Tę książeczkę wzięłam z knihobudki - bo ładna okładka. Skrzydełka oczywiście NIE przeczytałam, za to w swojej łepetynie wymyśliłam, że to będzie humor i satyra. No nie była 🤣
Były za to opowiadania o tematyce myśliwskiej jak najbardziej serio. Mało tego, pełne słów i wyrażeń raczej mi nie znanych, normalnie fachowa lektura. Nawiasem mówiąc, całe życie myślałam, że mówi się NAGONKA, tymczasem tutaj uparcie występuje NAGANKA. Okazuje się, że naganka była wcześniejszą formą, a nagonka rozpowszechniła się (z rosyjskiego) po wojnie dopiero. Z dodatkowym znaczeniem szczucia, prześladowania, szykanowania. Muszę powiedzieć bratu, który w młodości zarobkował parę razy jako naganiacz.
Ale naganka to pryszcz, są tutaj zasiadki, pędzenie, gon ogarów, rapeta, kufa, gwizd, tabakiera, mikita, farba, łapice, pudlarz... I przede wszystkim jest widoczne umiłowanie autora do polowania - czego nie rozumiem i nie zrozumiem. Opowiadania są dość sprawnie napisane, widać umiłowanie lasu czy generalnie przyrody u autora, ale co z tego, gdy przebija jeszcze większe umiłowanie do uśmiercania zwierząt, trochę dla podreperowania zaopatrzenia domowej lodówki, ale o wiele bardziej dla satysfakcji - dla mnie wątpliwej. Myśliwi rozstawieni tyralierą, nagonka naganka rusza, gdzie tu miejsce na szlachetną walkę człowieka ze zwierzęciem? Mamy jedynie współzawodnictwo, rywalizację między myśliwymi, kto więcej nastrzela zajęcy (kotów), komu uda się trafić dzika.
Przeczytałam, ale bez radości, więc odnoszę do knihobudki z powrotem 🤣
Początek:
Koniec:
Gdyby jednak ktoś był zainteresowany tematem, to Sport i Turystyka poleca:
Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1969, 123 strony
Obwoluta i ilustracje: Stanisław Rozwadowski
Z knihobudki
Przeczytałam 19 czerwca 2026 roku
Córka chwilowo twierdzi, że już się nie może doczekać wyjazdu (hm hm, w sobotę), a ja myślę o tym, co mnie z kolei czeka. Otóż bowiem myśl o wolnym łóżku ściągnęła myśl kolejną - kiedyś mówiło się o zaproszeniu jednej znajomej, coś tam wstępnie rozmawiałyśmy, ale sprawa upadła, bo pojawił się Ojczasty. Znajoma nieznajoma - znamy się jedynie wirtualnie, to Czeszka, która też ma fioła na punkcie Pragi i jakoś z tej okazji się poznałyśmy na FB. A chciałaby zobaczyć Kraków. No to teraz, jak córki nie będzie, jedyny sposobny moment. Uzgodniłyśmy, kiedy przyjedzie, kiedy odjedzie, a ja zaczęłam myśleć o sprzątaniu 🤣 Niby się na bieżąco sprząta, ale skoro ktoś będzie w domu kilka dni, to wypadałoby jakieś generalne porządki uskutecznić...
To jest oczywiście detal, ważniejsze są myśli o tym, jak to będzie, mieć kogoś obcego w domu, pozbawić się prywatności - nie mam w tym praktyki, Psiapsióła z Daleka ostatni raz była chyba z osiem lat temu, zresztą my się znamy czterdzieści lat.
Tak że - zawsze sama sobie ściągnę kłopot na głowę, ale może to wcale kłopot nie będzie. Jak już córka pojedzie, siądę z listą - gdzie ją posłać czy z nią pójść i co do jedzenia szykować 🤣
Ostatnimi czasy trafiły mi się trzy stare kryminały w naszej knihobudce (gdzie poza tym posucha - no i dobrze 😁), w tym dwa Edigeye. Skończywszy o poranku Newerly'ego - i zdecydowawszy, że będzie to Dzień Lenia, spędzony po dużej części w łóżku - a co, wolno mi! - zabrałam się za pierwszego z nich i tak się wciągnęłam, że skończyłam do wieczora.
