wtorek, 9 czerwca 2026

Edward Enfield - Starszy pan na bicyklu

O Bożenko, ledwo czwarty dzień Reszty Mojego Życia, a ja już mam zaległości (czyli następne przeczytane)! Nie zapowiada się to dobrze...

Lećmy więc z tym koksem. Fantazję miałam, żeby sięgnąć na półkę z reportażami (których dzięki niebiosom i własnej zapobiegliwości mi nie brakuje) i wybrać humor brytyjski. Tak, wiem, niektórzy (niektóre) tutaj za nim nie przepadają 😁 ale ja lubię.  I motto też mi się podoba. Jedno i drugie, chociaż drugie to nie motto, tylko dedykacja. 


Angielski humor reprezentuje już wstęp napisany przez syna autora.



Potem do akcji wkracza nasz bohater - i naprawdę uznaję go za bohatera, bo ruszyć w taką podróż będąc już w sile wieku, no cóż, trzeba mieć dużo samozaparcia, kondycji i wiary w siebie i w ludzi.


Enfield wybrał się kiedyś jachtem przyjaciół na żeglugę po Francji i przy tej okazji stwierdził, że o wiele przyjemniej i bezpieczniej byłoby pedałować wzdłuż francuskich szlaków wodnych po ścieżkach holowniczych. Pomysł ten wcielił w życie w następne wakacje - razem z żoną (tą, która nie narzeka na jego nieobecność) - i jak pisze, był to pierwszy krok ku wielkiej przygodzie. Choć...

Moja żona zawsze powiada, że najprzyjemniejszą chwilą wyjazdu jest powrót. I z tym się zgadzam 😁 

W 1991 roku Enfield zbliżał się do emerytury i najbardziej zależało mu na tym, żeby nie robić rzeczy, na które nie miał ochoty i nie myśleć o ludziach, o których wolał zapomnieć. Z drugiej strony potrzebny mu był jakiś plan, choćby po to, żeby móc odpowiadać na pytanie "A co będziesz robił, jak przejdziesz na emeryturę?" Zaczął więc się przygotowywać do wielkiej wyprawy. Tu, uwaga, mądra rada:

W ostatnim roku pracy trzeba się zaopatrzyć we wszystko, na co człowiek ma ochotę, bo później nie będzie go na to stać. 

Weźcie to sobie do serca 😉 

Oraz:

Człowiek zawsze żałuje, że na czymś oszczędzał, nigdy jednak nie żałuje swoich ekstrawagancji. 

Tak więc przygotowania: rower, namiot, sprzęt do biwakowania, japońskie ręczniki nylonowe wysychające w pięć minut i zajmujące tyle miejsca, co chustka do nosa (??? znacie taki wynalazek?), termiczny materac samonadmuchujący się, kalesony na chłodne noce, grzałka do wody etc. A potem planowanie trasy. O, to znam i wiem, jakie to przyjemne 😎 I jeszcze książka do czytania siedząc pod gruszą i odpoczywając po etapie. Nie zgadlibyście, co ze sobą zabrał... "Iliadę" Homera... w wydaniu dwujęzycznym.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Ubrany w podkolanówki koloru khaki i tegoż koloru szorty (co miało mu nadawać wygląd kolonialny i wyróżniać jako Anglika w międzynarodowym tłumie na campingach 😂) Enfield wsiada ze swym pojazdem na prom mający go przewieźć przez Kanał - a co było dalej, dowiecie się, jak sobie pożyczycie tę książkę z biblioteki 😉

W każdym razie autor tak się zapalił do rowerowych podróży, że opisał ich jeszcze kilka po roku 2000: po Grecji, Irlandii i wzdłuż Dunaju.
Koniec: 



Spis treści: 

Jest to znów książka skasowana z biblioteki, a więc z wyciętą kartką tytułową czyli brak mi części danych. Jedyne, co wiem, to że wydawnictwo MUZA SA w Warszawie i ilość stron 161. Oraz seria DOOKOŁA ŚWIATA.

Wikipedia podaje, że oryginalny tytuł to Downhill All The Way, wydany w 1994 roku ( a u nas w trzy lata później). 

Z własnej półki

Przeczytałam 5 czerwca 2026 roku  


Ponieważ na cześć Viery i jej wnuczki piekłam ciasto z rabarbarem i zostało go sporo - rabarbaru, nie ciasta - postanowiłam ugotować KOMPOT. Co prawda pamiętałam z dzieciństwa te kłaki pływające w szklance, ale Ania gotuje zaproponowała kompot przetarty czy tam przecedzony, więc czemu nie. I czemu moja mama na to nie wpadła. Dodałam parę truskawek i - jeśli damy mało wody, to otrzymamy rodzaj koncentratu, który można doprawić na przykład kapką sowietskoje igristoje lub w ostateczności gazowaną wodą mineralną. Plus jakiś plasterek cytryny. Normalnie nawróciłam się na kompoty 😂 Życie zatacza koło i czas starości to czas powrotu do dzieciństwa, najwyraźniej. 

