Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dizajn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dizajn. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 listopada 2021

Małgorzata Czyńska - Dom polski

Książka do błyskawicznego przeczytania, bo raz, że mała objętościowo, dwa, że na tyle ciekawa, że się nie chce od niej odrywać. Wywiady interesujące, pokazujące, jak różnie ludzie żyją, mieszkają, nawet uprawiając podobne zawody.

Większość z wywiadowanych swój zawód wyniosła jakby z domu, czy to odziedziczywszy go po rodzicach, czy po prostu wyrastając w pewnym kodzie kulturowym - choć trafiają się też przypadki, gdy ktoś nie miał do czynienia czy to z rzemiosłem czy sztuką wcale. Wtedy ważny jest na przykład nauczyciel lub inna, spotkana po drodze osoba, która nakieruje czy pokaże nowy świat. Jedni potem, już jako dorośli, stwarzają dom pełen pamiątek z przeszłości, inni próbują się od tego odciąć i idą w kierunku minimalizmu. Ale właściwie wszyscy twierdzą, że dom tworzą ludzie i ich wzajemne relacje, a nie przedmioty.

W jednej z rozmów wspomina się, że Wajda uznał dom bohaterów za symbol życia bohemy artystycznej i w filmie Wszystko na sprzedaż scenę przyjęcia umieścił w dekoracjach, które odtwarzały ten dom (bo w nim samym było za ciasno na oświetlenie i ekipę). No, chciałabym to sobie zobaczyć...

Początek:
Koniec:
Na końcu polecają taką książkę:

 Wyd. Czarne, Wołowiec 2017, 202 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 12 listopada 2021 roku


Słuchajcie, tak chodzę i chodzę, niby krokiem marszowym, zgodnie zaleceniem pani doktor, ale ciągle się zastanawiam, jaki to właściwie jest, ten krok marszowy. Zawsze jednak mi się to przypomina podczas chodzenia - że mam sprawdzić w internecie. Dziś rano wreszcie sprawdziłam...

 

No jeżeli ktoś myśli, że ja tak będę wywijać nogami, to nie, nie i nie. Niech nikt na to nie liczy! Mam robić za wariatkę na osiedlu???

Wczoraj po raz drugi zamierzyłam się na OMURICE. I słowo daję, że no nie idzie zawinąć ryż w tego omleta, jak to pokazuje autorka video Gotujemy łatwy koreański obiad. Znaczy mnie nie idzie, bo chyba mam za małą patelnię i nie robi mi się taki tobołek, tylko wszystko rozchrzania się na talerzu. Porównajcie tylko te dwa talerze 😅

   


 Ale znalazłam na YT inne sposoby zawijania i na przyszłość wypróbuję. Na przykład tej pani Kimono Mom:

  

Albo pani Maanghi:

 

Skoro już jesteśmy przy YT, to przyznaję bez bicia, że mogłabym tam spędzać nie tylko godziny, ale dni całe. Jedno z moich odkryć to cudowna Japonka Nami, jak się sama przedstawia samotny pracownik biurowy z Tokio. Jej wielką pasją jest gotowanie i tym głównie dzieli się w swoich filmikach. Są one tak pełne spokoju i harmonii, że ogląda się je cały czas z uśmiechem. Przy tym wszystko, co nam chce bohaterka powiedzieć, jest w napisach (w 31 językach, do wyboru, do koloru - ja oglądam po czesku) - ona sama nie zabiera głosu, przyrządzaniu posiłków czy choćby sprzątaniu mikroskopijnego mieszkanka towarzyszy jedynie bardzo stonowana muzyka.

  

Drugi profil, który zaczęłam obserwować, to z kolei Koreanka Honeyjubu. Ten azjatycki świat, pełen uwagi dla szczegółu, dla pięknych przedmiotów codziennego użytku , fascynuje mnie.

  

I jeszcze ta Kimi, której się muszę dokładnie przyjrzeć.

 

A Wy macie jakieś ulubione profile? Coś polecicie?

Przypadkiem wpadłam na YT na rosyjski serial Szwabra. Postanowiwszy go oglądać, o dziwo nawet zajrzałam do słownika, co oznacza to słowo.

No tom się dowiedziała. Przejrzałam wszystkie słowniki w domu: języka polskiego, wyrazów obcojęzycznych, no co tylko. Nic, nie ma.

Mówię na drugi dzień o tych nieudanych poszukiwaniach panu z ochrony przy porannym powitaniu. Za chwilę pan dzwoni do mnie na górę i oznajmia:

- Szwabra  to miotła z lin do zbierania wody z dna łodzi. 

Bardzo mi przykro, że internet pokonał książki analogowe 😕 

No nic, serial obejrzałam i nawet mi się podobał. Czy miał coś wspólnego ze zbieraniem wody z dna łodzi, nie wiem, bo - niestety - miałam spore kłopoty ze zrozumieniem wielu dialogów, zwłaszcza, gdy mówił główny bohater policjant. Bo to kryminał był, ale i melodramat. Mianowicie w pewne morderstwo zostaje wplątana nauczycielka matematyki ze szkoły syna tego policjanta. Nazywa się Szwabrina, więc mówią na nią Szwabra. Może to cały związek... No więc ta Szwabra pomaga matematycznie rozwiązywać różne kryminalne zagadki, a jednocześnie rozwija się romans między nimi dwojgiem. Jasna sprawa, że gdy mówiła o matematyce, nie rozumiałam już NIC 😂

Po czym  oglądam ostatni, ósmy odcinek - a tu zonk: Szwabra już już ma się dowiedzieć, o co chodzi w skomplikowanej intrydze, gdy tymczasem ktoś wchodzi do pokoju i... i koniec! Jasny gwint, klnę, musiał być jeszcze jeden odcinek. Szukam i dowiaduję się, że nie, że osiem i OTWARTE ZAKOŃCZENIE! A idźta, dziady! Mało tego, że serial nakręcono w 2019 i drugiej części do tej pory nie ma. Mało tego, że on wcale nie rosyjski, tylko ukraiński. Ha ha, a ja myślałam, że to w Moskwie akcja 😅




 

Z rozpędu zaczęłam oglądać Mistrza i Małgorzatę. Ciekawe, który raz 😁   Na YT niestety tylko 8. odcinek z 10.

  

Wracając do kuchni. W zeszycie mam wklejony od pewnie dwudziestu lat przepis na tartę cytrynową, więc chciałam wreszcie zrobić (jak cudownie jest mieć cztery wolne dni!).

Proste, jak konstrukcja cepa, prawda?

Hm. Już na etapie zagniatania ciasta okazało się, że jak nie dodam jajka, to za Chiny się nie zlepi. Naprawdę nie wiem, czy w przepisie jest błąd czy ja taka (nie)zdolna, ale dopiero z jajkiem poszło.

Z kolei tego kremu jak kot napłakał. No cóż, zrobiłam jak napisali. Ale potem szukałam hasła tarta cytrynowa duńska i w polskim internecie nie znalazłam, a wszelkie inne, francuskie czy jakie, miały ten krem mocno wypasiony, z 6 jajek, śmietany kremówki i w ogóle. No nic, my mamy z dwóch i pies trącał. Płaskie takie 😁Może Duńczycy nie przepadają za słodkim? Bo w kremie zero cukru? Za to w cieście zrobiły mi się góry i doliny, no już jak ja coś upiekę, to klękajcie narody 😂😂😂 Ale w sumie jestem zadowolona, jest tak bardziej... dietetycznie 😁
 


A' propos dietetycznie. Na obiad był cycek gotowany na parze, wiadomo, jakie to świństwo, więc przyrządziłam sos musztardowy. Od razu inaczej 😍 W sensie - już nie dietetycznie hi hi. Ale oj tam oj tam.

I to już koniec szaleństw kulinarnych. A nie, przepraszam, zapomniałam, że po raz pierwszy w życiu zapodałam rzodkiewki gotowane, bo by inaczej całkiem zmarniały na dnie lodówki. Zjadliwe, z bułką tartą 😎


Sąsiad przyszedł po klucz francuski i doniósł, że pani w kiosku chętnie bierze drobniaki, tylko trzeba policzyć. Siadłam i policzyłam (6,20 zł). Zsypałam do miseczki i już zakładałam buty, kiedy córka wyjrzała przez kuchenne okno i zobaczyła, że kiosk już zamknięty. Jutro, jutro pójdę.


W sumie - fajnie było mieć cztery wolne dni 😍 I kurtkę na zimę kupiłam i rękawiczki nowe. I trochę odkamieniłam WC (matko, jaką tu mamy twardą wodę... właśnie, dla wykończenia dzieła potrzebuję taką szpatułkę drewnianą, co to nią lekarz zagląda do gardła - skąd wziąć?).

Domofon bardzo zapładniający 😀 Bo na przykład słowo šváb oznacza nie to, co myślicie, tylko karaczana. A tu obok i pani Rakowa i pan Baranek i pani Sarenkowa 😂

 



czwartek, 15 października 2020

Katarzyna Jasiołek - Asteroid i półkotapczan. O polskim wzornictwie powojennym

Na tę pozycję też czekałam w kolejce (a teraz za mną czekają inni, więc jutro podyrdam do biblio). Zdaje się, że przeczytałam pochwały na jakimś blogu, dobrze nie pamiętam. 
Ale w rezultacie tych zawyżonych chyba oczekiwań wyszłam z lektury nieco zawiedziona. 
Pewnie, że autorka, ogarnięta pasją, postarała się zebrać maksimum informacji. Ale wyszło to jednak, na mój gust, trochę nudnawo. Strasznie dużo wyliczeń nazwisk i dat, gdzie i kiedy jakiś projektant pracował, co oczywiście jest istotne dla pracy naukowej - ale tu właśnie nie do końca rozumiem, czym ma być ta książka. Monografią polskiego powojennego wzornictwa? Czy opowieścią na temat? 
Dodam jeszcze, że zabrakło mi wielu zdjęć. Bo książka jest dość bogato ilustrowana, ale po wielekroć zdarzyło się, że w tekście była mowa o czymś, czego nie można było zobaczyć. Może w internecie? Ale nie czytam siedząc przy komputerze 😰 
No fakt, przydałby się w takich wypadkach smartfon pod ręką... 
Ale mój stosunek do telefonów komórkowych w dalszym ciągu jest taki, jak naszego rezydenta do maseczek - nie, bo nie.
 
Nie jestem wielką fanką tego dizajnu, nie poluję, nie zbieram, aczkolwiek urodę niektórych mebli czy ceramiki doceniam. 
Osobiście miałam do czynienia jedynie z Włocławkiem, ale to dokładnie tak, jak połowa narodu chyba. Gdzie się nie było u znajomych, wszędzie w kuchni królowały Włocławki, tylko u jednych niebieskie, u innych brązowe :) 
Ja miałam niebieskie, chłop urządzał na nie polowania, czasem przynosił zresztą podróbki. Rezultat tego był taki, że było mnóstwo durnostojek, bo nie każda sztuka była praktycznie wykorzystana. Gdy się teraz nad tym zastanawiam - skąd ten owczy pęd - to myślę, że ta ceramika po prostu była mniej czy bardziej dostępna. 
Pewnego razu przyjaciółka z Francji zameldowała mi, że chętnie się zaopiekuje i przy okazji wizyty w kraju załadowali do samochodu wielkie pudło 🚗 Obie strony były wówczas zadowolone, ale nie pytałam jej później (czy raczej teraz), czy dalej się tym chlubią, czy też wynieśli do piwnicy 😎
Mama też oczywiście miała i też niebieskie, wisi na ścianie w kuchni i łapie tłusty kurz sporo talerzy, na dożywociu.
 
 
Ale oczywiście było w domu mnóstwo innych przedmiotów z tamtych czasów, choćby takie charakterystyczne foteliki. A na końcu segment Kozienice, brrrrr! Ten już został na stałe. Sławetny wysoki połysk, z obowiązkowym barkiem i sekretarzykiem, stolikiem pod telewizor i przeszklonymi półkami na kryształy i komplety do kawy.
Chyba żadne z nas, ani ja ani brat, nie połaszczymy się na to.
Ale właśnie gdy byłam w domu ostatni raz, przyglądałam się popielniczce w kuchni z myślą, że może by...? Ojczasty co prawda nie pali, a i wizyt palących już nie przyjmuje, jednak głupio tak wyciągać mu spod tyłka prawie i zabierać 😁 Jest to coś podobnego do tej czarnej na fotach niżej. 

Wśród talerzy wiszących na ścianach w pokojach (bo i bez tego atrybutu wnętrz PRL-owskich się nie obyło) jest też coś podobnego do tych dwóch. Też myślę o zabraniu, oczywiście jak już Ojczastego nie stanie, ale nie w charakterze kolejnego owczego pędu za modą, tylko jako pamiątki z dzieciństwa, bo ten talerz był właśnie u nas (z bratem) w pokoju i tyle lat na niego patrzyłam.
Tylko nie wiem, co z nim zrobię. Chyba wolałabym traktować go użytkowo...
Początek:
Koniec:
Wyd.Marginesy, Warszawa 2020, 414 stron 
Z biblioteki 
Przeczytałam 11 października 2020 roku 


Co za emocje! 
Próbowałyśmy z córką w niedzielę zarejestrować ją w Urzędzie Pracy (wcześniej rozmawiałam z panem i zapewnił mnie, że mimo nieposiadania konta bankowego można złożyć wniosek), ale na koniec całej procedury dostałyśmy informację, żeby zadzwonić do UP i umówić się na wizytę. 
Że ke??? 
Ale potem jeszcze pogrzebałam i okazało się, że jest możliwość założenia tzw. Tymczasowego Profilu Zaufanego (ważnego 3 miesiące, ale w pandemii ponoć z możliwością przedłużenia). 
Trzeba było złożyć kolejny wniosek i umówić się na wideo konferencję z urzędnikiem Ministerstwa Cyfryzacji, który ma podczas tejże konf. potwierdzić tożsamość. Ustaliłyśmy na dzisiaj. 
Najpierw ściągnięcie aplikacji, a potem już czekanie w nerwach na 11.30 😄 
Oczywiście w ostatniej chwili okazało się, że na córki laptopie coś nie idzie, ale na moim już była w niedzielę ta aplikacja, więc szybko się zamieniłyśmy sprzętem. 
Córcia moja, bidaka, z nerwów cały czas podrygiwała nogą, a ja ją nagrywałam 😎🙅 
Ale okazało się, że to nic strasznego, kilka minut i po ptakach. 
Teraz znowu będziemy składać wniosek w UP, ale już potwierdzony, więc nigdzie jeździć nie trzeba. Jednakże zostawiam tę operację na sobotę, bo za dużo nerwów na raz, to niezdrowo. 
A ona jest po prostu bez ubezpieczenia, co w obliczu nadciągającej koronawirusowej jesieni i zimy staje się trochę niebezpieczne...

środa, 5 lutego 2020

Marcin Wicha - Jak przestałem kochać design

Całkiem chyba niedawno (czas płynie tak szybko, że nie umiem odróżnić miesięcy i lat) czytałam tę nowszą książkę Wichy i pamiętam, ze zwróciłam uwagę na ten tytuł - Jak przestałem kochać design. Ale nie szukałam nigdzie, tymczasem kilka dni temu sama mi wpadła w ręce, gdy coś oddawałam w filii na Sienkiewicza. Filii, która ma bardzo charakterystyczne witryny i wejście, bo też mieści się w pewnym znanym budynku z adresem przy pl. Inwalidów. Kiedyś przy okazji zrobię zdjęcie.
Tymczasem dziś donoszę, że i ta pozycja nie zawiodła.
Jakoś mi bardzo odpowiada styl pisania Wichy, jego ironiczność, a jednocześnie trafianie w punkt co do wielu spraw. Punktem (nomen omen) wyjścia jest śmierć ojca i konieczność wybrania urny. A wszystkie z katalogu są koszmarne.
Ojciec nigdy by się nie zgodził na takie naczynie. To świństwo lekceważyć czyjeś uczucia estetyczne tylko dlatego, że umarł.
No a potem już rusza z kopyta historia designu w Polsce Ludowej. Wiadomo, czasy były siermiężne. Niestety, te nasze nowe nie są lepsze :(




Początek:
Koniec:

Wyd. Karakter Kraków 2018, 254 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 1 lutego 2020 roku

czwartek, 4 lipca 2019

Deyan Sudjic - Język rzeczy


Tym razem książka, której nie zamówiłam poprzez stronę internetową biblioteki, ale znalazłam na stoliku, gdzie panowie odkładają te świeżo oddane. Pierwsze zdanie mnie ujęło, więc wzięłam do czytania. I czytało się faktycznie dobrze, szybko i z zainteresowaniem.
Właściwie większość rzeczy, o których była mowa, można by było dalej szukać w internecie, ale zrobiłam tak tylko z jedną - nie rzeczą, ale sklepem z modą z Los Angeles - chciałam zobaczyć zdjęcia.
Teraz Sudjic zainspirował mnie do czytania Teorii klasy próżniaczej, ale nie wiem, nie wiem... bo mają w bibliotece wydanie z małymi literkami, sądząc po serii :) Przepierduje się, co?


A jeszcze spotkała mnie duża niespodzianka. Myślałam, że jakieś tam podstawy dizajnu znam, a tu takie krzesło, co się nazywa Red Blue Chair:
Samo krzesło to ja już widziałam, ale że jego autor nazywa się Rietveld (Holender) i że je stworzył w 1918 roku, to już nie wiedziałam, chlip chlip. Nie jestem taka mądra, jak myślałam.

No, a teraz czytam dla odmiany kolejny reportaż z Czarnego. O Nowej Rosji. Wczoraj dostałąm maila, że czeka na mnie zamówiona Laponia, pojechałam odebrać, zabrałam się za czytanie już w autobusie w drodze powrotnej, a tu zonk - to nie reportaż, jak sobie myślałam (nie wiem właściwie, dlaczego), tylko historia tej ziemi i tych ludzi. To mnie już tak nie interesuje, odłożyłam na bok i muszę znów jechać oddać.

Początek:
Koniec:

Wyd. Karakter, Kraków 2013, 247 stron
Tytuł oryginalny: The Language of Things
Przełożył: Adam Puchejda
Z biblioteki
Przeczytałam 2 lipca 2019 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Nie kupiłam, ale i tak do mnie przyszło :)
Z wyliczanki w środku wynika, że to czternasty tom serii o budynkach uniwersyteckich czyli chyba jeszcze jeden wyjdzie? Tak mi się pamięta, że miało ich powstać piętnaście. Tymczasem w domu jest trzynaście sztuk (razem z tą). Wygląda na to, że brakuje mi Arsenału Królewskiego, co mnie dziwi, bo wyszedł w 2017 roku, a przecież wtedy jeszcze książki kupowałam. Chyba, że kupiłam i wetknęłam gdzieś na wolne miejsce, a nie obok pozostałych. Tajemnicza sprawa :)