wtorek, 30 czerwca 2026

Danielle Dušková - Báječná holka

Ależ to był traf wtedy, ostatniego dnia w Pradze - że poszłam niby na obiad, ale nic mi się nie podobało, więc skoczyłam po coś na podróż do Tesco, a naprzeciwko Tesco jest ten antykwariat z książkami po 10 koron i była ta Bajeczna dziewczyna i chociaż już byłam spakowana, to jednak wzięłam, że dopchnę do plecaka i dopchnęłam i książka jest super. No. 

 Adina przyjeżdża ze wsi do Pragi, by wziąć udział w jakimś konkursie, ale trzyma to w tajemnicy. Gości ją rodzinka, która była na wakacjach w jej wsi i która baaaaardzo chce kupić chałupę - ma ją na sprzedaż właśnie ojciec Adiny (przewodniczący spółdzielni), więc oczywiście chcą mu się podlizać. Co prawda przy okazji tej wizyty wyjdzie na jaw, że ich mieszkanie nie wygląda dokładnie tak, jak to opowiadała pani Hornova 😂 i samochód škodovka też niekoniecznie zachodni 😁 Ach, jak to wszyscy lubimy się chwalić tym, czego nie mamy, żeby zrobić wrażenie... No, ale sytuację ma uratować wycinek z gazety, gdzie mowa o kradzieżach na ich osiedlu, rozumiecie.

Piękny obrazek z życia Czechów w dobie tzw. normalizacji, kiedy zapomniało się o zasadach i myślało jedynie o przeżyciu i to w miarę możności komfortowym przeżyciu, o gromadzeniu dóbr i najlepiej oczywiście, żeby były zagraniczne (młodzież marzy o kostce Rubika, starsi o kalkulatorze - to z takich drobiazgów). Pan Horn, kierownik bistra U smakosza, co prawda wychowuje dzieci surowo, dając im żółte i czerwone kartki (co skutkuje odebraniem kieszonkowego), ale jednocześnie dbając o ich edukację, z córki chce zrobić gwiazdę tenisa i nie żałuje na to środków, a synowi dyktuje do zeszytu mądre słowa zagranicznej proweniencji. Daje też dobry przykład, krytykując inicjatywę dozorcy, żeby lokatorzy zrzucali się na szybszą naprawę windy (łapóweczka, a przecież ci panowie mają płacone za swoją pracę). Jednocześnie uprawia dniami i nocami różne drobne handelki i nie widzi w tym sprzeczności. Musi się pojawić Adina, niby prosta dziewczyna ze wsi, żeby mu pewne rzeczy uświadomić... Tak, młodzież widzi.

Bardzo mi się podobało, szkoda, że się skończyło i szkoda, że w Ulubionym Antykwariacie nie ma nic innego tej autorki, ale może się pojawi, dziś albo jutro albo za rok? Albo kiedyś w Pradze zapiszę się do biblioteki, pożyczę sobie i zamiast wieczorami pisać posty, będę czytać 🤣


Początek:

Koniec: 

Wyd. Československý spisovatel, Praha 1983, 229 stron

Ilustracje: Jiří Kalousek 

Z własnej półki (kupione 28 maja 2026 roku za 10 koron w Antykwariacie Spálená)

Przeczytałam 29 czerwca 2026 roku 


Córka się zaprzyjaźniła z żabą i śledzi zawzięcie jej poczynania. O dziwo zaprzyjaźniła się też z kotełą (bo ona jest psiara), tylko narzeka, że chce ekspić (znaczy siedzieć na kompie), a ta przychodzi po głaski i nie ma zmiłuj.



Ja żadnych żab nie widuję, nic zresztą nie widuję oprócz pająków - z FB wiem jedynie, że na osiedlu grasują watahy dzików w nocy, toteż nie wychodzę nawet w dzień 🤣 (strzeżonego...)  No bo i jak tu wyjść w taki upał niewidziany prawie w tym kraju. Ale jeszcze tylko dwa dni, mówią.

Praca nad spisem filmów z LM trwa.

 

Coś tam próbuję w chałupie ogarniać i nawet porządkując jedną szufladę odnalazłam ciśnieniomierz, ale wolę go nie używać, bo jeszcze mi się słabo zrobi (pani doktor neurolog mówiła, żeby mierzyć w ataku migreny - w ataku migreny to ja se mogę zmierzyć... niech pomyślę... w sumie chyba nic) 😂

 Obejrzałam kolejny film Chabrola - Niewierna żona z 1969 - dobry, będzie jeszcze dwa tygodnie.

Charles Desvallées z żoną Hélène i synem Michelem wiodą szczęśliwe życie w pięknej willi pod Paryżem. Ale pewnego dnia mężczyzna odkrywa, że jest zdradzany. Spotyka się z kochankiem żony, a wtedy sprawy wymykają się spod kontroli…

Przy okazji  można się nauczyć, jak jeść deser w postaci gruszki ('5''36) - wypróbuję przy okazji.

