Daaawno nic po rosyjsku nie czytałam, więc zabrałam się za przeglądanie zasobów Doncowej. No, z tego wynikło kolejne zadanie do odhaczenia, bo nie bardzo pamiętam, co już zaliczyłam, czego nie i chyba muszę zrobić jakąś listę 😜
Doncowa jak to Doncowa: jej bohaterka Dasza, "nowa ruska", zawsze się wplącze w kryminalną historię. Tym razem zostaje aresztowany pod zarzutem zabójstwa swej siódmej żony Maks Polański, którego Dasza była drugą żoną (stąd tytuł Żona mojego męża). Dasza nie wierzy w jego winę, ale oczywiście prawie do samego końca nie domyśla się tego, co czytelnik widzi od razu czyli że za Polańskiego był przebrany kto inny. No takie tam zwykłe głupotki, ale z przemyceniem opisów na przykład warunków w areszcie, poniżających praktyk dotyczących czy to odwiedzin czy podawania paczek przez rodzinę - pewnie to dla rodzimego czytelnika jest czymś znanym i w sumie zrozumiałym, bo że za wszystko trzeba płacić łapówki, to wiadomo. Rosja to kraj, gdzie za odpowiedni banknocik (najlepiej zielony) dostanie się wszystko, poczynając od zaświadczenia ze szpitala dla studentki, że jest hospitalizowana (choć nikt jej tam nie widział), przez legitymację, z której wynika, że Dasza jest majorem FSB po nowy paszport bez pieczątki o związku małżeńskim.
Dla odlechczenia dostajemy też kilka relacji z wizyt w przybytkach kultury, ale to już jest kompletna abstrakcja. Ironiczeskij detektiw, wiecie.
Miałam wrażenie, że skądś to znam (zwłaszcza tę historię o parze nawiedzonych pedagogów, którzy wychowują ósemkę swoich dzieci na geniuszy), a blog mi nie pokazuje tego tytułu. A jednak - okazuje się, że było to przetłumaczone na polski i czytałam z biblioteki w 2008 roku 😁
Początek:
Koniec:
Wyd. EKSMO, Moskwa 2002, 426 stron
Tytuł rosyjski: Жена моего мужа
Z własnej półki (kupiona 29 grudnia 2010 roku za 7,50 zł)
Przeczytałam 5 września 2026 roku
Ponieważ moje życie kręci się wokół knihobudek (co ja robiłam, gdy ich nie było?), sąsiedzi zwalili mi kopę, a nawet dwie, segregatorów typu Świat Wiedzy czy inne, żebym je rozdystrybuowała. Do "mojej" budki ich nie zanoszę, bo nie mają wzięcia, ale z budki na Biprostalu ludzie biorą. Jest to oczywiście ciężkie i wożę po jednej sztuce. Mam w planie dnia CODZIENNĄ wycieczkę, już mi się to znudziło i nie mogę się doczekać końca tych wypraw. Któregoś dnia właśnie wracam, gdy dzwoni nieznany numer. Ostatnio raczej odbieram, bo nigdy nie wiadomo, czy to nie od lekarza jakiegoś albo co 😉 A to kurier z DHL, że miał dla mnie przesyłkę i zostawił u sąsiadki. Jaką kurde przesyłkę? Jak bym się spodziewała, to bym siedziała w domu... Jedyne, co wykoncypowałam, to że znowu Czeszka mi nazbierała kryminałów i nie tylko.
I miałam rację 😂
Matkobosko, dziewiętnaście sztuk!
Więc teraz te poprzednie i przywiezione z sierpniowej Pragi leżą na podłodze pod filmami, nowe na krzesełeczku obok, bo jak je tam położyłam do zdjęcia, tak zostały i ja się pytam, co teraz? Gdy w katalogu sprawdziłam zawartość etykiety po czesku, okazało się, że brakuje mi tylko czterech do chrztu Polski... Straciłam wszelką nadzieję, że je wszystkie kiedyś ogarnę i przeczytam 🤣 Powiedzcie, że w przyszłym roku już sobie nic nie przywiozę, co?
Oczywiście, że książki ma się nie po to, żeby je wszystkie przeczytać, tylko po to, żeby je MÓC przeczytać, ale...
Żeby nie było mało - jeszcze świeży stos własny, wrześniowy.
Część z nich pochodzi z knihobudki w galerii handlowej, to niedawne odkrycie, córka mnie poinformowała i - to jest straszliwa pułapka! Byłam tam już trzy razy! W jedną stronę wiozę parę sztuk do zostawienia, a na miejscu znajduję... kolejnych parę do zabrania 😁 W galerii bywałam do tej pory raz na kwartał czy jakoś tak, a teraz co to się porobiło. W sensie, że nie jadę specjalnie do knihobudki, tylko po coś do Auchana albo Józka albo Pepco i tylko przy okazji z książkami, no ale z tyłu głowy ta możliwość łupu siedzi.
Zmarł architekt Krzysztof Bień, projektant naszego osiedla.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz