Czas był najwyższy, bo epidemia nam się skończy, a ja nie przeczytam najważniejszego!
To zresztą ciekawe, bo tytułowa dżuma u Camusa to po prostu symbol zła, zresztą powieść powstała po II wojnie światowej i była chyba bezpośrednią reakcją na to, co ludzie wówczas przeszli. Ale w chwili, gdy w 2020 na świecie objawiła się pandemia, wszyscy zaczęli traktować książkę dość dosłownie. Jako opis tego, co się dzieje, gdy pojawia się zaraza.
Zresztą ja sama też tak odbierałam lekturę. Nie dało się uciec od porównań i skojarzeń. Dlatego myślę, że powinnam ponownie odczytać Dżumę na przykład za dziesięć lat, gdy pandemia będzie już tylko bladym wspomnieniem (co daj Boże, w sensie, żeby mnie nie dotknęła osobiście). Bo teraz trudno oderwać się od rzeczywistości i nie zastanawiać się nad środkami ochrony zastosowanymi w Oranie w latach 40-tych a tymi, z którymi mamy do czynienia na co dzień dziś. Trudno myśleć o zarazie w kategoriach metafizycznych czy moralnych. Trudno pochylać się nad tym, co wytwarza w człowieku zaraza jako zagrożenie. Na razie myślę głównie o PRZEŻYCIU, a nie o tym, jaki to wszystko pozostawi we mnie ślad. I czy w ogóle? Czy raczej nie będziemy chcieli szybko zapomnieć o tym, co się działo i wrócić do normalnego życia?
Koniec:
Strasznie swego czasu lubiłam nie tylko studiować spisy serii wydawniczych, ale także zaznaczać (ołóweczkiem), co już mam. Tu akurat tego nie zrobiłam. A jeszcze był przy tym taki problem, że nieraz miało się książkę, ale wydaną poza serią - i nie wiadomo było, czy zaznaczać w tym przypadku czy też się nie liczy 😏 Takie problemy pierwszego świata.
Przy przeglądaniu tej listy zauważyłam, że jest jakaś powieść (?) Vittoriniego, o której nigdy nie słyszałam. Szkoda, bo już na pewno jej sobie nie kupię (ze względów lokalowych), a wiadomo, że w bibliotekach takich staroci nie ma. Podobnie z Rodziną Thibault, kiedyś w młodości myślałam, że się z nią zapoznam, to już chyba stracone, zresztą nie wiem, czy bym podołała takiej starożytnej pisaninie 😄 Z drugiej strony Sagę rodu Forsyte' ów kupiłam parę lat temu i łudzę się, że któregoś dnia...
Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1957, 302 strony
Tytuł oryginalny: La Peste
Przełożyła: Joanna Guze
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 22 grudnia 1986 roku za 360 zł)
Przeczytałam 24 kwietnia 2021 roku
Zadzwoniła koleżanka z liceum na pogaduchy i zwyczajowo oprócz wymiany informacji na temat koronawirusa, naszych dzieci i planów na lato, musiało się zgadać, kto umarł. Oczywiście mówimy tu o naszym roczniku. I nie o covidzie, tylko o raku. Kiedy to się stało, żeśmy tak doszli do ściany i zostało nam już tylko ustalenie, gdzie się damy pochować?
Znalazłam na jednym z miliona pendrive'ów skany starych zdjęć. Chór szkolny. A przecież tak niedawno to było, jeszcze bardzo nieśmiało robiliśmy plany na przyszłość - a już niektórych z nas zabrakło. I chyba nikt się w dziejach nie zapisał.