 

Do knihobudki ktoś dostarczył sporo materiałów językowych, głównie do rosyjskiego, no i dopiero co pisałam, że nie mam Wielkiego słownika rosyjsko-polskiego - no to już mam 😁 Na podłodze w przedpokoju, bo przede mną ciężka operacja znalezienia dla niego miejsca. Ale wiecie co - słowa mymra w nim też nie ma... 

niedziela, 28 czerwca 2026

H.Q. Mitchell - Lisa visits Loch Ness

Publikacja ma co prawda dwie części, ale Activity Book mnie nie zainteresował, coś jestem mało aktywna z angielskim 😉 Choć... wczoraj z Duolingo dowiedziałam się, że a side of oznacza porcję, na przykład a side of potatoes. W życiu by mi to nie przyszło do głowy 😂

Natomiast Lisa, która tym razem jedzie do Szkocji, by spędzić wakacje z państwem MacGregors, mieszka w cottage by the side of the lake i to rozumiem 😂 Właściwie nie lake, tylko loch, bo tak brzmi po ichniemu jezioro - człowiek się uczy jednak całe życie... z tym, że nie wiem, jak się wymawia to słowo znane przecież każdemu z Loch Ness... do książki dołączono KASETĘ (więc już widzimy, że jest z wykopalisk)... AI mówi, że

Kluczowym elementem jest tutaj szkockie słowo "Loch" (oznaczające jezioro) – wymawia się je z charakterystycznym, gardłowym dźwiękiem [ch] (podobnym do niemieckiego "ach" lub wymawianego po polsku "chwila"), a nie przez zwykłe "k".

Sprawdziłam sobie na google translate, dla mnie to bardziej jak k. No i pies drapał 🤣 

W Szkocji na śniadanie je się porridge, mężczyźni jak wiadomo noszą kilty, niektórzy zaś grają na bagpipes i oczywiście wierzą w istnienie potwora z Loch Ness, który ma być plesiosaurusem. Jak widzicie na ostatniej stronie, zapalonej fotografce Lisie udało się go uchwycić 😉


Początek:


Koniec:

Wyd. MM Publications, London 2001, 40 stron

Poziom: Elementary 

Z własnej półki 

Przeczytałam 27 czerwca 2026 roku
 

Wczoraj przeżyłam chyba najgorszą godzinę w życiu, niewątpliwie przybyło mi siwych włosów w mojej bujnej ha ha grzywie. Ale po kolei.

Jadąc na pociąg patrzyłyśmy na tatuaż dziewczyny w tramwaju.

- Fajny - mówię ja.

- Ale trochę za długi - mówi córka. 

Wtedy dopiero zauważyłam, że to za długie to druga twarz, więc zwracam na to córce uwagę. Ona, że gdzie niby i nic nie widzi. Spytałam dziewczynę, czy mogę zrobić zdjęcie i na tym zdjęciu pokazuję córce, ale ona dalej za cholerę nie widzi (patrz na końcu*).

No, to był antrakt dla rozrywki. A raczej uwertura. Oraz historyjka, którą usłyszałam kilka dni temu na osiedlu: dziewczyna szła z walizką i opowiadała do telefonu o pociągu, który miał 190 minut spóźnienia, bo jakiś pasażer pijany wstał i zaczął bić innego, nieznanego sobie zresztą. Więc wzywanie policji, czekanie na następnej stacji. A gdy ruszyli dalej, z powodu braku klimatyzacji dwie osoby zemdlały. i znów czekanie na karetkę. Pytam, co to był za pociąg (ten brak klimy mnie szczególnie zainteresował). Otóż ona jechała z Sopotu do Krakowa, ale jej koleżanka z Sopotu do Berlina i to był ten berliński pociąg...

Przechodzimy do meritum. Czekamy w upale na peronie piątym w niezłym tłumku na IC do Olsztyna z 11:20. Nic, żadnej zapowiedzi. W końcu o 11:22 rozlega się komunikat, że opóźnienie 10 minut. O 12:33, że opóźnienie 20 minut. Normalka, większość była opóźnionych. W końcu podstawiają i odjeżdża o 11:50. Informuję brata, że raczej nie może się spodziewać przyjazdu pociągu o 13:00, jak było w planie, ale żeby czuwał i wziął od córki walizkę przy wysiadaniu z wagonu nr 5 (bo jeszcze inne miała toboły). OK i ha ha. 

Jeszcze jedno wyjaśnienie jest potrzebne. W ostatniej chwili okazało się, że telefon córki (którego ona używa jedynie do robienia zdjęć i do którego miałam w przeddzień wyjazdu kupić miesięczną kartę) wysiada i po wyłączeniu nie chce się włączyć ponownie. Skoczyła z nim nawet do serwisu, ale gość powiedział, że procesor prawdopodobnie (co to w ogóle jest za antyk?) i że nawet by jej nie radził wymieniać, że szkoda czasu i atłasu, a zwłaszcza pieniędzy. Tak więc tradycyjnie został nam kontakt jedynie przez messengera - przy czym ona z laptopa.

