Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Telefon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Telefon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 maja 2025

Agata Christie - Morderstwo odbędzie się

Gdy zaczynałam czytać jakoś mnie nudziło. Ach, znowu ta angielska prowincja, ta miejscowa śmietanka towarzyska etc. A potem tak się wciągnęłam, że nie mogłam się oderwać i Ojczasty wczoraj jadł śniadanie po 11.00, bo ja leżałam i czytałam 😂 

W moim Ulubionym Antykwariacie - przeglądam już na wypadek, gdybym coś miała zamówić przed wyjazdem - widziałam zestaw 15 tomów w twardej oprawie z obwolutami, że niby dzieła wszystkie, za 666 koron, diabelska cena jakaś (115 zł); dopiero po chwili zwróciłam uwagę, że oferta jest opisana jako Oeuvres complètes czyli jest to Christie po francusku. Jest też Simenon w oryginale, 49 tomów, tu już cena jest ho ho 5999 koron (1037 zł). Ale pięknie oprawione.

Tak tylko wspominam 😂 Na razie mam w koszyku osiem sztuk, same kryminały ofkors i modlę się, żeby mi nikt nie podkupił zwłaszcza dwóch: jest tam Mika Waltari z tej trylogii i jeden Per Wahlöö. 

Początek:

Wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie 2018, 303 strony

Tytuł oryginalny: A Murder is Announced

Przełożył: Tadeusz Jan Dehnel

Z własnej półki

Przeczytałam 1 maja 2025 roku


 

JAK SIĘ ODBYWA POSIEDZENIE SKŁADU ORZEKAJĄCEGO O NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI

Więc tak. Jak rozumiecie to sformułowanie obecność nie jest obowiązkowa?


Bo siedziałam w poczekalni DWIE GODZINY i nikogo nie było nawet jak zapytać, urzędowała tam jedynie w gabinecie lekarskim pani od dzieci (dzieci było mnóstwo) i zainterpelowana przez starszą panią (która też nie w swojej sprawie, tylko męża), czy ktoś się tu pojawi, odrzekła, żeby czekać, że na pewno przyjdzie, tylko korki są... Starsza pani po godzinie musiała wracać do męża, ja siedziałam dalej.

A za zamkniętymi drzwiami prowadzącymi do jakiegoś korytarza jednak jacyś ludzie byli, albowiem... po 2 godzinach, gdy już składałam książkę z myślą, że w poniedziałek zrobię tu rozpierduchę (brat pisał, żeby podać adres, to wpadnie z kałachem, co w świetle ostatnich wydarzeń nie było najlepszym dowcipem), wyszła jedna pani urzędniczka, więc ją zapytałam, co z posiedzeniem komisji, a ona najpierw oczywiście, czy Ojczasty jest ubezwłasnowolniony, potem zażądała okazania zawiadomienia, poszła się konsultować z tą od dzieci, wróciła i lekko spłoszona rzuciła, że komisja się odbyła ZAOCZNIE, przecież jest napisane, że obecność nie jest obowiązkowa. Cóż, ja myślę, że nie oznacza to jednak, że jest NIEPOŻĄDANA!  Tym bardziej, że podaje się, w których pokojach się ma odbyć. Mało mnie tam szlag nie trafił. 

Mogę zadzwonić w poniedziałek, tyle że przez telefon i tak nie udzielają żadnych informacji, bo przecież nie wiadomo, kto dzwoni. Po 14 dniach od komisji sporządzają i wysyłają zawiadomienie. Ale jak się upieram, żeby wiedzieć wcześniej, to mogę przyjechać znów w poniedziałek z dowodem Ojczastego (może mi powiedzą o wyniku, a może nie). Tak, ja przecież jestem wolny człowiek i mogę sobie jeździć i wysiadywać w kolejkach, kiedy chcę i ile chcę. W ogóle to zaczęłam podejrzewać, że żadna komisja 30 kwietnia po południu przed samą majówką nie urzędowała... Co to była za gadka o tych korkach???

Istotne było dla mnie, żeby udzielić dodatkowych informacji, może pokazać nagrania z telefonu (dokumentacja medyczna Ojczastego jest prawie żadna, bo przecież nie chodzi po lekarzach) - a rzecz w tym, że jeśli dostanie orzeczenie o znacznej niepełnosprawności, będzie się można ubiegać o opiekę wytchnieniową, zanim nadejdzie jego kolej w ZOL-u. Po to poświęciłam cztery godziny (łącznie z dojazdem w obie strony) i po to cały czas drżałam, czy nic się w tym czasie w domu nie dzieje. 

