Jedna z najukochańszych książek. Taka, do której wracam co kilka lat i nigdy nie zawodzi. Ostatnio córka mówiła, że oglądała film Dwoje na drodze z Audrey Hepburn i że film jej się podobał, ale samej Hepburn nigdy nie lubiła. Oczywiście w rozmowie wypłynęło Śniadanie u Tiffany'ego. Nie lubię tego filmu i na pewno sobie go nie obejrzę znów z okazji ponownego przeczytania książki. On dla mnie z powieścią (no, to właściwie jest opowiadanie) nie ma wiele wspólnego po prostu, poczynając od kwestii z czego żyje narrator. W filmie zrobiono z niego utrzymanka. Specjalnie czytając teraz zwracałam uwagę na szczegóły, na to, czy jest tam najlżejszy choćby ślad takiej sugestii - i oczywiście nie ma. W gruncie rzeczy nie wiemy, z czego się utrzymuje, do momentu, gdy znajduje sobie pracę.
Być może chodziło o to, żeby stworzyć taką przeciwwagę dla Holly, która niewątpliwie utrzymanką jest. Ale Holly tak fascynuje narratora właśnie dlatego, że reprezentuje kompletnie inny świat, całkiem mu obcy.
Być może dlatego też i ja tak lubię tę książkę. Za tę nowojorską atmosferę i za to, że jej bohaterowie żyją w sposób, na jaki ja sama nigdy bym się nie odważyła.
A JAKIE SĄ WASZE NAJUKOCHAŃSZE KSIĄŻKI?
Zaczęłam dodawać książki na blogu do najukochańszych, ale to strasznie nudna robota. Chyba zajmę się raczej obiadem 😉
To wydanie zawiera jeszcze Harfę traw, ale ona nigdy mi nie przypadła do gustu, przeczytałam raz i wystarczy. Natomiast Śniadanie... to była miłość od pierwszego wejrzenia, przeczytałam jeszcze w szkole, mój egzemplarz - mocno sfatygowany, jak widać - dostał na imieniny Ojczasty w roku mego urodzenia 😍
Początek:
Koniec:
Patrzcie tylko! Bilet nie skasowany! Zmarnowałam 120 zł! Ciekawe, kiedy to było, takie ceny 😉 Może wtedy, gdy czytałam książkę poprzedni raz? A było to w 2010 roku...
Półka jaka jest, każdy widzi. Dlaczego te Nike takie wymęczone są? Bo stare? Ale to starzy przyjaciele, mają prawo do wyłysienia i skapcanienia, czas ich nie oszczędza 😉
Co znacie? Znów kiepsko widać, Nike ze względu na mały format są chyba wszystkie upchane na takich niskich półkach pod parapetem, więc widoczność tam marna.
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1962, 133 strony
Tytuł oryginalny: Breakfast at Tiffany's
Przełożył: Bronisław Zieliński
Z własnej półki
Przeczytałam 8 czerwca 2021 roku
Straszny tydzień. Powroty z Fabryki wieczorem. To ten nieszczęsny konkurs na sekretarkę. Człowiek sobie nie zdaje sprawy, ile jest z tym zawracania gitary (zwłaszcza, gdy przewodnicząca komisji nie ruszy dupy, żeby przyjechać, tylko wszystko załatwia zdalnie)...
Nie wiem, co to film, nie wiem, co to porządny obiad, nie wiem, co to ekspienie (moja córka zawsze tak mówi o siedzeniu w internetach, ale nie wiem, czy sama to wymyśliła, czy też takie słowo funkcjonuje).
Jedyne, co wiem - czego udało się nie zarzucić - to bieganie chodzenie 😁 W całym tym galimatiasie jednak zdobywałam się na to, żeby jeszcze wieczorem ruszyć, choć raczej już tylko po osiedlu. Wczoraj - w piątek, co jest naprawdę skandalem - skończyliśmy przed 19.00 i wiedziałam, że jak wrócę do domu, usiądę, żeby zjeść byle co, to już się nie podniosę, butów więcej nie założę... Zlekceważyłam więc tramwaj i wróciłam do domu na piechotę. Godzina i pięć minut 😊
Dalej się nie rozejrzałam za jakimś punktem napraw sprzętu elektronicznego, ale kolega w pracy odkurzył mi ten szwankujący odtwarzacz i teraz działa - w taki mianowicie sposób, że owszem, można sobie pliki odsłuchać, tylko nie bardzo wiadomo, czego akurat się słucha 😂 Pionowe paski zasłaniają właśnie lewą stronę, gdzie się wyświetlają nazwy tychże 😂 Tak, że jest to loteria.
Któregoś z tych ciężkich dni zastałam na biurku prezent od córki - jej osobiste dzieło sztuki 😜
Rzecz jednak nie w jej artystycznych umiejętnościach, ale - we francuskim. Wiecie, ona oczywiście miała francuski w szkole, ale nie nauczyła się NIC. Kompletne nemo. A odkąd udziela się na instagramie, nagle... Właściwie nie wiem, jak ona to robi, bo podręczniki do francuskiego, gramatyki stoją nietknięte, ale coraz więcej kuma i sama jest w stanie WYTWORZYĆ wypowiedź. Od czasu do czasu o coś tam zapyta i tyle.
Opowiadała mi, że miała wczoraj takie zdarzenie. Z jakąś tam inną instagramerką (Boże, co za słowo) dziewczyną z insta sobie od dawna pisały, pisały - po angielsku oczywiście - aż w końcu moja córka zapytała, skąd tamta jest.
- From Poland.
Moja córka zgłupiała.
- Are you kidding me???
- Why?
- Zgadnij.
😂😂😂😂😂

















