Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2026

Marcel Proust - W stronę Swanna

Minęło 15 lat od poprzedniej próby, kiedy miałam nadzieję, że tym razem dotrę do końca. No nie wyszło 😁 A więc kolejne podejście. Chyba już czas, jeśli w ogóle chcę zdążyć...

Ale czemuż tak brudny i poszarpany egzemplarz? Pewnie dlatego, że najczęściej brany do ręki. Całość pochodzi z domu i Ojczasty - tak, on przeczytał wszystko, o czym świadczą choćby jego notatki ołówkiem w ostatnim tomie. Nie każdy jednak ma ten luksus, żeby przyjść z pracy, zjeść podsunięty pod nos obiad i położyć się z książką 😉 Tym razem jednak ja luksus mam (nie chodząc do pracy), więc DO DZIEŁA!  

Ale widzicie te trzy ostatnie tomy, jakie dumne, blade i (w miarę) czyste? Te miały tylko jednego czytelnika, ja nigdy do nich nie dotarłam 😁

Pierwszy tom czyli W stronę Swanna ma trzy części, jak widać poniżej. 

Moja ulubiona - może dlatego, że tyle razy czytana - to Combray czyli (fikcyjna) miejscowość, gdzie narrator z rodzicami jeździł w Wielkim Tygodniu czy na wakacje. Opisy ich codziennego tam życia, ciotki Leonii spędzającej życie w łóżku, jej służącej Franciszki, niektórych sąsiadów, spacerów w stronę Swanna i w stronę Guermantes, tortur, jakie przeżywał bohater musząc rozstać się wieczorem z matką i iść spać (których niezamierzonym sprawcą był właśnie przyjaciel rodziny Swann przychodząc z wizytą). Te wspomnienia wywołuje scena z maczaniem ciastka w herbacie - słynnej magdalenki.

Początek: 


Koniec:

 

Część druga czyli Miłość Swanna to cofnięcie się w czasie do momentu poznania przez Swanna kobiety z półświatka, Odety de Crécy, i jego kilka lat trwającej wielkiej miłości - rozłożenie na czynniki pierwsze tego uczucia, jak również towarzyszącej mu zazdrości. Tu też pojawia się paczka Verdurinów i motyw muzyczny - sonata Vinteuila będąca tłem historii. Wszystko to jest jakby uwerturą do dalszych losów bohaterów.

Początek: 


Koniec:

 

Część trzecia czyli Imiona miejscowości: Imię jest najkrótsza. Tym razem akcja toczy się w Paryżu, gdzie narrator podczas przechadzek ze służącą Franciszką po Polach Elizejskich spotyka po raz drugi Gilbertę, córkę Swanna - jej fascynacji uległ już w Combray, gdy widział ją w parku posiadłości Swanna. 

Początek: 


Koniec:


Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, 509 stron

Tytuł oryginału: Du côté de chez Swann

Przełożył: Tadeusz Żeleński-Boy

Z własnej półki

Przeczytałam 3 października 2026 roku 

 

Żeby podkręcić bębenka fanom pustej ściany - wczoraj specjalnie polowałam na blaski i cienie 😁

W nadchodzącym tygodniu chyba nie uda się powiesić mapy, pan ma wrócić z urlopu w czwartek, ale wtedy ja mam termin tej nieszczęsnej mammografii, a co będzie w piątek, to jeszcze nie wiadomo. A to nie jest robótka na 5 minut, bo ma jeszcze wieszać ze cztery rzeczy, w tym dwie to borowanie w suficie.


W związku z naliczeniem mi we wrześniu stówki opłaty za kartę wpadłam na genialny pomysł: ponieważ żeby uniknąć tej opłaty należy zapłacić kartą tysiaka miesięcznie (a tyle obecnie przecież nie wydaję) - będę nią robić opłaty i wtedy pięknie styknie. Ach, już się cieszyłam i nadszedł pierwszy dzień października, melduję się na stronie banku, chcę zapłacić za gaz... całe szczęście, że w ostatniej chwili zauważyłam na dole 6 zł opłaty przy wyborze karty jako źródła zapłaty! Nie taki głupi ten bank i nie kijem go, to pałką 🤣 No cóż. 


