na ile autor prezentuje w tej powieści własne przekonania, a na ile chciał zrobić dobrze stacjonującym jeszcze wówczas w Polsce 1985 roku jednostkom Armii Czerwonej, wiadomo jak postrzeganymi przez ogół społeczeństwa, poprzez sympatyczną i budzącą współczucie postać Griszy. Żołnierze sowieccy w Globusie i pałce są wzorem cnót, obrońcami uciśnionych, dostarczycielami butów, ciepłych szyneli i żywności dla cywilnej ludności Zamościa. Nie ma tu mowy o żadnych gwałtach czy sporach, za to jest rozegrany w "przyjacielskiej atmosferze" mecz piłki nożnej ZSRR-Zamość.
Mam wrażenie, że przeczytałam agitkę :(
Ilustracje tradycyjnie wykonał Ludwik Paczyński.
Wydawnictwo Lubelskie 1985, wyd. I, 320 stron
Ilustrował Ludwik Paczyński
Z własnej półki (kupiona na allegro 19 listopada 2012 za 4 zł)
Przeczytałam 27 stycznia 2013.
Miesiąc mija, a ja nic o filmach. Ale przyczyna jest.
Otóż dokonałam wielkiej rzeczy - obejrzałam serial rosyjski w 32 odcinkach. Caluteńki. Mam tych seriali rosyjskich ile bądź, a nie oglądam, bo jakoś - nie oglądając telewizji - nie mam cierpliwości do takiego systematycznego patrzenia. Ale tym razem zawzięłam się, pomyślałam no kiedy, jak nie teraz, gdy siedzę w domu i - tadam.
Bądźmy szczerzy - mogło to być coś lepszego :)
Tymczasem wybrałam sagę rodzinną Jermołowy.
Tutaj jest notka z Wikipedii na jej temat, tutaj coś po polsku, a tutaj tradycyjnie dyskusja z Kino-teatr.ru.
Nawiasem mówiąc, pod tym linkiem z Chomika ileż bogactw rosyjskich i radzieckich, ładne ktoś ma zbiory :)
Serial został zrealizowany w 2008 roku, a jego akcja toczy się na przestrzeni prawie 90 lat. Najpierw jest prolog z XVII-wiecznej Polski - w zamku książąt Radziwiłłów rozgrywa się tragedia: jedyny syn-potomek zakochał się w chłopce Maryli. Sprawa wyszła na jaw, gdy podarował jej cenną broszę, część kompletu niezwykłej biżuterii.
Księżna Radziwiłłowa wyrzuciła chłopkę precz, syna kazała zamknąć w wieży w oczekiwaniu na przyjazd prawdziwej, godnej księcia narzeczonej. Syn w rozpaczy rzucił się z okna zabijając się na miejscu, a chłopka utopiła się w stawie, wcześniej rzucając przekleństwo na Radziwiłłów i ich klejnoty. Rodzinna legenda mówi, że będą one przynosić nieszczęście w miłości tej, która je nosi aż do chwili, gdy prawowita potomkini Radziwiłłów założy je wszystkie naraz.
Jak widzimy, głupoty niezłe. Mało tego, same klejnoty ohydne, jak z odpustu, oto broszka:
I jeszcze jest taka niestykowka, że jakim cudem ci potomkowie, skoro ten jedyny syn zginął... i jakim cudem ta legenda, skoro chłopka rzucała przekleństwo i topiła się w samotności... no ale dobra, jedziemy dalej :)
Przenosimy się do lat 20-tych XX wieku i tu zaczyna się historia samych Jermołowych.
Do Moskwy przyjeżdża Konstantin Jermołow:
Dostaje przydział na mieszkanie (znaczy pokój w komunałce) u Asi, śpiewającej w kabarecie.
Wybucha miłość i wszystko dobrze by się skończyło, ale Konstantin zostaje wysłany na Białoruś, gdzie ma rozpracować sprawę klejnotów Radziwiłłów - zależy na tym bardzo samemu Dzierżyńskiemu. W ramach tego rozpracowywania rozkochuje w sobie młodą Krystynę, której ojciec jest plenipotentem Radziwiłłów i dostał od nich zadanie wywiezienia z kraju tych drogocenności. Jermołow wydaje mu przepustkę na swobodny przejazd i zostaje z powrotem odesłany do Moskwy, a tymczasem Krystyna z ojcem trafia do więzienia, a potem do łagru.
Jermołow został po prostu wykorzystany w brudnej sprawie i o tym właśnie dowiaduje się Asia. Co prawda jest z nim w ciąży i wkrótce rodzi im się synek, ale ona nie potrafi dłużej znieść tej sytuacji - oto już skutki działania przekleństwa - bowiem Asi dostał się jeden z klejnotów Radziwiłłów. Asia opuszcza męża i syna i wyjeżdża za granicę, gdzie - jak się później dowiadujemy - wychodzi za mąż za włoskiego arystokratę. Prowadzi jednak dziennik, gdzie ciągle pisze o miłości do Kostii Jermołowa, a potem z tej miłości umiera :)
To już mamy piękny melodramat.
Konstantin Jermołow żeni się na byłej niańce syna, kobiecie prostej, to mało powiedzieć, zresztą córce morderczyni, ma z nią drugie dziecko, Tonię. Mija 20 lat i Tonia wyjeżdża na jakieś tam prace polowe na Białoruś. Spotyka syna Krystyny, Kostię Radziwiłła (Krystyna i książę spotkali się w łagrze), zakochuje się w nim bez pamięci, choć jest on żonaty i dzieciaty, ale wyjeżdża, przegnana przez samą Krystynę. Nie sama - jest już w ciąży.
Na YT jest sporo fragmentów serialu, wybrałam właśnie ten opowiadający o spotkaniu Toni i Kostii:
Mija kolejne 20 lat - mamy tu pełno takich skoków - i syn Toni Siergiej spotyka miłość swojego życia Annę. Ta natychmiast zachodzi w ciążę (jest w tym serialu uparta linia melodyczna: bohaterowie spotykają się, idą do łóżka, płodzą potomka, mija 20 lat, potomek spotyka wybrankę, idzie do łóżka itd.).
Mija następne 20 lat i Siergiej przypadkiem natyka się na swoje przekleństwo: półcygankę Amalię, która rzuca na niego urok.
Siergiej zaczyna prowadzić podwójne życie, jest rozdarty między żoną i synem, a Amalią i jej córką Marusią.
Żona Siergieja Anna wyrusza do Włoch, gdzie poznaje wnuka Asi Marco (Asia miała z arystokratą syna) i dostaje ten słynny dziennik Asi:
Reszty Wam oszczędzę. Wszyscy się na końcu zejdą, a klejnoty trafią w ręce prawowitej potomkini Radziwiłłów.
Całość godna najlepszych wzorów brazylijskich :) ale jestem z siebie dumna, że dałam radę i nie uważam tego za stracony czas - wszak oglądałam po rosyjsku i rozwijałam się językowo :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt WIKTOR ZAWADA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt WIKTOR ZAWADA. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 stycznia 2013
sobota, 19 stycznia 2013
Wiktor Zawada - Szukam pana Kalandra
Gdy zaplanowałam sobie poczytać pana Wiktora Zawadę, okazało się, że brak jednego tytułu w miejscowych bibliotekach - a to właśnie Szukam pana Kalandra. Szybko zaradziłam złemu na allegro i nie pożałowałam. Jest to powieść dka młodzieży o bardzo wartkiej akcji i niewątpliwych walorach pedagogicznych... może nawet aż za bardzo :) Oczywiście czasy, w jakich powstała - 1971 rok - odcisnęły swoje piętno i jest mocno osadzona w rzeczywistości: bohater dzielnie współpracuje z milicją - teraz już wiedziałem: milicja nie mogła się mylić.
Mamy też bohaterską sylwetkę sierżanta Kłyszejki, młodego partyzanta, który po wyzwoleniu wstąpił do milicji, a na jego posterunek napadła banda, zginęli żona i synek oraz koledzy, a sam Kłyszejko ledwo wylizał się z ran. Potem jako pracownik drogówki uratował życie chłopcu, który wybiegł prosto pod koła ciężarówki, lecz koło zgruchotało sierżantowi nogę. Od tej pory urzęduje za biurkiem, a cały swój wolny czas poświęca - jako kurator społeczny - zaniedbanym chłopcom :)
Z kolei o dziennikarzach mówi młody bohater: wiedziałem, że piszą jedynie o rzeczach absolutnie pewnych, sprawdzają każdą wiadomość, nie dają posłuchu plotkom i przewidzeniom.
O prywatnych domach w mieście: gdyby nie różne "złodziejówki" i "łapówkowa", jak złośliwi nazywają szpetne, bunkrowate kolonie domków jednorodzinnych, można by rzec, że stare "city" otoczył wianek barwnych kwiatów. Te barwne kwiaty to oczywiście osiedla bloków.
Z drugiej strony, pod płaszczykiem referowania pracy w gazecie, Sylwek Mącik często wspomina o niedomaganiach i brakach w handlu, usługach etc.
Ale zacznijmy od początku. Gdy książka nadeszła i obejrzałam tył okładki, coś mi zaczęło świtać... zaraz zaraz dlaczego tu czcionki są...
Może i ten Kalander to nie żaden pan Kalander? I rzeczywiście. Wikipedia podaje, że to rodzaj walców do wygładzania papieru czyli po prostu prasa. Super, zawsze chciałam przeczytać książkę związaną ze sztuką drukarską!
Sylwester Mącik właśnie kończy drugą klasę liceum. Orłem to on nie jest, choć ma swoje osiągnięcia: polonista wychwala go pod niebiosa za świetny felieton w gazetce szkolnej, z historii też ma piątkę, ale przedmioty ścisłe... nieco leżą. Ma jednak wszelkie szanse przejść do następnej klasy, gdy oto nadchodzi feralna kartkówka z fizyki. Nauczyciel podzielił klasę na dwie części, Sylwek znalazł się w pierwszej z nich, poradził sobie z zadaniami i oto szykuje się do wejścia do klasy reszta uczniów, a wśród nich "Wyrodek". Nie jest to najulubieńszy kolega Sylwka, syn prezesa Wyrobka, przywożony do szkoły przez szofera ojca... i tenże "Wyrodek" zmusza chłopaka do pisania klasówki po raz drugi, tym razem pod jego nazwiskiem. Fizyk jest mocno roztargniony, jednak cała sprawa wychodzi na jaw, mało tego - wstrętny "Wyrodek" odwraca kota ogonem, twierdząc, że Sylwek go do tego namówił... i w ten oto prosty sposób nasz bohater na 3 tygodnie przed końcem roku dowiaduje się, że będzie powtarzał drugą klasę. W szkole wstydzi się nawet pokazać, a rodzice - cóż za oryginalne metody wychowawcze - opuszczają w pośpiechu dom i wyjeżdżają na wieś, zostawiając jedynaka na pastwę losu (co ludzie powiedzą na taki wstyd!). Matka w tajemnicy wsuwa mu stówkę. Skądinąd w innym miejscu pada stwierdzenie, że na pięćset złotych trzeba prawie tydzień pracować, więc synek jest zaopatrzony jak trza :)
Ponieważ ta stówka szybko się kończy, Sylwek postanawia poszukać sobie pracy. I tak, po różnych niepowodzeniach, trafia do redakcji "Gońca Wieczornego" jako kandydat na gońca. Musi tylko pokonać dwie przeszkody: zdobyć niezbędny do pracy rower i zwyciężyć w wyścigu kontrkandydata o przezwisku "Kardynał". Pracę dostaje, ale jednocześnie zdobywa w "Kardynale" zaprzysięgłego wroga - sam odnosząc się do niego przyjaźnie i mając nawet wyrzuty sumienia, gdy od sierżanta Kłyszejki dowiedział się, że "Kardynał" pochodzi z - jakbyśmy to dziś nazwali - niepełnej patologicznej niewydolnej wychowawczo rodziny (czyt. ojciec pijak).
Sylwek szybko wciąga się w pracę w redakcji gazety, zaznajamiając i nas z jej specyfiką, ale najbardziej podoba mu się drukarnia, a w niej zecernia. Przeżywa różne przygody, cały czas usiłując pomóc "Kardynałowi" w jego wydźwignięciu się na powierzchnię życia, a jednocześnie sam podejmuje życiową decyzję - gdy zda maturę, zostanie inżynierem poligrafem - towarzyszem sztuki drukarskiej.
A co z tym panem Kalandrem, zapytacie? To typowy dowcip, jaki wycięto świeżo upieczonemu gońcowi w redakcji, gdy kazano mu biec do drukarni do kalandra. Pod prasą czyli kalandrem leżał właśnie jakiś mechanik, usiłując go naprawić, i to jego ciągnął Sylwek za nogi.
Ilustracje, jak zwykle, wykonał Ludwik Paczyński.
W spółdzielni Szanuj Grosz w poszukiwaniu pracy na wakacje.
Nasz bohater właśnie szuka w drukarni pana Kalandra.
Gdy Sylwek wybrał się z wizytą do "Kardynała" natrafił na awanturę domową z ojcem-pijakiem.
Sylwek, postanowiwszy zostać dziennikarzem, pisze felieton. Długo i bez skutku.
Połączona pasja redaktora Trawki do zwierząt domowych i telewizora marki "Stadion" (?) powoduje awarię akurat przed ważnym meczem
Akcja "Ubranko" czyli prasa wespół z milicją udowadnia handlowi uspołecznionemu brak zabezpieczeń przed kradzieżą
Wydawnictwo Lubelskie 1971, 371 stron
Z własnej półki (kupiona 13 grudnia 2012 na allegro za 5 zł)
Przeczytałam 19 stycznia 2013
Najnowsze nabytki
Przyszła z allegro ostatnia paczuszka - drugi tom Moskiewskiej sagi Aksionowa. Pierwszego i trzeciego nie mam, ale mam czwarty :) Koszt: 30 zł czyli ujdzie.
Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.6
Ciąg dalszy Biblioteki Krakowskiej.
Link do spisu całości jest w pierwszym odcinku.
Dziś tomy 116 - 125. Wszystkie miały jednolitą szatę graficzną i kolorowe obwoluty.
Nr 116: Wojciech Bartel Ustrój i prawo Wolnego Miasta Krakowa 1815-1846, 1976
Nr 117: Józef Wawel Louis - Urywki z dziejów i życia mieszkańców Krakowa, 1977
Nr 118: Michał Rożek - Mecenat artystyczny mieszczaństwa krakowskiego w XVII wieku, 1977
Nr 119: Jan Pasiecznik - Kościół i klasztor Reformatów w Krakowie, 1978
Nr 120: Jacek Purchla - Jak powstał nowoczesny Kraków, 1979
Nr 121: Michał Rożek - Katedra wawelska w XVII wieku, 1980
Nr 122: Ryszard Kotewicz - Z dziejów przemysłu Krakowa w latach 1918-1939, 1981
Nr 124: Henryk Barycz - Rzecz o studiach w Krakowie dwóch generacji Sobieskich, 1984
Nr 125: Jerzy Paszenda - Kościół św. Barbary z domem zakonnym księży Jezuitów. Historia i architektura, 1985
Od lat 90-tych Biblioteka Krakowska wychodzi w kolejnej szacie, bez obwolut, z białą okładką. O tym w następnym odcinku.
Mamy też bohaterską sylwetkę sierżanta Kłyszejki, młodego partyzanta, który po wyzwoleniu wstąpił do milicji, a na jego posterunek napadła banda, zginęli żona i synek oraz koledzy, a sam Kłyszejko ledwo wylizał się z ran. Potem jako pracownik drogówki uratował życie chłopcu, który wybiegł prosto pod koła ciężarówki, lecz koło zgruchotało sierżantowi nogę. Od tej pory urzęduje za biurkiem, a cały swój wolny czas poświęca - jako kurator społeczny - zaniedbanym chłopcom :)
Z kolei o dziennikarzach mówi młody bohater: wiedziałem, że piszą jedynie o rzeczach absolutnie pewnych, sprawdzają każdą wiadomość, nie dają posłuchu plotkom i przewidzeniom.
O prywatnych domach w mieście: gdyby nie różne "złodziejówki" i "łapówkowa", jak złośliwi nazywają szpetne, bunkrowate kolonie domków jednorodzinnych, można by rzec, że stare "city" otoczył wianek barwnych kwiatów. Te barwne kwiaty to oczywiście osiedla bloków.
Z drugiej strony, pod płaszczykiem referowania pracy w gazecie, Sylwek Mącik często wspomina o niedomaganiach i brakach w handlu, usługach etc.
Ale zacznijmy od początku. Gdy książka nadeszła i obejrzałam tył okładki, coś mi zaczęło świtać... zaraz zaraz dlaczego tu czcionki są...
Może i ten Kalander to nie żaden pan Kalander? I rzeczywiście. Wikipedia podaje, że to rodzaj walców do wygładzania papieru czyli po prostu prasa. Super, zawsze chciałam przeczytać książkę związaną ze sztuką drukarską!
Sylwester Mącik właśnie kończy drugą klasę liceum. Orłem to on nie jest, choć ma swoje osiągnięcia: polonista wychwala go pod niebiosa za świetny felieton w gazetce szkolnej, z historii też ma piątkę, ale przedmioty ścisłe... nieco leżą. Ma jednak wszelkie szanse przejść do następnej klasy, gdy oto nadchodzi feralna kartkówka z fizyki. Nauczyciel podzielił klasę na dwie części, Sylwek znalazł się w pierwszej z nich, poradził sobie z zadaniami i oto szykuje się do wejścia do klasy reszta uczniów, a wśród nich "Wyrodek". Nie jest to najulubieńszy kolega Sylwka, syn prezesa Wyrobka, przywożony do szkoły przez szofera ojca... i tenże "Wyrodek" zmusza chłopaka do pisania klasówki po raz drugi, tym razem pod jego nazwiskiem. Fizyk jest mocno roztargniony, jednak cała sprawa wychodzi na jaw, mało tego - wstrętny "Wyrodek" odwraca kota ogonem, twierdząc, że Sylwek go do tego namówił... i w ten oto prosty sposób nasz bohater na 3 tygodnie przed końcem roku dowiaduje się, że będzie powtarzał drugą klasę. W szkole wstydzi się nawet pokazać, a rodzice - cóż za oryginalne metody wychowawcze - opuszczają w pośpiechu dom i wyjeżdżają na wieś, zostawiając jedynaka na pastwę losu (co ludzie powiedzą na taki wstyd!). Matka w tajemnicy wsuwa mu stówkę. Skądinąd w innym miejscu pada stwierdzenie, że na pięćset złotych trzeba prawie tydzień pracować, więc synek jest zaopatrzony jak trza :)
Ponieważ ta stówka szybko się kończy, Sylwek postanawia poszukać sobie pracy. I tak, po różnych niepowodzeniach, trafia do redakcji "Gońca Wieczornego" jako kandydat na gońca. Musi tylko pokonać dwie przeszkody: zdobyć niezbędny do pracy rower i zwyciężyć w wyścigu kontrkandydata o przezwisku "Kardynał". Pracę dostaje, ale jednocześnie zdobywa w "Kardynale" zaprzysięgłego wroga - sam odnosząc się do niego przyjaźnie i mając nawet wyrzuty sumienia, gdy od sierżanta Kłyszejki dowiedział się, że "Kardynał" pochodzi z - jakbyśmy to dziś nazwali - niepełnej patologicznej niewydolnej wychowawczo rodziny (czyt. ojciec pijak).
Sylwek szybko wciąga się w pracę w redakcji gazety, zaznajamiając i nas z jej specyfiką, ale najbardziej podoba mu się drukarnia, a w niej zecernia. Przeżywa różne przygody, cały czas usiłując pomóc "Kardynałowi" w jego wydźwignięciu się na powierzchnię życia, a jednocześnie sam podejmuje życiową decyzję - gdy zda maturę, zostanie inżynierem poligrafem - towarzyszem sztuki drukarskiej.
A co z tym panem Kalandrem, zapytacie? To typowy dowcip, jaki wycięto świeżo upieczonemu gońcowi w redakcji, gdy kazano mu biec do drukarni do kalandra. Pod prasą czyli kalandrem leżał właśnie jakiś mechanik, usiłując go naprawić, i to jego ciągnął Sylwek za nogi.
Ilustracje, jak zwykle, wykonał Ludwik Paczyński.
W spółdzielni Szanuj Grosz w poszukiwaniu pracy na wakacje.
Nasz bohater właśnie szuka w drukarni pana Kalandra.
Gdy Sylwek wybrał się z wizytą do "Kardynała" natrafił na awanturę domową z ojcem-pijakiem.
Sylwek, postanowiwszy zostać dziennikarzem, pisze felieton. Długo i bez skutku.
Połączona pasja redaktora Trawki do zwierząt domowych i telewizora marki "Stadion" (?) powoduje awarię akurat przed ważnym meczem
Akcja "Ubranko" czyli prasa wespół z milicją udowadnia handlowi uspołecznionemu brak zabezpieczeń przed kradzieżą
Wydawnictwo Lubelskie 1971, 371 stron
Z własnej półki (kupiona 13 grudnia 2012 na allegro za 5 zł)
Przeczytałam 19 stycznia 2013
Najnowsze nabytki
Przyszła z allegro ostatnia paczuszka - drugi tom Moskiewskiej sagi Aksionowa. Pierwszego i trzeciego nie mam, ale mam czwarty :) Koszt: 30 zł czyli ujdzie.
Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.6
Ciąg dalszy Biblioteki Krakowskiej.
Link do spisu całości jest w pierwszym odcinku.
Dziś tomy 116 - 125. Wszystkie miały jednolitą szatę graficzną i kolorowe obwoluty.
Nr 116: Wojciech Bartel Ustrój i prawo Wolnego Miasta Krakowa 1815-1846, 1976
Nr 117: Józef Wawel Louis - Urywki z dziejów i życia mieszkańców Krakowa, 1977
Nr 118: Michał Rożek - Mecenat artystyczny mieszczaństwa krakowskiego w XVII wieku, 1977
Nr 119: Jan Pasiecznik - Kościół i klasztor Reformatów w Krakowie, 1978
Nr 120: Jacek Purchla - Jak powstał nowoczesny Kraków, 1979
Nr 121: Michał Rożek - Katedra wawelska w XVII wieku, 1980
Nr 122: Ryszard Kotewicz - Z dziejów przemysłu Krakowa w latach 1918-1939, 1981
Nr 124: Henryk Barycz - Rzecz o studiach w Krakowie dwóch generacji Sobieskich, 1984
Nr 125: Jerzy Paszenda - Kościół św. Barbary z domem zakonnym księży Jezuitów. Historia i architektura, 1985
Od lat 90-tych Biblioteka Krakowska wychodzi w kolejnej szacie, bez obwolut, z białą okładką. O tym w następnym odcinku.
środa, 9 stycznia 2013
Wiktor Zawada - Leśna szkoła strzelca Kaktusa
Trzecia część cyklu Wiktora Zawady o okupacyjnych przygodach chłopców z ulicy Zielonej w Zamościu.
Pierwsza - Kaktusy z Zielonej ulicy
Druga - Wielka wojna z czarną flagą
O ile poprzednie tomy, zwłaszcza pierwszy, mówił rzeczywiście o przygodach, traktując je z lekka w konwencji komediowej, atmosfera w tomie trzecim robi się gęsta. To już nie wesołe harce i figle czynione Szkopom, tu rzeczywistość okupacyjna objawia się w całej pełni, a nasi bohaterowie doświadczają wielu okrutnych przeciwieństw losu. Mamy tu i konsekwencje wysiedleń na Zamojszczyźnie i czarną rzeczywistość obozu dla wysiedlonych i przymusowe rozstania matek z dziećmi (matki wysyłane do pracy w Niemczech, a dzieci przeznaczane na zniemczenie bądź eksterminację, w zależności od warunków fizycznych) i dramatyczne warunki życia "na swobodzie" chłopców pozbawionych rodziców i pacyfikacje wsi w odwecie za niewypełnianie kontyngentów czy akcje partyzanckie i wegetację wysiedlonych ludzi w ziemiankach w lesie i wreszcie sam pobyt Jaśka wśród leśnych ludzi, co jest znakomitym pretekstem dla ukazania działalności partyzantów.
Jasiek dorośleje wśród śmierci swych przyjaciół. Przechodzi ciężką zaprawę "wojskową" pod bacznym okiem sierżanta Łóżko, ucząc się, że wojsko to nie tylko bezpośrednia walka z wrogiem, ale i dyżury w kuchni i pędzenie wieprzka ze wsi dla zaopatrzenia obozu. Że nie wolno znęcać się nad wrogiem, jeśli nie chcemy być tacy jak oni. Że nie strzela się w plecy, nawet największemu nieprzyjacielowi. Że toczy się walkę z okupantem nie dla prywatnej zemsty, ale dla wyswobodzenia kraju i odzyskania wolnej ojczyzny.
(No, jak to już z tą wolną ojczyzną potem było, to inna sprawa)
Zastanawiam się, który z tomów chciałabym wybrać, gdyby miał stać się lekturą obowiązkową w szkole. Czy ten pierwszy, skupiający się na żartach i psikusach, choć też sygnalizujący, co się w kraju działo podczas wojny - czy też ten ostatni, tak dramatyczny i okrutny, tak obnażający ówczesną rzeczywistość? A Wy jak myślicie?
Nawiasem mówiąc, oddawałam wczoraj na Rajskiej poprzednie Kaktusy i niechcący pożyczyłam cykl Cezarego Leżeńskiego o dwóch bliźniakach Jarku i Marku, wspomniany przez Charliego Librariana w komentarzu do pierwszej notki. Też wojenne losy, ciekawam jak tym razem opisane.
Ilustrował Ludwik Paczyński, dokładnie w tym samym stylu, co poprzednie tomy, więc nie zamieszczam dodatkowych zdjęć.
Wydawnictwo Lubelskie, 1989, wyd. IV, 279 stron
Z biblioteki na Królewskiej
Przeczytałam 9 stycznia 2013.
Z KINA
Obejrzałam - po raz kolejny - film radziecki Osiennij marafon/Jesienny maraton, z 1979 roku, w reż. Gieorgija Danieliji.
Осенний марафон
Nosi on podtytuł "pieczalnaja komedia"/smutna komedia - i taki właśnie jest.
Przepiękny, melancholijny, polecam!
Bohaterem jest Andriej Buzykin, zdolny tłumacz, mężczyzna po czterdziestce, uwikłany w... uwikłany w życie: bo i dwie kobiety i koleżanka-tłumaczka, której ciągle pomaga i stosunki w pracy i ten profesor z Danii, z którym trzeba uprawiać jogging i córka, która źle wyszła za mąż, jego zdaniem...
Buzykin całe życie biegnie. Stąd ten tytułowy maraton (a jesienny, bo wkroczył już w jesień życia, ma zdaje się 43 lata). Od żony do kochanki, z jednej pracy do drugiej, od wydawnictwa na uczelnię. Buzykin jest uzależniony od budzika w ręcznym zegarku i od telefonu.
Ciągle goni od budki telefonicznej do innego aparatu: dzwoni od kochanki do żony, że jest jeszcze na zebraniu na uczelni, a potem z domu do kochanki, że nie da rady się już dziś wyrwać.
Żony już chyba nie kocha, ale nie potrafi jej zostawić, odejść.
Kochanka urządza sceny, jest jeszcze młoda i chciałaby ułożyć sobie z Buzykinem życie, chciałaby mieć z nim dziecko, byłoby takie inteligentne po ojcu.
Buzykin wszystko to rozumie, wie, że powinien podjąć decyzję w którąś stronę, ale nie potrafi nikomu sprawić przykrości, nikomu odmówić.
Nie odmawia koleżance, która w teorii też jest tłumaczem, ale zna się na tym jak kura na pieprzu i bezustannie wzywa pomocy Andrieja. Kończy się to tak, że zamiast poprawek - robi on całe tłumaczenie na nowo - wszystko to z przyjaźni i dlatego, że ... oczywiście, nie potrafi odmówić.
