Jakem była pierwszy raz w Pradze i załapała się na wystawę w Muzeum Miasta Pragi o jednej z dzielnic, zauważyłam, że wydają fantastyczne albumy towarzyszące. Nawet przez chwilę rozważałam zakup tego, który dotyczył właśnie wystawy, no ale drogo było, ciężko i w ogóle :)
Kiedy jednak - po czterech pobytach - uznałam, że TO JEST MOJA PRZYSZŁOŚĆ - czyli gromadzenie wydawnictw o Pradze - zainteresowałam się możliwością nabycia online tychże albumów. Po długich debatach wybrałam dwa pierwsze, o Żiżkowie i Winohradach.
Zakup przebiegł bezproblemowo, a po przeczytaniu pierwszego albumu już się nakręcam do kolejnych :)
Bardzo porządne wydawnictwo. Twarda oprawa, obwoluta, duży format, dołączona duża mapa terenu z dawnych czasów (w wypadku Żiżkowa z 1938 roku), wkładka z tłumaczeniem na angielski wszystkich tekstów i podpisów pod zdjęciami i przede wszystkim właśnie cała masa archiwalnych zdjęć.
Mam za sobą jedynie dwa spacery po dzielnicy, więc jeszcze wszystko przede mną :)
Ale nie wiem, czy uda mi się zajrzeć na któreś podwórko z ocalałą galerią dookoła (pavlač to właśnie krużganek, ganek, galeria), ze względu na wszechobecne domofony. Trudno.
Aha, co znaczy tytuł? Żiżkow. Osobliwość galerii i stromych ulic. Niezgrabne to, ale taki ze mnie tłumacz :)
To była ludowa dzielnica. Kiedyś pola i winnice, dopiero w XIX wieku zaczęły zanikać na rzecz powstającego przedmieścia. Do Pragi przychodziła masa robotników, szukających pracy w szybkko rozwijających się fabrykach. Trzeba im było zapewnić tanie mieszkania. Oczywiście pozbawione wygód - składały się z kuchni i jednego pokoju, zazwyczaj wspólna toaleta była na każdym piętrze, takoż żeliwna czy blaszana umywalka z kranem, z którego brało się wodę. Okna tych bieda-mieszkań wychodziły na podwórze, a całe życie, z braku miejsca w domu, toczyło się na galerii.
Jest tam wspomniane, że gdy ktoś wracał do domu po pracy, to nieraz droga od bramy wejściowej do drzwi własnego mieszkania trwała i pół godziny, bo trzeba było się zatrzymać i porozmawiać z sąsiadami wysiadującymi na ganku :)
W latach 70-tych przyszła wielka asanacja, władze, zamiast inwestować w remonty, wolały wyburzać stare domy i na ich miejscu stawiać nowe. Tak zanikła znaczna część starego Żiżkowa. Przypominam sobie, że oglądałam nie tak dawno nostalgiczny film wspominający dawny Żiżkow.
Wyd. Muzeum hlavního města Prahy, 2012, 139 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 25 listopada 2017 roku
poniedziałek, 27 listopada 2017
niedziela, 26 listopada 2017
Zdzisław Antolski - Ojczyzna papierowych żołnierzyków
Niesamowite!
Pani MK przeczytała tomik poezji!
W annałach zapisać!
/co właśnie czynię/
Ojczasty oddawał się lekturze kieleckich wspomnień tego samego autora...
A ja wierszom, ale nie miał mi kto zrobić zdjęcia w tak doniosłej chwili :)
Było to w ubiegłą niedzielę pod wieczór.
W domu cisza (wszyscy czytali, bo i córka też, choć nie wiem szczegółowo, co ona miała w rękach).
Gdzieś na ścianie wisiały rodzinne zdjęcia.
Gdzieś tykał zegar.
I w takich warunkach wróciłam do dzieciństwa.
Co prawda w moim nie było żołnierzyków, ani papierowych, ani ołowianych... ale były papierowe laleczki z wycinanymi ubrankami. Nie spłonęły... ale i tak śladu po nich już dawno nie ma.
Początek.
No i tak.
Już przy drugim wierszu popłakałam się.
Kiepski ze mnie czytelnik.
Wszystko odnoszę do siebie, siebie, siebie.
