Daaawno nic po rosyjsku nie czytałam, więc zabrałam się za przeglądanie zasobów Doncowej. No, z tego wynikło kolejne zadanie do odhaczenia, bo nie bardzo pamiętam, co już zaliczyłam, czego nie i chyba muszę zrobić jakąś listę 😜
Doncowa jak to Doncowa: jej bohaterka Dasza, "nowa ruska", zawsze się wplącze w kryminalną historię. Tym razem zostaje aresztowany pod zarzutem zabójstwa swej siódmej żony Maks Polański, którego Dasza była drugą żoną (stąd tytuł Żona mojego męża). Dasza nie wierzy w jego winę, ale oczywiście prawie do samego końca nie domyśla się tego, co czytelnik widzi od razu czyli że za Polańskiego był przebrany kto inny. No takie tam zwykłe głupotki, ale z przemyceniem opisów na przykład warunków w areszcie, poniżających praktyk dotyczących czy to odwiedzin czy podawania paczek przez rodzinę - pewnie to dla rodzimego czytelnika jest czymś znanym i w sumie zrozumiałym, bo że za wszystko trzeba płacić łapówki, to wiadomo. Rosja to kraj, gdzie za odpowiedni banknocik (najlepiej zielony) dostanie się wszystko, poczynając od zaświadczenia ze szpitala dla studentki, że jest hospitalizowana (choć nikt jej tam nie widział), przez legitymację, z której wynika, że Dasza jest majorem FSB po nowy paszport bez pieczątki o związku małżeńskim.
Dla odlechczenia dostajemy też kilka relacji z wizyt w przybytkach kultury, ale to już jest kompletna abstrakcja. Ironiczeskij detektiw, wiecie.
Miałam wrażenie, że skądś to znam (zwłaszcza tę historię o parze nawiedzonych pedagogów, którzy wychowują ósemkę swoich dzieci na geniuszy), a blog mi nie pokazuje tego tytułu. A jednak - okazuje się, że było to przetłumaczone na polski i czytałam z biblioteki w 2008 roku 😁
Początek:
Koniec:
Wyd. EKSMO, Moskwa 2002, 426 stron
Tytuł rosyjski: Жена моего мужа
Z własnej półki (kupiona 29 grudnia 2010 roku za 7,50 zł)
Przeczytałam 5 września 2026 roku
Ponieważ moje życie kręci się wokół knihobudek (co ja robiłam, gdy ich nie było?), sąsiedzi zwalili mi kopę, a nawet dwie, segregatorów typu Świat Wiedzy czy inne, żebym je rozdystrybuowała. Do "mojej" budki ich nie zanoszę, bo nie mają wzięcia, ale z budki na Biprostalu ludzie biorą. Jest to oczywiście ciężkie i wożę po jednej sztuce. Mam w planie dnia CODZIENNĄ wycieczkę, już mi się to znudziło i nie mogę się doczekać końca tych wypraw. Któregoś dnia właśnie wracam, gdy dzwoni nieznany numer. Ostatnio raczej odbieram, bo nigdy nie wiadomo, czy to nie od lekarza jakiegoś albo co 😉 A to kurier z DHL, że miał dla mnie przesyłkę i zostawił u sąsiadki. Jaką kurde przesyłkę? Jak bym się spodziewała, to bym siedziała w domu... Jedyne, co wykoncypowałam, to że znowu Czeszka mi nazbierała kryminałów i nie tylko.
I miałam rację 😂
Matkobosko, dziewiętnaście sztuk!
Więc teraz te poprzednie i przywiezione z sierpniowej Pragi leżą na podłodze pod filmami, nowe na krzesełeczku obok, bo jak je tam położyłam do zdjęcia, tak zostały i ja się pytam, co teraz? Gdy w katalogu sprawdziłam zawartość etykiety po czesku, okazało się, że brakuje mi tylko czterech do chrztu Polski... Straciłam wszelką nadzieję, że je wszystkie kiedyś ogarnę i przeczytam 🤣 Powiedzcie, że w przyszłym roku już sobie nic nie przywiozę, co?
Oczywiście, że książki ma się nie po to, żeby je wszystkie przeczytać, tylko po to, żeby je MÓC przeczytać, ale...
Żeby nie było mało - jeszcze świeży stos własny, wrześniowy.
Część z nich pochodzi z knihobudki w galerii handlowej, to niedawne odkrycie, córka mnie poinformowała i - to jest straszliwa pułapka! Byłam tam już trzy razy! W jedną stronę wiozę parę sztuk do zostawienia, a na miejscu znajduję... kolejnych parę do zabrania 😁 W galerii bywałam do tej pory raz na kwartał czy jakoś tak, a teraz co to się porobiło. W sensie, że nie jadę specjalnie do knihobudki, tylko po coś do Auchana albo Józka albo Pepco i tylko przy okazji z książkami, no ale z tyłu głowy ta możliwość łupu siedzi.
Doncową znalazłam kiedyś na półce w Jordanówce i zadowolona zabrałam się teraz za lekturę (ponowną, czytałam przed dekadą pożyczoną z biblioteki), gdy okazało się, że to nie jakiś czytelnik zostawił ją na półce z darmochą, tylko... no, kto, skoro wyrwana kartka tytułowa i wycięty fragment ostatniej kartki? Już wiecie? Nie mam siły do tej kobiety... Co za mania.
Teraz, gdy przeczytałam Słodkiego padalca po raz drugi, przypomniałam sobie po raz setny, jak to się stało, że wróciłam do rosyjskiego - czyli, że ktoś gdzieś na jakimś forum napisał, że Doncową o wiele lepiej czyta się w oryginale i postanowiłam spróbować. Istotnie czytana w polskim tłumaczeniu wiele traci (choć oczywiście tak czy siak jest to lekka, wręcz bardzo lekka lektura).
Początek:
Koniec:
Wyd. NIE MA DANYCH Z POWODU WYRWANEJ KARTKI...