Nie potrafi odmówić profesorowi Hansenowi z Danii, który właśnie tłumaczy na swój język Dostojewskiego i dosłownie zalągł się u Buzykina, w dodatku zmusza go do codziennych porannych biegów po osiedlu. - Wy gotow? - pyta, pojawiając się o świcie. Buzykin wsiegda gotow - spełniać ludzkie prośby.
Nie potrafi wyrzucić za drzwi sąsiada (świetny Jewgienij Leonow), który poznawszy u niego profesora natychmiast proponuje wódeczkę dla wzmocnienia przyjaźni. Siedzą, piją, lulek nie palą, choroszo sidim - stwierdza w ramach konwersacji prosty sąsiad.
Następstwem wódeczki jest grzybobranie, a następstwem grzybobrania dla profesora - pewien przybytek użyteczności publicznej, dzięki któremu Hansen poznaje nowe słowo - wytrezwitiel :)
Gdy Buzykin spóźnia się na samolot, którym odlatywała na dwa lata gdzieś na Wschód córka z mężem, żona ma już serdecznie dość i postanawia odejść. Wydaje się, że jest to jakieś rozwiązanie dla Andrieja - ktoś podjął za niego decyzję, więc wszystko się ułoży, nowe życie z kochanką - choć sercem jesteśmy za żoną, ale właściwie obu kobiet żal. Koniec jednak nie wróży dobrze, żona wraca i chyba znów będzie wszystko po staremu...
Świetny Oleg Basiłaszwili jako Buzykin i Natalia Gundariewa jako żona.
Film szczególnie mi bliski, bo ja też jestem trochę buzykinowata.
Na portalu kino-teatr.ru film ma 2400 komentarzy :) chciałoby się je kiedyś wszystkie przeczytać, bo to wiele rozjaśnia i pozwala lepiej zrozumieć film... ech, czemu tego czasu ciągle w życiu mało!
NAJNOWSZE NABYTKI
Kolejna pozycja na temat Piwnicy Pod Baranami. Nie miałam pojęcia, że takie coś wyszło, a znalazłam w antykwariacie, w dodatku za przystępną cenę 36 zł (w porównaniu do księgarskiej - 55 zł).
Jak widać z zajawki na okładce, dopuszcza się możliwość kolejnych książek na temat Piwnicy... chyba jeszcze Encyklopedii brakuje :)
Przy okazji zadumałam się, że przydała by się taka strona w internecie, gdzie umieszczano by info o wszelkich wychodzących w Polsce publikacjach. No bo niby można studiować dział NOWOŚCI na stronach wydawnictw, ale ludzie, kto by to ogarnął. W dodatku są różne takie wydawnictwa, o których człek nie słyszał, choćby to właśnie - TRIO. A może taka strona istnieje, tylko ja o niej nie wiem?
Przyszła też paczka z allegro, z książkami zakupionymi jeszcze w grudniu:
Uzupełniony Wil Lipatow i cykl Siemionowa, jedna węgierska (mniam mniam) i jedna słowacka - mam straszny sentyment do tej serii Pisarzy Czeskich i Słowackich od czasów dzieciństwa, kiedy to czytałam Szwejka w tym właśnie wydaniu (zaginęło, niestety, odkupiłam sobie już inne).
A tu rezultat wczorajszego zajrzenia do antykwariatu na Jabłonowskich:
Wspomnienia aktora Leszka Piskorza z jego dzieciństwa spędzonego na Grzegórzkach - do tej pory obchodziłam z daleka, ale cenę 12 zł uznałam za "do przyjęcia" :) A ten przewodniczek obok to już w ogóle - za 2,50.
Tak, wiem, miałam się hamować - ale to cracovianów w żadnej mierze nie dotyczy. Mało tego, na jutro planuję następne zakupy. Otóż we wtorki spotykam zazwyczaj takiego luźnego znajomego, który też bywa na odczytach w Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Krakowa. No i tak się jakoś utarło, że zawsze chwalimy się nabytkami. I wczoraj pokazał mi ów znajomy pewną pozycję wydaną przez Politechnikę Krakowską. Zaraz po powrocie do domu weszłam na stronę tej uczelni, wyszukałam publikacje (tę i parę innych) oraz informację, że można je nabywać nie tylko na PK, ale również w Głównej Księgarni Naukowej na Podwalu i tamże się wybieram w czwartkowe popołudnie, w drodze na Zlot Czarownic (spotkanie kobitek), coby połączyć przyjemne z pożytecznym.
Z FRONTU NOWYCH REGAŁÓW
Dziś się obiecywał Pan Stolarz na branie miary. Oczywiście już nie będzie dziś, ale jutro - ale też nic pewnego, bo będzie dzwonił. A ja już naprawdę chcę rozkładać na półkach tę serię KIK i inne :(
Pierwsza - Kaktusy z Zielonej ulicy
Druga - Wielka wojna z czarną flagą
O ile poprzednie tomy, zwłaszcza pierwszy, mówił rzeczywiście o przygodach, traktując je z lekka w konwencji komediowej, atmosfera w tomie trzecim robi się gęsta. To już nie wesołe harce i figle czynione Szkopom, tu rzeczywistość okupacyjna objawia się w całej pełni, a nasi bohaterowie doświadczają wielu okrutnych przeciwieństw losu. Mamy tu i konsekwencje wysiedleń na Zamojszczyźnie i czarną rzeczywistość obozu dla wysiedlonych i przymusowe rozstania matek z dziećmi (matki wysyłane do pracy w Niemczech, a dzieci przeznaczane na zniemczenie bądź eksterminację, w zależności od warunków fizycznych) i dramatyczne warunki życia "na swobodzie" chłopców pozbawionych rodziców i pacyfikacje wsi w odwecie za niewypełnianie kontyngentów czy akcje partyzanckie i wegetację wysiedlonych ludzi w ziemiankach w lesie i wreszcie sam pobyt Jaśka wśród leśnych ludzi, co jest znakomitym pretekstem dla ukazania działalności partyzantów.
Jasiek dorośleje wśród śmierci swych przyjaciół. Przechodzi ciężką zaprawę "wojskową" pod bacznym okiem sierżanta Łóżko, ucząc się, że wojsko to nie tylko bezpośrednia walka z wrogiem, ale i dyżury w kuchni i pędzenie wieprzka ze wsi dla zaopatrzenia obozu. Że nie wolno znęcać się nad wrogiem, jeśli nie chcemy być tacy jak oni. Że nie strzela się w plecy, nawet największemu nieprzyjacielowi. Że toczy się walkę z okupantem nie dla prywatnej zemsty, ale dla wyswobodzenia kraju i odzyskania wolnej ojczyzny.
(No, jak to już z tą wolną ojczyzną potem było, to inna sprawa)
Zastanawiam się, który z tomów chciałabym wybrać, gdyby miał stać się lekturą obowiązkową w szkole. Czy ten pierwszy, skupiający się na żartach i psikusach, choć też sygnalizujący, co się w kraju działo podczas wojny - czy też ten ostatni, tak dramatyczny i okrutny, tak obnażający ówczesną rzeczywistość? A Wy jak myślicie?
Nawiasem mówiąc, oddawałam wczoraj na Rajskiej poprzednie Kaktusy i niechcący pożyczyłam cykl Cezarego Leżeńskiego o dwóch bliźniakach Jarku i Marku, wspomniany przez Charliego Librariana w komentarzu do pierwszej notki. Też wojenne losy, ciekawam jak tym razem opisane.
Ilustrował Ludwik Paczyński, dokładnie w tym samym stylu, co poprzednie tomy, więc nie zamieszczam dodatkowych zdjęć.
Wydawnictwo Lubelskie, 1989, wyd. IV, 279 stron
Z biblioteki na Królewskiej
Przeczytałam 9 stycznia 2013.
Z KINA
Obejrzałam - po raz kolejny - film radziecki Osiennij marafon/Jesienny maraton, z 1979 roku, w reż. Gieorgija Danieliji.
Осенний марафон
Nosi on podtytuł "pieczalnaja komedia"/smutna komedia - i taki właśnie jest.
Przepiękny, melancholijny, polecam!
Bohaterem jest Andriej Buzykin, zdolny tłumacz, mężczyzna po czterdziestce, uwikłany w... uwikłany w życie: bo i dwie kobiety i koleżanka-tłumaczka, której ciągle pomaga i stosunki w pracy i ten profesor z Danii, z którym trzeba uprawiać jogging i córka, która źle wyszła za mąż, jego zdaniem...
Buzykin całe życie biegnie. Stąd ten tytułowy maraton (a jesienny, bo wkroczył już w jesień życia, ma zdaje się 43 lata). Od żony do kochanki, z jednej pracy do drugiej, od wydawnictwa na uczelnię. Buzykin jest uzależniony od budzika w ręcznym zegarku i od telefonu.
Ciągle goni od budki telefonicznej do innego aparatu: dzwoni od kochanki do żony, że jest jeszcze na zebraniu na uczelni, a potem z domu do kochanki, że nie da rady się już dziś wyrwać.
Żony już chyba nie kocha, ale nie potrafi jej zostawić, odejść.
Kochanka urządza sceny, jest jeszcze młoda i chciałaby ułożyć sobie z Buzykinem życie, chciałaby mieć z nim dziecko, byłoby takie inteligentne po ojcu.
Buzykin wszystko to rozumie, wie, że powinien podjąć decyzję w którąś stronę, ale nie potrafi nikomu sprawić przykrości, nikomu odmówić.
Nie odmawia koleżance, która w teorii też jest tłumaczem, ale zna się na tym jak kura na pieprzu i bezustannie wzywa pomocy Andrieja. Kończy się to tak, że zamiast poprawek - robi on całe tłumaczenie na nowo - wszystko to z przyjaźni i dlatego, że ... oczywiście, nie potrafi odmówić.
Nie potrafi odmówić profesorowi Hansenowi z Danii, który właśnie tłumaczy na swój język Dostojewskiego i dosłownie zalągł się u Buzykina, w dodatku zmusza go do codziennych porannych biegów po osiedlu. - Wy gotow? - pyta, pojawiając się o świcie. Buzykin wsiegda gotow - spełniać ludzkie prośby.
Nie potrafi wyrzucić za drzwi sąsiada (świetny Jewgienij Leonow), który poznawszy u niego profesora natychmiast proponuje wódeczkę dla wzmocnienia przyjaźni. Siedzą, piją, lulek nie palą, choroszo sidim - stwierdza w ramach konwersacji prosty sąsiad.
Następstwem wódeczki jest grzybobranie, a następstwem grzybobrania dla profesora - pewien przybytek użyteczności publicznej, dzięki któremu Hansen poznaje nowe słowo - wytrezwitiel :)
Gdy Buzykin spóźnia się na samolot, którym odlatywała na dwa lata gdzieś na Wschód córka z mężem, żona ma już serdecznie dość i postanawia odejść. Wydaje się, że jest to jakieś rozwiązanie dla Andrieja - ktoś podjął za niego decyzję, więc wszystko się ułoży, nowe życie z kochanką - choć sercem jesteśmy za żoną, ale właściwie obu kobiet żal. Koniec jednak nie wróży dobrze, żona wraca i chyba znów będzie wszystko po staremu...
Świetny Oleg Basiłaszwili jako Buzykin i Natalia Gundariewa jako żona.
Film szczególnie mi bliski, bo ja też jestem trochę buzykinowata.
Na portalu kino-teatr.ru film ma 2400 komentarzy :) chciałoby się je kiedyś wszystkie przeczytać, bo to wiele rozjaśnia i pozwala lepiej zrozumieć film... ech, czemu tego czasu ciągle w życiu mało!
NAJNOWSZE NABYTKI
Kolejna pozycja na temat Piwnicy Pod Baranami. Nie miałam pojęcia, że takie coś wyszło, a znalazłam w antykwariacie, w dodatku za przystępną cenę 36 zł (w porównaniu do księgarskiej - 55 zł).
Jak widać z zajawki na okładce, dopuszcza się możliwość kolejnych książek na temat Piwnicy... chyba jeszcze Encyklopedii brakuje :)
Przy okazji zadumałam się, że przydała by się taka strona w internecie, gdzie umieszczano by info o wszelkich wychodzących w Polsce publikacjach. No bo niby można studiować dział NOWOŚCI na stronach wydawnictw, ale ludzie, kto by to ogarnął. W dodatku są różne takie wydawnictwa, o których człek nie słyszał, choćby to właśnie - TRIO. A może taka strona istnieje, tylko ja o niej nie wiem?
Przyszła też paczka z allegro, z książkami zakupionymi jeszcze w grudniu:
Uzupełniony Wil Lipatow i cykl Siemionowa, jedna węgierska (mniam mniam) i jedna słowacka - mam straszny sentyment do tej serii Pisarzy Czeskich i Słowackich od czasów dzieciństwa, kiedy to czytałam Szwejka w tym właśnie wydaniu (zaginęło, niestety, odkupiłam sobie już inne).
A tu rezultat wczorajszego zajrzenia do antykwariatu na Jabłonowskich:
Wspomnienia aktora Leszka Piskorza z jego dzieciństwa spędzonego na Grzegórzkach - do tej pory obchodziłam z daleka, ale cenę 12 zł uznałam za "do przyjęcia" :) A ten przewodniczek obok to już w ogóle - za 2,50.
Tak, wiem, miałam się hamować - ale to cracovianów w żadnej mierze nie dotyczy. Mało tego, na jutro planuję następne zakupy. Otóż we wtorki spotykam zazwyczaj takiego luźnego znajomego, który też bywa na odczytach w Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Krakowa. No i tak się jakoś utarło, że zawsze chwalimy się nabytkami. I wczoraj pokazał mi ów znajomy pewną pozycję wydaną przez Politechnikę Krakowską. Zaraz po powrocie do domu weszłam na stronę tej uczelni, wyszukałam publikacje (tę i parę innych) oraz informację, że można je nabywać nie tylko na PK, ale również w Głównej Księgarni Naukowej na Podwalu i tamże się wybieram w czwartkowe popołudnie, w drodze na Zlot Czarownic (spotkanie kobitek), coby połączyć przyjemne z pożytecznym.
Z FRONTU NOWYCH REGAŁÓW
Dziś się obiecywał Pan Stolarz na branie miary. Oczywiście już nie będzie dziś, ale jutro - ale też nic pewnego, bo będzie dzwonił. A ja już naprawdę chcę rozkładać na półkach tę serię KIK i inne :(
niedziela, 6 stycznia 2013
Wiktor Zawada - Wielka wojna z czarną flagą
Druga część przygód chłopców z ulicy Zielonej w Zamościu, przezwanych niegdyś Kaktusami.
Pierwsza część tu.
/okładki egzemplarz nie posiada, jakąs wtórną,biblioteczną, ale przepaskudną; więc reprodukuję stronę tytułową/
Mamy już rok 1942, trzeci rok okupacji. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna i chłopcy - w teorii - rezygnują z kaktusowych wybryków. W praktyce jednak nie mogą przejść obojętnie wobec zaczepek i prowokacji w wykonaniu młodzieńców z Hitlerjugend, dowodzonych przez demonicznego Hansa Teufla czyli Diabła.
Do grona chłopców z Zielonej dołącza Nikodem Kokoszka przezwany Kogutem, wraz z rodzicami wysiedlony z poznańskiego. Nikuś ma zwyczaj mówić wierszem i rozsądnie nie pakować się w kolejne przygody bandy, ale często nad jego rozsądkiem bierze górę dar wymowy Jędrka Szybkiego. Chłopcy zaprzyjaźniają się z jednym z Niemców-kucharzy stacjonujących w podwórku kamienicy: okazuje się, że są też "dobrzy Niemcy" - a właściwie to Austriacy, siłą wcieleni do niemieckiego wojska. Knippidoldi był kiedyś czołowym piłkarzem wiedeńskiej Astorii i udziela chłopcom lekcji gry w nogę, dzięki czemu zwyciężają w pojedynku z czarną flagą czyli Niemcami z HJ.
Tymczasem Teufel ma pod ręką idealną ofiarę dla wyżycia się - jest nim Romek Modrak, syn właściciela sklepu, który podpisał lojalkę, żeby nie stracić dorobku życia - czyli po prostu został folksdojczem. Romek czuje się Polakiem i jest mu wstyd przed dawnymi kolegami z Zielonej, a zwłaszcza przed Milką (coś tam między nimi się zaczynało w dawnych dobrych czasach), ale nacisk z dwóch stron: ojca, który chce z niego za wszelką cenę zrobić prawdziwego Niemca, przeniósł go do niemieckiej szkoły i zapisał do HJ oraz Hansa, który szantażuje Romka i zmusza do udziału w kolejnych niecnych poczynaniach faszystowskiej organizacji młodzieżowej - to wszystko powoduje, że Romek załamuje się i na żądanie Hansa truje ukochanego przez chłopców psa Asa.
Dopiero gdy Hans chce strzelać do naszych łapserdaków z Zielonej, Romek zdobywa się na bohaterski czyn i zasłania ich własnym ciałem. Czy przeżyje - pewnie dowiem się w trzeciej części cyklu. W każdym razie matka ślubuje nad jego łóżkiem w szpitalu, że jeśli Romek wyjdzie z tego żywy, ona zabierze chłopca i ucieknie z nim od wyrodnego ojca, tak więc są pewne widoki na polepszenie sytuacji chłopca i jestem dobrej myśli.
Gorzej z rodzinami z ulicy Zielonej - najpierw aresztowano pana Centa i za odmowę podpisania folkslisty zesłano go do Majdanka, potem zniknął wuj Hipolit, zamieszany w partyzantkę i oto Niemcy wysiedlają pozostałych mieszkańców z ich domów i prowadzą do obozu. Tylko Jasiek ucieka.
- No, Dzidek, nos do góry - szepcze Kogut. - Daliśmy radę czarnej fladze, to i tu sobie poradzimy.
- Jasiek też obiecał pomoc - mówi Dziedek z iskierką nadziei w głosie.
- Jasne, na nim można polegać. A my musimy trzymać się razem i nie trząść portkami na widok byle Szwaba z wykrzywioną gębą. My tu nie pierwsi i chyba nie ostatni.
Ilustracje ponownie wykonał Ludwik Paczyński, bardzo ciekawa postać - sam autor książek dla dzieci, nie tylko ilustrator, a poza tym aktor teatralny i filmowy.
Ojciec Romka Modraka pasem przyucza syna do miłości nowej ojczyzny.
Romek próbuje uzyskać pomoc na spowiedzi u księdza...
Przyjaźń z kucharzem zaczęła się od niewinnego kawału... zatkania szmatami komina.
Hans Teufel "trenuje" Romka.
Wydawnictwo Lubelskie, 1988, wyd. IV, 289 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 5 stycznia 2013.
W ramach wyzwania Styczniowa Trójka e-pik:
- Książka, która jest częścią serii
Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.3
Dziś reprinty.
Półeczka.
A teraz szczegółowo jej zawartość. Pominęłam niektóre, bo nie dotyczą bezpośrednio Krakowa albo też należą do serii Biblioteka Krakowska, którą przedstawię osobno.
Ambroży Grabowski - Starożytnicze wiadomości o Krakowie, z 1852 roku.
Walerya Szalayówna - Nasze warownie i grody. Opowiadania z dalekiej przeszłości, z 1907 roku
Ambroży Grabowski - Dawne zabytki miasta Krakowa, z roku 1850
Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego z ilustracyami, tomy 1-2, z roku 1909
Karol Estreicher - Kraków. Przewodnik dla zwiedzających miasto i jego okolice, z roku 1938
Majer Bałaban - Przewodnik po żydowskich zabytkach Krakowa, z 1935 roku
Przechadzka kronikarza po Rynku krakowskim, z 1890 roku
Kleynoty Stołecznego Miasta Krakowa albo kościoły, y co w nich iest widzenia godnego y znacznego, przez Piotra Hiacyntha Pruszcza krotko opisane, z roku 1745
Stanisław Cyrankiewicz - Przewodnik po cmentarzach rzeczowo spisany, z roku 1908
Z kapitalną historią, jak to młodego czeladnika z drukarni Czasu zainteresowały trumny i cmentarze :)
Walery Eljasz-Radzikowski - Kraków (z 64 ilustracjami), z roku mi nieznanego
Józef Mączyński - Pamiątka z Krakowa, tomy 1-3, z roku 1845
24 widoków miasta Krakowa i jego okolic zdjętych podług natury przez J.N.Głowackiego, z roku 1836
I na koniec coś, co cracovianum nie jest, ale bardzo się przydaje w wędrówkach po mieście, gdy oglądamy godła kamienic czy nagrobki w kościołach:
Herby rycerstwa polskiego, tomy 1-2, z zamku w Kórniku
Zauważcie, że nie wdaję się w żadne opisy prezentowanych pozycji: chyba bym do jutra nie skończyła, a już tu godzinę siedzę i ładuję :) Deskrypcje bardziej szczegółowe rezerwuję sobie na chwilę przedstawiania konkretnej książki jako przeczytanej.
Ha ha, pierwsze zakupy. Właściwie jeszcze zeszłoroczne, ale teraz dotarły (z allegro).