Z dalszych eksperymentów kulinarnych - zagadka. Co też to może być?

 

Rozwiązanie zagadki na końcu.

 

Zachęcona przykładem Agaty, która wspomniała o zanotowaniu kilkunastu tytułów z wiadomej stronki z filmami i zniechęcona setkami linków w laptopie, gdzie trudno coś odnaleźć - przystąpiłam do kolejnej roboty głupiego czyli spisywania interesujących mnie na przyszłość dzieł w moim sławetnym 500-kartkowym zeszycie - nie ma co oszczędzać, i tak mi powinien wystarczyć do końca życia. Przy okazji sprawdzam, jakie i czy mają napisy, co trwa kupę czasu, więc pięć dziennie to już jest dobry wynik 😉 Jak zwykle - znalazłam sobie nowe hobby!

Dzielę się pierwszymi stronami, gdyby ktoś coś; przy czym oczywiście napisy wyszukuję pod siebie (polskie, czeskie, rosyjskie, włoskie, francuskie, na końcu angielskie). Wot czyli voila'. 



Taka przykra niespodzianka mnie spotkała przy jakimś tureckim filmie.


Inna przykrość na Messengerze, czego wy gnidy chcecie, odczepcie się. Nie ma jak tego ominąć...



Ale największa przykrość - ba, tragedia normalnie - z telewizorem. Gad jeden twierdzi, że nie widzi wi-fi i cokolwiek chcę obejrzeć, muszę przez laptopa. Nawet YT. Już próbowałam tego i śmego i wyłączania routera i nic. Może jakaś aktualizacja sterowników jest potrzebna czy co, no ale jak, skoro nie ma w nim internetu?! A tak się przed Pragą cieszyłam, że mam aplikację do ichniej telewizji...

A na Arte.tv (które też muszę teraz przez laptopa włączać) obejrzyjcie dokument o Sołżenicynie, będzie jeszcze przez tydzień. 



Rozwiązanie zagadki 

Cóż. Jest to po prostu zupa-krem z czerwonej soczewicy i ziemniaków po wyjęciu z lodówki na drugi dzień po ugotowaniu 🤣


Dodam, że ugotowana mniej więcej też według przepisu z Ania gotuje, tylko bez pomidorów i bez marchewki, której nie było w domu. Zaznaczam, że ona każe wlać 1,5 szklanki wody (???), ja oczywiście dałam grubo więcej, chyba ze 4 szklanki albo pięć, a rezultat i tak widzicie 😁 Tak że też powstał koncentrat, jak kompotu... Jest to dobry patent, jeśli ktoś nie ma miejsca w lodówce na większy garnek - potem sobie w trakcie odgrzewania doleje wrzątku i szlus 😁

4 komentarze:

  1. Syn autora może jest dobrym aktorem komediowym, ale w swojej przedmowie średnio śmieszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupa w kulkach 😃 Fajna! W pierwszej chwili pomyślałam, że to lody. Z własnego doświadczenia znam zupę z czubem - tak gęstą, że wystawała ponad brzegi talerza nie wylewając się z niego. Ha! I nie była zamrożona 😄😄

    Gdzie dorwałaś 500-kartkowy zeszyt??! Do tego w kratkę! Zdradź proszę, uwielbiam takie rzeczy 🤔😃

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszczę autorowi jednej rzeczy—że lubi podróżować sam. Ja nie lubię (chociaż czasami nie mam wyjścia), a nie jest prosto znaleźć odpowiednie (a nawet nie-tak-bardzo odpowiednie) osoby do podróżowanie, nawet na weekend.

    Mówiąc o książkach podróżniczych z humorem, nie tak dawno temu przesłuchałem „A Walk in the Woods” autorstwa Bill Brysona (ukazała się po polsku pod tytułem „Piknik z niedźwiedziami”) o jego pieszej wyprawie przez części szlaku The Appalachian Trail. Świetna lektura, pełna ciekawych informacji i humoru, polecam!

    Również z książek podróżniczych polecałbym „The Lunatic Express: Discovering the World . . . via Its Most Dangerous Buses, Boats, Trains, and Planes” („Lunatic Express: Odkrywanie świata… poprzez jego najniebezpieczniejsze autobusy, łodzie, pociągi i samoloty”) autorstwa Carla Hoffmana. Bodajże „zaliczyłem” jeden z tych „najniebezpieczniejszych samolotów” wspomniany przez autora—kilka razy leciałem liniami kubańskimi. I faktycznie, w ciągu tego okresu rozbiły się 2 samoloty kubańskie, w 2010 r. i 2018 r., w których zginęło 180 osób.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zupą mnie nie zaskoczyłaś. Moja pierwsza samodzielnie ugotowana grochówka tak właśnie wyglądała.🤭

    OdpowiedzUsuń