niedziela, 28 czerwca 2026

H.Q. Mitchell - Lisa visits Loch Ness

Publikacja ma co prawda dwie części, ale Activity Book mnie nie zainteresował, coś jestem mało aktywna z angielskim 😉 Choć... wczoraj z Duolingo dowiedziałam się, że a side of oznacza porcję, na przykład a side of potatoes. W życiu by mi to nie przyszło do głowy 😂

Natomiast Lisa, która tym razem jedzie do Szkocji, by spędzić wakacje z państwem MacGregors, mieszka w cottage by the side of the lake i to rozumiem 😂 Właściwie nie lake, tylko loch, bo tak brzmi po ichniemu jezioro - człowiek się uczy jednak całe życie... z tym, że nie wiem, jak się wymawia to słowo znane przecież każdemu z Loch Ness... do książki dołączono KASETĘ (więc już widzimy, że jest z wykopalisk)... AI mówi, że

Kluczowym elementem jest tutaj szkockie słowo "Loch" (oznaczające jezioro) – wymawia się je z charakterystycznym, gardłowym dźwiękiem [ch] (podobnym do niemieckiego "ach" lub wymawianego po polsku "chwila"), a nie przez zwykłe "k".

Sprawdziłam sobie na google translate, dla mnie to bardziej jak k. No i pies drapał 🤣 

W Szkocji na śniadanie je się porridge, mężczyźni jak wiadomo noszą kilty, niektórzy zaś grają na bagpipes i oczywiście wierzą w istnienie potwora z Loch Ness, który ma być plesiosaurusem. Jak widzicie na ostatniej stronie, zapalonej fotografce Lisie udało się go uchwycić 😉


Początek:


Koniec:

Wyd. MM Publications, London 2001, 40 stron

Poziom: Elementary 

Z własnej półki 

Przeczytałam 27 czerwca 2026 roku
 

Wczoraj przeżyłam chyba najgorszą godzinę w życiu, niewątpliwie przybyło mi siwych włosów w mojej bujnej ha ha grzywie. Ale po kolei.

Jadąc na pociąg patrzyłyśmy na tatuaż dziewczyny w tramwaju.

- Fajny - mówię ja.

- Ale trochę za długi - mówi córka. 

Wtedy dopiero zauważyłam, że to za długie to druga twarz, więc zwracam na to córce uwagę. Ona, że gdzie niby i nic nie widzi. Spytałam dziewczynę, czy mogę zrobić zdjęcie i na tym zdjęciu pokazuję córce, ale ona dalej za cholerę nie widzi (patrz na końcu*).

No, to był antrakt dla rozrywki. A raczej uwertura. Oraz historyjka, którą usłyszałam kilka dni temu na osiedlu: dziewczyna szła z walizką i opowiadała do telefonu o pociągu, który miał 190 minut spóźnienia, bo jakiś pasażer pijany wstał i zaczął bić innego, nieznanego sobie zresztą. Więc wzywanie policji, czekanie na następnej stacji. A gdy ruszyli dalej, z powodu braku klimatyzacji dwie osoby zemdlały. i znów czekanie na karetkę. Pytam, co to był za pociąg (ten brak klimy mnie szczególnie zainteresował). Otóż ona jechała z Sopotu do Krakowa, ale jej koleżanka z Sopotu do Berlina i to był ten berliński pociąg...

Przechodzimy do meritum. Czekamy w upale na peronie piątym w niezłym tłumku na IC do Olsztyna z 11:20. Nic, żadnej zapowiedzi. W końcu o 11:22 rozlega się komunikat, że opóźnienie 10 minut. O 12:33, że opóźnienie 20 minut. Normalka, większość była opóźnionych. W końcu podstawiają i odjeżdża o 11:50. Informuję brata, że raczej nie może się spodziewać przyjazdu pociągu o 13:00, jak było w planie, ale żeby czuwał i wziął od córki walizkę przy wysiadaniu z wagonu nr 5 (bo jeszcze inne miała toboły). OK i ha ha. 

