Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2025

Marek Raczkowski - Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

To wywiad-rzeka ze znanym rysownikiem z Polityki i Przekroju. I zastanawiam się, czy ją sobie zatrzymać, czy będę jeszcze kiedyś chciała powtórnie po nią sięgnąć. Bo smutna to lektura.

Szokująca na pewno. Szczerością? Bo chyba nie dla epatowania Raczkowski opowiada o swoich nałogach, o stosunkach z kobietami, o trudnym charakterze. Może trochę zmyśla? Tak sobie myśli czytelnik, któremu pewne fragmenty wydają się tak ekscentryczne, że aż niemożliwe. A może nie zmyśla, może tak właśnie wygląda/ło jego życie? Wtedy cóż, skoro twierdzi, że niczego nie żałuje - to OK. 

Czyta się jednym tchem, ale zostaje jakiś osad smutku.  

 


Początek:

Koniec:

Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2013, 335 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 22 października 2025 roku 


Najnowsze nabytki

czyli urobek z minionego tygodnia. Bogato było. 


Sama nie wiem, po co przynoszę te kulinarne, skoro prawie nie korzystam... Ale cały czas sobie wmawiam, że BĘDĘ. A nawet w Gotujemy z przyjaciółmi zaznaczyłam przepis na buraczki zasmażane, który co prawda znajdę wszędzie, ale akurat mi się na nim otwarło - a planuję zrobić (po raz pierwszy w życiu). Co do gotowania aktualnie, będzie trochę poniżej. Obiady za 9,99 zł pochodzą z 2011 roku, więc umówmy się - obecnie co najmniej za 19,99 😁 W ramach relokacji uwolniłam (i zagospodarowałam!) całą dodatkową półkę na te kulinaria, a teraz znowu nie ma miejsca...

Siódme wtajemniczenie - wreszcie! Twierdza Persil! Bo nie miałam. Ale brzydkie wydanie, więc jak się trafi lepsze, to zamienię. Podobnie z Myśliwskim. Właściwie tak mnie denerwuje ten obszarpany Pałac, że nie wiem, czy jeszcze dziś go nie wyniosę z powrotem 😉 Naciągnięte i Magma pewnie do przeczytania i oddania. Połanieccy w oprawie, ktoś przyniósł do knihobudki pół półki tak oprawionego Sienkiewicza, Mickiewicza i nie pamiętam kogo jeszcze. A wczoraj wieczorem wyskoczyłam kontrolnie jakoś po 21.00 - pojawiły się cztery pełne półki rozmaitości, trochę sensacji, dzieła Hłaski (których nie mam, ale miejsca też nie mam) i różne inne. Dobrze, że nic mnie nie skusiło...

W przeciwieństwie do pudła z filmami, które ktoś podrzucił wczoraj rano. Ja wzięłam mniej niż połowę, ale to jest do przejrzenia, bo na przykład nie pamiętałam, co w domu jest House'a (a są cztery sezony). Gdy zobaczyłam Tarantino, aż mi się oczy zaświeciły - albowiem kiedy ostatnio chciałam sobie przypomnieć Jackie Brown, okazało się, że mam to na VCD no i nie było jak. Pamiętacie taki format? On chyba był popularny na przejściu z VHS do DVD. A teraz już go nic nie odtwarza. Więc Jackie Brown podmieniona natychmiast, a inne też pod tym kątem mam sprawdzić.

Ostatni łup tegotygodniowy to drewniany listownik ze Śmieciarki. Złoty, ale skromny 😂 Co prawda w ostatnich czasach jedyne listy, jakie dostaję, to zawiadomienia z ZUS, że przyznali mi czternastkę, ale przecież mogę tam włożyć notes, lupę, żeby była pod ręką, no i nie wiem jeszcze co.


Hamerykańskie widokówki też są z budki, do poodcinania i używania jako zakładki. Kiedyś też  były popularne takie zestawy, nie wiem, czy jeszcze istnieją w handlu.

 

Dzień z życia emerytki

Nic pasjonującego 😁 Wygląda na to, że niewiele się taki dzień różni od dnia kobiety pracującej - tak samo monotonnie. Weźmy na przykład czwartek. Zaczął się typowo dla wieku 60+ mianowicie pobraniem krwi w celu wykonania 7 badań wątrobowych 😂 Niestety w placówce odległej od miejsca zamieszkania, bo w szpitalu na Wrocławskiej. Było jasne, że potem nastąpi globus, jako że przecież musiałam na czczo, a moja głowina jakoś tak ma, że jak nie dostanie zaraz po wstaniu sygnału z przewodu pokarmowego, iż już tam coś leci do żołądka, to się obraża. Więc się obraziła, z tym, że na razie lajtowo, więc nawet wykonałam poranny plan (obejrzeć czeskie wiadomości, skontrolować, jakie nowe filmy na hamerykańskiej stronie, wyrzucić spam z poczty, wziąć witaminy, coś tam pouzupełniać w katalogu książek). Dobrze. Na 13.00 była umówiona dziewczyna na odbiór paru książek, które się zdecydowałam wydać. Jak przyszła, jak siadła, jak zaczęła gadać... No, trochę zeszło. Na szczęście obiad był w lodówce.