Znowu same ruskie (z jednym wyjątkiem). Ten Siemionow z dołu to... uwaga!... Stirlitz :) Może mnie to zmobilizuje do obejrzenia serialu.
Pierwsza część tu.
/okładki egzemplarz nie posiada, jakąs wtórną,biblioteczną, ale przepaskudną; więc reprodukuję stronę tytułową/
Mamy już rok 1942, trzeci rok okupacji. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna i chłopcy - w teorii - rezygnują z kaktusowych wybryków. W praktyce jednak nie mogą przejść obojętnie wobec zaczepek i prowokacji w wykonaniu młodzieńców z Hitlerjugend, dowodzonych przez demonicznego Hansa Teufla czyli Diabła.
Do grona chłopców z Zielonej dołącza Nikodem Kokoszka przezwany Kogutem, wraz z rodzicami wysiedlony z poznańskiego. Nikuś ma zwyczaj mówić wierszem i rozsądnie nie pakować się w kolejne przygody bandy, ale często nad jego rozsądkiem bierze górę dar wymowy Jędrka Szybkiego. Chłopcy zaprzyjaźniają się z jednym z Niemców-kucharzy stacjonujących w podwórku kamienicy: okazuje się, że są też "dobrzy Niemcy" - a właściwie to Austriacy, siłą wcieleni do niemieckiego wojska. Knippidoldi był kiedyś czołowym piłkarzem wiedeńskiej Astorii i udziela chłopcom lekcji gry w nogę, dzięki czemu zwyciężają w pojedynku z czarną flagą czyli Niemcami z HJ.
Tymczasem Teufel ma pod ręką idealną ofiarę dla wyżycia się - jest nim Romek Modrak, syn właściciela sklepu, który podpisał lojalkę, żeby nie stracić dorobku życia - czyli po prostu został folksdojczem. Romek czuje się Polakiem i jest mu wstyd przed dawnymi kolegami z Zielonej, a zwłaszcza przed Milką (coś tam między nimi się zaczynało w dawnych dobrych czasach), ale nacisk z dwóch stron: ojca, który chce z niego za wszelką cenę zrobić prawdziwego Niemca, przeniósł go do niemieckiej szkoły i zapisał do HJ oraz Hansa, który szantażuje Romka i zmusza do udziału w kolejnych niecnych poczynaniach faszystowskiej organizacji młodzieżowej - to wszystko powoduje, że Romek załamuje się i na żądanie Hansa truje ukochanego przez chłopców psa Asa.
Dopiero gdy Hans chce strzelać do naszych łapserdaków z Zielonej, Romek zdobywa się na bohaterski czyn i zasłania ich własnym ciałem. Czy przeżyje - pewnie dowiem się w trzeciej części cyklu. W każdym razie matka ślubuje nad jego łóżkiem w szpitalu, że jeśli Romek wyjdzie z tego żywy, ona zabierze chłopca i ucieknie z nim od wyrodnego ojca, tak więc są pewne widoki na polepszenie sytuacji chłopca i jestem dobrej myśli.
Gorzej z rodzinami z ulicy Zielonej - najpierw aresztowano pana Centa i za odmowę podpisania folkslisty zesłano go do Majdanka, potem zniknął wuj Hipolit, zamieszany w partyzantkę i oto Niemcy wysiedlają pozostałych mieszkańców z ich domów i prowadzą do obozu. Tylko Jasiek ucieka.
- No, Dzidek, nos do góry - szepcze Kogut. - Daliśmy radę czarnej fladze, to i tu sobie poradzimy.
- Jasiek też obiecał pomoc - mówi Dziedek z iskierką nadziei w głosie.
- Jasne, na nim można polegać. A my musimy trzymać się razem i nie trząść portkami na widok byle Szwaba z wykrzywioną gębą. My tu nie pierwsi i chyba nie ostatni.
Ilustracje ponownie wykonał Ludwik Paczyński, bardzo ciekawa postać - sam autor książek dla dzieci, nie tylko ilustrator, a poza tym aktor teatralny i filmowy.
Ojciec Romka Modraka pasem przyucza syna do miłości nowej ojczyzny.
Romek próbuje uzyskać pomoc na spowiedzi u księdza...
Przyjaźń z kucharzem zaczęła się od niewinnego kawału... zatkania szmatami komina.
Hans Teufel "trenuje" Romka.
Wydawnictwo Lubelskie, 1988, wyd. IV, 289 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 5 stycznia 2013.
W ramach wyzwania Styczniowa Trójka e-pik:
- Książka, która jest częścią serii
Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.3
Dziś reprinty.
Półeczka.
A teraz szczegółowo jej zawartość. Pominęłam niektóre, bo nie dotyczą bezpośrednio Krakowa albo też należą do serii Biblioteka Krakowska, którą przedstawię osobno.
Ambroży Grabowski - Starożytnicze wiadomości o Krakowie, z 1852 roku.
Walerya Szalayówna - Nasze warownie i grody. Opowiadania z dalekiej przeszłości, z 1907 roku
Ambroży Grabowski - Dawne zabytki miasta Krakowa, z roku 1850
Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego z ilustracyami, tomy 1-2, z roku 1909
Karol Estreicher - Kraków. Przewodnik dla zwiedzających miasto i jego okolice, z roku 1938
Majer Bałaban - Przewodnik po żydowskich zabytkach Krakowa, z 1935 roku
Przechadzka kronikarza po Rynku krakowskim, z 1890 roku
Kleynoty Stołecznego Miasta Krakowa albo kościoły, y co w nich iest widzenia godnego y znacznego, przez Piotra Hiacyntha Pruszcza krotko opisane, z roku 1745
Stanisław Cyrankiewicz - Przewodnik po cmentarzach rzeczowo spisany, z roku 1908
Z kapitalną historią, jak to młodego czeladnika z drukarni Czasu zainteresowały trumny i cmentarze :)
Walery Eljasz-Radzikowski - Kraków (z 64 ilustracjami), z roku mi nieznanego
Józef Mączyński - Pamiątka z Krakowa, tomy 1-3, z roku 1845
24 widoków miasta Krakowa i jego okolic zdjętych podług natury przez J.N.Głowackiego, z roku 1836
I na koniec coś, co cracovianum nie jest, ale bardzo się przydaje w wędrówkach po mieście, gdy oglądamy godła kamienic czy nagrobki w kościołach:
Herby rycerstwa polskiego, tomy 1-2, z zamku w Kórniku
Zauważcie, że nie wdaję się w żadne opisy prezentowanych pozycji: chyba bym do jutra nie skończyła, a już tu godzinę siedzę i ładuję :) Deskrypcje bardziej szczegółowe rezerwuję sobie na chwilę przedstawiania konkretnej książki jako przeczytanej.
Ha ha, pierwsze zakupy. Właściwie jeszcze zeszłoroczne, ale teraz dotarły (z allegro).
Znowu same ruskie (z jednym wyjątkiem). Ten Siemionow z dołu to... uwaga!... Stirlitz :) Może mnie to zmobilizuje do obejrzenia serialu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































