Jeszcze jedno wyjaśnienie jest potrzebne. W ostatniej chwili okazało się, że telefon córki (którego ona używa jedynie do robienia zdjęć i do którego miałam w przeddzień wyjazdu kupić miesięczną kartę) wysiada i po wyłączeniu nie chce się włączyć ponownie. Skoczyła z nim nawet do serwisu, ale gość powiedział, że procesor prawdopodobnie (co to w ogóle jest za antyk?) i że nawet by jej nie radził wymieniać, że szkoda czasu i atłasu, a zwłaszcza pieniędzy. Tak więc tradycyjnie został nam kontakt jedynie przez messengera - przy czym ona z laptopa.

O 13:20 pytam brata na WA, czy już jest. On nie odpisuje, ale oddzwania. Chyba ma zawał, boli go pod łopatką, nie może się ruszyć i czeka w domu na karetkę.

W tym momencie zawał mam i ja.

Ale zadzwonił do kuzynów w Dżendżejowie blisko stacji, żeby po córkę pojechali i ją przywieźli. Dzwonię do kuzynki. Właśnie schodzi na dół, a jej mąż jest już z córką w aucie i ruszają do brata. 

Dodatkowy smaczek jest w tym, że brat mówił, że nie wie, jak pogotowie się do niego dostanie, bo nie jest w stanie wstać, żeby iść otworzyć bramę. Ma co prawda furtkę do starej sąsiadki we wspólnym ogrodzeniu, ale ta nie odbiera telefonu, zresztą często ma wyładowany, bo zbytnio się nim nie przejmuje.

Kuzynka mówi, że ona kluczy nie ma, bo właśnie niedawno mu oddała. No, ale będą stukać do sąsiadki. Opowiada mi, że gdy jej mąż podszedł do córki na stacji, że po nią przyjechał, córka zapytała:

- A pan to kto jest?

No przytomne dziecko 😁 

I teraz następuje dłuższa przerwa w konwersacji, proszę jedynie, żeby zadzwonili, jak już coś będzie wiadomo. Zaczyna tykać zegar. Wyobrażam sobie WSZYSTKO, łącznie z trupem, którego znajdują w domu. W lżejszej wersji zabranie brata do szpitala i co dalej. Od 13:28 do 14:17 chodzę w kółko po mieszkaniu. 

W końcu wyjaśnia się: dojechali chwilę przed karetką, więc przeszli przez tę furtkę od sąsiadki do domu, był ciągle żywy etc. Zmierzono mu ciśnienie, EKG, dano jakąś tabletkę pod język, wypytano i orzeczono, co następuje: wcześniej pływał, mało pił, wysiłek fizyczny połączony z odwodnieniem i tyle. Pod łopatką jakiś nerwoból. Jak chce, to go mogą zawieźć na SOR w Dżendżejowie, ale raczej nie ma potrzeby. Nie chciał.

Przy okazji: pierwszy sygnał odwodnienia to biały język, jak byście chcieli wiedzieć. Oraz lepsza jest woda z kranu niż z butelki. Jeszcze tego samego popołudnia wypiłam trzy szklanki (po raz pierwszy w życiu!) 😂 Po czym sąsiadka z naprzeciwka mi powiedziała, że nie radzi, bo przecież kamień...

Wydawało mi się, że jego miesięczny wyjazd gdziesik do Azji czy innej Oceanii stoi pod DUŻYM znakiem zapytania, ale gdzie tam! Jak tylko się lepiej poczuł i zjedli coś, pojechali na zakupy (pierwotny plan zakładał wizytę w Biedrze zaraz po przyjeździe) do jakiegoś Dino gdzieś bliżej i zaczął się obchód gospodarstwa z instrukcjami 😉

No, a dziś brat już w samolocie, donosi, że Chińczycy jako jedyni mogą latać nad Rosją, córka wstała o 6:30 po jego odjeździe, posłała mi zdjęcie okoliczności przyrody i napisała, że idzie robić nic tu i tam. Niech sobie rządzi. Oby to był koniec tych atrakcji...


* pokazała to zdjęcie tatuażu bratu i ten z kolei widział tylko dolną twarz 😁 

PS. O filmach bym pisała w następnym poście, ale ten jest tylko kilka dni (do 4 lipca) jeszcze dostępny na Arte.tv, więc łapcie: Rzeźnik, thriller Chabrola z 1969 roku. Opis z ich strony:

Hélène jest młodą, atrakcyjną i lubianą dyrektorką szkoły w prowincjonalnym francuskim miasteczku. Na weselu kolegi poznaje lokalnego rzeźnika, który po 15 latach walk w wojnach kolonialnych powrócił do domu. Nagle, w okolicy ktoś zaczyna mordować młode kobiety.

Kocham takie małomiasteczkowe klimaty (tylko żyć bym tam nie chciała). 

23 komentarze:

  1. O matko, jakie przygody! Ale widzisz jak to jest z telefonami, niby jesteś w kontakcie, ale i tak jesteś daleko i nie możesz pomóc.
    A córka nie boi się sama spać w takim domu? Ja w dzień to bym mogła tam siedzieć, ale w nocy w życiu bym nie usnęła.
    "Side" to mówi się raczej o jakimś daniu "na boku", na przykład zamawiasz w restauracji "chips on the side".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Córka zapowiedziała, że nie będzie w tym czasie oglądać horrorów.
      Oraz nie obejrzy "Bruneta wieczorową porą"... którego seanse urządza sobie regularnie, ale się boi 😂 Jak powiem do niej "Krępak jestem, że tak powiem" to zaraz NO MAMOOOOO 🤣

      Usuń

  2. Ja też kocham takie klimaty i nawet bym chętnie zamieszkała, na polskiej prowincji czy innej, ale wydaje mi się, że wejść tam w społeczność jest bardzo trudno, trzeba być śmiałym, z inicjatywą, nie zrażać się itp. Piszę o obecnej sytuacji, bo kiedy ma sie małe dzieci, jest dużo łatwiej. No i nie wiem czy na dłuższą metę bym tam się odnalazła.
    A "Rzeźnika" chętnie obejrze, o ile nie przekroczy to moich aktualnych możliwości intelektualnych, bo ciężko się skupić w tym upale.

    Na forvo Brytyjczycy (wymowa szkocka) mówią normalnie Loch Ness, tak jak sie pisze i faktycznie to "ch" jest dobitne.

    Buźki wytatuowane przed przeczytaniem od razu widziałam dwie.

    Historia z bratem faktycznie mrożąca krew w żyłach, trzeba pilnować nawodnienia. Szczególnie starsze osoby nie czują pragnienia. Ja do córki kilka razy dziennie piszę, żeby piła, bo jest we Włoszech (z tym że tam jest jeden stopień mniej niż u mnie. No ale ja leżę pod wiatrakiem z książką, a nie latam po zabytkach).

    A kiedy pani Czeszka przyjeżdża?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam właśnie o jakiejś Polce, która po latach wróciła z Wielkiej Brytanii i jest zszokowana życiem na polskiej prowincji. Że z kompletnej anonimowości trafiła do grajdołka, gdzie wszyscy wszystko o wszystkich muszą wiedzieć. Więc życie małomiasteczkowe może wydawać się sympatyczne, ale nie każdemu przypasuje. Trochę jak w sucharze, gdzie małżeństwo wraca z kościoła i żona pyta:
      - Widziałeś, że Nowakowa ma nowy kostium? Ciekawe, skąd ona na to bierze.
      - Nie widziałem.
      - A Pipsztycka krzywo patrzyła na swojego, pewnie się pokłócili.
      - Nie zauważyłem.
      - Ten synek Kowalskich chyba chory jakiś, widziałeś, jak pociąga nogą?
      - Nie widziałem.
      - Teściowa Piątka chyba już niedługo pociągnie, zwróciłeś uwagę, jaka blada?
      - Nieeee.
      - Nic nie widziałeś! To po co ty w ogóle do kościoła chodzisz?

      Wyjazdów do Włoch to już sobie nie wyobrażam za Chiny i mniejsza o to, że u nas może nawet goręcej 😉 Marzec albo październik to jeszcze, ale w lecie absolutnie nie. Zresztą gdziekolwiek latanie po zabytkach w upale jest mordercze.

      Przyjeżdża 7-go, wyjeżdża 10-go. Mam nadzieję, że pogoda będzie znośna, bo jak nie, to nigdzie z nią nie wyjdę 😎