No bo przecież ja też chodziłam jeszcze do starej szkoły - obok trwała budowa nowej, ale jeszcze mieliśmy lekcje siedząc za zielonymi drewnianymi pulpitami z okrągłym otworem na kałamarz. Jeszcze nosiliśmy tornistry. I fartuszki z plisowanymi falbankami. I kokardy we włosach. I wyglądaliśmy przez skute lodem szyby na stare boisko.
Gdzie to się wszystko podziało?!
No i masz.
Znowu zaczynam płakać, a przecież muszę jeszcze iść do sklepu (póki w niedzielę otwarty).
Niebezpieczna książka!
Rujnuje wszelkie plany!
Nie pozostaje ci nic, jak tylko zagłębić się w przeszłość i wspominać.
Na ile to przyjemność, a na ile udręka, ból za czasem minionym - każdy oceni sam.
Możemy w niedzielę włączyć Bonanzę na You Tube - ale to nie będzie to samo.
Wyd. Nowy Świat Warszawa 2016, 104 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 19 listopada 2017 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Obiecywałam, obiecywałam (sobie), ale gdy PRZECZUCIE kazało mi wejść na stronę ulubionego antykwariatu w Pradze, miało rację! Bo oto pojawiły się pierwsze dwie części cyklu "Pragą z otwartymi oczyma", no musiałam brać. Teraz brakuje mi tylko trzeciej (czwartą i piątą przywiozłam w sierpniu) :)
Pani MK przeczytała tomik poezji!
W annałach zapisać!
/co właśnie czynię/
Ojczasty oddawał się lekturze kieleckich wspomnień tego samego autora...
A ja wierszom, ale nie miał mi kto zrobić zdjęcia w tak doniosłej chwili :)
Było to w ubiegłą niedzielę pod wieczór.
W domu cisza (wszyscy czytali, bo i córka też, choć nie wiem szczegółowo, co ona miała w rękach).
Gdzieś na ścianie wisiały rodzinne zdjęcia.
Gdzieś tykał zegar.
I w takich warunkach wróciłam do dzieciństwa.
Co prawda w moim nie było żołnierzyków, ani papierowych, ani ołowianych... ale były papierowe laleczki z wycinanymi ubrankami. Nie spłonęły... ale i tak śladu po nich już dawno nie ma.
Początek.
No i tak.
Już przy drugim wierszu popłakałam się.
Kiepski ze mnie czytelnik.
Wszystko odnoszę do siebie, siebie, siebie.
No bo przecież ja też chodziłam jeszcze do starej szkoły - obok trwała budowa nowej, ale jeszcze mieliśmy lekcje siedząc za zielonymi drewnianymi pulpitami z okrągłym otworem na kałamarz. Jeszcze nosiliśmy tornistry. I fartuszki z plisowanymi falbankami. I kokardy we włosach. I wyglądaliśmy przez skute lodem szyby na stare boisko.
Gdzie to się wszystko podziało?!
No i masz.
Znowu zaczynam płakać, a przecież muszę jeszcze iść do sklepu (póki w niedzielę otwarty).
Niebezpieczna książka!
Rujnuje wszelkie plany!
Nie pozostaje ci nic, jak tylko zagłębić się w przeszłość i wspominać.
Na ile to przyjemność, a na ile udręka, ból za czasem minionym - każdy oceni sam.
Możemy w niedzielę włączyć Bonanzę na You Tube - ale to nie będzie to samo.
Wyd. Nowy Świat Warszawa 2016, 104 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 19 listopada 2017 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Obiecywałam, obiecywałam (sobie), ale gdy PRZECZUCIE kazało mi wejść na stronę ulubionego antykwariatu w Pradze, miało rację! Bo oto pojawiły się pierwsze dwie części cyklu "Pragą z otwartymi oczyma", no musiałam brać. Teraz brakuje mi tylko trzeciej (czwartą i piątą przywiozłam w sierpniu) :)
niedziela, 19 listopada 2017
Dan Hrubý - Pražské příběhy - Na cestě Malou Stranou
No. Skończyłam!
Bite trzy tygodnie!
Pamiętam ciągle, że pierwsza przeczytana po rosyjsku książka (po latach) zabrała mi też trzy tygodnie... no ale to było przypominanie sobie, powrót do czegoś, co było, a tutaj... mozół z nowym językiem :)
Choć właściwie mozół to złe słowo, bo to naprawdę była duża przyjemność, tyle że nie więcej niż kilka stron na raz. Dopiero w ten weekend się zawzięłam i korzystając również z tego, że przybył na jakiś czas Ojczasty i nie oglądam filmów, przeczytałam resztę, ponad sto stron.
Rzecz została nabyta podczas ostatniego pobytu w Pradze. Widziałam już wtedy w księgarniach kolejny tom z tej serii, ale za grube to było, żeby dołożyć do bagażu.
Co nadrobiłam po powrocie, eksperymentując z rozmaitymi dostawcami online :)
Przypuszczam jednak, że nieprędko się za ten drugi tom zabiorę, tak gęste to jest i angażujące głowę :)
A o czym tam można przeczytać?
Autor - patrzcie państwo - młody człowiek!
Znaczy - młodszy ode mnie.
I cóż tu czytamy? Że trzeci tom się szykuje :)
Motto akuratne.
Ale zaraz - co to są příběhy? To wedle słownika (w liczbie pojedynczej) wydarzenie, zdarzenie, przygoda, historia.
Autor kolekcjonuje historie związane z Małą Straną, historie ludzi, którzy z tą dzielnicą Pragi byli związani, głównie w XX wieku, ale nie tylko. O większości z nich nigdy nie słyszałam, ale i tak jestem DUMNA, że po pierwsze część jednak znałam, a po drugie, że w ogóle dałam radę przeczytać!
Książka ma same plusy... gdyby nie to, że przy czytaniu chce się jednocześnie grzebać po internetach, sprawdzić na google maps dokładnie w którym to miejscu, posłuchać piosenki, o której mowa, przeczytać życiorys na wiki... no ale to nigdy bym chyba nie skończyła!
Trochę mi żal, że w głowie tej masy informacji nie zatrzymam i nie będę chodzić po uliczkach Małej Strany z książką w ręce... inna sprawa, że nie bardzo się do tego nadaje, jest stanowczo za gruba. O czym się przekonałam w pociągu jadąc na Wszystkich Świętych, na stojąco niestety. Usiłowałam czytać, ale ręce mnie szybko rozbolały :)
Koniec:
Wyd. Pejdlova Rosička, Jarošov nad Nežárkou 2015, 428 stron
Z własnej półki (kupione 11 sierpnia 2017 za 499 koron)
Przeczytałam 19 listopada 2017 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Co prawda w październiku obiecywałam sobie, że NA RAZIE skończę z tym praskim szaleństwen, no ale...
Najpierw przyszła paczka zamówiona jeszcze w poprzednim miesiącu, gdzie uzupełniałam braki w nowościach :)
A potem jeszcze zajrzałam do antykwariatu no i kupiłam wreszcie tego Szwejka (aczkolwiek nie przypuszczałam, że takich rozmiarów, ze zdjęcia na ich stronie to nie wynikało), no a do Szwejka jeszcze to i owo z działu pragensie.
Zajrzałam po długiej niebytności do Księgarni Akademickiej.
Zaopatrzyłam się w wydawnictwo, które towarzyszyło wystawie w Collegium Maius. I rzutem na taśmę rzecz o Kobierzynie nabyłam.
Wstąpiłam też do Taniej Jatki po reportaże :)
No i wreszcie napadłam Zdzisia :)
W tym tygodniu przeczucie mi mówiło, żeby znów zajrzeć na stronę praskiego antykwariatu, com niezwłocznie uczyniła i Bóg mnie natchnął, bo akuratnie pojawiły się pierwszy i drugi tom serii, z której mam czwartą i piątą część (o Pradze oczywiście) i bardzo bardzo chcę mieć całość. No to dokompletowałam, bo co tak będę za kuriera płacić tyle, niech się rozłoży na więcej pozycji :)
No ale to nawet jeszcze nie jest w drodze.
I będzie ostatnie - przynajmniej w tym roku :)
Bite trzy tygodnie!
Pamiętam ciągle, że pierwsza przeczytana po rosyjsku książka (po latach) zabrała mi też trzy tygodnie... no ale to było przypominanie sobie, powrót do czegoś, co było, a tutaj... mozół z nowym językiem :)
Choć właściwie mozół to złe słowo, bo to naprawdę była duża przyjemność, tyle że nie więcej niż kilka stron na raz. Dopiero w ten weekend się zawzięłam i korzystając również z tego, że przybył na jakiś czas Ojczasty i nie oglądam filmów, przeczytałam resztę, ponad sto stron.
Rzecz została nabyta podczas ostatniego pobytu w Pradze. Widziałam już wtedy w księgarniach kolejny tom z tej serii, ale za grube to było, żeby dołożyć do bagażu.