O 13:20 pytam brata na WA, czy już jest. On nie odpisuje, ale oddzwania. Chyba ma zawał, boli go pod łopatką, nie może się ruszyć i czeka w domu na karetkę.

W tym momencie zawał mam i ja.

Ale zadzwonił do kuzynów w Dżendżejowie blisko stacji, żeby po córkę pojechali i ją przywieźli. Dzwonię do kuzynki. Właśnie schodzi na dół, a jej mąż jest już z córką w aucie i ruszają do brata. 

Dodatkowy smaczek jest w tym, że brat mówił, że nie wie, jak pogotowie się do niego dostanie, bo nie jest w stanie wstać, żeby iść otworzyć bramę. Ma co prawda furtkę do starej sąsiadki we wspólnym ogrodzeniu, ale ta nie odbiera telefonu, zresztą często ma wyładowany, bo zbytnio się nim nie przejmuje.

Kuzynka mówi, że ona kluczy nie ma, bo właśnie niedawno mu oddała. No, ale będą stukać do sąsiadki. Opowiada mi, że gdy jej mąż podszedł do córki na stacji, że po nią przyjechał, córka zapytała:

- A pan to kto jest?

No przytomne dziecko 😁 

I teraz następuje dłuższa przerwa w konwersacji, proszę jedynie, żeby zadzwonili, jak już coś będzie wiadomo. Zaczyna tykać zegar. Wyobrażam sobie WSZYSTKO, łącznie z trupem, którego znajdują w domu. W lżejszej wersji zabranie brata do szpitala i co dalej. Od 13:28 do 14:17 chodzę w kółko po mieszkaniu. 

W końcu wyjaśnia się: dojechali chwilę przed karetką, więc przeszli przez tę furtkę od sąsiadki do domu, był ciągle żywy etc. Zmierzono mu ciśnienie, EKG, dano jakąś tabletkę pod język, wypytano i orzeczono, co następuje: wcześniej pływał, mało pił, wysiłek fizyczny połączony z odwodnieniem i tyle. Pod łopatką jakiś nerwoból. Jak chce, to go mogą zawieźć na SOR w Dżendżejowie, ale raczej nie ma potrzeby. Nie chciał.

Przy okazji: pierwszy sygnał odwodnienia to biały język, jak byście chcieli wiedzieć. Oraz lepsza jest woda z kranu niż z butelki. Jeszcze tego samego popołudnia wypiłam trzy szklanki (po raz pierwszy w życiu!) 😂 Po czym sąsiadka z naprzeciwka mi powiedziała, że nie radzi, bo przecież kamień...

Wydawało mi się, że jego miesięczny wyjazd gdziesik do Azji czy innej Oceanii stoi pod DUŻYM znakiem zapytania, ale gdzie tam! Jak tylko się lepiej poczuł i zjedli coś, pojechali na zakupy (pierwotny plan zakładał wizytę w Biedrze zaraz po przyjeździe) do jakiegoś Dino gdzieś bliżej i zaczął się obchód gospodarstwa z instrukcjami 😉

No, a dziś brat już w samolocie, donosi, że Chińczycy jako jedyni mogą latać nad Rosją, córka wstała o 6:30 po jego odjeździe, posłała mi zdjęcie okoliczności przyrody i napisała, że idzie robić nic tu i tam. Niech sobie rządzi. Oby to był koniec tych atrakcji...


* pokazała to zdjęcie tatuażu bratu i ten z kolei widział tylko dolną twarz 😁 

PS. O filmach bym pisała w następnym poście, ale ten jest tylko kilka dni (do 4 lipca) jeszcze dostępny na Arte.tv, więc łapcie: Rzeźnik, thriller Chabrola z 1969 roku. Opis z ich strony:

Hélène jest młodą, atrakcyjną i lubianą dyrektorką szkoły w prowincjonalnym francuskim miasteczku. Na weselu kolegi poznaje lokalnego rzeźnika, który po 15 latach walk w wojnach kolonialnych powrócił do domu. Nagle, w okolicy ktoś zaczyna mordować młode kobiety.

Kocham takie małomiasteczkowe klimaty (tylko żyć bym tam nie chciała). 

piątek, 26 czerwca 2026

Stanisława Fleszarowa-Muskat - Wczesną jesienią w Złotych Piaskach


Byliście kiedyś w Bułgarii? To może zasmakujecie w powieści obyczajowej z akcją rozgrywającą się w tamtejszym kurorcie? 

Sezon zbliża się do końca, gdy główna bohaterka, rozpuszczona i rozwydrzona Szwedka prawie dorosła (cały czas liczy dni do 18-tych urodzin) Maritie dostrzega parę wczasowiczów, wyglądających inaczej niż wszyscy. Inni tańczą do rytmu popularnej właśnie melodii z filmu Grek Zorba, ale ci siedzą przy stoliku, ona ciągle szuka czegoś w wielkiej torbie stojącej obok jej nóg, on mówi coś do niej i wydaje się bardzo zmęczony. 