      Usuń
  3. Drugą twarz zauważyłem dopiero po twojej uwadze, że jest. Ale zauważyłem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciesze sie ze mimo strachu brat nie tylko zdrowy ale zdolny do podrozy.
    Ja widze DWIE twarze. Mysle ze ci ktorym sie to nie udaje powinni ogladac czesciowo : przykryc dlonia jedna czesc, zauwazyc, pozniej to samo zrobic by widziec dolna twarz.
    Side - angielski nie jest innym jezykiem niz inne, przeciez polski tez zawiera wyrazy o kilku znaczeniach, gdy sie slyszy cale zdanie wyraznie wiadomo o czym mowa. Ogolnie SIDE to strona (nie ksiazkowa) mozna go uzyc w wielu zdaniach. Ze np. boli mnie lewy side plecow, ze jezdzi sie prawym side ulicy, poloz cos na side czyli z boku i wlasnie okresla dodatek do glownej potrawy. Nasze menu maja osobny spis takich dodatkow i ich tytul jest SIDES jako czegos dodatkowego mieszczecego sie na osobnym talerzyku i z boku glownego.
    Na mnie ten pokazany staw robi wrazenie bardzo romantyczno-bajkowego miejsca, nie do kapieli ale do usiadniecia na jego SIDE z ksiazka........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ci z pogotowia jednak mu zarekomendowali wizytę u kardiologa po powrocie, że coś tam dostrzegli na EKG. No, byle po powrocie 😉

      Wiadomo, że jedno słowo może mieć wiele znaczeń, side znałam jako stronę (słynne bright side of life), ale ta porcja mnie zaskoczyła. Znaczy Duolingo tłumaczy jako porcję, teraz jak Ty napisałaś, że "z boku" jest to bardziej zrozumiałe.

      Staw ze zdjęcia to nie ten do pływania, tylko drugi. Tam są trzy w sumie 🙂 Ten do pływania ma codziennie czyścić za pomocą siatki na kiju. Opisała mi procedury - to, co wyłowi (liście głównie), ma kłaść na krzakach obok, a jak wyschnie, to do wiadra i na kompost. Fajna robota na okrągło...

      Usuń
    2. Czyszczenie basenow bo tutaj ludzie nie posiadaja stawow do plywania , to codzienna robota. Corka i ziec tez musza taka siatka wylawiac liscie z wody, stad zasada by blisko basenow nie sadzic zadnej roslinnosci. Niemniej i tak wiatr przywiewa liscie.

      Usuń
    3. No właśnie - codzienna robota.
      Myślę o Gatsbym, gdy mowa o tym stawie/basenie 😎

      Usuń
  5. Swego czasu miałem starszego klienta, oryginalnie Szkota, który po angielsku mówił zrozumiale, ale z akcentem. Gdy jednak zaczął mi demonstrować swoją „naturalną” wymowę, to już miałem duży problem ze zrozumieniem go. Ale to nic jeszcze—powiedział, że gdy podczas swojej ostatniej wizyty w ojczyźnie trafił do małej osady rybackiej i wdał się z rozmowę z tamtejszym rybakiem, to kompletnie nie potrafił go zrozumieć. Natomiast znany mi ortopeda, wychowany i wykształcony w Szkocji, nadal ma spory akcent i jak pisał w swojej książce, program komputerowy, który zamieniał mowę na tekst, zupełnie go nie rozumiał.

    Mówiąc o tym tatuażu… W słynnej książce Stephena Covey, “The 7 habits of Highly Effective People”, znajduje się taki rysunek:
    https://i.pinimg.com/736x/2e/26/af/2e26af84d8d7160a47e38663b43e6ec6.jpg
    Co na nim widzisz?

    Dobrze, że z bratem tak się skończyło. O piciu wody słyszę wszędzie i sam się zmuszam, aby ją pić („Muszyniankę”). A co do „ że nie radzi, bo przecież kamień...”—może ma rację, bo swego czasu mój czajnik był pokryty grubą warstwą kamienia. Zainwestowałem w dwa dzbanki z filtrami firmy Brita, które non-stop używam. Od tego czasu nalot kamienia zmniejszył się o 98%, a woda kompletnie straciła zapach chloru. Myślę, że warto kupić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na rysunku widzę kobietę w jakiejś chuście na głowie, ale domyślam się, że to właśnie nakrycie głowy jest też znaczącą częścią czegoś innego... wydaje mi się, że już kiedyś widziałam ten rysunek...

      Mamy tu sąsiadkę, z którą rozmowa jest koszmarem, bo nic (lub prawie nic) nie rozumiem, co ona do mnie mówi - a niestety mówi bardzo chętnie i co odpowiesz? Jak ją widzę nadchodzącą, to uciekam w drugą stronę, jeśli jest jeszcze czas. No, ale to nie akcent, tylko rodzaj wady wymowy.