Co nadrobiłam po powrocie, eksperymentując z rozmaitymi dostawcami online :)
Przypuszczam jednak, że nieprędko się za ten drugi tom zabiorę, tak gęste to jest i angażujące głowę :)
A o czym tam można przeczytać?
Autor - patrzcie państwo - młody człowiek!
Znaczy - młodszy ode mnie.
I cóż tu czytamy? Że trzeci tom się szykuje :)
Motto akuratne.
Ale zaraz - co to są příběhy? To wedle słownika (w liczbie pojedynczej) wydarzenie, zdarzenie, przygoda, historia.
Autor kolekcjonuje historie związane z Małą Straną, historie ludzi, którzy z tą dzielnicą Pragi byli związani, głównie w XX wieku, ale nie tylko. O większości z nich nigdy nie słyszałam, ale i tak jestem DUMNA, że po pierwsze część jednak znałam, a po drugie, że w ogóle dałam radę przeczytać!
Książka ma same plusy... gdyby nie to, że przy czytaniu chce się jednocześnie grzebać po internetach, sprawdzić na google maps dokładnie w którym to miejscu, posłuchać piosenki, o której mowa, przeczytać życiorys na wiki... no ale to nigdy bym chyba nie skończyła!
Trochę mi żal, że w głowie tej masy informacji nie zatrzymam i nie będę chodzić po uliczkach Małej Strany z książką w ręce... inna sprawa, że nie bardzo się do tego nadaje, jest stanowczo za gruba. O czym się przekonałam w pociągu jadąc na Wszystkich Świętych, na stojąco niestety. Usiłowałam czytać, ale ręce mnie szybko rozbolały :)
Koniec:
Wyd. Pejdlova Rosička, Jarošov nad Nežárkou 2015, 428 stron
Z własnej półki (kupione 11 sierpnia 2017 za 499 koron)
Przeczytałam 19 listopada 2017 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Co prawda w październiku obiecywałam sobie, że NA RAZIE skończę z tym praskim szaleństwen, no ale...
Najpierw przyszła paczka zamówiona jeszcze w poprzednim miesiącu, gdzie uzupełniałam braki w nowościach :)
A potem jeszcze zajrzałam do antykwariatu no i kupiłam wreszcie tego Szwejka (aczkolwiek nie przypuszczałam, że takich rozmiarów, ze zdjęcia na ich stronie to nie wynikało), no a do Szwejka jeszcze to i owo z działu pragensie.
Zajrzałam po długiej niebytności do Księgarni Akademickiej.
Zaopatrzyłam się w wydawnictwo, które towarzyszyło wystawie w Collegium Maius. I rzutem na taśmę rzecz o Kobierzynie nabyłam.
Wstąpiłam też do Taniej Jatki po reportaże :)
No i wreszcie napadłam Zdzisia :)
W tym tygodniu przeczucie mi mówiło, żeby znów zajrzeć na stronę praskiego antykwariatu, com niezwłocznie uczyniła i Bóg mnie natchnął, bo akuratnie pojawiły się pierwszy i drugi tom serii, z której mam czwartą i piątą część (o Pradze oczywiście) i bardzo bardzo chcę mieć całość. No to dokompletowałam, bo co tak będę za kuriera płacić tyle, niech się rozłoży na więcej pozycji :)
No ale to nawet jeszcze nie jest w drodze.
I będzie ostatnie - przynajmniej w tym roku :)
Etykiety:
Najnowsze nabytki,
Po czesku,
Praga,
Pragensie,
Z własnej półki
poniedziałek, 30 października 2017
Olga Czajkowska - Powróć do nas, sowo...
Znaleziona przy okazji odkurzania książek - ach, ta akcja na fejsie :) jak sie to odkurzanie skończy, to ciekawe, co wymyślę następnego... ale do tego jeszcze daleko.
Zachęcił mnie wątek kryminalny, nno bo trochę jeszcze boję się czytania powieści...
Ale weszło bez problemu :) Tak że może już zacznę "normalnie" czytać.
Aczkolwiek nie będzie to nic z poniższej listy. Bo z tych, które mam, to:
- "Helenkę z Krakowa" już czytałam
- "Awłakan" chwilowo mnie nie nęci
- "Kochanicę Francuza" też sobie zostawię na później
Ach, jest jeszcze "Posłaniec"... ale to też w przyszłości :)
Teraz czytam grubaśną knigę o Małej Stranie przywiezioną z Pragi i trochę mi przy tym zejdzie czasu. A potem - się obaczy.