Maritie - w sumie nie wiemy, dlaczego właśnie ten mężczyzna zwrócił jej uwagę - ma od tego momentu cel w życiu, życiu bogatej dziedziczki, która tylko czeka na możliwość zabrania wszystkiego swojej matce, z którą niewiele ją łączy i jej drugiemu mężowi, z którym z kolei ma dość dwuznaczną relację. Nieżyjący ojciec zostawił Maritie naprawdę duże pieniądze, a ona chce jedynie zobaczyć, jak bliscy (nie tak znowu bliscy) zareagują na to, co zamierza zrobić. Tak, bo Maritie to nie jest niewinna panienka o złotym sercu. Uważając się za skrzywdzoną przez śmierć ojca i powtórne zamążpójście matki chce się jedynie mścić - na wszystkich. Z lubością daje się podrywać cudzym mężom, żeby dokuczyć ich kobietom, a teraz - teraz zabierze męża tej Polce. Kupi go sobie za te pieniądze, które za kilkanaście dni odziedziczy. Bo będzie mogła wreszcie kupić wszystko i wszystkich, jak ciągle powtarza. Tym razem to nie zwykły kaprys, to prawdziwa obsesja...

Książka przyniesiona z knihobudki powędruje tam z powrotem, bo nie chciałabym do niej wracać. Owszem, dobrze napisana, pokazuje rozterki i problemy dojrzewania, poszukiwanie siebie, ale bohaterka jest tak wkurzająca, że nie chciałabym się już z nią nigdy więcej spotkać. No i sama Bułgaria nie wywołuje we mnie cieplejszych uczuć (nie byłam, nie będę, choć nic do niej nie mam 😉), więc i lokalne smaczki z lat 60-tych też mnie nie nęcą.

Początek:


Koniec: 

Wyd. Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1970, 191 stron

Obwoluta (której nie było), okładka i strona tytułowa: Aleksander Jerzy Szrajber

Z knihobudki

Przeczytałam 21 czerwca 2026 roku



W celu osłodzenia sobie żywota różowością 🤣 posadziłam za oknem dalię. Ach, jak ja Wam zazdroszczę - tym, co mają ogród lub bodaj balkon - roślinek! Roboty nie zazdroszczę oczywiście.


A kwiatek, który dostałam jakiś czas temu (zapomniałam, jak się nazywa) i który przekwitł, odżył po tym, jak zgodnie z radą z internetu pozwoliłam mu się przesuszyć. Też na różowo (okulary również mam różowe, nie myślcie sobie).

Fioletowe dzwonki, które wystawiłam za okno po przekwitnięciu bo co mi szkodzi - też wypuściły nowe kwiatuszki, jak miło z ich strony.

 

Tyle z frontu ogrodniczego, a teraz jeszcze filmy nr 9 i 10.



środa, 24 czerwca 2026

Leon Dembiński - O zjawach, myśliwych i kłusownikach. Opowiadania myśliwskie


Tę książeczkę wzięłam z knihobudki - bo ładna okładka. Skrzydełka oczywiście NIE przeczytałam, za to w swojej łepetynie wymyśliłam, że to będzie humor i satyra. No nie była 🤣

Były za to opowiadania o tematyce myśliwskiej jak najbardziej serio. Mało tego, pełne słów i wyrażeń raczej mi nie znanych, normalnie fachowa lektura. Nawiasem mówiąc, całe życie myślałam, że mówi się NAGONKA, tymczasem tutaj uparcie występuje NAGANKA. Okazuje się, że naganka była wcześniejszą formą, a nagonka rozpowszechniła się (z rosyjskiego) po wojnie dopiero. Z dodatkowym znaczeniem szczucia, prześladowania, szykanowania. Muszę powiedzieć bratu, który w młodości zarobkował parę razy jako naganiacz.

Ale naganka to pryszcz, są tutaj zasiadki, pędzenie, gon ogarów, rapeta, kufa, gwizd, tabakiera, mikita, farba, łapice, pudlarz... I przede wszystkim jest widoczne umiłowanie autora do polowania - czego nie rozumiem i nie zrozumiem. Opowiadania są dość sprawnie napisane, widać umiłowanie lasu czy generalnie przyrody u autora, ale co z tego, gdy przebija jeszcze większe umiłowanie do uśmiercania zwierząt, trochę dla podreperowania zaopatrzenia domowej lodówki, ale o wiele bardziej dla satysfakcji - dla mnie wątpliwej. Myśliwi rozstawieni tyralierą, nagonka naganka rusza, gdzie tu miejsce na szlachetną walkę człowieka ze zwierzęciem? Mamy jedynie współzawodnictwo, rywalizację między myśliwymi, kto więcej nastrzela zajęcy (kotów), komu uda się trafić dzika.