No i właśnie, obiady. Jakoś się obcyndalam w tej kwestii, powiem szczerze. Jedyna nowość z ostatnich tygodni jest taka, że chciałam spróbować, czy w ryżowarze można też ugotować kaszę. I tak, można. Wielka to wygoda, więc kombinuję jakieś kaszotta buraczotta na ten przykład. Ale Sąsiad przynosi co i rusz gotowce z pracy i w ten sposób mnie zniechęca do dalszych eksperymentów 😂 

Gotowce biorą się stąd, że jakaś tam firma cateringowa zaopatruje automat w biurowcu, żeby niewolnicy mogli sobie kupić obiadek. Facet przywozi nowe porcje, a tych, co im się właśnie skończyła ważność i nie zostały wykupione, nawet nie chce mu się zabierać z powrotem, więc oddaje recepcji i ochronie.

Tak też było w czwartek, odgrzałyśmy sobie, zjadły, narzekam na głowę, a córka mówi, żebym poszła się przejść, to mi może minie. Dupa tam, takie numery na mnie nie działają, ale że piękna pogoda była, to jednak wyszłam. Byłam po drugiej stronie Błoń, gdy ujrzałam przy stadionie Wisły Wielką Masę Niebieskich Świateł. Trzeba sprawdzić, co się dzieje, więc strawersowałam Błonia (w sumie 12 tys. kroków, 7,5 km), a tam dziesiątki radiowozów i setki policjantów. Jeden mi wyjaśnił, że będzie mecz Legii Warszawa z Szachtarem Donieck. Tu się popisałam, bo zdziwiona zapytałam jak to, z ruskimi? No co, głowa mnie bolała 🤣 Dociekałam, czy zawsze mecze są tak obstawiane, nie, jest ustalany stopień ryzyka. Potem w internecie doczytałam, że Legia Warszawa nienawidzą się z Wisłą Kraków, więc.. Tymczasem nadjeżdżały autobusy pełne tych kibiców z Legii, przywiozły ich dwa specjalne pociągi, ale nie na Główny, tylko do Mydlnik i tam ich przeładowywano. Jak sobie pomyślę, ile sił i środków jest zaangażowane do takich bzdetów, to mi się słabo robi... 

Jako osłabiona podeszłam na Cichy Kącik i wsiadłam do autobusu 159, z myślą, że podjadę JEDEN przystanek, na Miasteczko Studenckie, a stamtąd to już czymkolwiek do domu. To był ten największy błąd: pokonaliśmy tę odległość (na piechotę pewnie bym szła 5 minut) w korkach w PÓŁ GODZINY. Myślałam, że jajo zniosę, głowa mi już pękała, ciemności zapadły, cztery młode Chinki (chyba) nawijały bezustannie po swojemu, a wysiąść się przecież nie dało. 

Do domu dotarłam w stanie totalnej rozwałki, a tu jeszcze w drodze dzwoniła pani, że stoi pod blokiem i czeka. Bowiem SPRZEDAŁAM jedną książkę, a kupująca sobie przypomniała, że ma na moim osiedlu znajomą i że ona ją odbierze wieczorem. Pani (z pieskiem) była przesympatyczna i gdyby nie ten łeb, to bym ją zaprosiła do środka na pogaduchy, a tak to w drzwiach jedynie. 

Wracając do sprzedanej książki - niektórych mi się zrobiło żal (wydawać je za friko), chytra baba z Radomia 😂 Więc pierwszą sprzedałam za 40 zł i zarobek włożyłam do TRZECIEJ skarbonki 😁 Tak, mam trzy skarbonki: do jednej wrzucałam co miesiąc 50 zł na nowy dywan do kuchni po tym, jak Ojczasty trochę nabałaganił przy jedzeniu (już nie dokładam, bo myślę, że się nazbierało, ale za dywanem się nie rozglądam na razie), druga to ta nowa z Pragi przywieziona w kształcie tramwaju, tam co miesiąc wrzucam kupiony banknocik 1000 koron, a trzecia stała do tej pory pusta, ma formę angielskiej budki telefonicznej, chyba córka ją dostała przed wiekami. Tam będę zbierać kasę za książki - ale nie wiem, jeszcze na co 😂 Tymczasem wczoraj sprzedałam kolejną, ma być odebrana jutro. 

A co w czwartek? Nic, zjadłam kolację i poszłam do łóżka, bo tylko na to było mnie stać. Łeb i tak bolał całą noc. Tak że nie chcę już nigdzie chodzić na czczo, rozumiemy się?

Pierwszy raz w październiku nie zrobiłam wtedy kolejnego unitu z angielskiego, ale muszę się pożalić, że mnie zaczął ten angielski wkurzać: najpierw past simple z cholernymi nieregularnymi czasownikami, a w następnej lekcji jakiś present perfect z kolejnymi cholernymi nieregularnymi! Jedne takie same, drugie inne. Nie chce mi się tego uczyć!!! Co prawda jeśli celem było rozumienie (na przykład napisów przy oglądaniu filmów), to wystarczy, że wiem, o co chodzi, ale przecież to nie jest tak do końca, jak się już uczyć języka, to żeby go używać, a nie tylko rozumieć... No nie wiem... Następnego dnia ambitnie naszykowałam kilka innych gramatyk, żeby porobić ćwiczenia, sobie utrwalić, ale jeszcze do nich nie zajrzałam.


 

Teraz czytam sobie kryminał Gardnera po czesku (czeski mnie tak nie denerwuje, choć miewa swoje za uszami), ale Perry Mason się Luwrem nie zajmuje, jego klientka jest oskarżona o kradzież zaledwie stu dolców.

 


środa, 23 lipca 2025

Tadeusz Lewandowski - Chmielewska dla zaawansowanych. Psychobiografia gadana

Ten wywiad-rzekę z Chmielewską przyniosłam sobie, zadowolona jak nie wiem co, z tych bibliotecznych stosów z powyrywanymi nogami kartkami, a teraz - zadowolona jeszcze bardziej (że się pozbywam) - wyniosę do knihobudki. Może nie jestem dostatecznie zaawansowana 😂 ale mnie ta książka mocno wynudziła, a momentami miałam też uczucie niesmaku.

Powyżej charakterystyczna próbka stylu, który znamy, ale już nam się znudził 🤣

Rzecz w tym, że po pierwsze pan Tadeusz jak najbardziej się starał i wywiadował pisarkę na klęczkach i komplementując ją naprawdę PONAD miarę (żenujące), a po drugie nie "wyszła" mu koszmarna baba, tylko się objawiła w całej krasie... Osoba bardzo zadufana, egocentryczna, najmądrzejsza w całej szkole i z bardzo dziwnymi poglądami na różne sprawy*. Daje przy tym dużo dobrych rad w wielu kwestiach. Czasami, wiecie, lepiej się nie odzywać niż pieprzyć trzy po trzy.

*Tak tylko wspomnę, że jest na przykład za karą śmierci.

Nie zniechęci mnie to do powrotów - Wszystko czerwone zawsze będzie rządzić, ale tę lekturę wyrzucam z pamięci natychmiast. Całe szczęście, że mam ją taką słabą, tę pamięć 😉

 


Wydawnictwo i rok nieznane z racji wyrwanej kartki, ale za to stron 377

Przeczytałam 20 lipca 2025 roku

 

Po tym niepowodzeniu czytelniczym miałam w planie taką lekturę:

To było z ostatnich stosów Szyszkodarowych. Nie żeby mnie Chicago jakoś specjalnie interesowało, ale chciałam uwiecznić na blogu dedykację 😁



Jednak ledwo rzuciłam okiem na wstęp - no po angielsku, no - zatrzasnęłam album z powrotem 😂 Przerósł mnie. Nie dość, że drobne literki, to jakieś dziwne słownictwo 😂 A przecież już podtytułu nie zrozumiałam! To znaczy każde słowo z osobna tak, ale całości nie! Co to ma być to remember her by??? Kim jest she??? Okazuje się, że to cała seria jest - Travel Series A Picture Book to Remember Her By. No to niech sobie będzie beze mnie! Do budy!

Znaczy do budki...

Co poza tym. Wspominałam po przyjeździe z Pragi, że przyszło pismo, iż 26 lipca w godzinach od 8.00 do 20.00 nawiedzi nas komisja (czy jak to tam nazwać) i oceni stan Ojczastego w odniesieniu do ewentualnego świadczenia pieniężnego. 

Gdy składałam wniosek, Ojczasty jeszcze nie miał orzeczenia o niepełnosprawności, a to podstawa. Pan wówczas powiedział, że gdy już je będziemy mieli, trzeba je dołączyć do dokumentacji.

No to dzwonię do nich (znaczy na infolinię), żeby się dowiedzieć, czy oni już wiedzą, że orzeczenie jest czy też muszę z nim jechać do urzędu.

- Jesteś dwudziesty w kolejce. Czas oczekiwania 15 minut.

Spoko, wytrzymam, zwłaszcza skoro tak szybko petentów załatwiają 😉 

Miły to był dzionek, taki telefoniczny.

Zostałam połączona po... cóż, trzy i pół godziny minęło 😂 I tak byłam zadowolona, bo spodziewałam się już, że za chwilę mnie rozłączy, bo koniec urzędowania!

- Niby to widzimy, że jest orzeczenie, ale trzeba je dostarczyć.

- Nie, komisji nie można go dać, bo to nie są nasi pracownicy. 

Cóż więc było robić? Zebrałam się w sobie w zeszły piątek (po telefonie do Spółdzielni w celu upewnienia się, że w kwestii gówien nic się dziać nie będzie), ogarnęłam logistycznie - to wyprawa na 4 godziny, a z domu, gdzie Ojczasty, nie wychodzi się ot tak,  jak wiadomo - i fru. Miła pani:

-  Nie, nie trzeba, ja tu widzę, że orzeczenie jest. 

Kurtyna!

 

sobota, 24 sierpnia 2024

Kamil Bałuk - Dawno temu w telewizji


Od razu powiem, że nie cierpię tej czcionki 😁

Następnie, że telewizja od wielu lat dla mnie nie istnieje i właściwie to oglądałam w dzieciństwie i czasach szkolnych czyli gdy mieszkałam z rodzicami. Nie wiem, od kiedy dokładnie mieliśmy ją w domu, najpierw chodziliśmy z bratem do sąsiadów na Jacka i Agatkę. Sąsiad był z zawodu dyrektorem, więc oni pierwsi mieli telewizor. Potem, gdy już i my go posiadaliśmy, co się oglądało? Pamiętam Zwierzyniec w poniedziałki, jakieś Teleranki w niedziele, ale głównie seriale emitowane w czasie ferii (choć na pewno nie tylko): Pippi oczywiście,  Podróż za jeden uśmiech, Przygody Tolka Banana, Wakacje z duchami, Gruby, Szaleństwo Majki Skowron czy te dla dorosłych: Stawka większa niż życie, Czterej pancerni... O, w niedzielę było też W starym kinie. Na ile ważną częścią życia była wówczas telewizja? Wszyscy te filmy oglądaliśmy. Czy dzisiaj nastolatkowie mają jakieś kultowe seriale POLSKIE, przez wszystkich oglądane?

Autor tej książki - zbioru rozmów z twórcami telewizyjnymi - to inne pokolenie i pewnie dlatego osoby, z którymi rozmawia i programy przez nie realizowane nic mi nie mówią. Nie oglądałam Szczygła w Na każdy temat, takich nazwisk jak Chylewska (Rower Błażeja) czy Rykowski (Piraci) w życiu nie słyszałam, jak i ich audycji. Wiem, że Łepkowska to scenarzystka seriali, a Khamidov to gość od Kiepskich. I to by było na tyle.

Generalnie to rozmowy o tym, jak siermiężna była telewizja po 1989 roku i jak wszyscy uczyli się wszystkiego. Z wywiadu z Khamidovem zapamiętałam pewną historię. Jeszcze u siebie w Kazachstanie miał realizować film o Jagnobczykach, tylko nic z tego nie wyszło. Kim byli /są Jagnobczycy? Otóż jest taka grupa wiosek położonych 3 tys. metrów nad poziomem morza, mieszkali tam ludzie, którzy uciekli w góry przed najazdem Arabów. Kiedy? W szóstym wieku. I ponad tysiąc lat żyli odcięci od cywilizacji, nie wiedzieli co to prąd, nie słyszeli o wojnach światowych. O nich też nikt nie wiedział, dopiero w latach 30-tych zauważono ich w ZSRR z powietrza. Dziś zostało ich już tam niewielu, bo w latach 1970-1971 zostali w większości wysiedleni, przewiezieni helikopterami (pod pozorem niebezpieczeństwa, jakim groziły trzęsienia ziemi w górach) - a tak naprawdę na północy potrzebne były ręce do pracy na polach bawełny. Język jagnobijski został uznany przez Unesco jako najbardziej zagrożony wymarciem na świecie.

Tak że jeśli chcecie się przysłużyć światowej lingwistyce to zabierajcie się za naukę jagnobijskiego 😉


 Początek:


 
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, 299 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 23 sierpnia 2024 roku
 


Donoszę, iż Pan Stolarz oczywiście nie dał znaku życia od wtorku - a trzeba wiedzieć, że gdy do niego wtedy dzwoniłam i chcąc mu się przypomnieć zaczęłam tłumaczyć, kto i co, przerwał mi mówiąc, że nie ma sklerozy - więc wczoraj zadzwoniłam ponownie:

- Mówił pan, że nie ma sklerozy...

No nie ma, ale dopiero dziś będzie na osiedlu, więc na pewno przyjedzie. 

Czekałam do 18.00 😂 ale rzeczywiście przyjechał i naprawił. Inna sprawa, że mam teraz strach z tyłu głowy przy otwieraniu szafek...

Tymczasem pojechałam do Auchana, bo w radiu mówili, że tanie pomidory 🤣 Oprócz pomidorów nabyłam na wyprzedaży dwie ceramiczne osłonki na doniczki, bo mnie te ważki zachwyciły. Na pierwszym zdjęciu widzicie śrubokręty, które mi życie uratowały, gdy drzwiczki zwisały ukośnie trzymając się na dolnym zawiasie - ja ich już chyba nie schowam na miejsce, na wszelki wypadek 🤣

 

Odwiedziłam również ponownie Media Markt, ciągle w poszukiwaniu telefonu - i tym razem udało się! Był jeden jedyny egzemplarz! Wreszcie mogłam wykreślić z listy punkt, który tam figurował od dwóch lat! Oczywiście najtańszy model, ale działa (i w dodatku nie ma takiej cegły-akumulatora, jak poprzedni), więc i ten problem z głowy 😍 Nie wiedziałam, co zrobić ze starym... położyłam przed osiedlowym pojemnikiem na baterie i takie tam...


 

W domu są masakryczne ilości bilonu. Bierze się to stąd, że po pierwsze płacę w sklepach wyłącznie gotówką, odkąd jest Ojczasty (któremu emeryturę przynosi listonosz; z mojego konta idą teraz jedynie opłaty), a po drugie chodząc do sklepu z wózkiem nie zabieram już torebki, tylko do kieszonki wózka wsuwam banknot 😂. Więc za każdziutkim razem dostaję resztę, w przedpokoju ją wrzucam na tackę,  no i tak to się toczy. Wczoraj odliczyłam 5,99 zł drobiazgu i z filiżanką w ręce poszłam do piekarni. Nie żeby była szczęśliwa ekspedientka, ale też nie protestowała. Nie wie jeszcze, że następnym razem też ją czeka liczenie - kolejna filiżanka już naszykowana 😁


 

Środa: 10.795 kroków - 5,8 km

Czwartek: 11.185 kroków - 6,2 km

Piątek: 8.639 kroków - 4,7 km

wtorek, 18 lipca 2023

Z Pokorą przez życie. Wojciech Pokora w rozmowie z Krzysztofem Pyzią

 

Tak tak, nie pożyczam z bibliotek, ale brałam coś dla Ojczastego i patrzę - Pokora. Czy ktoś z Was kiedyś nie ostrzegał przed tym? Może Teresa?

Jeśli nie, to ja teraz ostrzegam.

Niewiarygodne, jaka to nuda. Flaki z olejem się cisną naprzód (aczkolwiek nigdy nie próbowałam, nawet i bez oleju). Nic tam nie było ciekawego, a sam Pokora okazał się prywatnie (na ile oczywiście tej prywatności rąbka uchylił) właśnie nudnym człowiekiem. 

Tak że tak - lepiej filmy z nim oglądać, niż wywiady czytać. 

A pan wywiadujący mógłby też czasem wstać z kolan.


Początek:

Koniec:

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, 357 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 9 lipca 2023 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Najpierw przywlokłam (z półki oczywiście) pięć wielgaśnych i ciężkich jak cholera ksiąg kucharskich. Nie muszę chyba dodawać, że jeszcze nie znalazłam czasu, żeby do nich zajrzeć 😂 Za to znalazłam dla nich miejsce! Stały tam zeszyty A4, w których od lat zapisuję wszystkie wydatki 😉 Zostały traslokowane na inną półkę i voilà. Przy czym Dania z ryb ofiaruję bratu, bo on amator tych świństw (i dzisiaj przyjeżdża).

Na miejsce po rybach wskoczy kolejny nabytek z półki 🤣

Może mnie zdopinguje, żeby serial obejrzeć w całości, co planuję od lat... Na razie - chwalę się - mam za sobą 7 odcinków Hansa Klossa.

A to wczorajsze łupy, ciągle z półki. Okazało się, że nie mamy tej Siesickiej. Dialogi wzięłam - zasadniczo - dla zapoznania się z aktualnościami (sprzed siedmiu lat) i ponownego wyniesienia.

W ogóle to zaczynam nabywać pewności, że jak nie zrezygnuję z pracy, to guzik tam przeczytam to wszystko. Czy ktoś mógłby podjąć za mnie tę decyzję?

 

Teraz tak. Byłam znów w Ikei po te półeczki do szafek kuchennych i wpadła mi w oko lampa a' la kreślarska. Wyszło na to, że to będzie najlepsze rozwiązanie dla Ojczastego, bo można nią manewrować we wszystkie strony, więc kupiłam, a płacąc zapytałam w kasie o możliwości zwrotu tej poprzedniej. Pani mi doradziła, żebym z nią przyjechała rano, jak na zwrotach są jeszcze pełni życzliwości dla ludzi (ale oni tam chyba zawsze są) 😁 Tak zrobiłam następnego dnia i cóż. Przyjęli, ale że minęły dwa tygodnie od zakupu, a lampa była rozpakowana (żeby nie powiedzieć używana), nie mogli mi oddać gotówki, tylko na talon refundacyjny czy coś w tym guście. Znaczy - za te pieniądze mogę sobie - bezterminowo - kupić coś innego. Trochę szkoda, ale dobre i to. Nawet żarówki od tej lampy przyjęli z powrotem 😍

Jak widać poniżej, kupiłam od razu (znaczy bezgotówkowo) między innymi nowy lampion do sypialni, bo mój stary muchy obsrali, niczym Najjaśniejszego Pana. A że nie chce mi się zabrać za montaż i demontaż, lampion powiesiłam chwilowo na drzwiach szafy 😂 Zaś obok łup spod śmietnika na osiedlu czyli tablica korkowa. Mam plan, żeby ją powiesić docelowo właśnie na tych drzwiach. Mam też telefon do pana Krzyśka ze spółdzielni, który znajomej wykonywał różne drobne prace domowe - może się wreszcie zbiorę, zadzwonię do niego i umówię na to i owo.

A tu z kolei ślad katastrofy kuchennej. Ucho się urwało temu misiu, jedno, a drugie, gdy garnek rąbnął o dno zlewu - bo właśnie odcedzałam makaron. Mogę dziękować Nieistniejącemu, że to się stało nad zlewem, a nie wrzątek na moje nogi!!!

Nawiasem mówiąc, zapałałam chęcią ponownego obejrzenia Historii kuchennych i wtedy się okazało, że moja ex-koleżanka z pracy pożyczyła i nie oddała. Będę musiała prosić córkę o załatwienie... a to ciężka sprawa, bo ona mnie molestuje, żebyśmy obejrzały jeden stary film francuski, a mnie się nie chce...

I chyba tyle na dziś, bo trzeba się brać za obiad...


piątek, 9 grudnia 2022

Krzysztof Opolski, Krzysztof Turowski - Historia ludzkiej chciwości

 

Zamówiłam sobie tę chciwość z nowości w bibliotece, no bo wiecie, miała tylko 195 stron 😂 Przecież z chciwości to chyba powinnam właśnie grube brać, a nie cienkie? Chciwość to moje drugie imię, bo ja inaczej nazwać to zbieractwo książek i filmów, tę niechęć do pozbycia się czegokolwiek?

I teraz popatrzcie: ledwo skończyłam czytać, wsiadam do pociągu z Dżendżejowa do Krakowa, jest niedzielny wieczór, w środku dziki tłum, bo przecież studenty wracają po weekendzie, a kasa była oczywiście zamknięta. W takim przypadku należy wsiąść do pierwszego wagonu i zgłosić się do konduktora. I nawet tam wsiadłam, ale gdy zobaczyłam, co się dzieje, ruszyłam na poszukiwania miejsca, licząc na cud. Cud się nie zdarzył, ale zajęłam sobie bardzo dobrą stojącą miejscówkę. I teraz taka akcja - zerkam co chwilę w stronę pierwszego wagonu, czy konduktor nie idzie, biję się z myślami, co robić, bo przecież powinnam iść do niego i zgłosić (stał tam cały tłum), ale no nie zostawię takiej dobrej miejscówki! A tu dwie stacje dalej wysiada dziewczyna i ja hyc na jej miejsce, przeszczęśliwa, że nie będę stała do samego Krakowa 😁 Ale co z tym konduktorem - przyjdzie sprawdzać bilety i co wtedy? Jak się będę tłumaczyć? Że dopiero wsiadłam? Wtedy te wszystkie studenty naokoło się na mnie będą gapić ironicznie, na oszustkę. A z miejsca też boję się wstać, żeby mnie nikt nie podsiadł...

I co, jak się zakończyła ta fascynująca historia?

Przyjechałam do Krakowa na gapę. Konduktor się przecież nie wybierał na wycieczki w tym tłoku 😏

Ale co się nabałam, to moje i raczej już się drugi raz na to nie piszę. ZAWSZE  KUPIĆ BILET POWROTNY W KRAKOWIE!

Tyle na temat chciwości - była to chciwość wygody. Najwyraźniej nic mnie książka nie nauczyła 😂

A czytało się ją bardzo dobrze. Przypomniała mi między innymi historię boomu tulipanowego w Holandii (kiedyś o tym czytałam), jak to z nie do końca wyjaśnionego powodu, chwilowej mody nagle ludzie zaczęli dawać fortunę za cebulki tych kwiatów. Doszło do sytuacji, że za woreczek najmodniejszych cebulek można było kupić rząd kamienic przy amsterdamskim kanale. Oczywiście jak nagle zaczął się boom i moda, tak równie nagle wszystko się zawaliło i nastąpiło kompletne bankructwo mnóstwa inwestorów. Po prostu któregoś dnia jeden z handlarzy nie sprzedał towaru i poszłoooooo! Coś Wam to przypomina?

Co za mania przyklejania tych karteczek na daty zwrotu NA TYTULE?!? Po raz kolejny się z tym spotykam. Na szczęście w stopce był podtytuł, więc wiem, że brzmiał Wymiana myśli i komentarze osobiste.

Za to godne pochwały jest dobranie szeregu trafnych ilustracji, będących reprodukcjami dawnych obrazów - no ale to nie zasługa biblioteki, tylko wydawnictwa 😀 A co do biblioteki jeszcze, to wczoraj miałam takie wydarzenie: przyszedł mail, że z powodu nieodebrania zamówionej pozycji rezerwacja została skasowana. Ki czort?  Byłam dopiero na trzecim miejscu w kolejce?! Piszę więc do nich, vo co jde. I dowiaduję się, że książka (z nowości) została zubytkowana i przepraszają za nieporozumienie. Fajne słowo, nie? Chyba ktoś zgubił albo zniszczył. Jest jeszcze drugi egzemplarz na Dębnikach i to nawet do wzięcia od zaraz, właściwie mam tam jechać oddawać w przyszłym tygodniu, to może zamówię? Nazywa się to Wrzask w przestrzeni: dlaczego w Polsce jest tak brzydko.


 

Początek:

Koniec:

Wyd. ARKADY, Warszawa 2020, 195 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 4 grudnia 2022 roku

 

Z frontu nowej kuchni

Nawet nie mówcie. Można przyjmować zakłady i się obłowić - Pan Stolarz stwarza 100% gwarancji, że nie zrobi tak, jak się umówił. Wczoraj, umówiony na 16.00, przyjechał o 18.10, a w dwie godziny później zakończył robotę. Ja się nie dziwię, o tej porze też bym była wykończona. Tak że nie ma się co łudzić, że dziś skończy i w weekend sprzątam ostatecznie i poremontowo 😖

Przeniosłyśmy część filmów nad półkę na telewizor, bo tam już mają stać docelowo. Zaczynam się obawiać, że dla wszystkich książek, które leżą u mnie na podłodze, nie wystarczy tu miejsca... Ale bo ja nie potrafię się NIE martwić, tak na zapas.

Jedno co wiem, to że w weekend zrobię jakieś porządki w szafie, bo mi wreszcie wyszły z niej ręczniki - do łazienki. Ale po pierwsze nie zdawałam sobie sprawy, że tyle ich jest, a po drugie kiepsko mi teraz łazienka wygląda, tak się zagraciło i już po cichutku myślę, czy by nie należało jakiejś rolety zainstalować, żeby to przesłonić.

Dziś mieli być o 16.00 - przyjechali o 17.45. Cały Kraków stoi. No cóż, piątecek. Odgrażają się, że skończą. Podręczny wnosi fronty do regałów, Pan Stolarz się tłucze w pokoju, ja teraz nie wiem, co będę robić.

Obym się zdziwiła. 

 

Apdejt sobotni poranny

Sytuacja w piątek wieczór, gdy panowie skończyli robotę, wyglądała tak. 

Czyli fronty założone. Teraz jeszcze wywiercić otwór na kable za telewizorem oraz wreszcie wykończyć słupek w kuchni. Między innymi, żeby zamontować reling na ścierkę, trzeba będzie wyciągnąć z powrotem piekarnik. No, tak to jest, jak się od razu wszystkiego nie przemyśli...

Niby, że dzisiaj 11.30-12.00. Akurat w to uwierzę.

Następnie kolega Artystyczny ma zabrać te dwa puste regały. Też ciekawe, czy to się dzisiaj stanie.

Moje podejrzenie, że nie zmieszczę się z książkami, zaczyna graniczyć z pewnością. Hm. Będę wydawać?
 

poniedziałek, 31 października 2022

Jak mieć w życiu frajdę. Rozmowy Kasi Stoparczyk

 

Ach ach ach. Jutro miałby być ostatni dzień bez kuchni. To znaczy wiadomo, że montaż chwilę potrwa, ale to naprawdę ostatnie podrygi, jak mawiała moja mama, no i tym większa niecierpliwość. Pan Stolarz mi się na razie nie odzywa w kwestii o której w środę mam się go spodziewać... ale zakładam, że jest na grobach na ten przykład i da później znać.

/oczywiście myśl, że coś się stało i meble w najbliższym czasie nie przyjadą, gdzieś tam z tyłu głowy się pojawiła - nie ma to jak być wieczną optymistką 😂/ 

Tymczasem przeczytałam jeszcze jedną książkę z biblioteki, Jezusicku, kiedy ja je wszystkie skończę! W dodatku na jedną, co ma termin do 8 listopada, zapisała się jakaś mendoloza i już jej nie mogę przedłużyć.

Tę tutaj zobaczyłam na półce wśród nowości w osiedlowej filii i pomyślałam, że kto wie, może będzie ciekawa, może któraś z tych wywiadowanych osób mnie czymś olśni. Niektórym w międzyczasie się zmarło zresztą. I powiem tak: chyba jedyną rozmową, która jakoś mnie poruszyła, była ta z Henem, nawet gdzieś mi tam przemknęło, żeby najnowszy dziennik jego znaleźć w biblio. Reszta średnio. Zwłaszcza, że autorka rozmawia z tymi osobami często na kolanach. Z Pieczką to było kompletnie o niczym, Janerki nie znałam i jakoś mnie nie ciągnie do poznania, Stoch nie jest dla mnie w ogóle kimkolwiek. A pewnych adrenalin (Hołowczyc, Wojciechowska) to po prostu nigdy nie pojmę. Ale anegdota Magdy Umer związana z Aliną Janowską była fajna.

 

Początek:


Koniec:


Wyd. MANDO, Kraków 2021, 287 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 28 października 2022 roku


sobota, 27 listopada 2021

Fajny kraj do życia. Rozmowy Michała Sutowskiego

 

Z powodu, o którym poniżej (głupi łeb), nie mam głowy, żeby napisać coś mądrego... czyli jak zwykle właściwie... ale post musi być, bo się mogę nie wyrobić do końca miesiąca - rany rany, jak to się stało, że już jest 27-my?

Ale chciałam zaznaczyć, że te rozmowy są całkiem interesujące. Choć niektóre trudno zrozumiałe - no ale to są rozmowy z fachowcami czy ekspertami, oni wiedzą, o czym mówią, ja może mniej. 

Właściwie z wywiadów wypływa wniosek, że prawie wszystko by się dało w Polsce naprawić, gdyby była taka (polityczna) wola. Jeśli tak jest naprawdę, to... no to słów brak, prawda? Przynajmniej tych nie uważanych za obelżywe... A może to takie łatwe jedynie na papierze? Jednak prezentowane przykłady z innych krajów zdają się temu przeczyć.








Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2020, 313 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 26 listopada 2021 roku


A co to, a co to?

Otóż w Dżendżejowie będąc tradycyjnie oblukałam nowe Centrum Komunikacyjne: toaleta dalej zamknięta (zaczynam podejrzewać, że wybudowali, bo taki wymóg, ale ktoś przecież musiałby tam zaglądać codziennie, żeby posprzątać, więc rozwiązali problem za pomocą kłódki), takoż poczekalnia (czyściutko w środku, a jakże). Obeszłam z drugiej strony sprawdzić drzwi - a tam na ławce piniondz! Przyglądałam się z pewnym takim niedowierzaniem, czy to aby nie jakieś skserowane, ale nie, dobre. Więc wzinam 😎 Doszłam do wniosku, że chciano mnie w ten sprytny sposób przekupić, żebym nie pisała, jak to Centrum (nie) działa - ale ja się przekupić nie dam, piniondz wezmę, a swoje napiszę! Owszem, gdyby mi położyli na stół 50 tysi na nową kuchnię, byłaby inna rozmowa 😁😁😁

Jest sobota, więc boli mnie głowa. Zrezygnowałam z planu upieczenia ponownie duńskiej tarty cytrynowej, ale na obiad było zaplanowane Gamja Jorim, które skomplikowane nie jest, no to...

Bowiem gdy niedawno zobaczyłam ten filmik, wiedziałam, że muszę. No bo w końcu "szanujmy się, Polska ziemniakiem stoi" 😁

 

Toteż nawet wyszukałam wcześniej w Lidlu sezam (właściwie córka znalazła, bo po tej modernizacji w ogóle nie mogę się tam odnaleźć; za to nauczyłam się kroić chleb w maszynie - sukces - aczkolwiek ZAWSZE się boję, że coś się stanie i pociacha mi rękę, którą wyjmuję pokrojone już pieczywo; dodatkowo praktycznie CO DRUGI RAZ, gdy kasuję w samoobsługowej kasie, coś idzie nie tak i muszę czekać na obsługę; life is brutal, doprawdy). 

No, ale u mnie NIGDY nie wyjdzie tak, jak w przepisie 😂 Czyli wyszły mi ciemne, a nie jasne. Ale to nie znaczy, że gorsze, bardzo smaczne (jak wszystko, co smażone), polecam. To jest niby przystawka, ale my żadnych przystawek nie stosujemy 😂 normalnie było, do drugiego dania. A oni, ci Koreańczycy, jedzą te ziemniaki do ryżu, co moja córka skwitowała (...) (lepiej nie mówić jak), bo ona nie daje się przekonać do pewnych rzeczy. Na przykład umiera ze śmiechu, gdy robię makaron z ziemniakami - no bo nie dopuszcza do siebie myśli, że ziemniaki to takie samo warzywo, jak każde inne.


 

Głowa mnie boli może i dlatego (chociaż ona nie potrzebuje specjalnych powodów), że wczoraj dostaliśmy fakturę z hotelu za pobyt dwóch naszych gości, gdzie okazało się, że panowie sobie podjedli w tamtejszej restauracji za 6 stówek. A ja na to ha ha, bo przecież w rezerwacji piszemy zawsze, że płacimy za nocleg ze śniadaniem, a wszelkie inne należności reguluje gość. I co się okazuje? Hotel na to też ha ha, ponieważ w tym akurat piśmie stało jak byk: nocleg i wyżywienie! Kompletnie nie wiadomo, jakim cudem. Pismo się robi na jakimś poprzednim, tylko zmienia nazwiska i daty - ale nigdy nie płacimy za wyżywienie, więc skąd się wzięło to poprzednie? Nie chodziło by nawet o te pieniądze, trudno, stało się (inna sprawa, skąd goście wiedzieli o tej zmyłce...), ale problem w tym, że założony w systemie (durackim) budżet imprezy został przekroczony. I teraz nasza nowa księgowa będzie się z tym okropnie mozolić - przeze mnie (bo to ja obczajałam rezerwacje do zeszłego tygodnia) 😣 A i bez tego żyje w okropnym stresie...


Domofon. Cacimari - macie jakąś koncepcję, z jakiego to kraju ludzie?