Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2025

Czesław Czerniawski - Ballada o człowieku spokojnym

Przyniosłam z knihobudki w ramach nienazwanego jeszcze projektu czytania różnych staroci, których nikt w naszych czasach na oczy nie widział 😁 Po przeczytaniu wrzuciłam nazwisko autora do wyszukiwarki, a tu co się okazuje - pisał kryminały! Głównie marynistyczne, co nie wiem, czy by mnie nie zniechęciło do ich czytania, gdybym się na nie natknęła... ale że ta okoliczność do tej pory nie zaszła, to nie ma problemu.

Prawie pół wieku temu pisano na skrzydełku to i owo, a dziś Wikipedia podaje dodatkowo, że w 1983 roku wstąpił do nowego ZLP czyli tzw. neo-zlepu (no niech mu ziemia lekką będzie), że kochliwy był najwyraźniej, bo miał trzy żony oraz że zmarł w 1988 roku w Szczecinie.

A co, jeśli chodzi o Balladę o człowieku spokojnym? Film mi się przypomina, Niespotykanie spokojny człowiek, ale to nie ma nic wspólnego z powieścią, której akcja dzieje się w 1945 roku na Ziemiach Odzyskanych. Czy one tak na długo odzyskane, nie wiadomo i para ludzi kiedyś tam wywiezionych na roboty, a pochodząca z Kresów, nie bardzo wie, co ze sobą zrobić i gdzie się podziać, tym bardziej, że ona jest w zaawansowanej ciąży. Zdecydowali załadować trochę bambetli na furmankę i jechać "do Polski". Ale historia ciągle się dzieje (tu znowu przypominają się Sami swoi), niedobitki niemieckiej armii grasują po lasach i dokonują nawet egzekucji swoich, jeśli podejrzewają ich o pomoc ruskim lub Polakom. Nie znasz dnia ani godziny, a tu kobita zaczyna rodzić. 

Nie mam powodu zatrzymywać Ballady... w domu, choć nie było to złe. Ale myślę, że to rzecz dla tych co albo mają jeszcze dużo miejsca w biblioteczce albo interesują się tematyką: II wojna, powroty, Ziemie Odzyskane. Tu mam trzecie przypomnienie, że od dłuższego czasu marzy mi się powrót - do sagi niedoskonałej Nepomuckiej (tam też pojawia się ten temat), ale odkładam i odkładam, bo jak zacznę to wsiąknę na długo, to w końcu sześć tomów. 



Początek:

Koniec: 

Wyd. Pojezierze, Olsztyn 1977, 151 stron

Z knihobudki

Przeczytałam 16 października 2025 roku

 


Migawki ze spacerów. W ramach 3-godzinnego wyjścia imieninowego dwa razy chodziłam (a to w urzędzie a to w domu kultury) do toalety... hm to co będzie w zimie? 




Zwiedzałam cmentarz, a tam jeden pogrzeb się skończył, drugi trwał, przy okazji zobaczyłam, jakie udogodnienia teraz proponują zakłady pogrzebowe 😉



 Dzielny piechur, jak ja 😁


Najnowsze nabytki

czyli urobek z minionego tygodnia, z knihobudek rozmaitych, chyba pięciu, bo zlokalizowałam dwie nowe 😁

Srebrna odznaka jest do sprawdzenia, czy nie lepszy egzemplarz od mojego. Cztery sztuki z serii Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej: Baczyński do zamiany, Słowacki do sprawdzenia, czy jednak nie zostawić swojego, Kasprowicz nie wiem, czy mam, więc też do poszukania. Bakakaj na pewno do oddania, bo mój egzemplarz ma okładkę i stronę tytułową od Daniela Mroza, więc... Trzy cienkie to Kuroniowe przepisy. A w naszej budce objawił się też taki album na zdjęcia old fashion, żal było nie brać, bo mamy jakieś zdjęcia luzem, więc się je tam da. Album stary, ale nowy, dodam. Pamiętam, że mam gdzieś (gdzie?) te trójkąciki czarne do wklejania, przydadzą się 😁


Aha, i jeszcze taka lekturka obcojęzyczna. Ciekawa jestem, czy rozpoznacie język? Tak na pierwszy rzut oka kojarzyć się może z litewskim, nie?

 

We wtorek wybieramy się z bratem do Ojczastego. Co by tu sobie zabrać do czytania do pociungu? Może tego Raczkowskiego...


niedziela, 31 sierpnia 2025

Janina Balcerzak - Moje dwadzieścia lat



Przyniosłam kiedyś z knihobudki, a potem jeszcze drugi egzemplarz, w celu ewentualnego porównania i wymiany na lepszy, przy czym ten pierwszy nie wiem już, gdzie dałam 😁 Ale ponieważ tak się szczęśliwie złożyło, że wzięłam i przeczytałam, mogę ze spokojnym sumieniem oddać: tę przeczytaną teraz, a tę zaginioną po odnalezieniu. 

Właściwie kusiłoby, żeby zatrzymać, bo nie takie to złe, ale muszę przecież ze sobą walczyć, kurka wodna. Znaczy ze swoją łapczywością. Ileż można na tych pięćdziesięciu metrach. Jaka szkoda, że nie udało się kupić sąsiedniego mieszkania (co to chciałam namówić brata, ale Spółdzielnia na dzień dobry postawiła veto, że nie można wykonać otworu drzwiowego w łączącej nas ścianie nośnej). Taki miałam cudowny plan - ten sąsiedni pokój by się potem (znaczy, gdy już Ojczastego by tu nie było) zostawiło i urządziło dla nas - ileż regałów! - a pozostałe dwa, kuchnię i łazienkę wynajmowało, więc jeszcze z tego by dochodzik był, wyrównanie do emerytury 😁 Pomarzyć sobie można...

Póki co jednak zero miejsca na kolejny regał, a stosy na podłodze rosną. Znów przyjdzie podejmować damskie decyzje, co wydać. Stos z Pragi został szczęśliwie spisany, podobnie jak wszystkie dni opisane w zeszyciku, tyle zdołałam zdziałać. Teraz go tylko gdzieś upchnąć 🤣

A co Moje dwadzieścia lat? Opisała je - autobiograficznie - warszawianka, która spędziła kilka lat dzieciństwa u babki na wsi, pochodziła z robotniczej rodziny i rodzice, zajęci pracą, nie bardzo mieli możliwość zająć się dwójką dzieci. To zambrowskie dzieciństwo, choć biedne, pozostało w jej pamięci jako kraina wolności i gdy przyszło wracać do miasta, bo rodzice obawiali się, że nauka w wiejskiej szkółce spowoduje, że dziewczynki będą potem miały trudności w szkole średniej, Warszawa jawiła się Jance jako okropny moloch, bez miejsca do zabawy, za to pełen obcych ludzi i nieprzyjemnych nauczycieli. Po dwóch latach sytuacja uległa zmianie, bo rodzina przeprowadziła się z kamienicy w śródmieściu do osiedla na Kole, wybudowanego przez Towarzystwo Osiedli Robotniczych, które zadbało i o dzieci, organizując dla nich świetlicę. Tak zaczyna się edukacja również polityczna, Janka idzie kiedyś z kierowniczką na wywiad społeczny i po raz pierwszy styka się z prawdziwą biedą, z ludźmi mieszkającymi w norach. 

Gdy przeczytałam na skrzydełku "stała się członkiem ZWM i świadomym bojownikiem walki o wolność", byłam trochę zniechęcona, właściwie tylko okładka spowodowała, że książkę wzięłam do przeczytania. Ale przecież wiadomo, że byt określa świadomość i trudno się dziwić, że ktoś wyrastający w określonych warunkach nabrał takich, a nie innych przekonań. A co do walki o wolność - bo przecież wybucha wojna - to te dzieciaki ani nie wiedziały, czym się różniły rozmaite ugrupowania, każde prowadziło swoje konspiracyjne działania, bez koordynacji z innymi, tu GL, tu AK... trafiało się tam, skąd się pochodziło.

Może jednak sobie zostawię? 


Początek:


Koniec:


Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1976, 169 stron

Przeczytałam 29 sierpnia 2025 roku

 

Sprawa z zalaniami póki co utkwiła w miejscu. To znaczy Spółdzielnia ma (ponoć) ogłosić przetarg na wyczyszczenie pionu za pomocą specjalnego urządzenia o średnicy tegoż pionu - ono schodzi w dół zrywając wszystko, co się nagromadziło i osiadło (kamień) na ściankach rury. 

Tymczasem dosłownie przed chwilą zobaczyłam pana z firmy kanalizacyjnej pakującego manele do samochodu (a słyszałam dźwięki z pionu, co jest ZAWSZE niepokojące). Zapytałam przez okno, czy coś się dzieje nade mną. Tak, na VII piętrze, ale już zrobione. 

Niekończąca się historia. 

Za to pojawił się któregoś wieczoru pan z życzeniem sfotografowania i wymierzenia zalanych pomieszczeń, z ramienia ubezpieczyciela. Nie mojego, bo ja nigdy mieszkania nie ubezpieczałam, tylko Spółdzielni (przed wyjazdem do Pragi złożyłam wniosek). Zastanawiałyśmy się z córką, ile tego odszkodowania możemy dostać, córka stawiała na 200 zł, ja wyżej, na 500 😁 No co, nie mamy doświadczenia. W kilka dni po wizycie pana przyszła decyzja i pieniądze, ponad 3200 zł 😉 Mam nadzieję, że wystarczy - kiedyś - na remont pokoju, w którym aktualnie jest Ojczasty, a gdzie są piękne bąble na suficie etc. 

 

Któregoś dnia udało mi się wyskoczyć na 20-minutowy spacer i tak byłam tym faktem podniecona, że postanowiłam codziennie się na taki czyn zdobyć. Oczywiście pod telefonem i w najbliższej okolicy. Już następnego dnia zostałam w trybie pilnym wezwana do domu... Ale jednak swoje 20 minut odtrąbiłam, a czwartego dnia czyli wczoraj nawet pół godziny, wstępując na teren siłowni plenerowej i robiąc parę wymachów biodrami na twisterze 😂 Tak że może jakoś to będzie? 

Pilne wezwanie było w związku z kolejnym atakiem halucynacji Ojczastego, tym razem trwał...  TRZY dni! ja nie wiem, skąd stary człowiek (w teorii nad grobem) bierze te siły, ja ich nie mam. Po kompletnie nieprzespanej nocy myślałam, że już nie wydolę. Nie wiem, co na to sąsiadka, która śpi w pokoju nad Ojczastym, bo się z nią nie widziałam - on bardzo głośno (jak to głuchy) peroruje wtedy. O ile na co dzień się od niego nie doczekasz słowa, o tyle wówczas gada jak opętany. Proszę mnie zaprowadzić do taksówki, zrywa się z łóżka. Zaprowadzam dwa kroki i wracamy. Bardzo panu dziękuję. W środku nocy słyszę odpinany pas, ale nie widzę, żeby siadał do sikania, więc zrywam się przerażona - tak, ściągnął spodnie i pieluchomajtki i leży dalej. Przerażona, bo gdy był u brata, wykonał ten sam numer, po czym się zesikał w łóżku. W ostatniej chwili ratuję sytuację. Za królów to było, słyszę. 

I tak. Dałam mu w pewnym momencie, kompletnie już wyczerpana, dwie te silne tabletki plus jedną zwyczajową słabą - nic, zero, nul reakcji organizmu. Wybieram się do przychodni zamówić termin na wizytę, ale podejrzewam, że lekarka nic mocniejszego nie przepisze, że nawet nie może, że tylko psychiatra czy neurolog. Albo mu następnym razem dam od razu pięć (maksymalna dawka, piszą w ulotce) i niech się dzieje co chce. Kąpania oczywiście nie było, to już 12 dni, może jutro się uda, sąsiad ma wolne po niedzieli. 

Żyję nadzieją na dzisiejszy spacer po tym, jak się uspokoiło 😎 Miałam od 1 września wrócić do szkoły czyli do angielskiego, ale chyba nie mam siły ani głowy.

środa, 18 czerwca 2025

Lidia Winniczuk - Zawód, który nie sprawił zawodu

 

Nazwisko Lidia Winniczuk jest mi znane od szkolnych czasów, kiedy to w liceum zaczęłam się uczyć łaciny i najwyraźniej podręcznik szkolny mi nie wystarczał (jakiż on był zresztą beznadziejny!), skoro naciągnęłam rodzicielstwo na kolejny 😁 Poznajecie autora okładki? 

 
 

Książka Zawód, który nie sprawił zawodu trafiła do "mojej" budki z dostawy Szyszkodara. Ten Zbrucz wspomniany na okładce coś mi mówił i myślałam, że to mam, ale okazało się, że pomyliłam z Wzdłuż Wisły, Dniestru i Zbrucza Stanisława Grodziskiego 😂 Tak że - pierwszego tomu wspomnień Lidii Winniczuk nie mam, ale może się gdzieś kiedyś trafi.

 

Książka ma dedykację z 1993 roku. Prof. Marian Plezia też był filologiem klasycznym, a zmarł w 1996, więc oczywiście zastanawia mnie, czy dopiero teraz, po 30 latach, ktoś likwidował jego księgozbiór. 


Ciekawostka taka: między stronice książki była włożona karteczka, zapisana obustronnie przez autorkę, a wyjaśniająca, co jest na okładce. 



Wspomnienia czyta się gładko (choć trochę za dużo tu jest cytowanych prac uczennic, nawet z gazetki szkolnej). Ale przede wszystkim uderza pasja autorki, pasja filologa klasycznego i jednocześnie nauczyciela. Tak, zawód nauczyciela to było kiedyś powołanie. Poczucie misji. Nadal bywa, ale gorzej z szacunkiem dla tej profesji wśród społeczeństwa. 

Dla mnie jednak bardziej interesujące były sprawy osobiste i rodzinne. Gdy czytałam o tym, co się działo w bliższej i dalszej rodzinie, jak wyglądały stosunki autorki z rodzicami, znów chciało mi się płakać (wieczne wyrzuty sumienia, że nie umiałam dojść do ładu z mamą; inna sprawa, że wyszłam z domu na tyle wcześnie, iż w dorosłym życiu widywałyśmy się rzadko, głównie z okazji świąt, i nie było właściwie okazji do naprawienia relacji). To takie piękne, gdy żyje się z rodzicami tak blisko 💚 Lidia Winniczuk nigdy nie wyszła za mąż, nie założyła rodziny, nie wyprowadziła się z rodzinnego domu, twierdząc, że poślubiła pracę. 

 

Początek: 


Koniec:

Wyd. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1992, 208 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 14 czerwca 2025 roku
 


Pierwsza w życiu wyprzedaż garażowa za mną. Była w niedzielę od 10.00, ja stawiłam się już o 9.45 (bo chciałam jak najwcześniej wrócić i dać śniadanie Ojczastemu), byłam pierwsza, więc na dobry początek dla tej młodej pary sprzedającej MUSIAŁAM coś kupić 😂 Było dużo kartonów z książkami, ale nie starociami, które by mnie bardziej interesowały, tylko powieści z XXI wieku, tak że to olałam i w końcu wybrałam jedynie grubaśne tomiszcze Kuchnia polska. Ramki na zdjęcie za 2 zł nie mogłam nie wziąć 😉 a literki moje i córki na uj mi potrzebne, ale też wzięłam 🤣 Jeszcze nie wiem, co sobie w ten sposób oznaczymy. Tak że takie nabytki.


 

Open House ogłosiło przyszłoroczny termin, więc pędem rzuciłam się rezerwować hotel. Znaczy do tych sióstr z maja. I cóż - mój pokój nie był dostępny, ktoś mnie ubiegł. Będę więc w pokoju 4-osobowym, co oznacza, że będzie więcej miejsca na rozkładanie wszystkiego na łóżkach 🤣 Książek i w ogóle... Czy Wy też jesteście w stanie zagospodarować wszelkie powierzchnie płaskie?

Natomiast rezerwacja na sierpień - bo od razu chciałam - nie wypaliła. Jeszcze za wcześnie, pod koniec roku się zgłosić. Znowu będę się bała, że mnie ktoś ubiegnie.

Tak się nabuzowałam tymi rezerwacjami, że dziś spędziłam cały poranek w czeskim internecie, robiąc plany - na ten sierpień oczywiście. I odkrywając miejsca, gdzie byłam dosłownie o parę metrów, ale jako że nie wiedziałam, że czegoś tam mam szukać, to i nie szukałam 😁 Cały ten poranek zaowocował... jedną zaplanowaną wyprawą. Czasem mam wrażenie, że dłużej się planuje niż potem trwa wyjście 😂


wtorek, 10 czerwca 2025

Kazimierz Piechowski - Byłem numerem... historie z Auschwitz

Z knihobudki, ale zastanawiam się, czy zatrzymam. Niby nic nowego, to są tematy przecież opisane tyle razy... ale ciągle tak trudne, tak ciężkie... 

W tym przypadku nie wiem, dlaczego książka figuruje pod jednym nazwiskiem, skoro to wspomnienia trzech osób, trzech numerów. Druga to Eugenia Bożena Kaczyńska (nr 45887), a trzecia to Michał Ziółkowski (nr 1055). Ze wspomnień pani Kaczyńskiej interesujący jest opis wyjazdu po wyzwoleniu z Czerwonym Krzyżem do Szwecji: jak są witane, jak piją kakao z porcelanowych filiżanek, jak przed kąpielą (pierwszą prawdziwą kąpielą od lat) nie chcą oddać swych obozowych skarbów, brudnej szmaty, kromki suchego chleba. Jak dostają kieszonkowe i każda z nich idzie do sklepu kupić bochenek chleba, który potem schowa pod poduszkę.

Jakże to cudownie iść ulicą, nieść chleb i ukradkiem skubać jego pachnącą skórkę. 

Wcześniej byłe więźniarki dostały paczki żywnościowe i oczywiście nie umiały się powstrzymać przed zjedzeniem wszystkiego, co część z nich przypłaciła śmiercią.  

Kiedyś czytałam Leviego i przy tej okazji w komentarzach padło kilka innych propozycji lektur obozowych. Między innymi Moja winnica, którą mam i ciągle jeszcze nie czytałam. 


Początek: 

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2004, 286 stron

Z knihobudki (jednak odnoszę, nie zatrzymuję)

Przeczytałam 8 czerwca 2025 roku
 

 

Odchodząc od ciężkich tematów do lżejszych.

Oczywiście gdy zrobiłam PLAN, że obejrzę tych dwadzieścia parę filmów polecanych w książce Filmy na życie, zaraz zaczęło mnie gryźć, że dlaczego ja muszę, skoro chciałabym teraz coś innego zobaczyć 🤣 Na YT mam zapisanych trochę filmów radzieckich, które mi się przypadkowo (akurat!) wyświetliły, no i dawaj, ja chcę teraz ruskie. Sowieckie, konkretnie. No i dzień po dniu obejrzałam trzy filmy, które oczywiście mam na płytkach, ale kto się do nich dostanie w obecnej sytuacji? Mówię, że oczywiście, bo - wspominałam chyba kiedyś - miałam fazę i nazbierałam ich wtedy jakieś cztery i pół tysiąca 😂 

Gdybym kiedyś miała sporządzić listę powiedzmy stu najulubieńszych filmów, to myślę, że spory procent pochodziłby właśnie z ZSRR. Ale jak mówiłam ostatnio do Psiapsióły z Daleka - wielki kraj, to i wielką ilość filmów co roku produkował (zwłaszcza, że film najważniejszą ze sztuk), więc statystycznie było i więcej takich udanych, zapadających w serce. 

Psiapsióła zresztą guzik o tym wie, bo chyba jedyny film radziecki, jaki widziała, to "Moskwa nie wierzy łzom", zgwałciłam ją kiedyś, żebyśmy wspólnie obejrzały, co oczywiście było męką - tłumaczenie a' vista z jednego języka na drugi - ale czego się nie robi dla uświadomienia ludzi, że fajne 😉 

Więc najpierw Liubimaja żenszczina mechanika Gawriłowa, z fantastyczną Ludmiłą Gurczenko. Bohaterka wystrojona czeka z przyjaciółmi przed urzędem na Gawriłowa, za którego będzie wychodzić za mąż - wreszcie spotkała na swej drodze Człowieka. Ale Gawriłow się nie pojawia. Przyjaciele w końcu się rozchodzą, ale Rita nie daje za wygraną, ona przecież w Gawriłowa wierzy... 

 


Po siemiejnym obstajatielstwam (polski tytuł - Wojny domowe), tu z kolei główną bohaterkę gra Galina Polskich - córka wyszła za mąż, a zięć, z którym przyszło zamieszkać, niekoniecznie przypadł do gustu teściowej. Dopiero, gdy sama znajdzie się w podobnej sytuacji - zamieszka z nowym mężem i jego energiczną matką - zacznie chwytać, w czym rzecz. 

 

 

Trzeci film to Wremia dla razmyszlenij, z Oscarową parą: Władimir Mienszew i Wiera Alentowa. Ala rozwodzi się z mężem i planuje ślub z Igorem. Problemem wydaje się być synek Ali, który według tej histeryczki (absurdalnie zarzucającej rodzinie byłego męża próby odebrania dziecka matce) powinien zostać usynowiony przez nowego męża, a jego prawdziwy ojciec powinien się go zrzec. Jednakże Igor odkrywa, że poza charakterem Ali stoi coś jeszcze: ona chyba ciągle kocha byłego męża, w każdym razie jest o niego zazdrosna. Czy można zapomnieć o wspólnie spędzonych dziesięciu latach? Tytułowy czas na przemyślenie to miesiąc, który należy odczekać przed zawarciem ślubu po złożeniu w urzędzie papierów.

 


wtorek, 5 listopada 2024

Krzysztof Tomaszewski - Jeden z miliona

Autora nie znam, nie wiem, czy jeszcze coś popełnił oprócz tej książeczki, najprawdopodobniej osnutej na wątkach autobiograficznych. Mogłoby być ciekawe - trudne biedne życie matki i syna, przed wojną i w trakcie, a po wojnie (matka umiera w czasie Powstania Warszawskiego) już sieroce błąkanie się Andrzeja. Ale napisane dość nieporadnie, a przede wszystkim bardzo chaotycznie, to naprawdę robi złe wrażenie. 

Takich sierot jak ty jest dziś w Polsce milion - mówi do bohatera urzędniczka, gdy chłopiec stara się dostać do jakiegoś zakładu. Mamy tu losy jednego z miliona. Gdy w pewnym momencie była mowa o dzieciach mieszkających w ruinach, przypomniała mi się książka Rudnickiej Chłopcy ze Starówki - o wiele lepsza.


Początek:

Koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1980, 150 stron

Z knihobudki (wzięłam i oddaję)

Przeczytałam 3 listopada 2024 roku


Skoro już o książkach dla dzieci i młodzieży, to chciałabym wspomnieć o Zacofanym w lekturze, który prowadzi Biuro Książek Zaginionych. Najpierw pierwsza edycja, teraz druga. Jeśli szukacie tytułu książki z dzieciństwa, warto tam zajrzeć.

Wyświetliło mi się na FB zdjęcie sprzed 5 lat. Pięć lat, a taka różnica... Tośmy były prawdopodobnie na Wszystkich Świętych w Dżendżejowie, a potem córka się z nas śmiała, że niedaleko pada jabłko od jabłonia 😂

Dziś, cóż. Ani gazety, ani książki (a pomyśleć, że gdy tu się przeniósł przed 17 miesiącami, zaprowadziłam hasztag Lektury Ojczastego), ani ubranie... Życie w łóżku i piżamie. Dziś ma przyjechać brat, zawsze wtedy idziemy na spacer, więc jedyna okazja do ubrania się - ale dziś nie wiem, według mnie jest za zimno dla kogoś, kto siedzi nieruchomo na wózku. Ech, szkoda, że nie mamy balkonu, zawsze mógłby na parę minut się wywerandować.
 

Sobota: 7.483 kroki - 4,8 km

Niedziela: 5.337 kroków - 2,7 km

Poniedziałek: 17.579 kroków - 10 km

Tak, wczoraj trochę pochodziłam 😁 Albowiem: jest problem, zwłaszcza gdy się zrobiło zimno, że zaraz chce mi się sikać - i wczoraj w połowie przebieżki przypomniałam sobie, że w Pradze w takich przypadkach idę do urzędu albo przychodni, co tam znajdę po drodze. Więc tutaj też przecież mogę. Nawiedziłam przychodnię pełną ludzi czekających do kardiologa i szczęśliwa (że ja nie muszę) wyszłam z cichej klozetki, żeby kontynuować marsz. Lubię zaglądać w okna, a w porze, gdy już się ściemnia, ludzie często zapalają światło, ale jeszcze nie zasłaniają okien, więc można się pogapić, przynajmniej do tych na parterze 😁 

O tym, że przywlokłam do domu OSIEM książek, nie ma co wspominać 🤣 Naprawdę do przeczytania i oddania 😁

 

niedziela, 9 czerwca 2024

Kornel Filipowicz - Pamiętnik antybohatera

Przyniosłam ze Śmieciarki w marcu. Kontrolnie, żeby w domu sprawdzić, czy przypadkiem nie ma tego w takim tomie opowiadań Filipowicza, który kiedyś znalazłam w Taniej Jatce. Nie było, a w dodatku tu taka super okładka, autorstwa wiadomo czyjego - nie, nie powiem jednak od razu, będzie w stopce, bo może pokusi się ktoś zgadywać 😁

Książeczka jest drobnych rozmiarów i nawet zastanawiałam się, czy nie należy jej zakwalifikować do opowiadań, ale w bibliotece jest ujęta jako powieść. O, a na Wikipedii również.

Jest fascynująca, bo bohater jest wszystkim tym, czym Polak nie powinien być, przede wszystkim antypatriotą. Gdy wybucha wojna, cieszy się, że był zwolniony z wojska z powodu słabego wzroku (dzięki temu nie brał udziału w "awanturze wrześniowej") i przygląda się z pogardą żołnierzom prowadzonym przez Niemców do niewoli, no bo jak oni wyglądają teraz w obszarpanych mundurach - zresztą dla przegranych zawsze rezerwuje pogardę, tak samo będzie w przypadku Niemców, gdy wojna się skończy (kopie po wielekroć trupa, który zatarasował mu drogę do piwnicy).

Tak naprawdę jednak pojęcia jak patriotyzm, miłość do ojczyzny etc. w ogóle dla niego nie istnieją ("on nie ma przekonań"), chodzi tylko o uratowanie własnego życia. W tym celu można pracować dla Niemców, a gdy dzieci dozorcy zaczną go wyzywać od volksdojczów, można przekupić znajomego oficera, żeby aresztował i przetrzymał w więzieniu tegoż dozorcę (powód się zawsze znajdzie), a potem "użyć znajomości", by go uwolnić - i już zyskuje się dobry argument na przyszłość: współpracował z Niemcami, żeby ratować Polaków; wszak trzeba myśleć trochę do przodu i przewidywać.  

Bohater robi wszystko, żebyśmy pomyśleli no jak tak można. A przecież: czy każdy musi być bohaterem? Czy zachowanie życia, które mamy tylko jedno, nie jest wystarczającym powodem, by unikać wszelkich zagrożeń? 

Jestem bardzo ciekawa, jakie wrażenie zrobiła ta krótka powieść w momencie wydania w 1961 roku. Czy był to kij w mrowisko, bo przecież my Polacy walczymy zawsze o przegraną sprawę? Czy też była raczej litościwie przemilczana, żeby nie musieć opowiadać się po żadnej stronie? 

Początek:


Koniec:

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1961, 94 strony

Okładka: Kazimierz Mikulski

Z własnej półki

Przeczytałam 8 czerwca 2024 roku


Z frontu chorowania

W czwartek wieczorem pojechałam znów na opiekę nocną i co prawda lekarka dalej nie stwierdziła, żeby było coś słychać w płucach czy oskrzelach, ale zasugerowała, że to może być krztusiec.

I, o mamma mia, przypomniałam sobie, że przecież wiele razy słyszałam w czeskich wiadomościach, iż mają tam epidemię krztuśca! Nosz kurde, przywiozłam sobie souvenir! 

W celu diagnozy należy jednak wykonać badanie krwi, toteż w piątek przed pracą poszłam do przychodni pytać, czy nie dałoby się mnie wcisnąć do pani doktor w poniedziałek. Nie, ale mam zapytać, czy mnie nie przyjmie dziś. Więc antyszambrowanie, ale w końcu przyjęła, dała antybiotyk i skierowanie na tę krew. Przy czym twierdzi, że ona coś słyszy po prawej stronie...

No dobra, teraz jest taki gryplan, że w poniedziałek rano idę dać sobie upuścić tej krwi, a w środę mam być na kontroli z wynikami, więc o szóstej rano w kolejkę po numerek, bo zarejestrować mnie już teraz na podstawie adnotacji pani doktor NIEDASIE.

Ja wiedziałam, że ten ostatni miesiąc w pracy będzie najgorszy, ale myślałam, że dlatego, bo już się nie będzie chciało. Tymczasem muszę tu kombinować, jak pogodzić wymogi służby zdrowia (która już nie jest służbą) z wymogami pracowniczymi.

Nic mi się nie chce, słabam. A jak poczytałam o komplikacjach krztuścowych, to już słabam jak kot. Jeśli Ojczasty się zarazi, to będzie kanał absolutny. Owszem, kaszle. 

Powiem tak: generalnie nie podoba mi się pomysł, żeby iść na emeryturę i sobie od razu głupio umrzeć. Ofiara Pragi.



wtorek, 9 stycznia 2024

Adam Wysocki - Kokino kłamie


Hura!!!!!

Nic mi się nie chce ostatnimi czasy, śpiąca jakaś jestem i w ogóle, ale właśnie przeczytałam, że policja weszła do Belwederu i zatrzymała Flipa i Flapa!* No, to mnie postawiło na nogi 😂 

Poza tym donoszę, iż dzielnie donoszę - książki do moich trzech budek. I zauważyłam, że znikają w mgnieniu oka, co jest o tyle dziwne, że na przykład były tam pozycje w językach obcych albo jakieś dyrdymały polonistyczne z rozbieraniem na dziesięcioro różnych staroci... Dziwne dlatego, że ponoć za makulaturę już nie płacą (mówił mi Szyszkodar). Może być tak, że bezdomni zabierają na ognisko. Bo jakoś mi się nie chce wierzyć, że w przeciągu 24 godzin znalazły te knigi amatorów czytania 😁

Ja również nie będę amatorką Tygrysów i tego jednego jedynego, którego przeczytałam, też wydam do budki 😂 Kokino kłamie to historia szpiegowska z Gdańska jeszcze sprzed wybuchu wojny, ale nieporadnie napisane, widać wyraźnie, że autor zaczerpnął garść informacji z pamiętników jakiegoś tam Niemca z wywiadu (zdążyłam już zapomnieć, kogo) i resztę sobie dośpiewał w stylu Stawki większej niż życie. W ogóle to dziwię się, żeśmy tę wojnę przegrali (w sensie września i kilku lat potem ), skoro mieliśmy takich asów na podorędziu. Cóż, autor w ostatnim zdaniu znalazł rozwiązanie zagadki 😉

Walka na cichym froncie trwała jednak nadal...

Początek:

Koniec:
 

Nie wiem, czy to było w zwyczaju Tygrysów czy wyjątkowo w tej książeczce, gdzie mowa o 10-leciu serii - na końcu jest krzyżówka. Zostawiam jednak jej rozwiązanie następnemu czytelnikowi 😁

Wyd. MON, Warszawa 1967, 101 stron

Nakład: 240 tys. 

W ciągu 10 lat ukazało się 200 tomików w nakładzie 27 milionów egzemplarzy. Pierwszy, w 1957 roku, był Wielki dzień Dywizjonu 303 B.Arcta.

Z własnej półki

Przeczytałam 3 stycznia 2024 roku

 

*Oczywiście ciągle jeszcze mogą zostać znowu ułaskawieni...


czwartek, 27 kwietnia 2023

Dziennik Anny Frank

 

Książkę mam od bardzo dawna, ale przeczytałam dopiero teraz. I byłam pod wrażeniem. Dojrzałości tej dziewczynki, również jej polotu literackiego, ale przede wszystkim tego, jak można żyć - i to przez długi czas - niejako w oku cyklonu. Pozornie cisza, spokój (omijając drobne sprzeczki czy awanturki, których nie sposób uniknąć, żyjąc w osiem osób na ciasnej przestrzeni i bezustannie z sobą obcując), a przecież ciągle ze świadomością, że śmierć czyha w każdej chwili. A mimo to próbując normalnie żyć, uczyć się, pracować, kochać, czasem nienawidzić. Gdy rodzice urządzają sceny dzieciom za czytanie nieodpowiednich dla ich wieku książek, zastanawiasz się, dlaczego? Jaki to ma sens? Przecież i tak wszyscy umrą, więc po co się kłócić o nieistotne drobiazgi. 

Ale czy całe nasze życie nie jest podobne do życia rodziny Frank gdzieś tam w oficynie? My też nie wiemy, ile nam czasu pozostało i kiedy śmierć nas zgarnie, może w jednej chwili. Marnujemy dni, miesiące, lata na sprawy, które porzucilibyśmy bez wahania, gdyby ktoś nam powiedział - masz przed sobą jeszcze tydzień. I koniec.

Tymczasem żyj tak, jak by to był ostatni dzień twego życia, mówią. Potrafilibyście? Ja nie. Człowiek się zawsze karmi nadzieją, tak jak Anna Frank, mimo momentów zniechęcenia, jednak wierzyła w przyszłość.

Początek:

Koniec:

Przyszłości jednak nie było.

Poprzednia właścicielka (książka kupiona w antykwariacie) - Pietrzakowa bez imienia.


Wyd. PIW Warszawa 1960, 287 stron

Tytuł oryginalny: Het Achterhuis

Przełożyła (z niemieckiego): Zofia Jaremko-Pytowska

Z własnej półki (kupione 9 stycznia 1985 roku za 80 zł)

Przeczytałam 19 kwietnia 2023 roku

 

NAJNOWSZE NABYTKI

Wczoraj wieczorem pojechałam odebrać ze Śmieciarki słowniki. Myślałam, że ten francuski jest dwa razy większy od egzemplarza, który posiadam jeszcze z licealnych czasów. Tymczasem w domu, przy porównaniu, okazało się, że owszem, dwa razy większy, ale gabarytowo - haseł ma tyle samo (50 tys.) i tych samych autorów - nowsze wydanie po prostu (z 1993, podczas gdy tamto z 1977 - Ojczasty mi kupił, gdy zaczęłam się uczyć francuskiego w liceum).

Słownik japoński przeglądałam w tramwaju i faktycznie hige to broda lub wąsy, a watashi to ja. Wszystko się zgadza! Córka już dostała prikaz, żeby jutro zanieść na półkę w Jordanówce ten mój stary francuski słownik (ma mniejszą czcionkę, więc wybór, który zachować, był prosty), więc sami widzicie, że staram się, żeby jak najmniej książek przybywało 😁

Pojechałam też w inne miejsce wyfasować kilka książeczek dla dzieci, wiecie po co 🤣 Na tegoroczną Pragę jestem już zabezpieczona!

Ale wróciłam do domu o 22.00, a skończyło się tak, że w ogóle nie mogłam zasnąć. Raz, że nie pierwszy raz się przekonuję, że nie mogę późno wracać (między innymi z tego powodu nie kupiłam na maj żadnego biletu do teatru w Pradze). A dwa - te emocje okołoprzeprowadzkowe et caetera...

Wspólnie z bratem wymodziliśmy memorandum dla Ojczastego, wyliczając wszystkie zalety (i skrzętnie omijając wady) jego przeprowadzki do Krakowa. Ponoć już był bardziej ustępliwy. Więc ja, zamiast spać, kombinowała, co gdzie przestawić, gdzie powiesić jakieś zasłony, żeby córka mogła uprawiać swój nocny żywot nikomu nie przeszkadzając i takie tam. W rezultacie zasnęłam po czwartej nad ranem, a budzik zadzwonił o wpół do siódmej. Mało zabawne.

Tak że ten - idę chyba zaraz do łóżka.

Zostawiam Was z:

a/ kartką, którą znalazłam w jednej z szuflad w Dżendżejowie, niewątpliwie jest mojej produkcji, tylko nie wiem, czy dla brata (mieszkał jakiś czas z rodzicami) czy dla Ojczastego

b/ kolejnym japońskim profilem na You Tube - Kurashi no koto. Oczy mi się już tak kleją, że nie mam siły szukać w tym japońskim słowniku, co to znaczy 😉

 

Ten szklany czajnik przypomniał mi, że ja kiedyś miałam coś podobnego, pamiętam wręcz garnek szklany - co się z tym stało? Może jest w piwnicy? Nie mogę się doprosić ojca mojej córki, żeby tam zrobić dokumentny porządek, a nie tylko powynosić trochę bambetli z brzegu...

A' propos bambetli - od Koleo dostałam informację, że wprowadziło usługę Bambetle Plus 😂 Wy wsiadacie do pociągu byle jakiego, a Koleo odbiera wasze bambetle spod wskazanego adresu, a następnie dostarcza je, dokąd chcecie. Jeśli chcecie skorzystać i podróżować jak pańcia - tutaj więcej informacji.