Przeczytałam, ale bez radości, więc odnoszę do knihobudki z powrotem 🤣 

Początek: 


Koniec:

 

Gdyby jednak ktoś był zainteresowany tematem, to Sport i Turystyka poleca:

Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1969, 123 strony

Obwoluta i ilustracje: Stanisław Rozwadowski 

Z knihobudki

Przeczytałam 19 czerwca 2026 roku
 

Córka chwilowo twierdzi, że już się nie może doczekać wyjazdu (hm hm, w sobotę), a ja myślę o tym, co mnie z kolei czeka. Otóż bowiem myśl o wolnym łóżku ściągnęła myśl kolejną - kiedyś mówiło się o zaproszeniu jednej znajomej, coś tam wstępnie rozmawiałyśmy, ale sprawa upadła, bo pojawił się Ojczasty. Znajoma nieznajoma - znamy się jedynie wirtualnie, to Czeszka, która też ma fioła na punkcie Pragi i jakoś z tej okazji się poznałyśmy na FB. A chciałaby zobaczyć Kraków. No to teraz, jak córki nie będzie, jedyny sposobny moment. Uzgodniłyśmy, kiedy przyjedzie, kiedy odjedzie, a ja zaczęłam myśleć o sprzątaniu 🤣 Niby się na bieżąco sprząta, ale skoro ktoś będzie w domu kilka dni, to wypadałoby jakieś generalne porządki uskutecznić... 

To jest oczywiście detal, ważniejsze są myśli o tym, jak to będzie, mieć kogoś obcego w domu, pozbawić się prywatności - nie mam w tym praktyki, Psiapsióła z Daleka ostatni raz była chyba z osiem lat temu, zresztą my się znamy czterdzieści lat.

Tak że - zawsze sama sobie ściągnę kłopot na głowę, ale może to wcale kłopot nie będzie. Jak już córka pojedzie, siądę z listą - gdzie ją posłać czy z nią pójść i co do jedzenia szykować 🤣  

Często gościcie znajomych? 

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Jerzy Edigey - Alfabetyczny morderca

Ostatnimi czasy trafiły mi się trzy stare kryminały w naszej knihobudce (gdzie poza tym posucha - no i dobrze 😁), w tym dwa Edigeye. Skończywszy o poranku Newerly'ego - i zdecydowawszy, że będzie to Dzień Lenia, spędzony po dużej części w łóżku - a co, wolno mi! - zabrałam się za pierwszego z nich i tak się wciągnęłam, że skończyłam do wieczora.

Sytuacja: mała (fikcyjna) miejscowość na Śląsku, gdzie najpierw zostaje zabity lokalny żulik Wincenty Adamiak, a niedługo potem ginie emerytka, Maria Borzęcka, dorabiająca sobie prowadzeniem meliny. Trzy tygodnie później zostaje zastrzelony bogaty ogrodnik Władysław Czerwonomiejski. I wtedy zaczyna się szerzyć pogłoska, że morderca atakuje według alfabetu - czyli następna ofiara będzie na D. I faktycznie, ginie kolejarz Delkot. Wobec tego dentysta Emilianowicz woli wyjechać z miasta. Milicja postanawia połączyć sprawy, dotychczas rozpatrywane oddzielnie i poprosić o pomoc wyżej. Zostaje przysłana... młoda kobieta. Dla majora Zajączkowskiego to cios w samo serce 😁 Babę mu przysyłają na odczepnego??? Oj, nie ułatwi on jej życia. Ale porucznik Barbara Śliwińska nie tylko zabiera się energicznie do pracy, dokładnie studiuje akta i znajduje nowy trop (mordercą nie jest żaden wariat, tylko ktoś, kto ukrył prawdziwy cel wśród przypadkowych ofiar), ale przede wszystkim zjednuje sobie pozostałych pracowników komisariatu, a i wśród miejscowej ludności potrafi znaleźć odpowiednich informatorów. 

Co prawda dość szybko domyśliłam się, kto może być mordercą, ale i tak czytało się bardzo dobrze i mimo wszystko w napięciu do końca.

Wyd. Iskry, Warszawa 1981, 206 stron

Seria: Klub Srebrnego Klucza

Z własnej półki

Przeczytałam 17 czerwca 2026 roku


A teraz tak. Brat zadzwonił, że ma propozycję nie do odrzucenia, żeby mieszkać u niego podczas jego kolejnego wyjazdu (zawsze musi znaleźć jakiegoś jelenia, bo kot). Od prawie końca czerwca do prawie końca lipca, no miesiąc. Wykręciłam się, że mam wizyty lekarskie 😂 Ale potem, gdy mówiłam o tym córce, ona nagle, że by pojechała.

😨😨😨

Nigdy w życiu nie była sama przez miesiąc, a tu jeszcze w obcym domu. 