Ja tu sobie w zeszłym tygodniu znowu zaszalałam, żeby się pocieszyć po wizycie u lekarki, która kazała mi trzymać dietę (koszmar)... no to wlazłam znów na czeskie strony i dawaj! Oczywiście cieszę się bardzo, bo m.in. Szwejka sobie wreszcie zafundowałam. Ostatnio przy prasowaniu włączyłam audiobooka i tak się zastanawiam, czy fakt, że większość rozumiem wynika z mej ha ha znajomości języka czy raczej z tego, że Szwejka znam na pamięć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1977, 141 stron
Seria KIK
Przełożyła: Irena Lewandowska
Z własnej półki (kupiłam na allegro 11 kwietnia 2014 roku za 2 zł - zanotowałam!)
Przeczytalam 25 października 2017 roku
Zachęcił mnie wątek kryminalny, nno bo trochę jeszcze boję się czytania powieści...
Ale weszło bez problemu :) Tak że może już zacznę "normalnie" czytać.
Aczkolwiek nie będzie to nic z poniższej listy. Bo z tych, które mam, to:
- "Helenkę z Krakowa" już czytałam
- "Awłakan" chwilowo mnie nie nęci
- "Kochanicę Francuza" też sobie zostawię na później
Ach, jest jeszcze "Posłaniec"... ale to też w przyszłości :)
Teraz czytam grubaśną knigę o Małej Stranie przywiezioną z Pragi i trochę mi przy tym zejdzie czasu. A potem - się obaczy.
Ja tu sobie w zeszłym tygodniu znowu zaszalałam, żeby się pocieszyć po wizycie u lekarki, która kazała mi trzymać dietę (koszmar)... no to wlazłam znów na czeskie strony i dawaj! Oczywiście cieszę się bardzo, bo m.in. Szwejka sobie wreszcie zafundowałam. Ostatnio przy prasowaniu włączyłam audiobooka i tak się zastanawiam, czy fakt, że większość rozumiem wynika z mej ha ha znajomości języka czy raczej z tego, że Szwejka znam na pamięć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1977, 141 stron
Seria KIK
Przełożyła: Irena Lewandowska
Z własnej półki (kupiłam na allegro 11 kwietnia 2014 roku za 2 zł - zanotowałam!)
Przeczytalam 25 października 2017 roku
Etykiety:
Literatura rosyjska,
Seria KIK,
Z własnej półki
niedziela, 29 października 2017
Wojciech Orliński - Lem. Życie nie z tej ziemi
Po rozmowie z Ojczastym na temat Lema naturalnie jakoś wynikło, że mam mu kupić biografię pisarza, co uczyniłam natychmiast i również natychmiast zabrałam się za lekturę, skoro powieźć mu ją mam dopiero na Wszystkich Świętych.
Tak to się człowiek starzeje - gdzie mi tam w młodości przychodziło do głowy czytać czyjeś biografie :)
A teraz okazują się lekturą o wiele ciekawszą od fikcji.
Czytało się doskonale, nieraz uśmiechając się pod nosem na różne drobne szpileczki wbijane przez autora obecnej władzy... aż się dotarło do inskrypcji na salwatorskim grobie.
Teraz nabrałam apetytu na wcześniejsze książki-wywiady z Lemem, Beresia i Fiałkowskiego. Ale z tym będzie ciężko, bo do bibliotek już nie chodzę, a kupować nie chcę... kurka wodna, z tym brakiem miejsca w domu :(
Początek:
Koniec:
Wyd. Czarne/Agora Wołowiec 2017, 438 stron
Przeczytałam 23 października 2017 roku
Tak to się człowiek starzeje - gdzie mi tam w młodości przychodziło do głowy czytać czyjeś biografie :)
A teraz okazują się lekturą o wiele ciekawszą od fikcji.
Czytało się doskonale, nieraz uśmiechając się pod nosem na różne drobne szpileczki wbijane przez autora obecnej władzy... aż się dotarło do inskrypcji na salwatorskim grobie.