Z własnej półki
Przeczytałam 27 kwietnia 2024 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
One nie są wcale najnowsze, tylko zapomniane. Zweiga znalazłam w biblioteczce plenerowej, którą się opiekuję - zawiozłam inne, a przywiozłam tę. Przyznam się, że zawsze myślałam, że 24 godziny z życia kobiety to powieść... A Centkiewiczów z kolei znalazła gdzieś moja córka.
Timura (z lewej) wzięłam, bo takie stare wydanie 😉 Ten z prawej to mój wcześniejszy egzemplarz, żadnego się nie pozbędę!
Gajdara jeszcze mam te dwie poniżej oraz Dym w lesie i Czuk i Hek, ale te ostatnie gdziesik schowane.
A dwie młodzieżówki po niemiecku znalazłam wczoraj na półce w Jordanówce i z triumfem przyniosłam do domu, no bo przecież na emeryturze będę się uczyć języków!
Miałam dziś wolny dzień, więc spędziłam go bardzo pracowicie.
Mianowicie pojechałam do ZUS-u. Bowiem mianowicie skarbówka robi w bolo emerytów o niższych dochodach w ten sposób, że pobiera podatek, gdy jest trzynastka i czternastka dodana do emerytury - nie zlicza w stosunku rocznym, tylko miesięcznym wówczas. Potem ZUS przysyła PIT 11A, gdzie sugeruje, że jest rozliczone na zero - gdy tymczasem skarbówka jest winna podatnikowi pieniądze. Jeśli podatnik się nie zorientuje, to jego strata.
Na nasz krakowski adres żaden PIT 11A Ojczastego nie przyszedł, więc monitowałam brata, żeby sprawdzał skrzynkę na starym mieszkaniu. Mówił, że nic nie ma. W końcu wczoraj pojechał do dżendżejowskiego ZUS-u i tam mu powiedzieli, że owszem, wysłali ten PIT, ale nie dowie się nawet na jaki adres, nie mówiąc o otrzymaniu kopii, bo nie jest upoważniony.
Tak więc ja dzisiaj udałam się do naszego ZUS-u z wypełnionym pełnomocnictwem na siebie. Bardzo miła i pomocna pani wszystko wyszukała i oto:
- ZUS dżendżejowski od 24 maja zeszłego roku nie zebrał się w sobie, żeby wysłać akta do Krakowa, więc oni nic nie mają
- brat od tegoż 24 maja 2023 jest upoważniony, tyle że zapisali to pod Peselem Ojczastego, a nie brata i pewnie dlatego wczoraj uznali, że takiego pełnomocnictwa nie ma
- i clou: ten zaginiony PIT 11A został wysłany na adres... brata właśnie. To, że nie doszedł, to inna sprawa, ale przecież to są IDIOCI. Stoi przed nimi facet, do którego wysłali PIT i mówią mu, że nie mogą mu nic zdradzić 🤣
No nic, miła pani podyktowała mi kwoty (nie mogła wydrukować, tylko podejrzeć, no bo to nie z jej oddziału ciągle). Kurcgalopkiem do domu, bo przecież dziś ostatni dzień składania zeznań rocznych. Sprawdzam w internecie, który to PIT (jakoś ich nie odróżniam) - oczywiście PIT 37, którego nie mam. No, ale załatwiam po sąsiedzku jeden egzemplarz, wypełniam - i 306 zł do zwrotu. Byłoby przepadło!
Pozostało dać go Ojczastemu do podpisania* i na pocztę. Znalazłam kopertę A4, więc złożyłam ją na pół, pozaklejałam taśmą boki, nakleiłam znalezione dwa znaczki po 3,30 zł (że resztę za polecony dopłacę na miejscu), odstałam swoje w kolejce - żeby się dowiedzieć, że znaczki mi się zmarnują, albowiem za polecony nie można nimi zapłacić 🥴 A więc kupiłam nową kopertę, przeadresowałam, a starą pan w okienku mi poradził wykorzystać klasycznym sposobem: "odkleić znaczki nad parą i potem przykleić na inny list klejem". W międzyczasie za mną kolejka przestępowała z nogi na nogę.
* A to nie takie proste. Nie mógł odczytać, co to jest, ubzdurał sobie, że UBEZPIECZENIE NA ŻYCIE i teraz mnie męczy cały wieczór pytaniami, na ile go ubezpieczyłam 🤣🤣🤣🤣🤣
Żeby odreagować te urzędastwa, MUSIAŁAM obejrzeć ruski film 😁 Ba, w sumie trzy obejrzałam ostatnio. I wszystkie na You Tube (są napisy angielskie, jak by co), bo jak kiedyś wspominałam, mam obecnie ciężki dostęp do płyt w szufladzie pod łóżkiem.
1/ "Gdie nachoditsia nofelet" - historia o tym, jak energiczny kuzyn postanawia pomóc staremu kawalerowi znaleźć dziewczynę. Najlepszy sposób to zaczepiać na ulicy tytułowym pytaniem, każda wtedy dopytuje się, co to jest ten nofelet, bo nigdy nie słyszała. A nofelet to telefon, tyle że od końca 😁
2/ "Żenatyj chołostiak" - tu z kolei młody szofer
miejskiego autobusu Sierioża spotyka w pociągu Tamarę, która ma synka,
ale nigdy nie zaprezentowała jego ojca swoim rodzicom. Sierioża podaje
się za niego, rodzice zachwyceni, Tamara mniej. Do czasu oczywiście 😁
A trzeci to już następnym razem, bo mnie córka pogania z laptopem 😉
A jeszcze po filmie pojechałam do Castoramy kupić tę lampkę ledową na baterie, do piwnicy. Nie mają, nie prowadzą, oni tylko na prąd 😢 W d... was mam, pomyślałam, kupię sobie na allegro. Ale zajrzałam jeszcze do Auchana obok. I znalazłam sobie bluzkę. Przewiesiłam ją przez poręcz wózka, w którym była reszta zakupów (cztery kwiatki do skrzynek i jakieś duperela), odstałam swoje w ogromnej kolejce, a gdy już szłam na autobus, nagle:
- A gdzie jest moja bluzka?
Przecież w ogóle za nią nie płaciłam! Musiała się ześliznąć w tej kolejce i upaść na podłogę - ale że nikt z tyłu mi nie zwrócił uwagi? 😠
Chyba pojadę znowu w czwartek... Ale jak by co - nie cierpię sklepów!
***********************
Dopisek 3 maja
Słuchajcie, to jest jakaś masakra! Chciałam wreszcie wypróbować tego frajera, toteż nabyłam jakąś karkówkę już zamarynowaną w bardzo przyzwoitej cenie w Lidlu 😂 Teraz umyłam maszynę, wyciągnęłam z opakowania mięso... i co. I to nie jest kawałek do pieczenia, jak myślałam (prawie 70 dag), tylko cztery kotleciory. Raz, że się nie zmieszczą oczywiście, dwa, że przecież tego Ojczasty nie zmamle, nie wiem, co ja myślałam 🤣 Z tym, że to akurat nie jest wielki problem, zaraz mu nastawię zupę i będzie. Ale co z nami i z tym mięsem? Gdybym go nie wyciągnęła z folii, to mogłoby sobie poczekać jeszcze, ale teraz trzeba je przyrządzić dziś, nie? Kurka wodna!
RATUNKU!
A w tle babeczki, które jakoś tak nie wyrosły za bardzo (choć i tak smaczne) 😂
Dawno nie czytałam po rosyjsku, a tu tyle Doncowej odłogiem leży. No to dawaj! Zdjęłam pierwszą z brzegu, luknęłam na okładkę, pust budiet.
Co prawda w środku napisane, że to 29-ta z kolei w serii. Przecież na pewno wszystkich poprzednich jeszcze nie przeczytałam?
Ale jest tu taki problemik. Po remoncie wrzucałam na nowe regały książki jak leci. Znaczna część tych rosyjskich w wydaniu kieszonkowym znalazła się pod sufitem (jak to zresztą było z góry przewidziane - niskie półki). Bez żadnego układania chronologicznie czy seriami, nie było wtedy na to czasu przecież. I przez kolejne pięć miesięcy też 😂
/tak, to już w sumie rok od Nowej Kuchni, ale zleciało/
A teraz co się okazuje? Przez łóżko Ojczastego, które stanęło tam w czerwcu, nie ma do nich dostępu. Żeby sięgnąć do tych najwyższych półek trzeba stanąć na taborecie - a taboret między regałem a łóżkiem się nie mieści. To dotyczy tego regału nad tiwiszem właśnie. Jest tam zostawione tylko wąskie przejście, żeby było się jak dostać do okna. No i ani porządku w najbliższym przewidywalnym czasie z tymi Doncowymi nie zrobię ani nawet nie sięgnę po cokolwiek. W teorii można odsunąć łóżko, ale bardziej w teorii, ciężkie jak cholera, Ojczastego by trzeba na ten czas wyekspediować na fotel do kuchni, spod łóżka wyciągnąć bambetle (m.in. taki ikeowski pojemnik, kupiony na jego rzeczy)... Nieeee, to nie na moje siły 😁 Chyba, jak będę chciała znowu poczytać po rosyjsku, zabiorę się za Marininę, która jest bardziej dostępna. Tylko do działu Humor i satyra za nic nie pasuje!
No więc nic, czytam sobie ten dwudziesty dziewiąty tom z serii Jewłampia Romanowa. Śledztwo prowadzi amator i czytam i czytam, a jest tego trochę, ponad 400 stron - i w najmniejszym stopniu nie spodziewam się tego, co objawiło się mym oczom na samym końcu: mianowicie zapiska ołóweczkiem, że przeczytane 29 czerwca 2012 roku 🤣🤣🤣 Pewnie czasem się Wam zdarza, że coś czytacie i wydaje się trochę znajome? Otóż do końca mi się nie wydawało 🤣
Nie, naprawdę, ja z moim księgozbiorem będę miała uciechę do końca życia, nawet gdybym miała przed sobą drugie sześćdziesiąt lat! I nawet, gdybym się pozbyła połowy książek! Nawet trzech czwartych!
A tu drobny fragmencik, jak trójka wspólników-lekarzy zakładała w latach 90-tych prywatną klinikę. Naród był jeszcze przyzwyczajony, że trzeba o szóstej rano stanąć w kolejce po numerek przed przychodnią, a tu nagle kiedy przyjdziesz, to cię przyjmą, więc sukces niebywały.
Tylko że u nas tak zostało z numerkami i kolejkami po nie - do dziś. Ale przypuszczam, że i u nich też, jak kogoś nie stać na prywatną wizytę.
Początek:
Koniec:
Wyd. EKSMO, Moskwa 2010, 412 stron
Tytuł oryginalny: Ночная жизнь моей свекрови
Z własnej półki (kupione na allegro 6 lipca 2011 roku)
Przeczytałam 24 listopada 2023 roku
Wot szto!
A teraz idę grzać ogórkową Ojczastemu.
Aha, jeszcze muszę się pochwalić, że wczoraj byłam po raz drugi na Klubie Książki* i dowiedziałam się o mnóstwie ciekawych pozycji - ale wszystko to nowości, a ja przecież rezygnuję na razie z bibliotek. Może jednak jedną z nich zawinszuję sobie pod choinkę? To by była Głusza. Inna wydająca się ciekawa to Andromeda, z tą jednak poczekam, aż wrócę do bibliotek. Głuszę mi już wcześniej polecała pani od rehabilitacji Ojczastego, ale o niej zapomniałam.
* czy z tego powodu boli mnie dziś łeb? chyba jednak nie, to pewnie dlatego, że wieczorem zeżarłam paczkę herbatników Maltańskich w czekoladzie, stara a głupia, przecież wiem, że mi to szkodzi!
Jak wspominałam ostatnio, moje czytanie po czesku i po rosyjsku osiągnęło remis. W przewidywaniu większej ilości czeszczyzny postanowiłam więc nadrobić trochę Doncowej. Stałam przed półką (jedną z półek) i co którą książkę wyciągnęłam to się okazywało, że czytałam. Oczywiście nie żebym pamiętała, tylko miałam z tyłu wpisaną datę ołóweczkiem. Z tym że do końca temu ufać nie można, bo nie zawsze wpisywałam. Teraz już się staram, ale wiecie - brak systematyczności zawsze mi doskwierał.
Nawiasem mówiąc, to też jeden z moich planów na emeryturę - niby żeby zrobić z tym porządek. Brać po kolei stare kalendarze, wyszukiwać książki na półkach i dopisywać. Po co? O rany, bez głupich pytań proszę! Bo tak!
Osobny plan to ten związany właśnie z Doncową, bo jej mam koszmarne ilości i kompletnie nie panuję nad tym, co ostatniego czytałam w danej serii. Cztery ich mam, Metro do Afriki to nr 31 cyklu o Daszy Wasiliewej. Blog mi pokazuje, że niby 4 do tej pory przeczytałam, ale to niemożliwe przecież, musiało ich być więcej. Bałagan również na blogu!
Okazuje się, że na emeryturze nie mam za bardzo czasu na czytanie. Albo może mi się nie chce. Tak że tydzień mi zszedł na tej Doncowej, a byłoby jeszcze dłużej, ale dziś spojrzałam przypadkiem na kilka haseł wiszących na kartce przy biurku, a tam: Zakończ to, co zacząłeś, by nie karmić się niepotrzebnym niepokojem. No to zakończyłam i teraz mogę się karmić innymi niepokojami.
Kto panuje nad rosyjskim, przeczyta powyżej, o czym ten tom. Kto nie panuje, temu i tak cała informacja na nic. Doncowej wyszło po polsku zaledwie kilka książek, a teraz to już chyba nic nie wyjdzie 😁
Dodam jednak wytłumaczenie tytułu, bo one są zawsze u Doncowej od czapy. Otóż: w tle powieści przewija się remont, jaki pułkownik Diegtiarew postanowił zrobić u syna pod jego nieobecność (😂😂😂). Dasza słyszy od pracownika Castoramy, że remont to prawdziwe święto, ale sama stwierdza, że ona remontów nienawidzi i wolałaby przekopać metro do Afryki. I ja się z nią w sumie zgadzam 😁
Początek:
Koniec:
Półka, którą należy uporządkować.
Wyd. EKSMO Moskwa 2007, 347 stron
(Tytuł rosyjski: Метро до Африки)
Z własnej półki (kupione 1 lutego 2010 roku za 12 zł)
Przeczytałam 10 lipca 2022 roku
Jak przystało emerytce, zaczyna się wysiadywanie w poczekalniach przybytków służby zdrowia. Od paru miesięcy borykam się z czymś, co miałam już ponad 10 lat temu i z czego wyleczyli mnie na klinice dermatologii. Można to krótko, acz dobitnie określić jako syf na mordzie. Najprawdopodobniej aktualnie wzmocniony stresem ostatnich miesięcy. Jeszcze w czerwcu wyskoczyłam raz z pracy dopytać tam, czy mogę się zarejestrować. A tu - ha ha - kliniki na Skawińskiej niet. Okazało się, że jakieś dwa lata temu przenieśli się na Botaniczną. Zadzwoniłam. Muszę donieść skierowanie, no bo tamto sprzed lat już nieważne. Przytomnie zapytałam o terminy - na sierpień. Tyle że przyszłego roku 😂 Ale to zależy od sytuacji. Czyli dobra nasza, bo wtedy też jak mnie lekarz zobaczył w drzwiach, to kazał przyjść za dwa dni, a nie za dwa lata. Karty mojej nie mają, jest w archiwum (w Prokocimiu). Złożyłam drogą elektroniczną wniosek o wydanie kopii historii choroby, bo nigdy nic nie wiadomo. Dostałam odpowiedź, że sprawa zostanie załatwiona BEZ ZBĘDNEJ ZWŁOKI. I od tej pory codziennie sprawdzam i dowiaduję się, że jest w trakcie realizacji. Od 20 czerwca. Czyli już 20 dni bez zbędnej zwłoki kserują dwie kartki.
No, ale skoro już jestem panią swego czasu odbyłam wizytę w przychodni i dostałam skierowanie z adnotacją PILNE. Na drugi dzień udałam się na klinikę. Tam zostałam poinformowana, że skoro to pilne, to mogą mnie zapisać na... luty 2023. I że nie ma aktualnie zwyczaju pukania do gabinetu lekarza i pokazywania mu pyska, żeby ewentualnie podjął decyzję o szybkim przyjęciu.
No cóż, nie uśmiałam się, bo mi nie do śmiechu, jedynie uprzejmie odrzuciłam ofertę. Wróciłam do domu z podkulonym ogonem. Ale kolejnego dnia stwierdziłam, że nie mogę się poddawać i pojechałam do "zwykłej" przychodni dermatologicznej niedaleko. Pani z okienka dopytała o jakieś szczegóły, po czym wręczyła mi karteczkę z terminem wizyty.
Następnego dnia o 12.30.
Jaciekręcę!
No, a następnego dnia o 12.30 zdiagnozowano mi atopowe zapalenie skóry i wydano receptę na maść robioną. Niestety w osiedlowej aptece są obłożeni robotą i dostanę ją dopiero we wtorek po południu, ale lepiej późno niż wcale, jak mówi pewien amerykański film geriatryczny.