No, ale napaliła się, brat mówi, że dobrze jej to zrobi... i szykujemy się. Ja zresztą też nie byłam sama przez miesiąc, ale z tym potrafię sobie poradzić 😁 Brat ją w sobotę odbierze ze stacji i pójdą od razu zrobić Wielkie Zakupy w pobliskiej Biedrze (lista gotowa, byłyśmy w sklepie obczaić, co tam dają, bo my przecież kupujemy w Lidlu). Bo tam na miejscu tylko jakiś mały Groszek. Następnie wydostałyśmy walizkę ze schowka (dość małą, ale mojej jej nie dam) - a tam ozdoby na choinkę... a tak się zastanawiałam, że przecież było tego więcej... no i faktycznie 😂 Córka im bliżej tym bardziej zaczyna trząść portkami. Ma go wypytać i zapisać sobie, co ze śmieciami, jak się włącza kuchenkę i telewizor i jego pralkę (najpierw miała wyobrażenie, że zabierze 30 t-shirtów, to chyba z torbą z IKEI dodatkową), jak się zamyka drzwi (planuje wycieczki rowerowe, na co ja z kolei trzęsę portkami), co z kocią toaletą etc. Niestety nic nie było w stanie odwieść ją od zakupu dmuchanego koła, bo będzie sobie dryfować po stawie, jak twierdzi 🤣

Obawiam się, że staw /basen/ jest mocno zarośnięty i rzeczywiście można tylko po nim dryfować, znalazłam zdjęcia, ale sprzed 10 lat... 

 

Obawiam się, że w przyszłości nie wykręcę się od pobytu tam (w tym roku brat ma jeszcze wyjazdy na listopad i na grudzień), choć nie wyobrażam sobie wyjazdu z domu na tak długo, zresztą w ogóle nigdzie mi się nie chce jeździć poza Pragą. Cholera jasna z tym jego kotem! 

Wracając do córki, telefon (od dawna już bez numeru) służy jej wyłącznie do robienia zdjęć, ale boję się zostawić ją samopas, więc udałam się do salonów z pytaniem, co bym tu mogła. Że na miesiąc tylko potrzebujemy. W T-mobile zażyczono sobie 50 zł + 5 zł starter, ale w Play jedynie 30 zł wszystkiego. Tyle że muszę tam jechać w ostatniej chwili czyli w piątek, bo liczy się od dnia zakupu.

W związku z wolnym łóżkiem przyszedł mi do głowy pomysł... ale o tym następnym razem 😉
 

Tymczasem kolejne spisy filmów (i przestańcie mnie straszyć, że za rok może ich nie być!). Nr 7 i 8. Na razie skupiam się na Arte.tv, bo filmy Chabrola są tylko do połowy lipca, więc żeby mi nie przepadły.

 


sobota, 20 czerwca 2026

Igor Newerly - Rozmowa w sadzie piątego sierpnia + O chłopcu z bardzo starej fotografii

Znalazłam w knihobudce, zanęciło mnie nazwisko autora, którego Chłopca z Salskich Stepów lubiłam w dzieciństwie, a Wzgórze błękitnego snu czeka na przeczytanie. Okazało się, że rzecz to o Korczaku, którego Newerly był współpracownikiem przez kilkanaście lat. Wydana przez Czytelnika, ale adresatem jest młody czytelnik.

Do Newerlego siedzącego w swoim sadzie przychodzi grupka dzieci, żeby wypytać go, jaki był Korczak. Wiedzą, jaka była końcówka życia pedagoga, ale ciekawe są, jak to wszystko wyglądało wcześniej, jak było urządzone życie w domach dziecka prowadzonych przez Korczaka. Newerly opowiada i tłumaczy zasady funkcjonowania tych instytucji, samorządu dziecięcego itd. W sumie było to dla mnie ciekawe czyli też jestem młodym czytelnikiem 😂 Książeczkę więc zachowuję, bo kto wie, czy kiedyś nie będę chciała sobie przypomnieć jakiegoś faktu z życiorysu. Pewnie wydano jakąś prawdziwą biografię Korczaka? Zajrzałam do swojego katalogu: oprócz Króla Maciusia na wyspie bezludnej, Kajtusia Czarodzieja i Bankructwa małego Dżeka mam jeszcze Prawidła życia (Pedagogikę dla młodzieży i dorosłych), a że ta ostatnia cienka, to może kiedyś po nią sięgnę... choć dla mnie już za późno 😉 Za Maciusiem w dzieciństwie nie przepadałam, za smutne to było.




Wyd. Czytelnik, Warszawa 1984, 123 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 17 czerwca 2026 roku 


Mój typowy dzień ustalił się w następujący sposób: do południa przed laptopem, obiad, film, procházka, chwilę przed zaśnięciem książka. Fascynujące, prawda 🤣🤣🤣 No nic, jakoś się prze do przodu. Sporządzanie spisów filmów z LM zabiera sporo czasu, zanim się posprawdza napisy, czy dobrze chodzą etc., naturalnie sobie powtarzam, że w którymś momencie, już te linki będę miała spisane (za rok?). W każdym razie to mi zaoszczędzi dużo czasu na przyszłość, wystarczy zajrzeć do zeszytu i wybrać. Spisuję też do praskiego zeszytu, gdzie byłam i co robiłam w maju, ale tu już tylko dwa ostatnie dni mi zostały. Na sierpień zeszycik założony 😍 

Lista filmów nr 6:

Spoza listy obejrzałam uroczą francuską pierdółkę z 1966 roku, biało-czarną, co przydaje tyle charme'u 😁 choć historyjka błaha i znana: rodzina bohatera wyjeżdża na letnisko, on musi pracować, ale po pracy ma mnóstwo czasu; tym razem jednak, zamiast jeździć z kolegami na ryby, oprowadza po Paryżu spotkaną przypadkiem Angielkę (oczywiście MŁODĄ Angielkę) i... no tak, zakochuje się. Ona niby też, może tak działa Paryż, bo w końcu żaden z niego przystojniak - ale opowiada jej bajery i buzery, że jest malarzem. Koniec łatwy do przewidzenia, ale można sobie popatrzeć i na stary dobry Paryż tradycyjnie wyludniony w sierpniu i na stroje,  bo dziewczyna jest modelką 😁

Napisy francuskie, ale są też angielskie i rosyjskie.

I zmiana entourage'u na współczesną Litwę, gdzie rozgrywa się dramat 10-letniego chłopca z sercem na wierzchu (lub prawie, bo pod samą powierzchnią skóry, przez co musi nosić specjalny zabezpieczający pancerz). Do tej pory uczył się w domu, nie ma przyjaciół, miejscowi rówieśnicy go prześladują, oczywiście nie wiedząc, w czym rzecz (co już samo w sobie jest dziwne, bo w małej miejscowości wszyscy powinni wiedzieć wszystko... tak mi się wydaje), ale do miasteczka przeprowadza się z matką dziewczynka w tym samym wieku i zaprzyjaźniają się, no i potem dramatyczne momenty i szczęśliwy finał 😉 Bo to film familijny, dostarczający całego mnóstwa inspiracji do rozmów z dzieckiem, choćby na temat wykluczenia czy niepełnosprawności.


Film nosi tytuł Drugelio sirdis co oznacza Serce motyla. Też napisy francuskie, ale są angielskie.

A wczoraj byłam żem pierwszy raz u okulisty, bo jednak czas najwyższy obstalować sobie bryle i gdy wróciłam to oczy mi kiepsko działały po zakraplaniu, doszukałam się info, że przez parę godzin nie powinno się ich męczyć czytaniem etc., więc włączyłam sobie YT dla odmiany, a tam stary serial dla dzieci Leto s Katkou - myślałam, że czeski, okazał się słowacki (napisy zresztą też). Katka to bardzo zmyślna cholera z Bratysławy, która przyjechała do ciotki na wieś, a tu ciotkę karetka zabrała do szpitala i dziewczynka trafia do jakiegoś dalekiego krewnego, starego kawalera, któremu urządza na nowo gospodarstwo, a co gorsza usiłuje go wyswatać z ekspedientką ze sklepu. Mam za sobą 4 odcinki 😍

Okulary mam mieć +1,5 oba szkła czyli mniej niż się spodziewałam. Teraz przede mną najgorsze czyli wyszukać optyka i wybrać oprawki, o matko jedyna!
A pod wieczór wracając ze spaceru nie pozostało mi nic innego, jak  w panice rozglądać się na boki, przez który płot byłabym w stanie przeskoczyć (przez żaden) lub na które drzewo się wspiąć (takoż na żadne). 

 

Ludzie są porąbani... przyszła jakaś miłośniczka ptaszków i wysypała worek ziarna - na ziemię pod karmnikiem. To i Pan Dzik przyszedł na kolację. Na szczęście był tak zajęty żarciem, że na nic innego nie zwracał uwagi - więc jestem cała i zdrowa.

Tymczasem kończę, bo się parzybroda dogotowuje. Córka co prawda pyszczyła, że to nie jest potrawa na lato (zwłaszcza, że ją w ostatniej chwili wysłałam po bagietkę), ale jak nie jest, skoro robi się ją z młodej kapusty (która była wczoraj w Lidlu po 2 zł 😁). Niemniej jednak parzybroda weszła do repertuaru już dawno, przygotowanie proste i dość szybkie (żadna godzina - jak w przepisie - nie jest potrzebna, pół wystarczy), a żaden eksperyment kulinarny ostatnio się nie napatoczył.

wtorek, 16 czerwca 2026

Anthelme Brillat-Savarin - Fizjologia smaku albo Medytacje o gastronomii doskonałej


Więc tak - jest to jedno z fundamentalnych dzieł dotyczących gastronomii. Jak się łatwo domyśleć, miła lektura dla amatorów 😁 Co dziwne, ja to czytałam jeszcze w domu (czyli w szkolnych czasach)... kuchnią się przecież wówczas nie interesując. A skoro zabrałam się na emeryturze za lekturę książek kucharskich, wypadało sobie dziełko pana Brillat-Savarin przypomnieć. Oczywiście "przerabiając" Przepisy czytelników czy Elementarz gotowania nie sposób dokonać jakichkolwiek porównań (a co dopiero, gdy sięgnę po W mojej kuchni nic się nie marnuje!), zresztą w Fizjologii smaku nie ma zbyt wiele przepisów jako takich. Owszem, autor udziela rad, jak postępować z tym czy owym, czy to kawałkiem mięsa czy bażantem (najlepszy taki już podśmierdujący, zaczynający się rozkładać), ale generalnie skupia się na wyjaśnieniu szerokiej publiczności, czym jest smakoszostwo 😎 Cóż, Francuz. Słynne powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś to właśnie Brillat-Savarin. Dużo dykteryjek, wgląd w XVIII-wieczne obyczaje przy stole i nie tylko, a tłumaczka Joanna Guze wykonała świetną robotę. Wydanie bardzo staranne, na kredowym papierze. Taka perełka do biblioteki. 