Teraz nabrałam apetytu na wcześniejsze książki-wywiady z Lemem, Beresia i Fiałkowskiego. Ale z tym będzie ciężko, bo do bibliotek już nie chodzę, a kupować nie chcę... kurka wodna, z tym brakiem miejsca w domu :(
Początek:
Koniec:
Wyd. Czarne/Agora Wołowiec 2017, 438 stron
Przeczytałam 23 października 2017 roku
środa, 18 października 2017
Stanisław Lem - Powrót z gwiazd
A to było tak.
Ojczasty przeczytał, pokazał mi i mówi, że ciekawe, że m.in. o demografii się tam Lem wypowiada (a rozmawialiśmy o tym niedawno) i masz, powiada, przeczytaj.
Cóż było robić.
Z Lema to Szpital Przemienienia czytałam i Obłok Magellana lubiłam (choć sam autor zdaje się, nie bardzo)... kiedyś oczywiście Cyberiadę.
Tymczasem w domu było Lema bardzo dużo (o, przypomniało mi się, coś z wanną w tytule jeszcze czytałam), w tym właśnie wydaniu Literackim, wielokolorowym.
Proszę, jak obszarpana obwoluta - ktoś jednak musiał ją wcześniej miętosić :) pewnie Ojczasty czytał wtedy, a po latach mu z głowy wywietrzało.
Ciężko mi było się zebrać, bo, jak już wspominałam, nie po drodze mi aktualnie z powieściami. No ale w końcu dałam radę.
Przy czym problemu podniesionego przez Ojczastego akurat tam nie znalazłam. Owszem, jest mowa o tym, że posiadanie dziecka to luksus - ale bardziej w sensie odpowiedzialnośći za jego wychowanie, że nie każdy się do tego nadaje, ma odpowiednie kwalifikacje - a nie w trosce o nieprzeludnianie Ziemi, o czym my rozmawialiśmy.
Ogólnie rzecz biorąc to historia człowieka, który z grupką innych zapaleńców wyruszył w przestrzeń kosmiczną i kilku z nich po wielu latach z tej wyprawy powróciło. Tymczasem na Ziemi minęła cała epoka, wszystko wygląda inaczej i ludzie są już inni.
Taki powrót z gwiazd to wielkie rozczarowanie, bo oto okazuje się, że ich wysiłek, ich ofiara (z bliskich, których pozostawili i nigdy już nie mieli ujrzeć - czy z własnego życia) - były niepotrzebne.
Rozwój ludzkości i cywilizacji poszedł w innym kierunku, przede wszystkim zapewnienia bezpieczeństwa, i teraz nikomu się nawet nie śnią podróże międzyplanetarne.
Dobrze to czy źle?
Co teraz?
Buntować się, planując kolejną podróż wbrew wszystkiemu?
Czy przystosować się, adaptować, poszukać sensu w czym innym, choćby w bliskości z drugim człowiekiem?
Czy zniknąć, skorzystać z tego, że jest się wyjątkiem, człowiekiem, któremu nie podano szczepionki nie-agresji, więc może popełnić samobójstwo?
Najbardziej jednak zajmujące jest śledzenie tego, jak pracowała wyobraźnia autora. Co przewidywał, jakie wynalazki w przyszłości miały ułatwić, usprawnić, ulepszyć życie człowieka.
Książki - w pewnym sensie dzisiejsze ebooki :) "drukowane" na zamówienie w ciągu chwili - na malutkich kryształkach... tak jak dziś powstaje w ciągu jednej chwili elektroniczna kopia-oryginał.
Co mnie zdziwiło - zostawił Lem telefon na drucie, komórki noszonej przy sobie nie przewidział. Natomiast chyba myślał o zmniejszających się zasobach wody na planecie, skoro prysznic to fala wiatru owiewającego człowieka :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1970, wyd. III, nakład 20 tys. egz., 237 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 16 października 2017 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Nie planowałam :) ale były w Krzysztoforach do wzięcia po 5 zł, szkoda okazji :)
Ojczasty przeczytał, pokazał mi i mówi, że ciekawe, że m.in. o demografii się tam Lem wypowiada (a rozmawialiśmy o tym niedawno) i masz, powiada, przeczytaj.
Cóż było robić.
Z Lema to Szpital Przemienienia czytałam i Obłok Magellana lubiłam (choć sam autor zdaje się, nie bardzo)... kiedyś oczywiście Cyberiadę.
Tymczasem w domu było Lema bardzo dużo (o, przypomniało mi się, coś z wanną w tytule jeszcze czytałam), w tym właśnie wydaniu Literackim, wielokolorowym.