Mając ochotę jednocześnie na kryminał i coś po francusku obejrzałam film z 1944 roku Cécile est morte, wiedząc, że to Maigret. Ku memu zdumieniu okazało się, że książka Simenona, według której film nakręcono, nosi dokładnie taki tytuł. Nigdy w życiu nie słyszałam... za to pamiętam tę fabułę, że Maigreta nachodzi młoda kobieta twierdząc, że w nocy ktoś bywa w mieszkaniu, że przestawia meble etc. A potem ta kobieta ginie. Czyli czytałam. No i jak to. Wikipedia podaje, że wyszła w zbiorze Maigret revient - ale ja takiego nie mam. Jedyne wytłumaczenie to, że czytałam daaaawno temu pożyczone z biblioteki Instytutu Francuskiego, ale pamiętałabym? Hm. 

W związku z tym jednakże kolejne Zadanie Bojowe - wypisać, których Maigretów jeszcze NIE czytałam. Ciężka praca 😁 A przy tym nietknięta ta poprzednia czyli lista Doncowych. Ja poproszę w prezencie imieninowym tak dodatkowe ćwierć wieku na różne drobiazgi. Nie chcę, żeby ktoś za mnie zrobił, sama będę, tylko czasu mi dajcie!

Sam film mnie dość zdziwił, bo taka komedyjka* z niego zrobiona, jakoś mi to do Maigreta nie pasuje, karykaturalne to wszystko, no ale co, mimo wszystko fajnie obejrzeć stary czarno-biały francuski film. Gdyby ktoś też chciał, to proszbardzo, ja oglądałam z napisami francuskimi, ale są i angielskie (nr 1) i rosyjskie. 



* konsjerżka taka zabawna, alkoholiczka... właśnie wczoraj rozmawiałyśmy z córką o tym, że mieszkając na parterze mogłybyśmy być nie dozorczynią, tylko konsjerżką właśnie, po 22.00 zamykać bramę i otwierać jedynie po wręczeniu nam napiwku 😂 Córka siedzi po nocach, to żaden problem, tylko ja bym musiała jakieś czopki do uszu wkładać. I pocztę byśmy wszystkim odbierały (i przeglądały) 🤣🤣😂

sobota, 9 maja 2026

Patrick Modiano - Rue des Boutiques Obscures


To jest jedna z dwóch książek po francusku, które uwielbiam nad życie i których bym nie oddała. No bo dobrze, jeszcze Maigrety lubię czytać, ale to co innego, nie wracam do nich z takim uczuciem rozkoszy, jak do Ulicy Ciemnych sklepików 😉 Ciekawa jestem, czy byście zgadli, jaka jest ta druga... ale to zbyt trudne chyba.
 


Moja historia z tą książką jest już długa. Czytałam bardzo dawno temu pożyczoną z Instytutu Francuskiego. Potem przeczytałam po polsku (choć unikam takich operacji), no bo była akurat w bibliotece. I narzekałam, że bym chciała wrócić do wersji oryginalnej, więc mi czytelniczka podpowiedziała, żeby poszukać w bibliotece na Rajskiej. I była tam. A gdy już ją znowu czytałam, doszłam do wniosku, że tak dalej być nie może, muszę mieć swoją i zamówiłam w księgarni francuskiej. Po czym - zapomniałam 🤣 W sensie takim, że teraz dopiero czytałam swój egzemplarz pierwszy raz. Po sześciu latach. I nadal UWIELBIAM.

Jak kiedyś pisałam:

Jest tam wszystko, co kocham w powieści - tajemnica, detektywistyczne próby rozwikłania zagadki, nieprzeniknioność naszego życia, niepewność, romantyka, ale nie przesłodzona, melancholia, powolne odkrywanie własnego ja... 

Początek:


Koniec:

Ostatnia strona polskiego tłumaczenia:


 

Wyd. Gallimard 2019, 250 stron

Seria: Collection FOLIO 

Z własnej półki

Przeczytałam 7 maja 2026 roku



Czas biegnie jednocześnie szybko i powoli. Dzień mija za dniem - tak na niczym, powiedziałabym. Przed wyjazdem (choć to jeszcze dziesięć dni przecież) nie umiem ani się skupić na czymś ani niczego zaplanować. Poza samym wyjazdem oczywiście. 