Początek:

 

Wyd. PIW, Warszawa 1977, 264 strony

Tytuł oryginalny: Physiologie du goût, ou méditations de gastronomie transcendante

Przełożyła: Joanna Guze

Ilustracje: Bertalla, zaczerpnięte z kilku XIX-wiecznych dzieł gastronomicznych francuskich 

Z własnej półki

Przeczytałam 13 czerwca 2026 roku

 

Filmy z kartki nr 5 (ponumerowałam, bo się pogubię 😂):

Cztery filmy z lat 90-tych - odkryłam ekranizacje kryminałów mojej ulubionej szwedzkiej spółki. I nawet nie gadam, że może lepiej nie oglądać, żeby sobie nie zepsuć, bo nic mi ich nie zepsuje 😉
 

Obejrzanego tureckiego kryminału 10 Days of a Good Man (polski tytuł 10 dni z życia dobrego człowieka) na liście nie ma, ale polecam - tytułowy bohater, prywatny detektyw po przejściach, wzoruje się na Philipie Marlowe, nie tylko zasięgając u niego rady (ma wiecznie włączony film), ale i cytując tu i tam (dla uważnych - plakat). Stambuł w tle, a i romansu nie brakuje. Gdybym kogoś zachęciła, to jest tutaj z polskimi napisami. 

Natomiast odradzam Netflixowy snuj Viva a Vida (Niech żyje życie!) brazylijski, chyba że ktoś był w Izraelu i chce sobie nostalgicznie poprzypominać pejzaże etc., bo to jest klasyczna pocztówka z niby dramatem rodzinnym w tle. Ja obejrzałam, nie wiedząc w co się pakuję (w sumie miałam nadzieję na Brazylię, ale akcja się przeniosła bardzo szybko właśnie do Izraela, który mnie kompletnie nie interesuje), z napisami włoskimi, ale chodzą też angielskie nr 2.

O rosyjskiej komedii romantycznej Intim nie priedłagat z YouTube nawet szkoda gadać 🤣 (wieczny podrywacz daje ogłoszenie, że szuka współlokatorki, która w zamian za pokój zajmie się kuchnią et consortes; pojawia się pulchna kobitka, zataja przed nim, że jest pracownikiem naukowym - wymóg był: brak wykształcenia - a reszty już łatwo się domyśleć). No po prostu chciałam coś po rosyjsku pooglądać.

A w urodziny szukałam, co by tu obejrzeć dla prawdziwej przyjemności, bez ryzyka, że trafię na byle co. Stanęło na kolejnej płycie z tej porcji radzieckich filmów, co je nabyłam ostatnimi czasy - Służebnyj roman czyli Biurowy romans. To jest jeden z tych filmów, które mi się nigdy nie znudzą, ale pierwszy raz oglądałam z polskimi napisami, z ciekawością, jak to będzie ta sławetna MYMRA (przezwisko nadane dyrektorce przez pracowników). Bo szukałam przed laty w słowniku i nie znalazłam, ale mam tylko podręczny, a wielki akurat w odwrotną stronę (czyli polsko-rosyjski). No więc mymrę przetłumaczono w filmie jako jędzę.  No to poszukałam w polsko-rosyjskim, jak jest jędza - wied'ma. Hm. Może tę mymrę wymyślono dla filmu? Ma ktoś przez przypadek wielki słownik rosyjsko-polski?

Na YT jest z angielskimi napisami.

 

No właśnie, bo miałam urodziny.


Z tej okazji przywlokłam z którejś knihobudki - wazę 😂 kto bogatemu zabroni! Bo ja już mam wazę, ale ta z kwiatuszkami mnie wzruszyła swoim brzegiem niegdyś złoconym, ale już startym - ma za sobą jakąś historię, no.

A dziś Franek się skusił na wspólne oglądanie filmu noir z 1950 roku (ostatnio tylko śpi i śpi). 

Film nosi tytuł Armored Car Robbery i jak widać oglądałam go z francuskimi napisami, ale po jakimś czasie się zepsowały i musiałam się przerzucić na angielskie. Na szczęście film dość krótki (aż dziwnie krótki, bo 67 minut). Gdyby ktoś chciał, to jest tutaj - ale nieobowiązkowo 😁

Na koniec coś ze spaceru. 


Nie widać, co jest napisane na kartce z lewej strony? Proszbardzo.