Proszę, jak obszarpana obwoluta - ktoś jednak musiał ją wcześniej miętosić :) pewnie Ojczasty czytał wtedy, a po latach mu z głowy wywietrzało.
Ciężko mi było się zebrać, bo, jak już wspominałam, nie po drodze mi aktualnie z powieściami. No ale w końcu dałam radę.
Przy czym problemu podniesionego przez Ojczastego akurat tam nie znalazłam. Owszem, jest mowa o tym, że posiadanie dziecka to luksus - ale bardziej w sensie odpowiedzialnośći za jego wychowanie, że nie każdy się do tego nadaje, ma odpowiednie kwalifikacje - a nie w trosce o nieprzeludnianie Ziemi, o czym my rozmawialiśmy.
Ogólnie rzecz biorąc to historia człowieka, który z grupką innych zapaleńców wyruszył w przestrzeń kosmiczną i kilku z nich po wielu latach z tej wyprawy powróciło. Tymczasem na Ziemi minęła cała epoka, wszystko wygląda inaczej i ludzie są już inni.
Taki powrót z gwiazd to wielkie rozczarowanie, bo oto okazuje się, że ich wysiłek, ich ofiara (z bliskich, których pozostawili i nigdy już nie mieli ujrzeć - czy z własnego życia) - były niepotrzebne.
Rozwój ludzkości i cywilizacji poszedł w innym kierunku, przede wszystkim zapewnienia bezpieczeństwa, i teraz nikomu się nawet nie śnią podróże międzyplanetarne.
Dobrze to czy źle?
Co teraz?
Buntować się, planując kolejną podróż wbrew wszystkiemu?
Czy przystosować się, adaptować, poszukać sensu w czym innym, choćby w bliskości z drugim człowiekiem?
Czy zniknąć, skorzystać z tego, że jest się wyjątkiem, człowiekiem, któremu nie podano szczepionki nie-agresji, więc może popełnić samobójstwo?
Najbardziej jednak zajmujące jest śledzenie tego, jak pracowała wyobraźnia autora. Co przewidywał, jakie wynalazki w przyszłości miały ułatwić, usprawnić, ulepszyć życie człowieka.
Książki - w pewnym sensie dzisiejsze ebooki :) "drukowane" na zamówienie w ciągu chwili - na malutkich kryształkach... tak jak dziś powstaje w ciągu jednej chwili elektroniczna kopia-oryginał.
Co mnie zdziwiło - zostawił Lem telefon na drucie, komórki noszonej przy sobie nie przewidział. Natomiast chyba myślał o zmniejszających się zasobach wody na planecie, skoro prysznic to fala wiatru owiewającego człowieka :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1970, wyd. III, nakład 20 tys. egz., 237 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 16 października 2017 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Nie planowałam :) ale były w Krzysztoforach do wzięcia po 5 zł, szkoda okazji :)
czwartek, 12 października 2017
Zdeněk Lukeš - Psí vycházky 3
Te Psí vycházky widziałam już w zeszłym roku w księgarni w Pradze na półce z prażianami, ale nawet nie zdjęłam, żeby zobaczyć okładkę - tak byłam przekonana, że faktycznie chodzi o spacery z psem ;) no co, obok stały jakieś propozycje wycieczek rowerowych, więc miałam prawo tak przypuszczać ;)
Dopiero teraz, we wrześniu, gdy robiłam grubsze zakupy internetowe, skusiłam się na ostatni tomik, który wyszedł - piąta część. Potem doczytałam, co i jak i przy zamówieniu w innej księgarni dołożyłam trzecią i czwartą. Dwie pierwsze niestety nie są już dostępne. Będę polować w antykwariatach.
Bo okazało się, że to nie żadne wycieczki dla psiarzy. Nazwa wynikła stąd, że autor pisywał (i dalej pisuje) felietony o architekturze do internetowego pisma Neviditelný pes. Właściciel poprosił go raz, by jego i znajomych oprowadzić gdzieś po mieście, potem wpadli na pomysł, żeby takie przechadzki urządzać i dla czytelników, no a na samym końcu wynikła idea książki... pierwszej, drugiej... W ostatnim tomiku jest już zapowiedź szóstej części - o letenskim Montmartrze :)
Mówię "tomiku", bo to książeczki niedużych rozmiarów, 12 x 17 cm, bardzo poręczne, zarówno do czytania w łóżku :) jak i do chodzenia z nimi po mieście.
I to w gruncie rzeczy jest problem!
No bo jak ja teraz zrobię? Pojadę do Pragi z nimi z powrotem?
:)
Cóż, muszę sobie chyba wynotować to i owo albo skserować niektóre rzeczy, to przynajmniej w jedną stronę będę papióry wiozła.
Bo niewątpliwie można tam znaleźć dużo ciekawostek.
Powiedzmy szczerze, że całkiem początkująca w kwestii Pragi to ja już nie jestem, ale Zdeněk Lukeš skupia się w swoim oprowadzaniu na architekturze współczesnej, powiedzmy od przełomu XIX i XX wieku, z naciskiem na lata międzywojenne, a przewodniki zazwyczaj kładą nacisk na zabytki wcześniejsze.
Tomik trzeci poprowadził mnie lewym brzegiem Wełtawy. W dwa wieczory odbyłam tę piękną przechadzkę. Po wielekroć kusiło, by odpalić kompa i pewne rzeczy pooglądać choćby na google maps... więc w gruncie rzeczy przechadzka ta jeszcze nie zakończona :)
Tak mi się marzy, by odbyć realny, a nie tylko wirtualny spacer z Lukešem - muszę śledzić Niewidzialnego psa, a nuż będzie akurat w maju, gdy ja znów do mojej cudownej, wymarzonej Pragi pojadę...
Początek:
Koniec:
Wyd. Nakladatelství Lidové noviny, Praha 2014, 173 strony
Z własnej półki (kupione 26 września 2017 roku za 175 koron czeskich)
Przeczytałam 4 października 2017 roku
Dopiero teraz, we wrześniu, gdy robiłam grubsze zakupy internetowe, skusiłam się na ostatni tomik, który wyszedł - piąta część. Potem doczytałam, co i jak i przy zamówieniu w innej księgarni dołożyłam trzecią i czwartą. Dwie pierwsze niestety nie są już dostępne. Będę polować w antykwariatach.
Bo okazało się, że to nie żadne wycieczki dla psiarzy. Nazwa wynikła stąd, że autor pisywał (i dalej pisuje) felietony o architekturze do internetowego pisma Neviditelný pes. Właściciel poprosił go raz, by jego i znajomych oprowadzić gdzieś po mieście, potem wpadli na pomysł, żeby takie przechadzki urządzać i dla czytelników, no a na samym końcu wynikła idea książki... pierwszej, drugiej... W ostatnim tomiku jest już zapowiedź szóstej części - o letenskim Montmartrze :)
Mówię "tomiku", bo to książeczki niedużych rozmiarów, 12 x 17 cm, bardzo poręczne, zarówno do czytania w łóżku :) jak i do chodzenia z nimi po mieście.
I to w gruncie rzeczy jest problem!
No bo jak ja teraz zrobię? Pojadę do Pragi z nimi z powrotem?
:)
Cóż, muszę sobie chyba wynotować to i owo albo skserować niektóre rzeczy, to przynajmniej w jedną stronę będę papióry wiozła.
Bo niewątpliwie można tam znaleźć dużo ciekawostek.
Powiedzmy szczerze, że całkiem początkująca w kwestii Pragi to ja już nie jestem, ale Zdeněk Lukeš skupia się w swoim oprowadzaniu na architekturze współczesnej, powiedzmy od przełomu XIX i XX wieku, z naciskiem na lata międzywojenne, a przewodniki zazwyczaj kładą nacisk na zabytki wcześniejsze.
Tomik trzeci poprowadził mnie lewym brzegiem Wełtawy. W dwa wieczory odbyłam tę piękną przechadzkę. Po wielekroć kusiło, by odpalić kompa i pewne rzeczy pooglądać choćby na google maps... więc w gruncie rzeczy przechadzka ta jeszcze nie zakończona :)
Tak mi się marzy, by odbyć realny, a nie tylko wirtualny spacer z Lukešem - muszę śledzić Niewidzialnego psa, a nuż będzie akurat w maju, gdy ja znów do mojej cudownej, wymarzonej Pragi pojadę...
Początek:
Koniec:
Wyd. Nakladatelství Lidové noviny, Praha 2014, 173 strony
Z własnej półki (kupione 26 września 2017 roku za 175 koron czeskich)
Przeczytałam 4 października 2017 roku
Etykiety:
Po czesku,
Praga,
Przewodniki,
Z własnej półki
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