Sytuacja: mała (fikcyjna) miejscowość na Śląsku, gdzie najpierw zostaje zabity lokalny żulik Wincenty Adamiak, a niedługo potem ginie emerytka, Maria Borzęcka, dorabiająca sobie prowadzeniem meliny. Trzy tygodnie później zostaje zastrzelony bogaty ogrodnik Władysław Czerwonomiejski. I wtedy zaczyna się szerzyć pogłoska, że morderca atakuje według alfabetu - czyli następna ofiara będzie na D. I faktycznie, ginie kolejarz Delkot. Wobec tego dentysta Emilianowicz woli wyjechać z miasta. Milicja postanawia połączyć sprawy, dotychczas rozpatrywane oddzielnie i poprosić o pomoc wyżej. Zostaje przysłana... młoda kobieta. Dla majora Zajączkowskiego to cios w samo serce 😁 Babę mu przysyłają na odczepnego??? Oj, nie ułatwi on jej życia. Ale porucznik Barbara Śliwińska nie tylko zabiera się energicznie do pracy, dokładnie studiuje akta i znajduje nowy trop (mordercą nie jest żaden wariat, tylko ktoś, kto ukrył prawdziwy cel wśród przypadkowych ofiar), ale przede wszystkim zjednuje sobie pozostałych pracowników komisariatu, a i wśród miejscowej ludności potrafi znaleźć odpowiednich informatorów.
Co prawda dość szybko domyśliłam się, kto może być mordercą, ale i tak czytało się bardzo dobrze i mimo wszystko w napięciu do końca.
Wyd. Iskry, Warszawa 1981, 206 stron
Seria: Klub Srebrnego Klucza
Z własnej półki
Przeczytałam 17 czerwca 2026 roku
A teraz tak. Brat zadzwonił, że ma propozycję nie do odrzucenia, żeby mieszkać u niego podczas jego kolejnego wyjazdu (zawsze musi znaleźć jakiegoś jelenia, bo kot). Od prawie końca czerwca do prawie końca lipca, no miesiąc. Wykręciłam się, że mam wizyty lekarskie 😂 Ale potem, gdy mówiłam o tym córce, ona nagle, że by pojechała.
😨😨😨
Nigdy w życiu nie była sama przez miesiąc, a tu jeszcze w obcym domu.
No, ale napaliła się, brat mówi, że dobrze jej to zrobi... i szykujemy się. Ja zresztą też nie byłam sama przez miesiąc, ale z tym potrafię sobie poradzić 😁 Brat ją w sobotę odbierze ze stacji i pójdą od razu zrobić Wielkie Zakupy w pobliskiej Biedrze (lista gotowa, byłyśmy w sklepie obczaić, co tam dają, bo my przecież kupujemy w Lidlu). Bo tam na miejscu tylko jakiś mały Groszek. Następnie wydostałyśmy walizkę ze schowka (dość małą, ale mojej jej nie dam) - a tam ozdoby na choinkę... a tak się zastanawiałam, że przecież było tego więcej... no i faktycznie 😂 Córka im bliżej tym bardziej zaczyna trząść portkami. Ma go wypytać i zapisać sobie, co ze śmieciami, jak się włącza kuchenkę i telewizor i jego pralkę (najpierw miała wyobrażenie, że zabierze 30 t-shirtów, to chyba z torbą z IKEI dodatkową), jak się zamyka drzwi (planuje wycieczki rowerowe, na co ja z kolei trzęsę portkami), co z kocią toaletą etc. Niestety nic nie było w stanie odwieść ją od zakupu dmuchanego koła, bo będzie sobie dryfować po stawie, jak twierdzi 🤣
Obawiam się, że staw /basen/ jest mocno zarośnięty i rzeczywiście można tylko po nim dryfować, znalazłam zdjęcia, ale sprzed 10 lat...
Obawiam się, że w przyszłości nie wykręcę się od pobytu tam (w tym roku brat ma jeszcze wyjazdy na listopad i na grudzień), choć nie wyobrażam sobie wyjazdu z domu na tak długo, zresztą w ogóle nigdzie mi się nie chce jeździć poza Pragą. Cholera jasna z tym jego kotem!
Wracając do córki, telefon (od dawna już bez numeru) służy jej wyłącznie do robienia zdjęć, ale boję się zostawić ją samopas, więc udałam się do salonów z pytaniem, co bym tu mogła. Że na miesiąc tylko potrzebujemy. W T-mobile zażyczono sobie 50 zł + 5 zł starter, ale w Play jedynie 30 zł wszystkiego. Tyle że muszę tam jechać w ostatniej chwili czyli w piątek, bo liczy się od dnia zakupu.
W związku z wolnym łóżkiem przyszedł mi do głowy pomysł... ale o tym następnym razem 😉
Tymczasem kolejne spisy filmów (i przestańcie mnie straszyć, że za rok może ich nie być!). Nr 7 i 8. Na razie skupiam się na Arte.tv, bo filmy Chabrola są tylko do połowy lipca, więc żeby mi nie przepadły.
Znalazłam w knihobudce, zanęciło mnie nazwisko autora, którego Chłopca z Salskich Stepów lubiłam w dzieciństwie, a Wzgórze błękitnego snu czeka na przeczytanie. Okazało się, że rzecz to o Korczaku, którego Newerly był współpracownikiem przez kilkanaście lat. Wydana przez Czytelnika, ale adresatem jest młody czytelnik.
Do Newerlego siedzącego w swoim sadzie przychodzi grupka dzieci, żeby wypytać go, jaki był Korczak. Wiedzą, jaka była końcówka życia pedagoga, ale ciekawe są, jak to wszystko wyglądało wcześniej, jak było urządzone życie w domach dziecka prowadzonych przez Korczaka. Newerly opowiada i tłumaczy zasady funkcjonowania tych instytucji, samorządu dziecięcego itd. W sumie było to dla mnie ciekawe czyli też jestem młodym czytelnikiem 😂 Książeczkę więc zachowuję, bo kto wie, czy kiedyś nie będę chciała sobie przypomnieć jakiegoś faktu z życiorysu. Pewnie wydano jakąś prawdziwą biografię Korczaka? Zajrzałam do swojego katalogu: oprócz Króla Maciusia na wyspie bezludnej, Kajtusia Czarodzieja i Bankructwa małego Dżeka mam jeszcze Prawidła życia (Pedagogikę dla młodzieży i dorosłych), a że ta ostatnia cienka, to może kiedyś po nią sięgnę... choć dla mnie już za późno 😉 Za Maciusiem w dzieciństwie nie przepadałam, za smutne to było.
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1984, 123 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 17 czerwca 2026 roku
Mój typowy dzień ustalił się w następujący sposób: do południa przed laptopem, obiad, film, procházka, chwilę przed zaśnięciem książka. Fascynujące, prawda 🤣🤣🤣 No nic, jakoś się prze do przodu. Sporządzanie spisów filmów z LM zabiera sporo czasu, zanim się posprawdza napisy, czy dobrze chodzą etc., naturalnie sobie powtarzam, że w którymś momencie, już te linki będę miała spisane (za rok?). W każdym razie to mi zaoszczędzi dużo czasu na przyszłość, wystarczy zajrzeć do zeszytu i wybrać. Spisuję też do praskiego zeszytu, gdzie byłam i co robiłam w maju, ale tu już tylko dwa ostatnie dni mi zostały. Na sierpień zeszycik założony 😍
Lista filmów nr 6:
Spoza listy obejrzałam uroczą francuską pierdółkę z 1966 roku, biało-czarną, co przydaje tyle charme'u 😁 choć historyjka błaha i znana: rodzina bohatera wyjeżdża na letnisko, on musi pracować, ale po pracy ma mnóstwo czasu; tym razem jednak, zamiast jeździć z kolegami na ryby, oprowadza po Paryżu spotkaną przypadkiem Angielkę (oczywiście MŁODĄ Angielkę) i... no tak, zakochuje się. Ona niby też, może tak działa Paryż, bo w końcu żaden z niego przystojniak - ale opowiada jej bajery i buzery, że jest malarzem. Koniec łatwy do przewidzenia, ale można sobie popatrzeć i na stary dobry Paryż tradycyjnie wyludniony w sierpniu i na stroje, bo dziewczyna jest modelką 😁
Napisy francuskie, ale są też angielskie i rosyjskie.
I zmiana entourage'u na współczesną Litwę, gdzie rozgrywa się dramat 10-letniego chłopca z sercem na wierzchu (lub prawie, bo pod samą powierzchnią skóry, przez co musi nosić specjalny zabezpieczający pancerz). Do tej pory uczył się w domu, nie ma przyjaciół, miejscowi rówieśnicy go prześladują, oczywiście nie wiedząc, w czym rzecz (co już samo w sobie jest dziwne, bo w małej miejscowości wszyscy powinni wiedzieć wszystko... tak mi się wydaje), ale do miasteczka przeprowadza się z matką dziewczynka w tym samym wieku i zaprzyjaźniają się, no i potem dramatyczne momenty i szczęśliwy finał 😉 Bo to film familijny, dostarczający całego mnóstwa inspiracji do rozmów z dzieckiem, choćby na temat wykluczenia czy niepełnosprawności.
Film nosi tytuł Drugelio sirdis co oznacza Serce motyla. Też napisy francuskie, ale są angielskie.
A wczoraj byłam żem pierwszy raz u okulisty, bo jednak czas najwyższy obstalować sobie bryle i gdy wróciłam to oczy mi kiepsko działały po zakraplaniu, doszukałam się info, że przez parę godzin nie powinno się ich męczyć czytaniem etc., więc włączyłam sobie YT dla odmiany, a tam stary serial dla dzieci Leto s Katkou - myślałam, że czeski, okazał się słowacki (napisy zresztą też). Katka to bardzo zmyślna cholera z Bratysławy, która przyjechała do ciotki na wieś, a tu ciotkę karetka zabrała do szpitala i dziewczynka trafia do jakiegoś dalekiego krewnego, starego kawalera, któremu urządza na nowo gospodarstwo, a co gorsza usiłuje go wyswatać z ekspedientką ze sklepu. Mam za sobą 4 odcinki 😍
Okulary mam mieć +1,5 oba szkła czyli mniej niż się spodziewałam. Teraz przede mną najgorsze czyli wyszukać optyka i wybrać oprawki, o matko jedyna! A pod wieczór wracając ze spaceru nie pozostało mi nic innego, jak w panice rozglądać się na boki, przez który płot byłabym w stanie przeskoczyć (przez żaden) lub na które drzewo się wspiąć (takoż na żadne).
Ludzie są porąbani... przyszła jakaś miłośniczka ptaszków i wysypała worek ziarna - na ziemię pod karmnikiem. To i Pan Dzik przyszedł na kolację. Na szczęście był tak zajęty żarciem, że na nic innego nie zwracał uwagi - więc jestem cała i zdrowa.
Tymczasem kończę, bo się parzybroda dogotowuje. Córka co prawda pyszczyła, że to nie jest potrawa na lato (zwłaszcza, że ją w ostatniej chwili wysłałam po bagietkę), ale jak nie jest, skoro robi się ją z młodej kapusty (która była wczoraj w Lidlu po 2 zł 😁). Niemniej jednak parzybroda weszła do repertuaru już dawno, przygotowanie proste i dość szybkie (żadna godzina - jak w przepisie - nie jest potrzebna, pół wystarczy), a żaden eksperyment kulinarny ostatnio się nie napatoczył.
Więc tak - jest to jedno z fundamentalnych dzieł dotyczących gastronomii. Jak się łatwo domyśleć, miła lektura dla amatorów 😁 Co dziwne, ja to czytałam jeszcze w domu (czyli w szkolnych czasach)... kuchnią się przecież wówczas nie interesując. A skoro zabrałam się na emeryturze za lekturę książek kucharskich, wypadało sobie dziełko pana Brillat-Savarin przypomnieć. Oczywiście "przerabiając" Przepisy czytelników czy Elementarz gotowania nie sposób dokonać jakichkolwiek porównań (a co dopiero, gdy sięgnę po W mojej kuchni nic się nie marnuje!), zresztą w Fizjologii smaku nie ma zbyt wiele przepisów jako takich. Owszem, autor udziela rad, jak postępować z tym czy owym, czy to kawałkiem mięsa czy bażantem (najlepszy taki już podśmierdujący, zaczynający się rozkładać), ale generalnie skupia się na wyjaśnieniu szerokiej publiczności, czym jest smakoszostwo 😎 Cóż, Francuz. Słynne powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś to właśnie Brillat-Savarin. Dużo dykteryjek, wgląd w XVIII-wieczne obyczaje przy stole i nie tylko, a tłumaczka Joanna Guze wykonała świetną robotę. Wydanie bardzo staranne, na kredowym papierze. Taka perełka do biblioteki.
Początek:
Wyd. PIW, Warszawa 1977, 264 strony
Tytuł oryginalny: Physiologie du goût, ou méditations de gastronomie transcendante
Przełożyła: Joanna Guze
Ilustracje: Bertalla, zaczerpnięte z kilku XIX-wiecznych dzieł gastronomicznych francuskich
Z własnej półki
Przeczytałam 13 czerwca 2026 roku
Filmy z kartki nr 5 (ponumerowałam, bo się pogubię 😂):
Cztery filmy z lat 90-tych - odkryłam ekranizacje kryminałów mojej ulubionej szwedzkiej spółki. I nawet nie gadam, że może lepiej nie oglądać, żeby sobie nie zepsuć, bo nic mi ich nie zepsuje 😉
Obejrzanego tureckiego kryminału 10 Days of a Good Man (polski tytuł 10 dni z życia dobrego człowieka) na liście nie ma, ale polecam - tytułowy bohater, prywatny detektyw po przejściach, wzoruje się na Philipie Marlowe, nie tylko zasięgając u niego rady (ma wiecznie włączony film), ale i cytując tu i tam (dla uważnych - plakat). Stambuł w tle, a i romansu nie brakuje. Gdybym kogoś zachęciła, to jest tutaj z polskimi napisami.
Natomiast odradzam Netflixowy snuj Viva a Vida (Niech żyje życie!) brazylijski, chyba że ktoś był w Izraelu i chce sobie nostalgicznie poprzypominać pejzaże etc., bo to jest klasyczna pocztówka z niby dramatem rodzinnym w tle. Ja obejrzałam, nie wiedząc w co się pakuję (w sumie miałam nadzieję na Brazylię, ale akcja się przeniosła bardzo szybko właśnie do Izraela, który mnie kompletnie nie interesuje), z napisami włoskimi, ale chodzą też angielskie nr 2.
O rosyjskiej komedii romantycznej Intim nie priedłagat z YouTube nawet szkoda gadać 🤣 (wieczny podrywacz daje ogłoszenie, że szuka współlokatorki, która w zamian za pokój zajmie się kuchnią et consortes; pojawia się pulchna kobitka, zataja przed nim, że jest pracownikiem naukowym - wymóg był: brak wykształcenia - a reszty już łatwo się domyśleć). No po prostu chciałam coś po rosyjsku pooglądać.
A w urodziny szukałam, co by tu obejrzeć dla prawdziwej przyjemności, bez ryzyka, że trafię na byle co. Stanęło na kolejnej płycie z tej porcji radzieckich filmów, co je nabyłam ostatnimi czasy - Służebnyj roman czyli Biurowy romans. To jest jeden z tych filmów, które mi się nigdy nie znudzą, ale pierwszy raz oglądałam z polskimi napisami, z ciekawością, jak to będzie ta sławetna MYMRA (przezwisko nadane dyrektorce przez pracowników). Bo szukałam przed laty w słowniku i nie znalazłam, ale mam tylko podręczny, a wielki akurat w odwrotną stronę (czyli polsko-rosyjski). No więc mymrę przetłumaczono w filmie jako jędzę. No to poszukałam w polsko-rosyjskim, jak jest jędza - wied'ma. Hm. Może tę mymrę wymyślono dla filmu? Ma ktoś przez przypadek wielki słownik rosyjsko-polski?
Na YT jest z angielskimi napisami.
No właśnie, bo miałam urodziny.
Z tej okazji przywlokłam z którejś knihobudki - wazę 😂 kto bogatemu zabroni! Bo ja już mam wazę, ale ta z kwiatuszkami mnie wzruszyła swoim brzegiem niegdyś złoconym, ale już startym - ma za sobą jakąś historię, no.
A dziś Franek się skusił na wspólne oglądanie filmu noir z 1950 roku (ostatnio tylko śpi i śpi).
Film nosi tytuł Armored Car Robbery i jak widać oglądałam go z francuskimi napisami, ale po jakimś czasie się zepsowały i musiałam się przerzucić na angielskie. Na szczęście film dość krótki (aż dziwnie krótki, bo 67 minut). Gdyby ktoś chciał, to jest tutaj - ale nieobowiązkowo 😁
Na koniec coś ze spaceru.
Nie widać, co jest napisane na kartce z lewej strony? Proszbardzo.
Pochodzenie - znowu z knihobudki. Dość sfatygowany egzemplarz, napracowałam się nad nim z taśmą klejącą, bo chciałam zachować obwolutę i w ogóle byłam zachwycona, że ktoś to do naszej osiedlowej budki podrzucił. Może kiedyś właścicielem był właśnie lekarz, bo podpisał się zygzakami, a na ostatniej stronie odcyfrowałam dopisane słowo cewnik 😂
Fajna rzecz, dla uświadomienia sobie, jak bardzo skoczyła do przodu medycyna, jak rzeczy oczywiste dla nas były czymś niewyobrażalnym tak niedawno temu. Autor opisuje swoje początki, wspomina lata uniwersyteckie - ukończył wydział lekarski w 1926 roku - i profesorów, sposób studiowania: na przykład egzaminy zdawało się w ciągu całego roku, każdy profesor miał wyznaczony jeden dzień w tygodniu, kiedy egzaminował, więc w dziekanacie okazywało się indeks, wnosiło opłatę (od każdego egzaminu!) i ustalało termin. Można było bez żadnych konsekwencji nie stawić się na egzaminie (poza utratą opłaty), tak więc nie było też opcji zostania na drugi rok. Wyjaśnia się termin wieczny student 😉 W połowie trzeciego roku zaczynały się kliniki czyli student pierwszy raz widział chorych. Niektórzy profesorzy zapraszali studenta do współudziału podczas wykładu: przyprowadzano na salę wykładową lub przywożono chorego, student miał go zbadać, chory wracał do pokoju, a teraz należało wyciągnąć odpowiednie wnioski i omówić plan leczenia. Fedorowski opowiada anegdotę: chora była leciwą, ale bardzo dostojną damą. Profesor pyta studenta, co stwierdził u pacjentki. Ten nieco się jąka i mówi, że nie mógł ustalić nic poza autyzmem. Profesor dziwi się, jak to.
- No tak, pacjentka reaguje spojrzeniem i odwraca w moim kierunku głowę, gdy do niej mówię, ale nie mogę wydobyć z niej słowa.
Profesor zdziwiony pyta pacjentkę, dlaczego nie chciała rozmawiać z "panem doktorem".
- Bo mi się nie przedstawił.
Na ginekologii studenci jeździli również do porodów na mieście - każda szanująca się mężatka rodziła w domu, we własnym łóżku. Można sobie wyobrazić warunki...
Zaraz po dyplomie Fedorowski zaczął pracować w szpitalu Dzieciątka Jezus. To mnie właśnie zachęciło do zabrania książki z budki, gdy przeglądając ją przeczytałam o tym szpitalu - bo Ojczasty miał tam operację, o czym opowiada w jednym z nagranych przeze mnie filmików. Więc - zaczął pracę, ale jako wolontariusz. Etatów lekarskich na 60-łóżkowym oddziale chorób wewnętrznych było - dwa. Wolontariusze pracowali dla zdobycia wiedzy i doświadczenia, ale też praca w szpitalu pomagała w zdobyciu praktyki prywatnej wśród wypisywanych ze szpitala pacjentów i ich znajomych... Szpital Dzieciątka Jezus był wówczas największym szpitalem w Warszawie, autor opisuje ze szczegółami poszczególne budynki, funkcjonowanie całości, zarządzanie, kwestie odpłatności dla pacjentów, rodzaje personelu. Sporo miejsca poświęca siostrom zakonnym, które stanowiły jedyną opiekę pielęgniarską, prowadziły magazyny, rządziły kuchnia, pralnia, szwalnią etc. Zwyczaje zakonne nie pozwalały im tylko na odbieranie porodów i pielęgnowaniem położnic, to należało do akuszerek. Taka ciekawostka - pierwsza świecka szkoła dla pielęgniarek w Warszawie została otwarta w 1925 roku, to był wielki przewrót w pielęgniarstwie.
Lekarze zazwyczaj sami wykonywali badania moczu czy krwi, robili zastrzyki dożylne i domięśniowe. Czasem wyręczał ich felczer w pobieraniu krwi na odczyn Wassermanna, przy pomocy ciętych baniek. Matko jedyna, co za koszmar: specjalną maszynkę przystawiało się do pleców chorego i naciągało sprężynę, która wyrzucała parę ostrzy nacinających skórę. Na skaleczone miejsce przystawiało się szklaną bańkę, do niej wciągał się krążek skóry i sączyła się krew w ilości paru centymetrów, co wystarczało do badania. A teraz clou programu: maszynek nie można było wyjaławiać, więc wyobraźmy sobie, jakie to było bezpieczne! Dużo czasu zabierały lekarzom punkcje, "ogromnie przykre dla chorych" i zgłębnikowanie żołądka, podobnie określone. Felczerzy wykonywali tzw. frykcje, był to stary sposób leczenia kiły: szarą maść rtęciową wcierało się w pośladek za pomocą drewnianego grzybka, takiego jak do cerowania skarpetek, tylko obciągniętego flanelą i ceratą. Klepanie takim grzybkiem pośladka trwało kilkadziesiąt minut, aż cała maść się wchłonęła. Felczerzy przystawiali też chorym pijawki w przypadkach nadciśnienia.
Jeśli chodzi o sposoby leczenia, książka jest kopalnią informacji, które dziś wywołują - szok i niedowierzanie. Na przykład leczenie z niedokrewności - pacjentka musiała codziennie zjeść kilogram wątroby wieprzowej, SUROWEJ, zmielonej i dla zabicia smaku doprawionej solą i pieprzem. Targowała się o każdą łyżkę, ale stał nad nią nieubłagany lekarz czy siostra i pilnował, żeby nic nie zostało. A jak wyglądało przetaczanie krwi! Albo anestezja, która jeszcze nie istniała jako specjalizacja! Włos się jeży!
Odrębny rozdział traktuje o pracy w pogotowiu ratunkowym, a potem w Kasie Chorych. Ale to już Wam daruję, chcecie, to sobie sami przeczytajcie (a jest co).
Początek:
Koniec:
Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1976, 154 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 7 czerwca 2026 roku
Jako że wczoraj była kolejna miesięcznica, wstawiłam na YT czwarty filmik z Ojczastym.
I obejrzałam wieżę ciśnień przerobioną na mieszkanie, biuro i kawiarnię. Fajnie, że kobieta miała taką fantazję na wydanie 2 milionów, niefajnie, że niewiele się zobaczyło, tak to zostało nakręcone.
W Dżendżejowie przed kilku laty wisiała kartka o sprzedaży tamtejszej wieży ciśnień - ładniejszej, bo ceglanej i na pewno łatwiejszej do zagospodarowania, bo o kwadratowej czy prostokątnej podstawie - wygląda na to, że nikt się nie połakomił. Inna sprawa, że stoi koło stacji kolejowej, kto lubi mieszkać koło torów. W Pradze widziałam dwie wieże przerobione na mieszkania, ale nie w środku*, niestety.
* znaczy nie byłam w środku
Prawie w ostatniej chwili przypomniałam sobie o wystawie Toyen w Mocaku. Czeskiej surrealistki, która po wojnie zamieszkała w Paryżu przyjaźniąc się z Bretonem i Eluardem. Dużo grafiki, trochę plakatów, kilka obrazów. Na Arte.tv jest prawie godzinny dokument o artystce (jest też wyświetlany na wystawie, ale akurat przyszła grupa z przewodnikiem i narobili tyle hałasu, że postanowiłam dokończyć oglądanie w domu).
To chyba najbardziej znane zdjęcie (Toyen z prawej, przy pracy z farbami), znałam je z okładki książki-przewodnika po awangardowej międzywojennej Pradze.
Plakat na mieście. Donoszę, że dziś rozpoczął się zlot. Ciekawe, ilu nieśmiałych ludzi się pojawiło... Ja tam bym się nie odważyła.
Praca nad "skatalogowaniem" filmów do obejrzenia z online stronki postępuje. Załączam dwie kolejne strony.
Nie wpisałam do zeszytu, bo już obejrzałam - kryminał z akcją w Madrycie May God Save Us (Niech Bóg nam wybaczy) sprzed 10 lat - tutaj z polskimi napisami - spodobał mi się niesamowicie (może to przez ten hiszpański 😁).
Natomiast z sentymentu do dawnych czasów - lata 90-te, włoska telewizja w Krakowie - zerknęłam na odcinek serialu Murder, She Wrote (Napisała: Morderstwo), właściwie osobny film - i umęczyłam się półtorej godziny, bo napisy angielskie i było sporo momentów, że mówili za szybko, nie nadążałam. Z tym angielskim to przecież jest u mnie tak, że muszę najpierw ogarnąć zdanie w całości, a potem w głowie je sobie przetłumaczyć. Stanowczo łatwiej było wtedy, gdy oglądałam we włoskim dubbingu 😉
A ten filmik wyświetlił mi się na YT i z miniaturki myślałam, że na ścianie z drzwiami jest tapeta. No niemożliwe, żeby coś takiego pokazywali! Więc włączyłam. I faktycznie niemożliwe, to jednak książki 😁 Mieszkanie jakiejś redaktorki czasopisma, w tzw. stalince z lat 20-tych, ponad 100 metrów w amfiladzie (ponoć było tańsze, bo na parterze), wypełnione obrazami, starymi meblami, kolekcją szkła i porcelany. Która jest na co dzień używana, zapewnia właścicielka. Cudne te wszystkie czajniczki, filiżanki, kieliszki...
Kurczę, nie zauważyłam, że parę dni temu przekroczyłam 2 miliony wyświetleń. Znaczy Wyście przekroczyli 😁 Gratuluję!
O Bożenko, ledwo czwarty dzień Reszty Mojego Życia, a ja już mam zaległości (czyli następne przeczytane)! Nie zapowiada się to dobrze...
Lećmy więc z tym koksem. Fantazję miałam, żeby sięgnąć na półkę z reportażami (których dzięki niebiosom i własnej zapobiegliwości mi nie brakuje) i wybrać humor brytyjski. Tak, wiem, niektórzy (niektóre) tutaj za nim nie przepadają 😁 ale ja lubię. I motto też mi się podoba. Jedno i drugie, chociaż drugie to nie motto, tylko dedykacja.
Angielski humor reprezentuje już wstęp napisany przez syna autora.
Potem do akcji wkracza nasz bohater - i naprawdę uznaję go za bohatera, bo ruszyć w taką podróż będąc już w sile wieku, no cóż, trzeba mieć dużo samozaparcia, kondycji i wiary w siebie i w ludzi.
Enfield wybrał się kiedyś jachtem przyjaciół na żeglugę po Francji i przy tej okazji stwierdził, że o wiele przyjemniej i bezpieczniej byłoby pedałować wzdłuż francuskich szlaków wodnych po ścieżkach holowniczych. Pomysł ten wcielił w życie w następne wakacje - razem z żoną (tą, która nie narzeka na jego nieobecność) - i jak pisze, był to pierwszy krok ku wielkiej przygodzie. Choć...
Moja żona zawsze powiada, że najprzyjemniejszą chwilą wyjazdu jest powrót. I z tym się zgadzam 😁
W 1991 roku Enfield zbliżał się do emerytury i najbardziej zależało mu na tym, żeby nie robić rzeczy, na które nie miał ochoty i nie myśleć o ludziach, o których wolał zapomnieć. Z drugiej strony potrzebny mu był jakiś plan, choćby po to, żeby móc odpowiadać na pytanie "A co będziesz robił, jak przejdziesz na emeryturę?" Zaczął więc się przygotowywać do wielkiej wyprawy. Tu, uwaga, mądra rada:
W ostatnim roku pracy trzeba się zaopatrzyć we wszystko, na co człowiek ma ochotę, bo później nie będzie go na to stać.
Weźcie to sobie do serca 😉
Oraz:
Człowiek zawsze żałuje, że na czymś oszczędzał, nigdy jednak nie żałuje swoich ekstrawagancji.
Tak więc przygotowania: rower, namiot, sprzęt do biwakowania, japońskie ręczniki nylonowe wysychające w pięć minut i zajmujące tyle miejsca, co chustka do nosa (??? znacie taki wynalazek?), termiczny materac samonadmuchujący się, kalesony na chłodne noce, grzałka do wody etc. A potem planowanie trasy. O, to znam i wiem, jakie to przyjemne 😎 I jeszcze książka do czytania siedząc pod gruszą i odpoczywając po etapie. Nie zgadlibyście, co ze sobą zabrał... "Iliadę" Homera... w wydaniu dwujęzycznym.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Ubrany w podkolanówki koloru khaki i tegoż koloru szorty (co miało mu nadawać wygląd kolonialny i wyróżniać jako Anglika w międzynarodowym tłumie na campingach 😂) Enfield wsiada ze swym pojazdem na prom mający go przewieźć przez Kanał - a co było dalej, dowiecie się, jak sobie pożyczycie tę książkę z biblioteki 😉
W każdym razie autor tak się zapalił do rowerowych podróży, że opisał ich jeszcze kilka po roku 2000: po Grecji, Irlandii i wzdłuż Dunaju. Koniec:
Spis treści:
Jest to znów książka skasowana z biblioteki, a więc z wyciętą kartką tytułową czyli brak mi części danych. Jedyne, co wiem, to że wydawnictwo MUZA SA w Warszawie i ilość stron 161. Oraz seria DOOKOŁA ŚWIATA.
Wikipedia podaje, że oryginalny tytuł to Downhill All The Way, wydany w 1994 roku ( a u nas w trzy lata później).
Z własnej półki
Przeczytałam 5 czerwca 2026 roku
Ponieważ na cześć Viery i jej wnuczki piekłam ciasto z rabarbarem i zostało go sporo - rabarbaru, nie ciasta - postanowiłam ugotować KOMPOT. Co prawda pamiętałam z dzieciństwa te kłaki pływające w szklance, ale Ania gotuje zaproponowała kompot przetarty czy tam przecedzony, więc czemu nie. I czemu moja mama na to nie wpadła. Dodałam parę truskawek i - jeśli damy mało wody, to otrzymamy rodzaj koncentratu, który można doprawić na przykład kapką sowietskoje igristoje lub w ostateczności gazowaną wodą mineralną. Plus jakiś plasterek cytryny. Normalnie nawróciłam się na kompoty 😂 Życie zatacza koło i czas starości to czas powrotu do dzieciństwa, najwyraźniej.
Z dalszych eksperymentów kulinarnych - zagadka. Co też to może być?
Rozwiązanie zagadki na końcu.
Zachęcona przykładem Agaty, która wspomniała o zanotowaniu kilkunastu tytułów z wiadomej stronki z filmami i zniechęcona setkami linków w laptopie, gdzie trudno coś odnaleźć - przystąpiłam do kolejnej roboty głupiego czyli spisywania interesujących mnie na przyszłość dzieł w moim sławetnym 500-kartkowym zeszycie - nie ma co oszczędzać, i tak mi powinien wystarczyć do końca życia. Przy okazji sprawdzam, jakie i czy mają napisy, co trwa kupę czasu, więc pięć dziennie to już jest dobry wynik 😉 Jak zwykle - znalazłam sobie nowe hobby!
Dzielę się pierwszymi stronami, gdyby ktoś coś; przy czym oczywiście napisy wyszukuję pod siebie (polskie, czeskie, rosyjskie, włoskie, francuskie, na końcu angielskie). Wot czyli voila'.
Taka przykra niespodzianka mnie spotkała przy jakimś tureckim filmie.
Inna przykrość na Messengerze, czego wy gnidy chcecie, odczepcie się. Nie ma jak tego ominąć...
Ale największa przykrość - ba, tragedia normalnie - z telewizorem. Gad jeden twierdzi, że nie widzi wi-fi i cokolwiek chcę obejrzeć, muszę przez laptopa. Nawet YT. Już próbowałam tego i śmego i wyłączania routera i nic. Może jakaś aktualizacja sterowników jest potrzebna czy co, no ale jak, skoro nie ma w nim internetu?! A tak się przed Pragą cieszyłam, że mam aplikację do ichniej telewizji...
A na Arte.tv (które też muszę teraz przez laptopa włączać) obejrzyjcie dokument o Sołżenicynie, będzie jeszcze przez tydzień.
Rozwiązanie zagadki
Cóż. Jest to po prostu zupa-krem z czerwonej soczewicy i ziemniaków po wyjęciu z lodówki na drugi dzień po ugotowaniu 🤣
Dodam, że ugotowana mniej więcej też według przepisu z Ania gotuje, tylko bez pomidorów i bez marchewki, której nie było w domu. Zaznaczam, że ona każe wlać 1,5 szklanki wody (???), ja oczywiście dałam grubo więcej, chyba ze 4 szklanki albo pięć, a rezultat i tak widzicie 😁 Tak że też powstał koncentrat, jak kompotu... Jest to dobry patent, jeśli ktoś nie ma miejsca w lodówce na większy garnek - potem sobie w trakcie odgrzewania doleje wrzątku i szlus 😁