Z domowych spraw: pojechałam do Leroy Merlin, bo przyszedł SMS, że są do odbioru zamówione opaski, te do futryn w łazience i toalecie, do wymiany po zalaniu. Ale jak mi Pan Malarz zaczął kiedyś wyliczać, jaka to będzie robota i ile to będzie kosztować, to mi się odechciało wszystkiego i jednak postanowiłam odłożyć sprawę na później (czyli na świętego Nigdy...). Więc opaski odebrałam NA magazynie (jak to mawiają), a w parę minut później zwróciłam je NA sklepie 😂 Faktem jest, że tak czy siak, były inne niż te, które mam w domu i nie mam pojęcia, jak by to wyglądało po zamontowaniu, pewnie różnica rzucałaby się bardzo (albo mniej bardzo) w oczy - i to przecież zaraz na wejściu. 

Druga wyprawa była do Castoramy, gdzie oddałam wsporniki nie pasujące do szyn i prawie prawie pogodziłam się z myślą, że nie będę już miała trzech dodatkowych półek. A wieczorem nagle TADAM! Przecież wystarczy dokupić dwie nowe szyny (czyli z tymi innymi otworami) i przykręcić je w górnej części między starymi!

Czyli czeka mnie ponowna wycieczka do sklepu, żeby kupić dwie szyny i z powrotem te sześć wsporników 🤣 Tak się przejęłam tą myślą, że znów nie mogłam usnąć w nocy 😂

Niestety trzeba będzie zawołać gościa ze spółdzielni, żeby mi przyszedł to przykręcić i ta myśl wystarczyła, żeby odłożyć całość operacji na czerwiec... Całość, bo skoro będzie wiercił, to przecież czeka w piwnicy ten straponten kupiony jeszcze za Ojczastego, który chcę przymocować koło drzwi wejściowych, żeby móc wygodnie przysiąść do zakładania butów. A może by jednak zrobić to w przyszłym tygodniu i mieć z głowy? No tak, teraz się będę bić z myślami... tak by się chciało poprokrastynować 🤣

Z filmów:

- obejrzeliśmy z Frankiem film Marlina. Zbrodnia w czterech aktach z 2017 roku. 


Opis na "mojej" stronce był następujący: 

After encountering a group of bandits with plans to rape and steal from her, a young widow ventures into the wilderness in search of justice.  

Zaczęłam oglądać i kurka wodna nie rozumiem: kiedy to się dzieje i gdzie, jakim oni językiem mówią. W końcu poszukałam na Filmwebie - Indonezja! I to dziś! W sumie nie wiem, czy widziałam już wcześniej jakiś film indonezyjski... Ten został ochrzczony mianem spaghetti westernu i faktycznie jest w nim ten klimat, są wspaniałe pejzaże, jest muzyka. Ale jest też mnóstwo przemocy i życie kobiet niewyobrażalne dla nas, Europejek w XXI wieku. Dla chętnych - link.

- dalej był film fiński Perhoset (tytuł angielski Butterflies) z 2024 roku. Polskiego tytułu brak. Mój słownik fiński podaje, że perhonen to motyl, więc zgadza się, widać taka ich liczba mnoga 😎

Bohaterka Siiri pracuje jako asystentka ministerialna i dwoi się i troi, żeby móc pojechać ze swoją przełożoną do Brukseli czy gdzie tam, już zdążyłam zapomnieć. Na służbowym wyjeździe spotyka swego ojca-nieudacznika, który jest na progu bankructwa, ale oczywiście się do tego nie przyznaje, mimo że mieszka w samochodzie. Niby to komedia, ale smutna - choć z happy endem. O tym, co jest w życiu ważne, o trudnych relacjach między dziećmi i rodzicami, o wyborach życiowych. Nie takie złe. Link - tu. Ale ale! Napisy tylko angielskie! Tak że obejrzałam kolejny film po angielsku, dzielna ja.

- następny z mojej stronki to Mój stryj Jens z 2025, tym razem norweski. Trochę tak norwesko-irański.


