środa, 8 kwietnia 2026

Helena Kowalik - Wiesz pan, skąd ja jestem?

Znalezione w knihobudce oczywiście i zabrane, no bo reportaże. Nazwisko autorki nic mi nie mówiło, a teraz czytam na Wikipedii, że koncentrowała się na reportażu kryminalnym i sądowym. Zbiór przedrukowanych z prasy lat 70-tych (chyba, bo brak na ten temat informacji) reportaży Wiesz pan, skąd ja jestem? ma za bohaterów - mieszkańców Warszawy. Tych z dziada pradziada i tych, co niedawno przywędrowali, głównie ze wsi, za pracą, za mieszkaniem. To chłoporobotnicy, to studenci, czepiający się pazurami stolicy, to praski półświatek (jeśli można go tak określić, raczej kompletny lumpenproletariat), to mieszkańcy nowych osiedli (Stegny), ale i tych ruder na Ząbkowskiej czy hoteli robotniczych. To żebracy wzbudzający litość przechodniów na ulicach miasta, ale nie chcących pomocy. To dziewczyny szukające łatwego chleba (który taki łatwy nie jest). 


 Ciekawe. Myślę, że lektura obowiązkowa dla warszawiaków. Taki powrót do czasów minionych. Ktoś się może rozpozna w jednym z bohaterów, ktoś inny rozpozna klimaty ze starych filmów. Szkoda tylko, że zbyt wiele daniny dla władzy, no nie obeszło się bez tego...


Jest na YT do odsłuchania, ale 30 minut, więc pewnie kilka wybranych reportaży.

 

Początek:


Koniec:


Wyd. Iskry, Warszawa 1978, 289 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 5 kwietnia 2026 roku



Córka zobaczyła w knihobudce kilka pudełeczek z jakąś takąś łamigłówką i przyniosła jedno. Póki co - nie dajemy rady, a karteczka z instrukcją nie pomaga (nic z tych obrazeczków nie rozumiem). Nic to, na pewno kiedyś się uda 😂

 

Ja natomiast na stoliku z gratisami w bibliotece ujrzałam stos kartek - fotografii literatów z PRL-u. Nie wiem, kto to i po co wydawał... znaczy wiem, kto, bo na odwrocie podpisane (Agencja Autorska, Centrala Księgarstwa Dom Książki, Poznań), ale żeby ktoś to kupował? Bo i ceny są, po złotówce. Rok chyba 1966. No nic, w każdym razie przejrzałam i wybrałam takie bardziej mi znane nazwiska - niekoniecznie twarze. Ciekawam, kogo rozpoznacie, bo ja to chyba tylko Broniewskiego 😁 A jeśli spytacie, po co wzięłam, to odpowiem, a jakże - żeby powkładać do ich dzieł w charakterze zakładek. Z tym, że niekoniecznie mam te dzieła 🤣


Dalej uzupełniam katalog, już prawie na finiszu, zostało kilka półek. Kuchenne to są zbiory i przed chwilą padło na Obiady na każdy dzień roku Dębskich, już chyba kiedyś o tej pozycji wspominałam, bo mnie fascynuje od dnia zakupu czyli 37 lat za trzy dni będzie 😉 Tam naprawdę jest podane menu na każdy dzień, dopasowane do pory roku i ... i do kieszeni bogaczy zatrudniających służbę. Bo nie wiem, czy jedna kucharka by wystarczyła. Bardzo lubię zajrzeć tam od czasu do czasu, sprawdzić, co dziś będzie na obiad.

Więc menu na dziś, 8 kwietnia jest następujące.

 



Na dziś to już trochę późno, więc na wszelki wypadek podaję też menu na jutro, żebyście mogli się przygotować i po wołowinę lecieć.

PS. Do surówki z marchwi autorzy polecają 50 dag majonezu. Chyba miało być 5 dag... i jak tu gotować z książek 😂

3 komentarze:

  1. W tych książkach kucharskich z dawnych lat często właśnie było "po jakiemuś" i chyba randomowo tę nazwy zmyślali, żeby brzmiało światowo 😁

    Kartki z pisarzami fajne, ale oprócz Broniewskiego trudno skojarzyć, chyba na dole Kruczkowski i na środku Newerly, ale pewna nie jestem i proszę nam ich rozszyfrować. BTW całkiem fajne te zdjęcia. Ja bym (wtedy) kupiła np. na kiermaszu książek Siesicką, Bahdaja czy Marię Krüger (przypomniało mi się jak Nałkowska się cieszyła, że do niej była najdłuższa kolejka😆 teraz to literaci siedzą i czekają, a kolejki są do tych dziuń od Rodziny Monet - zawsze mnie dziwiło, że nie Monetów - i innych takich). Teraz to bym chciała Dąbrowską, Nałkowską i Iwaszkiewicza😂 i pewnie paru innych.

    Helenę Kowalik zdaje się poznałam kiedyś jako dziennikarkę i była sympatyczna. Ale to było w latach 90., pracowała w "Przeglądzie Tygodniowym". Te reportaże brzmią fajnie, nie zbieram może varsavianów tak namiętnie jak Ty kiedyś o Krakowie, a teraz o Pradze, ale chętnie przygarniam jak się trafią

    OdpowiedzUsuń
  2. Na fotografiach rozpoznałem Andrzejewskiego i Brandysa.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdy tylko zacząłem czytać o tej książce, od razu pomyślałem, że chętnie bym po nią sięgnął. Jednocześnie przyszła mi do głowy refleksja, że szkoda, iż nie istnieje jej wersja całkowicie nieocenzurowana — trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka musiała pominąć, zataić, złagodzić lub inaczej „opracować” wiele autentycznych faktów. Moje przypuszczenie zostało zresztą potwierdzone już chwilę później: „Szkoda tylko, że zbyt wiele daniny dla władzy, no nie obeszło się bez tego…”.

    W Warszawie mieszkałem w nowym, powojennym bloku, na świeżo wybudowanym osiedlu w sercu Woli. Kiedy później patrzyłem na stare mapy, okazało się, że granica getta przebiegała mniej więcej przez środek mojego bloku. A jednak wokół wciąż znajdowało się wiele starych kamienic — typowych „domów-studni” — niektórych niemal całkowicie zrujnowanych.

    Były one zamieszkane przez tak „barwne” i patologiczne środowisko, że — dosłownie — strach było tam wejść, a samych mieszkańców lepiej było omijać z daleka. Co ciekawe, jeszcze na początku XXI wieku lokatorzy takich miejsc potrafili przepędzać intruzów — dziennikarzy, filmowców czy zwykłych ciekawskich.

    Był to świat, który w pewnym sensie przypominał ten opisany przez Stanisława Grzesiuka w „Boso, ale w ostrogach” — surowy, nieprzystępny, rządzący się własnymi zasadami.

    OdpowiedzUsuń