Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura węgierska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura węgierska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2024

László Gyurkó - W cieniu śmierci

Cieniutki taki jamnik, pobrany gdziesik z budki do kolekcji. Węgierski, a tegośmy nie przerabiali. I nie wiem, czy będziemy w przyszłości przerabiać, bo nic więcej nie słyszałam o węgierskich kryminałach.

Ten tutaj był troszeczkę mulący, przynajmniej na początku, potem się to jakoś rozkręciło, ale jako intryga kryminalna nic specjalnego. Facet z przeszłością wojenną - wojna ciągle wraca w literaturze komunizmu - więc odciśnięte piętno, trochę ambicji psychologicznych u autora, nie chcę się wdawać w szczegóły, gdyby ktoś miał zamiar przeczytać - ale generalnie nie ma co polecać. 

Na Lubimy czytać jest jeszcze jedna jego powieść w serii KIK - Błogosławione piekłowędrowanie Doktora Faustusa, ale tu mnie już sam tytuł przeraża 🤣

Początek:


Koniec:


Wyd. Czytelnik, Warszawa 1987, 111 stron

Seria z jamnikiem

Tytuł oryginalny: A halál árnyéka

Przełożył: Tadeusz Olszański

Z własnej półki

Przeczytałam 14 października 2024 roku


W ramach czyszczenia przestrzeni (zagracanej przez książki 😂) wydałam fikusa na Śmieciarce. Coś go żarło, liście żółkły i brązowiały, więc z Bogiem, są tacy, którzy lubią likwidować pasożyty. Kolega z Fabryki rozmnażał fikusy przed wakacjami, więc pewnie jakiegoś młodego na to miejsce przywiozę, a tymczasem mam więcej światła w te coraz krótsze dni. I Mongoł znalazł tymczasowy kawałek parapetu 😉


 

Załatwiałam Sprawy Urzędowe. Sąsiadka przynosi mi gazetki kolorowe, straszne tam głupoty są, ale przeglądam przepisy i różne porady, toteż dowiedziałam się, że jak najbardziej kwalifikuję się na dodatek mieszkaniowy.

  • W globusową środę miła pani z Urzędu telefonicznie poinstruowała mnie, jakie papiery dostarczyć
  • W czwartek pojechałam do ZUS-u i od ręki dostałam zaświadczenie o wypłaconych świadczeniach w miesiącach lipiec-wrzesień, następnie udałam się do Urzędu po formularze
  • W piątek z wypełnionym wnioskiem podyrdałam do Spółdzielni w celu tegoż podbicia i uzyskania załącznika w postaci detalicznego wyliczenia czynszu za wrzesień. I tu nastąpił zonk: myślałam mianowicie po obiedzie pojechać znów do Urzędu i złożyć całą tę papierologię, a tymczasem guzik z tego wyszło, bowiem w Spółdzielni załącznik właśnie za wrzesień złośliwie drukował się z podwójnie naliczoną opłatą za śmieci, a więc kwoty się nie zgadzały. I nie masz ratunku. Będą po niedzieli ściągać informatyka, bo to jest jakiś błąd w systemie. W sierpniu nie, w październiku nie, a we wrześniu akurat tak. W konkursie na pechowca miesiąca plasuję się na podium chyba. No bo chodzi o to, żeby złożyć to jeszcze w październiku, nie?

Tak mi to rozwaliło zaplanowany dzień, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc poszłam w pierony na miasto, dzięki czemu zrobiłam prawie 9 kilometrów, odwiedziłam 9 knihobudek, a że nie było nic interesującego, wstąpiłam również do 3 bibliotek i z każdej coś przywlokłam do przeczytania (kryminał z akcją na Kreuzbergu, autobiograficzną opowieść Tadeusza Olszańskiego i "Czas wolny w PRL"), przyjrzałam się też budowie Parku Kolejowego (trzeba tam wybrać się na wiosnę zobaczyć rezultat),  a także podziwiałam inwencję mieszkańca (mieszkańców?) pewnej kamienicy na Krowodrzy, który własnoręcznie ogrodził kawałek trawnika czym tam Bozia dała 😂


 

Pechowy piątek zakończył się imprezą urodzinową Ojczastego, który poprzewracał świeczki na torciku, mało nie spalił podkładki, za Chiny nie pojął, że ma dmuchać i w ogóle nie kumał absolutnie nic, chyba nie zrozumiał, że tam są świeczki, a o tym, że ma 95. urodziny, to ani dudu. Za to łapy mu się wręcz trzęsły, żeby dorwać się do słodkiego*. Więcej się w takie głupoty nie będę bawić,  ale wiecie - przykro człowiekowi, że się postarał o te perły...  