****!!!

 

A przechodząc do spraw lżejszego kalibru - udałam się też któregoś dnia do pobliskiego serwisu srajfonów, coby dopytać o wymianę baterii. Bo mi bardzo słabo trzyma i w Pradze mogę mieć duży, jeśli nie wielki problem, że pojadę gdzieś, a tu ZONK wyładował się i nie zrobię zdjęć. O wracaniu do hotelu po obiedzie i czekaniu, aż się naładuje nie wspominając, bo to już standard. Przyjaciółka mówiła, że ona też wymieniła w swoim telefonie baterię, ale nie widzi dużej różnicy 😢 No to pytam pana, co on na to. Pan potwierdza, że tak mogło być, jak telefon stary to i tak nowa bateria nie uniesie wszystkiego (cokolwiek to oznacza). I teraz nie wiem, co robić, bo to wydatek 300 zł. Jeśli pomoże, to i tak warto, a co, jeśli nie? Czasu na decyzję nie zostało wiele z tymi wszystkimi świętami...

 

sobota, 24 sierpnia 2024

Kamil Bałuk - Dawno temu w telewizji


Od razu powiem, że nie cierpię tej czcionki 😁

Następnie, że telewizja od wielu lat dla mnie nie istnieje i właściwie to oglądałam w dzieciństwie i czasach szkolnych czyli gdy mieszkałam z rodzicami. Nie wiem, od kiedy dokładnie mieliśmy ją w domu, najpierw chodziliśmy z bratem do sąsiadów na Jacka i Agatkę. Sąsiad był z zawodu dyrektorem, więc oni pierwsi mieli telewizor. Potem, gdy już i my go posiadaliśmy, co się oglądało? Pamiętam Zwierzyniec w poniedziałki, jakieś Teleranki w niedziele, ale głównie seriale emitowane w czasie ferii (choć na pewno nie tylko): Pippi oczywiście,  Podróż za jeden uśmiech, Przygody Tolka Banana, Wakacje z duchami, Gruby, Szaleństwo Majki Skowron czy te dla dorosłych: Stawka większa niż życie, Czterej pancerni... O, w niedzielę było też W starym kinie. Na ile ważną częścią życia była wówczas telewizja? Wszyscy te filmy oglądaliśmy. Czy dzisiaj nastolatkowie mają jakieś kultowe seriale POLSKIE, przez wszystkich oglądane?

Autor tej książki - zbioru rozmów z twórcami telewizyjnymi - to inne pokolenie i pewnie dlatego osoby, z którymi rozmawia i programy przez nie realizowane nic mi nie mówią. Nie oglądałam Szczygła w Na każdy temat, takich nazwisk jak Chylewska (Rower Błażeja) czy Rykowski (Piraci) w życiu nie słyszałam, jak i ich audycji. Wiem, że Łepkowska to scenarzystka seriali, a Khamidov to gość od Kiepskich. I to by było na tyle.

Generalnie to rozmowy o tym, jak siermiężna była telewizja po 1989 roku i jak wszyscy uczyli się wszystkiego. Z wywiadu z Khamidovem zapamiętałam pewną historię. Jeszcze u siebie w Kazachstanie miał realizować film o Jagnobczykach, tylko nic z tego nie wyszło. Kim byli /są Jagnobczycy? Otóż jest taka grupa wiosek położonych 3 tys. metrów nad poziomem morza, mieszkali tam ludzie, którzy uciekli w góry przed najazdem Arabów. Kiedy? W szóstym wieku. I ponad tysiąc lat żyli odcięci od cywilizacji, nie wiedzieli co to prąd, nie słyszeli o wojnach światowych. O nich też nikt nie wiedział, dopiero w latach 30-tych zauważono ich w ZSRR z powietrza. Dziś zostało ich już tam niewielu, bo w latach 1970-1971 zostali w większości wysiedleni, przewiezieni helikopterami (pod pozorem niebezpieczeństwa, jakim groziły trzęsienia ziemi w górach) - a tak naprawdę na północy potrzebne były ręce do pracy na polach bawełny. Język jagnobijski został uznany przez Unesco jako najbardziej zagrożony wymarciem na świecie.

Tak że jeśli chcecie się przysłużyć światowej lingwistyce to zabierajcie się za naukę jagnobijskiego 😉


 Początek:


 
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, 299 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 23 sierpnia 2024 roku
 


Donoszę, iż Pan Stolarz oczywiście nie dał znaku życia od wtorku - a trzeba wiedzieć, że gdy do niego wtedy dzwoniłam i chcąc mu się przypomnieć zaczęłam tłumaczyć, kto i co, przerwał mi mówiąc, że nie ma sklerozy - więc wczoraj zadzwoniłam ponownie:

- Mówił pan, że nie ma sklerozy...

No nie ma, ale dopiero dziś będzie na osiedlu, więc na pewno przyjedzie. 

Czekałam do 18.00 😂 ale rzeczywiście przyjechał i naprawił. Inna sprawa, że mam teraz strach z tyłu głowy przy otwieraniu szafek...

Tymczasem pojechałam do Auchana, bo w radiu mówili, że tanie pomidory 🤣 Oprócz pomidorów nabyłam na wyprzedaży dwie ceramiczne osłonki na doniczki, bo mnie te ważki zachwyciły. Na pierwszym zdjęciu widzicie śrubokręty, które mi życie uratowały, gdy drzwiczki zwisały ukośnie trzymając się na dolnym zawiasie - ja ich już chyba nie schowam na miejsce, na wszelki wypadek 🤣

 

Odwiedziłam również ponownie Media Markt, ciągle w poszukiwaniu telefonu - i tym razem udało się! Był jeden jedyny egzemplarz! Wreszcie mogłam wykreślić z listy punkt, który tam figurował od dwóch lat! Oczywiście najtańszy model, ale działa (i w dodatku nie ma takiej cegły-akumulatora, jak poprzedni), więc i ten problem z głowy 😍 Nie wiedziałam, co zrobić ze starym... położyłam przed osiedlowym pojemnikiem na baterie i takie tam...


 

W domu są masakryczne ilości bilonu. Bierze się to stąd, że po pierwsze płacę w sklepach wyłącznie gotówką, odkąd jest Ojczasty (któremu emeryturę przynosi listonosz; z mojego konta idą teraz jedynie opłaty), a po drugie chodząc do sklepu z wózkiem nie zabieram już torebki, tylko do kieszonki wózka wsuwam banknot 😂. Więc za każdziutkim razem dostaję resztę, w przedpokoju ją wrzucam na tackę,  no i tak to się toczy. Wczoraj odliczyłam 5,99 zł drobiazgu i z filiżanką w ręce poszłam do piekarni. Nie żeby była szczęśliwa ekspedientka, ale też nie protestowała. Nie wie jeszcze, że następnym razem też ją czeka liczenie - kolejna filiżanka już naszykowana 😁


 

Środa: 10.795 kroków - 5,8 km

Czwartek: 11.185 kroków - 6,2 km

Piątek: 8.639 kroków - 4,7 km

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Jarosław Mikołajewski - Syrakuzańskie

 

Austeria takie książeczki wydaje, ostatnio mi trzy wpadły w ręce. Seria nazywa się Z rękopisów i jest tego już sporo, zdaje się chodzi o notatki z podróży (sądząc po tytułach*).

Przeczytałam na początek Mikołajewskiego, choć akurat w Syrakuzach nigdy nie byłam, ba! w ogóle na Sycylii nie byłam, chyba że liczyć wędrówkę z Iwaszkiewiczem i jego Książką o Sycylii.  Do której zresztą Mikołajewski, oczywiście, nawiązuje.

Początek mnie... zdziwił, bo mamy ten jakby cel podróży - zobaczyć, jak wreszcie schodzą ze statku na ląd emigranci. Ale gdy wreszcie się to dokonuje - nie w Syrakuzach, tylko w Katanii - to już jakby całe zainteresowanie wyparowało, już to nie było celem. A co było? 

Oto pytanie. Czy podróż musi/powinna mieć cel? Czy też sensem podróży jest sama droga? A może jednak - ten obraz Caravaggia wiszący w kościele, do którego Mikołajewski zachodzi co i rusz? A może morska piana, widok, na który co chwilę trafia gdzieś na końcu uliczki?

Kolega zwrócił mi uwagę na dwa błędy. Pierwszy dotyczy genezy makaronu alla Norma, gdzie Mikołajewski pisze (słusznie) o operze Belliniego pod tym samym tytułem, ale dalej opowiada o bohaterce śpiewającej słynną arię Croce e delizia - a to już, sorry Winnetou, jest całkiem inna opera (Traviata Verdiego). Więc tu spory lapsus. Drugi błąd natomiast miałby dotyczyć właśnie Caravaggia, który musiał uciekać z Rzymu po zabiciu rywala o nazwisku Ranuccio Tommasoni. Mikołajewski przytacza to nazwisko w brzmieniu Tomassoni. To się może każdemu zdarzyć 😀 tyle że zaledwie stronę wcześniej autor wspomina, jaką irytację wywołuje w nim zła wymowa włoskich nazw, że Siena niektórzy (Polacy?) wymawiają Sienna, a Grosseto jak Grossetto. I zaraz potem BACH, taki byk 😁 

Przeczytałam i zaraz bym chciała zanurzyć się w dwutomową opowieść o podróży na Sycylię Banachów - czeka na przeczytanie już chyba czterdzieści lat. Bo wiem, że to będzie też podróż artystyczna, coś tam już przecież Banachów czytałam, ale jednak w innym stylu. Ten drobiazg podróżniczy Mikołajewskiego przypomina mi ich książki, ale momentami denerwuje. Skąd bierze się to wrażenie popisywania się erudycją? Dlaczego? 

Początek:

Koniec:

Wyd. Austeria, Kraków - Budapeszt - Syrakuzy 2019, 64 strony

Pożyczone

Przeczytałam 20 kwietnia 2022 roku

* Podoba mi się zwłaszcza jeden: Od ławeczki do ławeczki. Lektura obowiązkowa dla starszych pań

 

Przemyśliwując nad projektem obejścia Pragi naokoło zajrzałam do map. I coś mi wygląda na to, że plan jest ciężko realizowalny 😡 Te granice wiodą najczęściej jakimiś polami czy Bóg wie czym przecież. Nie wiem, jak ja to sobie wyobrażałam, pewnie, że idzie sobie Sasza suchą szosą i mija kolejne słupki ha ha ha.

 

Tymczasem więc wpadł mi do głowy inny projekt, bowiem dość przypadkowo sięgnęłam po książkę Pragą wzdłuż potoków (i dwóch rzek). Autor jest zapalonym rowerzystą, ale pieszych też uwzględnia w propozycjach wędrówek. Tych wędrówek jest 30. No, 30 to nie tak wiele, za 15 lat będę wyrobiona (licząc po jednej na wyjazd) 😅😅😅

Na maj wybrałam potok w Bohnicach, bowiem wybieram się do tych Bohnic od lat, więc będzie wreszcie okazja. Bo to taki praski Kobierzyn, a budynki na terenie szpitala piękne, secesyjne, łącznie z kościołem. Jest tam też dawny cmentarz pacjentów i personelu (dziś już nieczynny), owiany złą sławą (straszy!), jest cmentarz zwierzaków i wreszcie jest osiedle z polskimi nazwami ulic, tak że będzie co oglądać.

A teraz uwaga uwaga! Co się stało!

Jadę sobie spokojnie do pracy, myślę o tym, jak już niedługo będę jechać tramwajem w Pradze i nagle! 

Przychodzi mi do głowy myśl, o ja nieszczęsna, że skoro w moim tablecie jest karta Sim (używam tego tabletu do potwierdzania transakcji bankowych czy internetowych, bo głupi mBank przestał przysyłać papierowe karty z kodami i teraz tylko esemesy), to taką kartę można przecież przełożyć do telefonu! A wszyscy mają w szufladach telefonów starych tysiąc! Oczywiście chodzi tylko o wyjazd do Pragi, żebym mogła swobodnie esemesować z Věrą, gdy się umawiamy.

Przychodzę do roboty, a pan z ochrony od razu mi mówi, że ma starych telefonów w szufladzie osiem.

I przyniósł jeden z nich.

I teraz się muszę nauczyć! Kruca! Zachciało mi się!

A tak się dobrze żyło bez...