Franek też jest imigrantem, więc oglądał z zainteresowaniem. Bowiem w mieszkaniu spokojnego nauczyciela w Oslo, współdzielonym z innymi młodymi ludźmi, pojawia się niezapowiedzianie stryj z Kurdystanu. Akam go nawet nie znał. Stryj Jens raczej nie uznaje norweskich porządków (nie ma bidetu w łazience!?) i zwyczajów, ale zadomawia się i nawet po trosze zaprzyjaźnia ze współlokatorami Akama, choć ci nie mogą pojąć, jak można przyjechać bez zaproszenia i siedzieć... Akam jednak odkrywa, że stryj nie pojawił się u niego prosto z lotniska i że jest tu wielki problem z wizą i dokumentami. Nawiązuje znajomość z dziewczyną pracującą w urzędzie d/s imigracji i jeszcze nie wie, jak to pojawienie się stryja zmieni jego życie. Niby nic specjalnego, ale warto zerknąć, sympatyczne - tu. 

- obejrzeliśmy też na Arte.tv w ostatniej chwili Stromboli. Ziemia bogów Rosselliniego, ale już go tam nie ma...
 


A potem dokument o Gorbaczowie, który jeszcze jest, ale tylko do wtorku. Rozmowy z ostatniego roku życia.

Teraz w związku z wyjazdem nadrabiam filmy, którym kończy się dostępność w maju. Franek nie chciał ze mną oglądać francuskiego W górę serca z 1999 roku, bo mówi, że nie będzie się dołował (dziewczyna w ciąży dowiaduje się, że ma raka piersi i za wszelką cenę chce uratować to dziecko). Mnie temat akurat bliski, bo koleżanka z pracy miała we wtorek operację - oszczędzającą, bo wycięli jej z piersi dwa guzy - i miejmy nadzieję, że na tym się skończy. 

poniedziałek, 4 maja 2026

Modiano, Sempé - Katarzyna

Porządki w książkach, tych leżących w stosach, do zdecydowania, czy zostawić czy wynieść. Córka to kiedyś przyniosła z knihobudki, nie spodobało jej się i odłożyła do wydania. A ja wzięłam do przeczytania w ramach oddechu od pewnej powieści sensacyjnej, którą męczę od paru dni i chyba nie zmęczę, ale o niej może następnym razem.

Więc wzięłam do łóżka tę Katarzynę, zaczynam czytać i - o rany, to jest napisane dokładnie w stylu Patricka Modiano! Więc zachwyt! Więc przeczytanie za jednym zamachem! Zresztą to mała książeczka.

Po ostatniej stronie zamykam tomik, patrzę jeszcze na tylną okładkę:  


 Hm... autor: Modiano 🤣🤣🤣

Tak, nie zauważyłam jego nazwiska, tylko Sempé mi się w oczy rzuciło 😁

Pośmiałam się sama z siebie i ze swoich odkryć. A teraz jeszcze dodatkowo myślę, że ja już kiedyś tę Katarzynę czytałam, pewnie w czasach przedblogowych. Tak czy siak - urocza lektura i taka tęsknota mnie ogarnęła za Modiano, że zaczęłam od razu Rue des boutiques obscures, choć czytałam sześć lat temu czyli jeszcze się nie odstało 😉 Ale poza nostalgią za klimatem tej książki jest jeszcze jeden powód, o którym oczywiście też następnym razem. Ten klimat jest i w samym tekście - opowieści o dzieciństwie bohaterki, spędzanym z troskliwym ojcem w Paryżu - i w mikołajkowych ilustracjach, jakby z innej bajki. To jest Paryż, którego ja poznać nie mogłam (byłam tam po raz pierwszy w 1986 roku), ale który mam gdzieś z tyłu głowy zakodowany: Paryż ludzi nie wiadomo skąd, Paryż ciemnych interesów, Paryż lat wczesnopowojennych, Paryż rosyjskich imigrantów...

Początek: 


 


 Koniec:

Wyd. TENTEN, Warszawa bez daty (chamstwo! jak tak można!), 95 stron

Tytuł oryginalny: Catherine Certitude

Przełożyła: Regina Gręda

Z własnej półki

Przeczytałam 2 maja 2026 roku
 


Siedzę oczywiście nad Pragą. Zeszyt już prawie zrobiony, listy książek i filmów powklejane (żeby nie przywlec nic podwójnie), cztery wycieczki kupione. CZTERY, mimo, że nudzi mnie chodzenie za przewodnikiem 🤣 No, ale to czasem jedyna okazja, żeby usłyszeć, zobaczyć coś, czego w książkach się nie znajdzie. I teraz tak: jedna z tych wycieczek, znaleziona przypadkiem, bo z tym organizatorem (Pamięć narodu) jeszcze nigdy nie chodziłam, wiedzie na miejsce happeningu KEEP TOGETHER zorganizowanego w 1973 roku przez praski underground. Trasa 4km, czas trwania 2 godziny, wszystko OK, ale na końcu opisu taka uwaga - trudniejszy teren, początkowo strome podejście, zalecane obuwie trekkingowe. No to ja odpadnę na samym początku, bowiem jeśli chodzi o wchodzenie pod górę to jestem autentyczny neptek 😣 

W związku z tym postanowiłam trenować - obok osiedla jest lekkie podejście pod górkę do Bronowic, tzw. Zielony Most. I poszłam. Ale to jest faktycznie LEKKIE i mało. Nawet się nie zmęczyłam. I co dalej? Uświadomiłam sobie, że w okolicy nie ma nic pod górkę! W sumie to dobrze - na co dzień, ale gdzie tu poćwiczyć? Chyba będę wchodzić u siebie na X piętro... Wiem, co by mnie mogło wykończyć: pojechać na al. Kasztanową na Woli Justowskiej i stamtąd wleźć pod górę do Lasu Wolskiego! Ale nie w ten upał, bo rzeczywiście mogłabym wtedy mówić o wykończeniu (się).  

Wracając do praskiego zeszytu: ciągle pracuję nad ulepszeniami 😁 W zeszłym roku doszłam do wniosku, że lepiej projekty wypraw zapisywać na luźnych kartkach, a to dlatego, że jeśli pozostają niezrealizowane (a zawsze są takie), to nie trzeba ich przepisywać do kolejnego zeszytu. Więc mam tu opracowanych kilka wycieczek na cienkich kartkach ze starego kalendarza 😂 Ciekawe, ile z nich uda się odbyć, a ile zostanie na sierpień...

Niby jadę na 10 dni, ale weekend Open House odpada, dni podróży też, cztery wycieczki - więc cóż zostaje? Malutko. Czego się nie dotknę, to już bym chciała tam iść. Bardzo szkoda, że tylko dwa razy w roku mam tę przyjemność. Teraz na emeryturze jestem niby wolny człowiek i mogłabym jeździć częściej (w miarę finansów), ale niby kiedy? Raz byłam w październiku i bez sensu, ciągle padało. We wrześniu są jakieś dni architektury, może by wtedy skoczyć? Ale tak przecież nie cierpię samej podróży... Baba nie wie, czego chce.

 

Tymczasem w Bronowicach. Udogodnienie dla zmęczonych długim oczekiwaniem na przejściu.


Zajmujemy sobie miejsce na zaparkowanie auta.



Na Bronowiance jest nowy mural z wyobrażeniem dwudniowego pomnika sprzed lat. Szkoda, że nie pomyślano, żeby zrobić napis z prawej strony nieco wyżej, skoro jest tam parking...

Ukradzione z FB:

W 1969 roku na terenie boiska klubu sportowego „Bronowianka” doszło do niezwykle odważnego, jak na tamte czasy, incydentu.

21 lipca, w dniu lądowania Neila Armstronga na Księżycu, ustawiono tam pomnik upamiętniający to wydarzenie. Pomysł jego stworzenia powstał w ścisłej konspiracji, tuż po tym, jak świat obiegła informacja o planowanej misji, która miała się zakończyć lądowaniem człowieka na Księżycu.

Pomnik zaprojektowała Danuta Nabel-Bochenkowa i wykonała go wspólnie z Kazimierzem Łaskawskim. Miał on 6 metrów wysokości. Wzmianka na jego temat pojawiła się nawet w „Gazecie Krakowskiej”.

Pomnik stał jednak tylko dwa dni. Gdy ówczesny pierwszy sekretarz partii komunistycznej, Władysław Gomułka, dowiedział się o jego istnieniu, nakazał natychmiastowe usunięcie pod pretekstem remontu obiektu sportowego „Bronowianki”.

W międzyczasie otrzymał depeszę z podziękowaniem od prezydenta USA, Richarda Nixona, oraz reprymendę od Leonida Breżniewa — najważniejszej osoby po drugiej stronie układu sił.

 

Nad Rudawą odwiedziłam knihobudkę (na szczęście nic tam dla mnie nie było):

 

Wypatrzone w gąszczu:


Na osiedlu parkuje z kolei rower.


 

Dawno nie donosiłam, co się dzieje w mojej willi. Otóż, ludzie kochani, nie żadne werandy budują, tylko najwyraźniej osuszają fundamenty. A przynajmniej tak wnioskuje laik czyli ja.

 




poniedziałek, 30 czerwca 2025

Sempé, Goscinny - Le petit Nicolas a des ennuis

Córka pożyczyła z działu obcojęzycznego na Rajskiej dwa Mikołajki, skusiłam się na jednego z nich. Mikołajek ma kłopoty po naszemu. Zdjęcie czytelnika było w środku 😉

I wiecie co? Jak się to czyta teraz, w poważnym wieku (i w XXI wieku), to okazuje się, że to jest jedna wielka przemoc domowa i fizyczna i co gorsza psychiczna.  Coś strasznego. 

Z tym, że śmieję się z tego; nie chciałabym zostać źle zrozumiana - dostrzegam problem, ale wiem, że tak kiedyś było i nie ma się co oburzać.  

Jakie to szczęście, że Mikołajka pokochało się dawno temu, gdy nie było nic dziwnego w tym, że rodzice wymierzają klapsy dziecku (najłagodniejsza kara to pozbawienie deseru - dziś może byłoby to działanie prozdrowotne - lub wcześniejsze pójście spać), bo się samemu je dostawało. Ach, ten strach przed powrotem mamy z wywiadówki 😁 

Niemniej jednak zastanawiam się, kiedy podniosą się głosy, że Mikołajki należy wycofać z księgarń i bibliotek! 

Początek:

Koniec:

Wyd. Éditions Denoël 2000, 135 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 29 czerwca 2025 roku 


Skończyła mi się jakiś czas temu karta na tramwaj i w wyniku pewnych obliczeń muszę czekać z nabyciem kolejnej do 4 lipca (generalnie chodzi o to, żeby nie płacić za pusty okres, gdy będę w Pradze). Nie mogę się więc na razie udać do bardziej oddalonych bibliotek po wakacyjne lektury polecone przez Was. 

W ogóle taki leń mnie ogarnął (wakacyjny? a może trochę depresyjny? nie doczekam chyba tego wymarzonego czasu, gdy zostaniemy z córką we dwie), nic mi się nie chce, ani nawet porządków z tymi stosami do knihobudki zrobić. Nic nic nic. Nie umiem się zdobyć na powrót do lekcji angielskiego. I po co ja to wszystko zgromadziłam (nie tylko do angielskiego, ale i do niemieckiego na potem i różne inne). Tak jest teraz w lecie, co dopiero będzie na jesieni? Weźcie coś poradźcie..

I jeszcze różne niepowodzenia... Ten odkurzacz, o którego nabyciu donosiłam z satysfakcją... Satysfakcja minęła, gdy go zapragnęłam opróżnić z zebranego kurzu i śmieci: otwarłam pojemnik, ale go nie umiem zamknąć z powrotem. Mam wszystko wyczyścić i oddać w sklepie, że rezygnuję? 


Ta górna część powinna się dokręcić - ale kręci mi się w kółko. Czemu wszystko mi wbrew???

środa, 25 czerwca 2025

Jean d'Ormesson - Pyszne życie Kazimierza

D'Ormessona kojarzyłam jedynie tak jak niżej czyli z Chwały cesarstwa, która była w domu, ale sam tytuł mnie zniechęcał i nigdy do niej nie zajrzałam. Toteż się niewąsko zdziwiłam, gdy zobaczyłam Pyszne życie Kazimierza wśród tych książek wycofanych z biblioteki, a konkretnie gdy przeczytałam opis.

Jak tak, to bierzemy się za czytanie. 

I było ono bardzo sympatyczne. Ponieważ autor, wzorem wielu innych (choć nie potrafiłabym teraz żadnego wymienić), zaraz na wstępie zastrzega się, że to nie on, że to pocztą przyszło - przypuszczam, iż rzecz odbiega od tego, co zazwyczaj tworzył. Tak, ta nieszczęsna Chwała cesarstwa odbija mi się czkawką 😂 Więc nie twierdzę, że od tej pory będę się uważnie rozglądać za innymi powieściami d'Ormessona, co to to nie. Ale zapoznać się z życiem Kazimierza było warto, choć uprzedzam, że momentami trudno ze względu na mocne osadzenie we francuskiej kulturze - chodzi o wspomniane w zajawce dygresje - bywało, że autor rzucał nazwiskami czy faktami, których nie znałam, a przecież wiem nieco więcej niż przeciętny Polak z tego względu, że uczyłam się języka; oprócz regułek gramatycznych podręczniki zawsze przecież wprowadzają sporą dawkę wiedzy o kulturze kraju.

W każdym razie zabawna to rzecz, lekka, elegancka, francuska w stylu. Toteż ją sobie zatrzymuję na razie, mimo wyrwanej kartki tytułowej. 



Początek:

Koniec: 

Wyd. Prószyński i S-ka, 171 stron

Seria: Biblioteczka Interesującej Prozy 

Tytuł oryginalny: Casimir mène la grande vie

Przełożył: ??? (brak kartki)

Z własnej półki

Przeczytałam 21 czerwca 2025 roku

 

Zabrałam się za sporządzanie kajeciku na Pragę i oto skończył mi się klej. W sztyfcie. Ostatni klej przyniesiony kiedyś z pracy 🤣 A przecież muszę mieć w zeszycie listę książek i filmów, bo bym dublety nabywała... Skoczyłam więc do Lewiatana, a tam - klej w sztyfcie 12.99 zł! Matko i córko, nie miałam pojęcia, że to takie drogie 🙄 O nie, myślę sobie. Wezmę zwykły. Dwa były: szkolny i w płynie. Oba za mniej niż 2 zł. Ten drugi to nie wiem, co za jeden (na razie), użyłam szkolnego. Czyli w założeniu takiego, jaki się 50 lat temu stosowało. Ale nie całkiem, strasznie jakiś lejący był i nawet jest różnica widoczna na zdjęciu poniżej, kartki pomarszczył - ten po prawej to zeszyt majowy, jeszcze sztyftowany, widzicie, jaka gładka strona. Tak że chyba w przyszłym roku szarpnę się na sztyft 😁 

Pamiętam z dzieciństwa, gdy w ciągu tygodnia (w roku szkolnym) mieszkałam u babci - a babcia miała parę kur - że gdy potrzebowałam coś do szkoły wylepić, to rozbijało się jajko i białkiem smarowało...

Czym Wy dziewczyny kleicie te Wasze Artżurnale? 



Co prawda wiadomo, że Temu jest be i nie powinno się tam nic kupować, ale lenistwo zwycięża - lenistwo, bo gdyby poszukać, to te same towary znajdą się pewnie i na allegro (ale w gruncie rzeczy co za różnica, tak czy siak chińszczyzna przecież) - i nabyłam wieszaczki na ręczniki. Bo ręczniki często nie mają przyszytego wieszaka, a taka zakichana gospodyni jak ja to sama se nie kupi kawałka tasiemki i nie przyszyje, to mnie przerasta... więc wzięłam na spróbę, skoro samo mi się wyświetliło, bez szukania. Oczywiście dużego kąpielowego ręcznika to raczej nie utrzyma, ale takie do rąk akurat.


No, to się pochwaliłam nabytkiem 🤣 Dorzucę jeszcze, że wczoraj w Lidlu oko moje padło na odkurzacz ręczny czy jak się toto nazywa i aczkolwiek nigdy w życiu nie rozważałam możliwości nabycia takowego, to jednak wzięłam go pod pachę i poszłam z nim do domu...  Okazuje się, że jest to wygodniejsze niż wyciąganie zwykłego odkurzacza i ciągnięcie go do pokoju Ojczastego, gdy jak zwykle naśmieci wszędzie przy jedzeniu 😂 w dodatku nie trzeba do niego kupować worków.

A teraz apeluję do Nieryby, coby zabrał głos w wiadomej sprawie, bo nie wiem, czy napisał ponownie i nie dotarło czy co.