* Jak jest deser, to nie można go od razu postawić na stole, trzeba czekać, aż zje obiad czy tam kolację i wtedy dopiero podsunąć, bo inaczej zacznie od słodkiego, nie ma innej opcji. Tyle że jeśli będę siedzieć przy nim i czekać, aż skończy, to ciemno się zrobi... więc mam już to gdzieś, stawiam razem, wychodzę i niech się dzieje co chce (czytaj: obiadu po tym słodkim nie zje w całości, zostawi do wyrzucenia - a odkąd sama gotuję, mam alergię na wyrzucanie).


 

Środa: 3.475 kroków - 1,8 km

Czwartek: 12.934 kroki - 7,2 km

Piątek: 15.954 kroki - 8,7 km

środa, 6 kwietnia 2022

János Újhelyi - Szwecja jest daleko

Ja nie wiem. Nic o tym człowieku nie można znaleźć. W sensie jako o pisarzu, bo okazuje się, że był też bardzo płodnym scenarzystą i na przykład IMDb wymienia tony filmów, w tym sporą część z polskimi tytułami, podczas gdy Filmweb tylko trzy, ale wiadomo, że Filmweb to straszne dziadostwo. Jest Świadek, półkownik, bo pokazywał w krzywym zwierciadle życie w czasach komunizmu. I jest Porażenie prądem, o którym nic więcej nie wiadomo, a tytuł mnie intryguje. W każdym razie pan János Újhelyi jako pisarz pogrążył się w mrokach niepamięci, znam jedynie jego datę urodzin i śmierci (1941-1999). Nawet nie ma węgierskiej strony na Wiki, nie mówiąc o jakiejkolwiek innej!

Tymczasem ktoś kiedyś, prawie 50 lat temu, podjął decyzję o wydaniu w Polsce tej krótkiej powieści. Ja tam się cieszę, bo bardzo wygodny do pociągu format 😁 Właśnie w Dżendżejowie przeczytałam. A skąd ją wytrzasnęłam? Oddawałam - chyba to w tym roku już było - książkę w filii na Królewskiej, a Szwecja jest daleko leżała na stoliku do wzięcia. Ponieważ mam słabość jakąś niewytłumaczalną do Madziarów (no dobrze, wybrali sobie znowu Orbana, ale co z tego, my w Polsce też pewnie znowu PiS wybierzemy), to wzinam. Z myślą, że po przeczytaniu wyniosę z powrotem, ale już nie jestem tego tak pewna, bo mi się podobało, a przecież dobrze wiecie, jak trudno mi się rozstawać z książkami i nie tylko. Może za lat parę znowu po nią sięgnę?

Nawiasem mówiąc byłam dzisiaj w Jordanówce, na półce leżały dzienniki Bridget Jones, oba tomy - i przecież nie będę ich czytać (filmy owszem, możea obejrzeć, ale na tym koniec) - a jednak wzięłam. Że niby zrobię z nich jakiś dobry użytek. Nie pytajcie, jaki, bo póki co nie wiem. Tudzież chapnęłam film Intruz szwedzki, który jest dramatem i wcale nie wiem, czy mam na niego ochotę, ale jak nie brać, gdy leży i czeka 😂 I jeszcze film Święty z Rogerem Moore, ale to muszę sprawdzić, czy aby na pewno nie mam, bo chyba jednak mam... Najwyraźniej na pewne ograniczenia mentalne nie ma rady! 

No a wracając do Szwecji... jak przeczytacie początek, to pomyślicie (jako i ja), że bohater to stary piernik, pedant i nudziarz. A tymczasem po chwili dowiadujemy się, że właśnie skończył 30 lat. Teoretycznie wszystko w jego życiu jest uporządkowane, ma dobrą pracę (kierownik biblioteki), własne mieszkanie, niby-dziewczynę (bo okazuje się, że tylko ona jest zaangażowana emocjonalnie w ten związek). Ale też jest kompletnie zimny i pozbawiony uczuć, nie umie sobie ułożyć relacji z kimkolwiek, woli stać przy oknie za firanką i przyglądać się ludziom w bloku naprzeciwko. A' propos, taki cytat:

Rozsunął zasłony z żółtego lnu, które należały do wyposażenia wszystkich mieszkań.

Hm. To ci dopiero 😏 Powinni też jednakowe meblościanki zaserwować wszystkim lokatorom.  

Bálint Varga ma wszystko i nie ma nic. Wpada na pomysł, że kupi wycieczkę do Szwecji i odnajdzie tam swego ojca, który dał nogę z kraju przed laty. Ale czy to rozwiąże jego problemy?


Początek:


Koniec:


Wyd. Iskry Warszawa 1976, 227 stron

Tytuł oryginalny: Svédország messze van

Przełożyła: Krystyna Pisarska

Z własnej półki

Przeczytałam 3 kwietnia 2022 roku  

Co lubię? Taki śliski stary papier, już pożółkły. Dodatkowy urok książki.

 

W Dżendżejowie nawrót zimy, ale nowy piec zakupiony. Konieczna była przy tej okazji zmiana opału na jakiś tam pelet. Nie wiem, co wszyscy w bloku zrobili z pozostałą im resztą węgla, no ale to już i tak była końcówka sezonu grzewczego.


Z covida-niecovida jeszcze do końca nie wyszłam, kaszlę, smarkam, ale trochę już węchu odzyskałam. A tak było fajnie w toalecie bez 😂 

Subskrybuję od niedawna profil, gdzie jacyś młodzi ludzie przepytują Rosjan na ulicy, bez żadnych komentarzy, na różne aktualne tematy. I dzisiaj poczytałam trochę komentarze pod ostatnim filmikiem (Czy popiera pan Putina). Z jednej strony to STRASZNE, ludzie tam naprawdę wierzą w propagandę w wielkiej masie i argumentują typu a u was Murzynów biją. Z drugiej strony - przecież u nas też tak jest. Tyle że procenty niższe.  

 

Natomiast zastanawiałam się w ostatnich dniach nad kwestią jebać Rosję, ruskich i wszystko, co ruskie, która tak ostatnio rozpala umysły. Zwłaszcza, że córka jest stanowczo za jebaniem ruskich i codziennie mi dosyła jakieś argumenty za.

Jednak nie.

Nawet po Buczy nie.

Nigdy nie uznawałam odpowiedzialności zbiorowej. 

sobota, 15 sierpnia 2020

István Örkény - Rodzina Tótów

W zeszłym roku znalazłam na półce w Jordanówce ten tom i choć był to już czas, kiedy niby książek nie kupuję, zabrałam. Bo raz, że węgierska (a mam słabość do Madziarów), a dwa, że teatr (prędzej coś przeczytam, niż na scenie obejrzę). Podczas porządków udało się ją upchnąć gdzieś pod sufitem, ale i zakodowałam sobie w głowie, że mam kiedyś się za to zabrać.
Sięgnęłam więc - z myślą o Magdzie Szabó.


Ale po przeczytaniu wstępu się Magdy Szabó przestraszyłam, bowiem okazało się, że ubrała swych bohaterów w historyczny kostium, którego z zasady się boję, a tu jeszcze co się okazuje - połowa X wieku! No nie!
Wobec tego padło na Rodzinę Tótów.


We wstępie było zachęcająco...

I wszelkie oczekiwania sztuka spełniła.
Polska Wiki podaje, iż:
István Örkény (ur. 5 kwietnia 1912, zm. 24 czerwca 1979) - węgierski prozaik i dramaturg.
W czasie II wojny światowej służył w szeregach armii węgierskiej na froncie wschodnim. Trafił do radzieckiej niewoli, w której przebywał do 1947 roku. Był autorem utworów utrzymanych w konwencji groteski i absurdu, często poddających analizie mechanizmy działania tyranii. Do głównych dzieł należą powieści (m.in. Wystawa róż, 1967), dramaty (Rodzina Tótów, 1967) oraz miniatury prozatorskie i opowiadania.
Czeska jest nieco obszerniejsza - po węgiersku nie podejmuję się czytać :) - i zamieszcza frazę o tomie Zabawa w koty, który mnie dość zainteresował:
Kočičí hra, 1963 – tragikomedie, hra o dvou stárnoucích sestrách, jedna z nich je pořádkumilovná a druhá má neuspořádaný život, ale přesto je to ona, kdo má nakonec více sil k boji za plnohodnotný život. Örkény tuto hru napsal nejprve jako filmovou anekdotu, až později ji zdramatizoval pro divadlo. Byla přeložena do velmi mnoha jazyků a je často hrána v různých evropských i amerických divadlech.
I teraz jestem głupia, bo to przecież sztuka, a na Lubię czytać podają, iż tom Zabawa w koty zawiera 39 opowiadań. To ja już nie wiem. I w najbliższym czasie się nie dowiem, bo co prawda w Bibliotece Kraków książka jest, ale, jak się można było spodziewać, w Nowej Hucie... całe szczęście w sumie, że ta akurat filia jest ciągle nieczynna, bo jeszcze, nie daj Boże, bym się uparła, żeby jechać i umarła znów na rowerze :)
Wrzuciłam na wirtualną półkę, kiedyś zobaczymy.
A Rodzina Tótów trochę mi jakby przypominała tę czeską słynną powieść, której tytułu właśnie sobie nie mogę uświadomić (coraz gorzej ze mną), a przecież i film znany... No nic, w każdym razie spodobał mi się ten absurd, z jakim pokazał autor przemoc władzy. O ilości skojarzeń, jakie się nasuwały podczas lektury, lepiej nie mówić...




Początek:

Koniec:

Czy Wy też uważacie, że napisy na grzbietach książek powinny być generalnie w jedną stronę? O ileż by to uprościło życie czy to w księgarni czy w bibliotece... czy też we własnym domu! To odwracanie głowy raz w prawo raz w lewo może przecież spowodować szkody zdrowotne!

Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982, str. 327-419
Tytuł oryginalny: Tóték
Przełożyła: Camilla Mondrai
Z własnej półki (zdobyte 3 października 2019 roku)
Przeczytałam 13 sierpnia 2020 roku

Dawno mnie żadna wiadomość tak nie ucieszyła...
W ostatniej chwili :) Następnego dnia mój brat miał przywieźć ojca i jechać w rajzę. Nie żebym się cieszyła z cudzego nieszczęścia, ale umówmy się - żadne to nieszczęście, że się tego lata nie pojedzie do Norwegii :)
Ciągle my z ojcem musimy ponosić koszty tych jego wyjazdów. A wydarzenia z marca nic go nie nauczyły najwyraźniej, skoro się znów pchał. Bileciki na prom przepadły, ale za głupotę trzeba płacić, prawda?

Za to inne wiadomości, nadchodzące cały czas z Białorusi, przejmują okropnie. Martwię się, a jednocześnie podziwiam, że inni potrafią się upomnieć o swoje. Pewnie, że mają już za sobą ćwierćwiecze tych rządów, a my o wiele mniej...

czwartek, 4 kwietnia 2019

Krisztina Tóth - Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii

Jako że w kwestii literatury węgierskiej zatrzymałam się na etapie Tibora Déry, oko moje, a nawet oba, spoczęły na tym tomiku, leżącym wśród innych świeżo oddanych w bibliotece. Przede mną miał już czterech czytelników (od lipca zeszłego roku). Czyli ktoś na osiedlu też chciał się uaktualnić w węgierskich klimatach!
No, albo jakaś feministka czytała.
Jak się tak zastanowię, to w gruncie rzeczy nie mam szczególnego zapału do literatury kobiecej... coś mi się wydaje, że może nie tylko, ale głównie jednak mężczyźni potrafią pisać :)
W dodatku jest lekko wnerwiające takie zdjęcie autorki, niewiele przecież młodszej ode mnie, a wyglądającej jak jakaś aktorka czy modelka. No czy można poważnie kogoś takiego traktować?
:)



I właściwie po pierwszych dwóch czy trzech opowiadaniach byłam zawiedziona (czy też utwierdzona w opinii)... ale potem przyszły następne i już coś drgnęło, coś zaskoczyło. Bardzo mi się spodobała umiejętność pani Tóth wejścia w dziecięcą czy nastolatkową skórę. Tak, przecież tak było, a jej proza wydobyła z tyłu głowy zapomniane myśli i uczucia.


Początek:
Koniec:


Wyd. Książkowe klimaty, Wrocław 2016, 224 strony
Tytuł oryginalny: Vonalkód: tizenöt történet
Przełożyła: Anna Butrym
Z biblioteki
Przeczytałam 2 kwietnia 2019 roku

poniedziałek, 26 maja 2014

Erzsébet Galgóczi - Wspólna wina

Nostalgia za Węgrami. Nigdy tam nie byłam, pamiętam jeno zestaw różnokolorowych pisaków, jakie przywiózł mi z Budapesztu Ojczasty, ale widać Polak Węgier dwa bratanki ma się we krwiobiegu :) Nawiasem mówiąc, rozmawiałam ostatnio z pewną młodą Węgierką i zapytałam ją przy okazji, jak się wymawia nazwisko autorki... ale nie zapisałam... imię Erżibet, ale nazwisko już mi uleciało.

Książka pochodzi z podwójnej półki:
Musiałam zdjąć pierwszy rząd, żeby zrobić zdjęcie :)
A regał prezentuje się tak:


Na okładce napisano:

Autorka została potraktowana na portalu Lubimy czytać jako mężczyzna, no i faktycznie, sądząc ze zdjęcia, można się było pomylić:

A powieść (o której milczy internet) jest ŚWIETNA! Zwłaszcza że w mojej ulubionej konwencji kryminału :) Jest listopad 1956 roku, na Węgrzech zamieszanie, wędrówka ludów. Gospodarstwo rodziny Sokoraich leży na uboczu, z dala od siedzib ludzkich, na puszcie. Takie samotne gospodarstwo nazywa się tanya. Pewnej nocy przybywa tam dwóch osiemnastolatków, prosząc o nocleg. Idą do austriackiej granicy. Ojciec Sokorai pozwala im przespać się w oborze.
Już od dwóch tygodni nadzwyczajne wydarzenia burzą porządek ich aż niecodziennie codziennego życia. Łańcuch tych wydarzeń rozpoczął się pod koniec października, kiedy to zajechał na ich podwórze ogromny jak krążownik czarny samochód, a krępy mężczyzna, który z niego wysiadł, oznajmił, że ucieka przed kontrrewolucjonistami. Ulotnił się już następnego dnia zostawiając im na karku zawsze milczącą żonę o tragicznych oczach i kapryśną córkę, która przez całe przedpołudnie myła się i robiła toaletę. Potem przez trzy dni pielęgnowali żołnierza straży granicznej z przestrzeloną nogą, dopóki jakiś czołg nie odstawił go do szpitala. Ci z kolei uciekają przed służbą bezpieczeństwa...
Rano matka idąca doić krowę zastaje już tylko jednego z nich, ale ze zmasakrowaną twarzą. Jak tu donieść władzom w takiej sytuacji, gdy wszystko wskazuje na Sokoraich - zabili, żeby okraść. Mało tego - jakim władzom? Administracja nie funkcjonuje. Zarówno przewodniczący rady jak i komendant posterunku uciekli ze wsi i jeszcze do niej nie powrócili. Przy zwłokach nie ma żadnych dokumentów. Nie sposób stwierdzić, kim był zamordowany. Jedyne wyjście z tej sytuacji - zawlec trupa do Dunaju i utopić. To zadanie przypada synowi Imre. Droga do rzeki staje się dla niego drogą na osobistą Golgotę...
Tymczasem paralelnie w mieście major Nadvago prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia młodego Zsigmonda Bohy, który dał się namówić koledze Kuberko na wspólną ucieczkę do Austrii. Wyruszyli obaj na rowerach, tymczasem następnego dnia Kuberko powrócił sam, mówiąc, że w ostatniej chwili zrezygnował z emigracji. Boha jednak nie daje znaku życia z zagranicy, a po jakimś czasie jego ojciec chrzestny zauważa na ręce Kuberki zegarek, który należał do chrześniaka. Wygląda na to, że Kuberko zabił Bohę i ukrył gdzieś ciało, ale śledztwo na razie nie przynosi rezultatów...

Sensacyjny wątek toczy się na wyraźnie zarysowanym tle ówczesnych wydarzeń:
W Gönyű , dziesięć metrów od drogi prowadzącej na plażę, znaleziono na wpół zakopanego w ziemię trupa. Miał w portfelu austriacką legitymację dziennikarską na nazwisko Tihamér Kepes,a także szylingi i stuforintówki. Musiał dostać bardzo silny cios w tył głowy, bo aż pękła mu czaszka. Aresztowano Gézę Mikó z Somorja za przemyt ludzi przez granicę. Brał osiem, dziesięć, a nawet piętnaście tysięcy forintów od łebka i na dodatek prowadził swoich klientów na trzęsawisko w Hanság, gdzie zostawiał ich zdanych na własne siły. W Ravazd zabito radzieckiego żołnierza i do wsi przyjechali dwaj sędziowie wojskowi. Straż graniczna w Kapuvárze znalazła w kanale Hanság dwoje na wpół zamarzniętych dzieci, trzy i pięcioletnie. Przypuszcza się, że rodzice uciekli do Austrii. Wysłano listy gończe do władz austriackich.
Nadzieje naiwnych ludzi na odmianę losu pchają ich do ucieczki: Powiadają, że tam, w Austrii, od razu wszyscy dostają samochody.

Mamy tu też przejmujący opis trudów wieśniaczego życia: obowiązkowe dostawy (Czy ty wiesz, ile produktów trzeba było oddawać? Sześćdziesiąt siedem!), wcielanie siłą do spółdzielni, brak perspektyw dla młodych, jesienią i wiosną koła furmanek grzęzną w błocie po ośki (ech, jak widzę słowo błoto, od razu myślę Noce i dnie), nie ma nawet radia, bo brak elektryczności... jedyną rozrywką dla młodego Imre było czytanie książek pożyczanych od nauczycielki - ale ona też uciekła.
Ze skomlącego wzroku tej chłopki, z całej jej postaci biła ku niemu pusztańska samotność. Nigdzie optymistycznej wieży kościelnej, dymu wijącego się z komina, nigdzie przewodu telegraficznego, gwizdu pociągu, szczekania psów, nawet świeżego śladu kół na zamarzniętej drodze. Trudno uwierzyć, że to żyją ludzie. A jeśli tak, bo przecież siedzą tu przed nim, to skąd mają sól, światło, koszule, szkołę, wiadomości i ciepło ludzkiego stada? Westchnął głęboko.


Szkoda, że w Polsce poza Wspólną winą wyszły tylko opowiadania Galgóczi, bo chętnie jeszcze przeczytałabym jakąś jej dłuższą prozę. Nawet gdyby to miała być ta powieść, według której został nakręcony film Inne spojrzenie.

Tytuły serii KIK w 1986 roku:
Nie mam z tego kompletnie nic.

Początek:
i koniec:


Wyd. PIW Warszawa 1987, wyd.I, 138 stron
Tytuł oryginalny: A közös bűn
Przełożyła: Krystyna Pisarska
Seria: KIK
Z własnej półki (kupione na allegro 8 stycznia 2013 roku za 2 zł)
Przeczytałam 24 maja 2014 roku



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski PIĘĆ NARZECZONYCH (Пять невест), 2011, reż. Karen Oganesjan
Jest cały na YT po rosyjsku:

Maj 1945 roku. Cały kraj świętuje koniec wojny i snuje plany na nowe, powojenne życie. Żołnierze, którzy doszli do Berlina, marzą, aby powrócić do domu w glorii bohaterów, lecz nie mogą szybko wyjechać. Rozczarowani tym faktem są dzielni piloci myśliwców: Wadik, Ljosza, Garik, Wania i Misza. Podczas ich nieobecności wszystkie piękne dziewczęta mogą przecież zostać zajęte. Jeden z nich, Ljosza Kaverin ma szczęście, zostaje wysłany w podróż do ojczyzny. Jego towarzysze wpadają na ryzykowny plan. Ljosza ma znaleźć kolegom narzeczone i ożenić się z nimi, używając dowodów tożsamości przyjaciół. Ma na przedsięwzięcie tylko dobę.

2/ film włoski NON CI RESTA CHE PIANGERE (Tylko siąść i płakać), 1984, reż. Roberto Benigni, Massimo Troisi
Na YT scena spotkania z Leonardo Da Vinci:

Nauczyciel i szkolny woźny przenoszą się w czasie. Jest rok 1492, obaj postanawiają udać się do Hiszpanii, by przeszkodzić Krzysztofowi Kolumbowi w odkryciu Ameryki.

3/ film czeski TRUP W KAŻDEJ SZAFIE (Čtyři vraždy stačí, drahoušku!) 1970, reż. Oldřich Lipský
Na YT wybrane sceny:

Dwa gangi bezpardonowo walczą o czek na okrągłą sumkę 1 miliona dolarów, który przez przypadek, dostaje się w ręce szkolnego nauczyciela, George'a Camela (Lubomír Lipský). Ponieważ liczba ofiar wokół Georga ciągle wzrasta, padają podejrzenia, że jest on seryjnym mordercą. Nieśmiały dotąd George, sprytnie wykorzystuje swoja nową, przerażającą reputację, by zdobyć serce ukochanej Sabriny (Jirina Bohdalová), dziennikarki lokalnej gazety. Lecz gdy gangi nie cofają się przed niczym, by zdobyć czek, gra, którą urządził sobie belfer staje się zbyt ryzykowna.


W związku z ostatnimi lekturami postanowiłam obejrzeć ekranizacje powieści Åke Holmberga, mimo że występują one w przyrodzie jedynie w szwedzkim oryginale. Co tam, dam radę :)
4/ film szwedzki TURE SVENTON PRIVATDETEKTIV, reż. Per Berglund, 1972
Na YT cały w 2 częściach:



5/ film szwedzki Ture Sventon i öknen, nieznane dane, ale ci sami aktorzy, co w pierwszym
Znów w oryginale:




wtorek, 3 grudnia 2013

Mór Jókai - Biedni bogacze

Jak się dowiadujemy z posłowia, Mór Jókai (1825-1904) był jednym z najznakomitszych powieściopisarzy węgierskich, którego dzieła weszły do skarbca światowej klasyki. A w skarbcu jak to w skarbcu, leżą sobie różne takie ramoty i kurzą się. Spotkawszy na allegro ten tytuł, postanowiłam go z kurzu otrzepać i zapoznać się bliżej. W końcu Polak Węgier dwa bratanki itede.
Rezultat? Połowiczny. Bliżej zapoznana, ale i kurzem obsypana. Obfitym, bowiem niedzisiejsza to powieść. Choć może... startowała by w szranki z Perezem-Reverte :)

Gdy jednak zaznajomiłam się z grubsza z życiorysem intymnym pisarza (po węgiersku nawet nie próbuję, więc przeczytałam to, co Włosi o nim napisali), bardzo mi się spodobał. Miał iście węgierski temperament i fantazję, najpierw ożenił się ze starszą od siebie aktorką, która w dodatku miała nieślubnego syna, a potem, gdy owdowiał, w wieku ponad 60 lat hajtnął się z 20-latką. Skandal był co niemiara, ale państwo młodzi się tym w ogóle nie przejęli, tylko oddali podróżom.
Znalazłam też zdjęcie z końcówki żywota pisarza i proszę bardzo:
Albośmy sobie sprawili tupecik albo zastosowaliśmy jeden z tych cudownych specyfików, których inseraty mnożyły się w ówczesnej prasie :)

Na poparcie tezy o wieczystym zbrataniu naszych narodów Mór Jókai napisał też powieść Nasz Polak, o dzielnym rodaku walczącym o niepodległość Węgier, a co! Poza tym zostawił jakieś marne sto innych powieści i trzydzieści dramatów, nie wspominając o takim drobiazgu jak kilkaset wierszy czy tysiąc humoresek.