      Filtry do wody przydatna rzecz. Jednak chodzi nie o picie wody przegotowanej, tylko surowej, prosto z kranu. Taką zalecali.
      Tymczasem u nas woda jest bardzo twarda. A ja już miałam usunięty pęcherzyk żółciowy czyli jestem skłonna do produkcji kamieni w swoich "utrobach" (czeski) 😂

      Usuń
    2. Rysunek Jacka znam i nijak nie widziałam za pierwszym razem tej drugiej, czyli "wiedźmy" w chuście, cały czas tę damulkę.

      Na brytyjskich serialach włączam napisy, bo jestem przyzwyczajona do wymowy amerykańskiej. Zresztą na niektórych niemieckich też, chociaż język znam dużo lepiej, bo oni mają bardzo odbiegające wymową od literackiego języka dialekty na północy i południu. A że je hołubią, to i filmy/seriale w nich kręcą. Sami Niemcy też często mają problem ze zrozumieniem i pomstują w komentarzach. W serialu "Broadchurch" jeden z głównych bohaterów jest Szkotem i czytałam dyskusje widzów-Amerykanów, że Brytyjczyków w miarę rozumieją, ale jego wcale. Fakt, że on ma ten akcent chyba celowo bardzo mocny.

      Ja piję wodę właśnie z takiego dzbanka z wymienianym filtrem, niegotowaną. Wlewam ją też do czajnika. Bez tego bardzo szybko robi się kamień, mamy twardą wodę.

      Usuń
    3. Też wolę oglądać włoskie filmy z napisami, bo tam mnóstwo dialektów czy właśnie naleciałości w wymowie.

      Usuń
  6. Zdjęcie bardzo malownicze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, ale ja bym chyba nie chciała ieć koło domy tych malowniczości ze wszelką fauną, jakie ona niesie 😂
      Kot sąsiadki przynosi codziennie 15-20 myszy. Kot brata ponoć tylko jedną 😂

      Usuń
  7. dobrze, ze kobiety, bo już myślałam, ze o zarzynaniu zwierząt będzie 😅😜może wic zobacze.
    Och w kontekście okoliczności to normalnie tak 😮😮😮😬🙈bo nie napisze dziś nic mundrego, gdyż kaca mam...jak stodoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sobie przynajmniej zasłużyłaś... 🤣 A ja biedna wstałam dziś z globusem bez żadnej winy! [wina]

      Usuń
    2. no cusz...życie bywa niesprawiedliwe ;-)
      oraz widzę dwie twarze oczywiście.

      Usuń
  8. O matko, faktycznie zejść można na takie wieści!
    Twarze są dwie, ale drugą zauważyłam, jak napisałaś, że dwie.
    A nie dostałaś migreny po tych atrakcjach?
    Z tego wszystkiego, pewnie upał zszedł na plan dalszy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam przekonana, że w niedzielę wstanę z globusem, ale o dziwo nie. Przesunął się za to na dzisiejszy poranek...
      Wszyscy się pocieszamy, że jeszcze tylko wtorek i skończy się to upalne szaleństwo.
      Czytałam właśnie na FB o psie, który nie zniósł podróży pociągiem. Bez klimy przy prawie 40 stopniach. I co? I był to właśnie pociąg do Berlina. Czy oni to robią specjalnie?

      Usuń
  9. Najgorsza godzina w życiu - no rzeczywiście, życzę żeby nic podobnego się nie powtórzyło.
    Upały, woda - przeszedłem dobrą szkołę - Kuwejt, już od kwietnia temperatury były codziennie powyżej 40C,
    w Melbourne co roku mamy kilka dni powyżej 40C, ale temperatura to tylko wskaźnik, wiem, że 36C w Polsce może człowieka wykończyć.
    Woda - w Australii zalecają pić wodę z kranu, lepsza niż wszystkie butelkowane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja rozumiem, że w niektórych krajach mieszkańcy są w pewien sposób przyzwyczajeni do takich temperatur, maja sposoby na to, by się choć trochę przed nimi bronić. Ale u nas? W czasach mojego dzieciństwa upał to był przy 25 stopniach... a nie 38... takie ekstrema raczej się nie zdarzały. Ale nadszedł moment, że i my musimy sobie wypracować modus operandi na takie dni, niestety. ==

      Usuń