Więc tak. Czekam na cudowne wyzdrowienie, no bo jak tu zostać kobietą pracującą, gdy się ma pysk niewyjściowy? Ba, ostatnio chodzę na spacery po zapadnięciu zmroku (i klnę, na co tyle tych latarń na osiedlu). Bo lekarz w przychodni mi "na razie" zapisał żel dla zmniejszenia świądu (bo najgorsze jest to, że się cały czas drapię), ale promienie słoneczne i ten żel ponoć się nie lubią.
Tenże lekarz, poproszony przy okazji o receptę na Sumigrę (chciałam zrobić zapasik przeciwmigrenowy na sierpniową Pragę), bąknął, że mu się wyświetlają jakieś braki w dostawach i zaproponował coś innego. Nie lubię takich eksperymentów na mojej biednej głowie, ale przekonał mnie niższą ceną (sztuka Sumigry ostatnio około 19 zł, a ta nowa 9,50 - no, to jest różnica dla biednej emerytki, tak?).
Niestety miałam już okazję wypróbować i stwierdzam, że wymyślił to jakiś idiota, który w życiu nie miał do czynienia z atakiem migreny na własnej skórze! Widzicie tę instrukcję?
Wstaję o 4.30 i na oczy dosłownie nie widzę, a oni mi każą wykonywać te wszystkie czynności, w tym odkleić folię pokrywającą czyli wymacać, z którego rogu da się chwycić i pociągnąć, nosz ludzie! W dodatku w czasie, gdy tabletka się rozpuszcza na języku, czuć jakiś tam jej smak - a dlaczego niby gdy ktoś ma atak migreny to nie je i nie pije? Jakiś powód chyba jest, prawda?
Lekarz twierdził, że ten sposób (na język, a nie połknięcie i fru do przewodu pokarmowego, wątroby i stamtąd dopiero z krwią do łba) powoduje, że jest szybszy efekt. Coś nie bardzo w to wierzę. Choć nitroglicerynę się daje właśnie pod język, żeby szybciej zadziałała, nie?
Czas wolny od klinik i przychodni chciałam wykorzystać na porządki w laptopie i zdecydowałam się jednak na kupno dysku zewnętrznego. Wyczekiwałam przesyłki z wielką niecierpliwością, jak tylko nadeszła, podłączam i... laptop jej nie widzi. Co za zawód. Internety powiedziały, żeby spróbować podłączyć oba wtyki USB (a zastanawiałam się, po co są dwa), jednak to też nic nie dało, podobnie jak podłączenie do laptopa córki czy do telewizora. Ja to mam pecha. Ale na drugi dzień pan sprzedawca powiedział, że będzie w pobliżu i przywiezie mi inny na wymianę, więc problem został rozwiązany i obecnie zabawiam się w przenoszenie tego i owego nie tylko z laptopa, ale i z rozlicznych pendrajwów, no taka rozrywka, jak się tu nudzić na emeryturze, gdy tyle do zrobienia 😂
Ale ale, na zdjęciu jest karta pamięci - robiłam porządki w szufladach na Fabryce i wygrzebałam mnóstwo ciekawych rzeczy, a to jest jedna z nich. Prawdopodobnie karta pamięci do pierwszego aparatu cyfrowego. No patrzcie tylko - 256 MB 😅 Ile tam się zdjęć mieściło???
I to by było na tyle z wieści na froncie emerytalnym (umyłam wszystkie okna; schudłam 1 kg; oglądam serial koreański; byłam w trzech sklepach obczajać kuchnie - nienawidzę takich wycieczek; zalali mi z góry łazienkę i WC - kwiat lotosu normalnie).
No mówiłam, że zejdzie mi trochę na tej Doncowej - i zeszło. Prorok jakiś ze mnie czy co?
Chodzi tu głównie o to, że jest to kieszonkowe wydanie, z drobną i gęsto nadźbaną czcionką, po kilku stronach (maksymalnie dziesięciu) mam dość i zamykam. No bo o tym, że czytanie po rosyjsku idzie wolniej z zasady, chyba nie muszę mówić? Umysł jakby nie ogarnia całego wyrazu (o zdaniu nie wspominając), jak to jest w przypadku czytaniu w języku ojczystym, bo dokłada się jeszcze do tego inny alfabet.
Ale co z tego, gdy - LUBIĘ CZYTAĆ PO ROSYJSKU.
Pod jednym małym warunkiem: że lektura nie przedstawia się zbyt ambitnie 😁 A takie tam wesołe kryminałki to coś akurat.
Miałam problem z wyborem. W nie tak dalekich czasach, gdy "zapadłam" na rosyjski, nakupiłam prawie sto Doncowych. One się dzielą na cztery serie, jedna z nich to właśnie Dasza Wasiliewa, którą się chciałam teraz zająć. I za nic nie mogłam ustalić chronologii. Wikipedia nie pomaga, bo kolejność tam podana jest co najmniej dziwna. W dodatku nie wiedziałam, co już czytałam, a czego nie. Wyjęcie wszystkich i ustawienie po kolei odpada w przedbiegach: jedne są te kieszonkowe, inne wydania "porządniejsze", w twardych okładkach i z dużą czcionką - każde stoi gdzie indziej, w dodatku pochowane w drugich rzędach, no, narobiłabym sobie bałaganu.
Ale jednak. Wygląda mi na to, że mogłabym wyznaczyć sobie zadanie na początek zimy - pewnie by mi zajęło ze trzy wieczory dojście do właściwej kolejności i dodatkowo wpisanie tego do katalogu, żeby już raz na zawsze mieć w Doncowej porządek (tym bardziej, że nie przewiduję dokupywania nowszych, choć autorka oczywiście je produkuje; chodzą zresztą słuchy, że bardziej firmuje swoim nazwiskiem, a piszą ghost writerzy).
Swoje egzemplarze kupowałam najpierw na allegro, a wszedłszy w satysfakcjonujący kontakt z jednym ze sprzedawców już bezpośrednio od niego, wysyłając listę dezyderatów - on to ściągał z Rosji (zazwyczaj używane egzemplarze, ale czasem też jak nowe). Ten akurat należał do jakiejś Korniejewej. Oczywiście, że do kobitki, bo faceci takich głupot nie czytają 😄
Początek:
Koniec:
Patrzcie, jak wszystko dokładnie wyłożone. Jeśli dobrze rozumiem, był to dodruk - 50 tys. egz. Zwróćcie uwagę na adres w ostatniej linijce. A tu akurat w jednym z rozdziałów bohaterka wmawia w inną, że mieszka przy alei Lenina, a tamta się dziwi, że jak to, nie zmienili nazwy? Pewnie, że nie zmienili 😎
Wyd. EKSMO Moskwa 2002, 319 stron
Tytuł: Эта горькая сладкая месть
Musiałam w słowniku poszukać, bo nie pamiętałam, co znaczy ostatnie słowo (zemsta).
Z własnej półki (kupione 8 lipca 2009 roku za 6 zł)
Przeczytałam 8 grudnia 2020 roku
Wczoraj rano to było doprawdy olśnienie, gdy wstałam i za oknem zobaczyłam tę biel. Co prawda szłam do pracy, ale i tak poczułam się jak w dzieciństwie, w zimową niedzielę, gdy oglądało się Teleranek i kolejny odcinek Pippi Langstrumpf, gdzieś tam w kuchni mama krzątała się już koło obiadu, dzieci nie musiały myśleć o niczym i o nic się nie martwić, a przed nami był cały wolny dzień 😍
Więc zanim weszłam na Fabrykę, zrobiłam pamiątkową fotę, myśląc, że za chwilę po śniegu nie będzie ani śladu. Ale ciągle jest!
A jako że nadal posypuje, dzieciaki przed blokiem utoczyły już pierwszego bałwana z potomstwem. Fakt, że oprócz śniegu bałwania rodzinka ma dużą zawartość ziemi i liści, ale co tam 😝
Ja doprawdy nie wiem, czemu mnie to cieszy, zimy nie cierpię. Może dlatego, że to zaledwie początek?
Naszło mnie znowu na poczytaniu po rosyjsku, współczesnemu rosyjsku. Oczywiście Doncowa. Padło na serię o Iwanie Poduszkinie, bo była pod ręką, a za innymi trzeba by było grzebać w moim pokoju, oddanym chwilowo w pacht Ojczastemu, który drzemał słodko i nie chciałam zapalać światła :)
Wyszło, że wcześniej przeczytałam sześć poprzednich tomów z serii (ostatni w 2010), więc czas był zacząć siódmy - Tuszkanczika w bigudiach. Nawet nie wiedziałam, co to tuszkanczik, przeczytałam całą książkę, znalazłam fragment, gdzie się wspomina o tym, że główny bohater w danej chwili wygląda tak właśnie jak tuszkanczik w bigudiach czyli w wałkach na włosy, no musiałam jednak sięgnąć po słownik, otóż tuszkanczik to zool. skoczek. Tego, jak wygląda zool. skoczek, już mi się nie chce szukać. Pewnie tak, jak na okladce, jakaś mysz czy inny szczur.
Stanowczo Doncowa wspina się na wyżyny kreatywności szukająć tytułów dla swoich licznych powieści kryminalnych. Ponoć jest ich już 180, w związku z czym podnoszą się głosy, że na firmę działa cały zespół murzynów.
W każdym razie Poduszkin jest nudny. Siłą Doncowej zawsze były dla mnie humorystyczne sceny, no i żywy język. Tymczasem nic mnie w tym tomie nie rozbawiło. Chyba będę musiała wrócić do Wioli Tarakanowej.
A w ogóle wkurza mnie, że kiedyś na rosyjskiej Wikipedii był dostępny cały spis dzieł, a teraz już go nie ma. A ja tu potrzebuję wpisać oryginalny tytuł i co? Wyszukiwanie z alfabetu literki po literce trwa zbyt długo i jest zbyt nużące :( Komu to przeszkadzało? Spis jest na ukraińskiej wersji Wiki, no ale po ukraińsku, ofkors.
Początek:
Koniec:
Wyd. EKSMO Moskwa 2004, 380 stron
Tytuł oryginalny: Тушканчик в бигудях
Z własnej półki
Przeczytałam 24 lutego 2019 roku
Czyli GORĄCA MIŁOŚĆ ŚNIEŻNEGO BAŁWANA, ha ha.
Zatęskniłam za ruszczyzną i wyciągnęłam Doncową. Jednak w tygodniu prawie nie udawało się czytać, w praktyce nadrobiłam w weekendy, siedząc przy mamie na dyżurze :)
Umysł mam tak zajęty sprawami bieżącymi, problemem z mamą, ciągłym kursowaniem (ja, co nie cierpię pociągów), że nie jestem w stanie się skupić na lekturze. Wzięłam jakąś powieść, przeczytałam kilka stron - na drugi wieczór, gdy znów po nią sięgnęłam, nic nie pamiętałam.
Doncowa jest dobra, bo w sumie nie musisz nic pamiętać - czyta się po to, by nie tracić kontaktu z językiem :)
Więc tylko daję znak-sygnał, że żyję.
Dwudziesty drugi tom z serii o Wioli Tarakanowej.
Początek:
Koniec:
Wyd. EKSMO Moskwa 2009, 379 stron
Tytuł oryginalny: Горячая любовь снеговика
Z własnej półki
Przeczytałam 11 grudnia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
To z doniesienia Moniki:
To z odwiedzin w Księgarni Akademickiej:
To z Taniej Jatki, gdzie szukałam czegoś pod choinkę dla Ojczastego (ha ha, kiedyś i tak będzie moje):
A to przy okazji znalazłam dla siebie:
To zaś odebrałam, umówiwszy się z panią ze Stowarzyszenia Mieszkańców Żaczka przy wejściu do Parku Krakowskiego :) Dawno już nie miałam osobistego odbioru z przygodami - i tym razem obeszło się bez przygody. Całe szczęście, bo miałam milion pakunków!
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ POCIĄG, Polska 1959
Reż. Jerzy Kawalerowicz
Fragment:
"Ten film mówi o głodzie, o tęsknocie uczuć, niekoniecznie zresztą miłosnych. Dziewczyna odczuwa niedosyt życia, u mężczyzny - pod jej wpływem - rodzi się samotność. Każdy człowiek jest w pewnym sensie niezadowolony z tego, co ma, i zostawia sobie jakąś furtkę, jakąś niejasną perspektywę. Tą tęsknotą uczuć zostali obdarzeni wszyscy bohaterowie "Pociągu". Nastąpił niejako podział jednego melodramatu na wiele osób" - mówił przed laty o swoim filmie Jerzy Kawalerowicz.
[z Filmpolski.pl]
10/10
2/ DRUGAJA ŻIZŃ (Özga ömür), Azerbejdżan 1987
Reż. Rasim Odżagow
Film w całości:
Ja oglądałam oczywiście w wersji rosyjskiej, gdzie film nosił tytuł DRUGAJA ŻIZŃ (Другая жизнь).
Jeden dzień z życia rektora wyższej uczelni w Azerbejdżanie. Problemy w domu, z synami, synowymi, żoną chorą z urojenia, terroryzującą otoczenie. Problemy w pracy, z romansami podwładnych, z budową nowego skrzydła uczelni, z pryncypiami i zasadami, jakie należy przyjmować i jakimi się kierować. Prawdziwym sobą Fariz Rzajew może być tylko u kochanki. A tymczasem boli serce...
7/10
3/ SYGNAŁY, Polska 1959
Reż. Jerzy Passendorfer
Sensacyjny melodramat - historia taksówkarza, który w zamian za cenny lek dla chorej żony godzi się na udział we włamaniu. Żona kierowcy jest ciężko chora. Uratować ją może tylko drogi, trudno dostępny w kraju lek zagraniczny. Mąż, po licznych bezskutecznych próbach, decyduje się wziąć udział we włamaniu do komory celnej. Szef bandy obiecuje mu pomoc w zdobyciu lekarstwa. Lek dostarcza jednak na apel radiowy bezinteresownie starsze małżeństwo, a mąż pomaga milicjantom w ujęciu przestępców.
[Filmpolski.pl]
6/10
4/ TALISMAN (Талисман), ZSRR 1983
Reż. Araik Gabrielian, Wieniamin Dorman
Film w całości:
Ostatnio mam tak mało czasu dla siebie, że wybieram filmy według ich długości :) a raczej krótkości :) Najlepsze są takie godzinne... naszykowałam sobie cały zestaw!
15-letni Sasza, przezywany Diukiem, chce być kimś, osobowością... toteż oznajmia, że jest talizmanem i przynosi szczęście innym. Wieść szybko się rozchodzi nie tylko w szkole, ale i poza jej obrębem i do Saszy-Talizmana zgłaszają się ludzie proszący o pomoc w różnych problemach. Teraz Sasza, gdyby nawet chciał przestać być dobrym, już nie może tego zrobić :)
Bardzo sympatyczny film, niekoniecznie dla dzieci.
7/10
5/ MALCZISZKI - NAROD CHOROSZIJ (Мальчишки - народ хороший), ZSRR 1972
Reż. Wasilie Breskanu
Fragment:
Piętnastolatkowie trenują boks w szkolnej drużynie. Jeden z nich obraża się na trenera za zawieszenie go (uderzył przeciwnika już po gongu kończącym spotkanie), rzuca treningi, próbuje lekkoatletyki, a po pierwszym niepowodzeniu przystaje do grupy chuliganów...
6/10
6/ TYSIĄC TALARÓW, Polska 1059
Reż. Stanisław Wohl
Wiosną 1959 roku w kominku kancelarii krakowskiego notariusza odnalezione zostaje tysiąc talarów w złocie wraz z manuskryptem wyjaśniającym pochodzenie i przeznaczenie skarbu. Sto lat wcześniej, w czerwcu 1859 roku, dwaj handlarze, Hipolit Wydech i August Drapka udali się w podróż z Radomia do Krakowa. W okolicy Chęcin zostali napadnięci i doszczętnie ograbieni - pozbawiono ich nawet wierzchniego ubrania. Za trzy dni w Krakowie gościć miał arcyksiążę i kupcy koniecznie chcieli dotrzeć tam na czas. Jednak nikt nie udzielił pomocy poszkodowanym. Dwaj nadzy mężczyźni wydawali się wszystkim podejrzani, szczuto więc ich psami, bito, odpędzano. W tej beznadziejnej sytuacji - jako że byli ludźmi z fantazją i poczuciem humoru - zawarli zakład, który rozstrzygnięty miał zostać dopiero za sto lat - czy można w roku 1959 w ciągu trzech dni dotrzeć z Chęcin do Krakowa, nie mając nic oprócz stroju kąpielowego? Ów zakład rozegrać mają spadkobiercy Hipolita i Augusta. Odnajduje ich tuż przed upływem wyznaczonego terminu krakowski notariusz. O złote talary będą rywalizować kompozytor Marek Drapka i siostrzenica właścicielki domu mody Kasia Wydech. Marek ubrany tylko w strój kąpielowy ma w ciągu trzech dni dotrzeć z Chęcin do Krakowa. Jeśli zadania tego nie zdoła wykonać, cały skarb przypadnie Kasi. Jest jeszcze jeden warunek - obie strony nie mogą ze sobą współpracować. Tymczasem od pierwszej chwili Kasia i Marek poczuli do siebie szczerą sympatię. Po licznych perypetiach Marek podejmuje się zadania i jest to początek wielu zabawnych przygód i rywalizacji obu stron. A kiedy zakochani młodzi świadomie zrezygnują z talarów na rzecz własnego szczęścia, muszą stawić czoło rozwścieczonym stronnikom.
[Filmpolski.pl]
5/10
7/ PRO DRAKONA NA BAŁKONIE (Про дракона на балконе, про ребят и самокат), ZSRR 1976
Reż. Giennadij Charłan
Film w całości:
Zabawny film dla dzieci o tym, jak para pionierów Misza i Lida składa wizytę u znanego pisarza i niechcący upuszcza terrarium z hodowanym przez Mamontowa "smokiem". "Smok" spadł z balkonu i zniknął. Nie pozostało nic innego, jak dać nogę i starać się go odkupić. Tymczasem Żeńka, mały braciszek Lidy, bierze sprawy w swoje ręce i udaje się na hulajnodze na poszukiwania zwierzątka.
7/10
8/ MIEŁOCZI ŻIZNI (Мелочи жизни), ZSRR 1980
Reż. Wiaczesław Krisztofowicz
Film w całości:
Jeden dzień w życiu rozpadającego się małżeństwa. Syn pod opieką babci, a mąż z żoną załatwiają sprawy: trzeba iść do Urzędu Stanu Cywilnego, obejrzeć mieszkania na zamianę, sprawdzić, co stało się na daczy, gdzie wylała rzeka. Drobiazgi, szczegóły, błahostki... a życie toczy się dalej.
8/10
9/ MIENIAJU SOBAKU NA PAROWOZ (Меняю собаку на паровоз), ZSRR 1975
Reż. Nikita Chubow
Film w całości:
Film dla dzieci. Alik błaga nauczyciela muzyki, by przyjął go do chóru. Profesor dziwi się, bo przecież Alik kompletnie nie ma słuchu. Ale dla chłopca to nie przeszkoda - w chórze i tak go nie będzie słychać, zwłaszcza jeśli będzie śpiewać po cichutku. Problem w mamie Alika - ma ona duże ambicje co do syna, chciałaby, żeby - jak inne dzieci - pisał wiersze albo należał do kółka baletowego czy występował w telewizji. Alik zdaje sobie sprawę, że jedyna możliwość zdobycia wymarzonego psa to zaspokojenie mamy pragnień. Jednak zapisanie syna do chóru mamie nie wystarczy - pewnego dnia przywożą do domu pianino. W dodatku Alika zapraszają do filmu...
8/10
10/ WARWARIN DIEŃ (Варварин день), ZSRR 1982
Reż. Anatolij Dubinkin, Josif Szapiro
Film w całości:
Warwara i Paweł przeżyli razem kilka lat, a potem zaczęła się wojna i Paweł poszedł na front. Warwara zaś rozpoczęła ciężką pracę w fabryce metalurgicznej, jednocześnie opiekując się córeczką i ulegając tyranii teściowej. Pewnego dnia do huty przybył kontyngent ochotników, a wśród nich inwalida Łarion. Między młodymi narodziło się uczucie...
Piękna pieśń z filmu:
" Я хотела позабыть , чужого , но желанного
Чтоб судьбу свою решить, всё сызнаво, всю заново
Я хотела не грустить, душою зря не маяться
Я хотела позабыть, да всё не забывается
Я хотел бы позабыть, костры давно остывшие
Что бы вновь не бередить, все раны не зажившие
Я хотел бы разлюбить , чтоб никогда не каяться
Я хотел бы позабыть , да всё не забывается....."
11/ THE FAMILY STONE (o debilnym polskim tytule RODZINNY DOM WARIATÓW), USA 2005
Trailer:
Sympatyczna komedia z gwiazdorską obsadą, opowiadająca o świętach Bożego Narodzenia w pewnej amerykańskiej rodzinie. Państwo Stone mieszkają w malowniczym miasteczku w Nowej Anglii. Razem z nim w dużym domu święta spędza cała wielopokoleniowa rodzina. Zjeżdża nawet najstarszy syn, robiący karierę w wielkim mieście. Przywozi ze sobą narzeczoną, Meredith Morton (Sarah Jessica Parker), chcąc przedstawić ją oficjalnie rodzicom, braciom i siostrom. Niestety, Meredith - sztywna, bezwzględna kierowniczka z Nowego Jorku - nie budzi sympatii rodziny. Członkowie rodziny dają jej niezły wycisk. Upokorzona Meredith posyła po swoja siostrę (Claire Danes), która ku jej zdumieniu, staje się ulubienicą rodziny jej przyszłego męża...
[z Filmwebu]
7/10
12/ CZERWONY KAPITAN (Rudý kapitán), Słowacja/Czechy /Polska 2016
Reż. Michal Kollar
Polski zwiastun:
Rok 1992. Po upadku komunizmu pozostało wiele nierozwiązanych spraw kryminalnych, których sprawcy nigdy nie ponieśli kary. W ręce Krauza (Maciej Stuhr) – ambitnego, młodego detektywa z Wydziału Zabójstw, wpada jedna z nich. Na miejskim cmentarzu odnalezione zostają zwłoki z licznymi śladami tortur. Świadomi niebezpieczeństwa, Krauz wraz ze swoim partnerem, postanawiają rozwiązać zagadkę. Wszystkie tropy prowadzą do "Czerwonego Kapitana" – owianego złą sławą specjalisty od "ostatecznych" przesłuchań z czasów minionej władzy. Niewielu przeżyło spotkanie z nim. Z każdą minutą śledztwa wychodzi na jaw coraz więcej faktów, a podejrzenia padają na najwyższych decydentów policji i Kościoła.
Niestety wyszło to słabiutko. A już polski dubbing poniżej wszelkich norm. Połowy dialogów nie rozumiałam.
4/10
To skandal prawdziwy, ale nie mam czasu na opisy. Za chwilkę obiad, potem pociąg... Może w wolnej chwili dołożę :) Cud, że jeszcze znajduję godzinkę na obejrzenie filmu - faktycznie wygląda to tak, że większość z nich to produkcje 60-minutowe, zrobiłam sobie listę takich krótszych filmów, żeby cokolwiek oglądać.