No ale w Biednych bogaczach dał czadu! Obaj panowie Dumas mogliby mu pozazdrościć. Wspomina ich zresztą opisując śmieszną scenę czytania na głos Hrabiego Monte Christo. Książkę wzięto z wypożyczalni, bowiem:
Pan Dymitr naturalnie nie posiadał własnej biblioteki, gdyż czytywane rzeczy były dla niego jedynie lekarstwem, a któż by chciał zakładać własną aptekę?
I oto mamy już pierwszy rys charakteru postaci, której działania spowodują szereg nieszczęść w życiu bohaterów powieści. Skupmy się na dramatis personae:
- Dymitr Lapussa, stary bogacz trzymający w szachu całą rodzinę pod groźbą wydziedziczenia, skąpy i nieużyty
- Matylda Langai, jego córka, bezdzietna wdowa
- Jan Lapussa, syn godny ojca,a przy tym aspirujący do wejścia w szeregi magnaterii
- synek Jana, Maksio, rozpuszczony bachor, dla którego autor nie przewidział ciekawej roli, toteż szybko nam znika z oczu
- Henrietta, wnuczka Lapussy, córka zmarłej Pauliny, 16-letnia sierota
- jej brat Kalman, czarna owca w rodzinie, naturalnie według starego Dymitra, który nie daje mu ani grosza,a potem się dziwi, że chłopak zastawia kapotę w lombardzie
- wśród domowników znajdują się jeszcze Angielka miss Kleery, wychowawczyni Henrietty oraz dama do towarzystwa na łaskawym chlebie Klementyna, a także chciwy Margari, factotum bogacza

Duszą się te postaci w sosie własnym, dopóki Jan Lapussa nie sprowadzi w rodzinne progi barona Hatszegiego, pretendującego do ręki Henrietty. Szykują już wyprawę dla młodej panny, gdy tymczasem, cóż za nieszczęście, Henrietta zaniemogła. Lekarz domowy stwierdził zatrucie grynszpanem, obsobaczył kuchty, że w złych naczyniach podają potrawy, a przy okazji opowiedział, że właśnie wraca od takiego samego przypadku w domu miejscowego adwokata, którego młody bratanek też uległ zatruciu.
No to wszystko jasne!
To znaczy czytelnikowi jasne, bo stary Dymitr niczego się nie domyśla, dopiero przekazane mu przez podłego zdrajcę Margariego listy między dwojgiem młodych powodują gwałtowny zwrot sytuacji. Bogacz szantażem zmusza panienkę do wyjścia za mąż za magnata i tak zaczynają się jej liczne niedole. Nawiasem mówiąc, pisarz wskazał dzierlatkom znakomity pomysł na ominięcie domowej cenzury w takich romansowych przypadkach - kochankowie posługują się łaciną, pierwsze zdanie zawierają autentyczne łacińskie teksty, a potem już piszą, co im tylko atrament pod pióro przyniesie i na co umiejętności lingwistyczne pozwolą. Ot, co daje wykształcenie :)
Podobne praktyczne wskazówki daje autor młodym mężatkom, oto jak bezkarnie powiesić portret kochanka w swoim pokoju:

I tak się snuje powieść, przynosząc opisy egzotycznych zbójców, zamków myśliwskich, fałszerzy monety, chudopachołków, siłaczy mocujących się z niedźwiedziami, hrabiów przegrywających spokojnie zamki w karty, pięknych ognistych Rumunek, tajemniczo przysłanych klejnotów, zasłoniętych czarną maską włamywaczy-dżentelmenów (no dobra, zbójców), podziemnych jaskiń wyposażonych w supernowoczesne maszyny, cały ten romantyczny repertuar, a wszystko dla udowodnienia, że bogacze mają gorzej od biedaków, bo strach o pieniądze zasłania im wszystko.
Prawie prawie powiedziałabym - XIX-wieczny harlekin... gdyby nie bogate tło obyczajowe i wspaniałe ludzkie sylwetki. Z tego względu powieść warto było poświęcić Biednym bogaczom kilka wieczorów :)


Z wielką radością spotkałam znajomą maść-smarowidło:
Opodeldok zawsze polecam, gdy ktoś się skarży na reumatyzm :)


Czy autor wrzuca tu kamyczek do własnego ogródka czy też kolegów po piórze?

Początek:
i koniec:

Spis utworów opublikowanych w serii BIBLIOTEKA KLASYKI POLSKIEJ I OBCEJ w 1974 roku poniżej. Who's the f... Z.Kaczkowski???

Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1974, wyd. II, 390 stron
Seria: BIBLIOTEKA KLASYKI POLSKIEJ I OBCEJ
Tytuł oryginalny: Szegény gazdagok
Tłumaczył: nie wiadomo kto, napisano: przekład anonimowy z 1889 roku przejrzany i poprawiony, że sprzed ponad stu lat, to widać, słychać i czuć :(
Z własnej półki (kupione na allegro 10 grudnia 2012 za 1,90 zł)
Przeczytałam 1 grudnia 2013


Zszedł był z tego łez padołu znakomity rosyjski aktor Jurij Jakowlew, znany z filmów Iwan Wasiliewicz zmienia zawód czy Ironia losu. Tu relacja z pożegnania w macierzystym teatrze Wachtangowskim.


sobota, 27 lipca 2013

Iván Mándy - Czutak i szary koń

Przypadek z allegro. Coś tam kupiłam, przeglądałam pozostałe oferty sprzedawcy i wpadła mi w oko ta książeczka - bo węgierski autor, a wszak Polak Węgier dwa bratanki, a tymczasem tylko Nemeczka znamy. I proszę, jaki zbieg okoliczności: spoglądam ostatnio łaskawym wzrokiem w stronę powieści Jokaia, debatuję, czyby się wziąć za nią czy jeszcze zostawić, a tu co widzę w Czutaku:
:)

Ale po kolei. Okładka cała bardzo przyjemna:

W środku informacja o autorze, jak miło:
Zaraz zaczęłam szukać na allegro tych pozostałych Czutaków i jest tylko Czutak robi karierę, a pierwszej powieści z cyklu (o której w omawianej książce się wspomina, a dokładniej nie tyle o powieści, co o aktorskich zapędach Czutaka) nie ma i w końcu nie wiem, czy została w ogóle przetłumaczona. W internecie nie ma po niej śladu.

Iván Mándy był nawet proponowany do nagrody Nobla! No ale jego twórczości dla dorosłych to pewnie nigdy już nie poznamy. Za to Czutak dostępny dla każdego :) Bardzo to sympatyczna rzecz. Czutak jest budapesztańskim nastolatkiem, niezbyt cenionym przez kolegów (nazywają go czasem "kapuścianą głową"), który nad tym cierpi, ale też cierpliwie znosi ten brak poważania: gdy go przepędzają od wraku starego samochodu, kontentuje się spoglądaniem na niego z bramy podwórka; gdy wita na stacji kolegę wracającego znad Balatonu, zadowala się niesieniem jego walizki - co wygląda, jak by i on wracał z letniska. Niedostatki atencji ze strony ferajny rekompensuje sobie bogatą wyobraźnią. Pewnego dnia na ulicy jest świadkiem prowadzenia na rzeź starego, umęczonego, wychudzonego konia. Jego właścicielka zostawia go na noc w składzie złomu, więc Czutak, któremu żal się zrobiło szkapiny przeznaczonej na salami, namawia swą paczkę, by go stamtąd uprowadzić. Dzieciaki jak to dzieciaki, nie myślą przy tym za wiele, więc zaprowadzają konia najpierw do piwnicy domu jednego z nich :) Trzeba go jednak szybko stamtąd zabrać, bo matka poszła do piwnicy po drzewo i wróciła blada :)

Po różnych perypetiach szary koń, który do końca nie będzie miał imienia, trafi na "wyspę" odkrytą przez chłopców w okolicy stacji kolejowej - to ziemia niczyja, ze starym wagonem, którym chłopcy "podróżują" na kraj świata. To, wydawałoby się, idealne miejsce na kryjówkę... ale długi język Czutaka sprawia, że dowiaduje się o niej ekipa filmowa, poszukująca odpowiedniego miejsca na plener (dziś byśmy to nazwali, zdaje się, location). Reżyser angażuje również siwego konia. Czy uda się odzyskać wyspę i konia? Co warta jest przyjaźń i ile dla niej trzeba zrobić? Czy ważne jest, ile w zamian dostajemy?


Ilustracje wykonał Stanisław Rozwadowski:







Początek:
i koniec:

Ciekawa adnotacja. Czy do szkół przysposobienia rolniczego dlatego, że koń?

Wyd. Iskry Warszawa 1967, wyd.II, 166 stron
Tytuł oryginalny: Csuták és szűrke ló
Tłumaczyła: Ella Maria Sperlingowa
Z własnej półki (kupione na allegro za)
Przeczytałam 26 lipca 2013


Wyszedł wakacyjny, podwójny numer miesięcznika KRAKÓW.
W środku artykuł Rogóża o placu Matejki:
Kolejny artykuł traktuje o torach wyścigowych Krakowa:
Następny o wielkiej wodzie 1903 roku:
i wreszcie coś z kryminałków - zabójstwo Paluchowej: