niedziela, 17 stycznia 2016
Rynek Główny 23. Historia krakowskiej księgarni 1610-2010
Piękny mamy niedzielny poranek, nieprawdaż? No, właściwie już popołudnie, ale nie będziemy się spierać o głupią godzinkę czy dwie. Słoneczko świeci (moja koleżanka z pracy jest tak wyrafinowana, że uwielbia jedynie deszcz, mgłę i zawieruchy, a słoneczny dzień napawa ją obrzydzeniem), śnieg pięknie blikuje, no jest cudnie. Zwłaszcza, że - wbrew swym paskudnym zwyczajom świętowania Dnia Brudasa w weekend - wstałam, umyłam się, ubrałam i udałam na wycieczkę pod hasłem Literacki Kraków. Co przyniosło mi szereg inspiracji. W internecie znalazłam, że jest na przykład Szlak Lema, Szlak Pilcha (ten mnie jakoś nie pociąga) i różne inne. Dałby Bóg, żeby na wiosnę czy w lecie też zwlec się z wyra i ruszyć w drogę.
Czy mówiłam, że z mojej Pragi nici? Zaglądam ci ja na stronkę tego przewoźnika, co to oferował podróż łączoną (autokar + pociąg), w nadziei, że można już zabukować na maj... a tu zonk! NI MA! Skończyło się! Padło na pysk! Ooooo, myślę sobie, tak łatwo mnie nie zniechencom! Nie kijem go, to pałką! Znalazłam na jakimś forum podróżniczym porady, jak to należy pojechać busem do Cieszyna, odbyć tam 15-minutowy spacer przez granicę na dworzec kolejowy po czeskiej stronie, kupić bilet na pociąg do Pragi i wio. I tego się będę trzymać... tyle że te rady były z 2003 roku... ale już mi wskazano pewnego młodego człowieka, który na Czechach i podróżowaniu się zna jak nikt, więc dopytam.
I jeszcze coś z życia nielotów. Wpadło mi do tego głupiego łba, żeby sobie sprawić drona. Nie że lubię puszczać latawce, ale wiecie, aparat foto i zdjęcia (oczywiście Krakowa) z lotu ptaka. Jednakże. Lektura paru artykułów w internecie mocno nadwątliła moje postanowienie. Cosik tam piszą o licencjach, podaniach o zezwolenie na odbycie lotu (z 5-dniowym wyprzedzeniem), opłatach i w ogóle nie nad ludźmi, nie nad domami, nie nad miastem. To kurna gdzie, nad łąką??? Ale po co????
No nic, doczytam, bo to może jakieś złudzenie apteczne :).
Czytam - mało. Malissimo. Ale widać tak trzeba, organizm się pewnie domaga zwolnienia.
Tę pozycję machnęłam tak na szybko, bo przygotowywałam sobie trasę Pitaval krakowski, do której postanowiłam włączyć zbrodnię naprzeciwko ratusza. Jest na ten temat (zamordowania kierownika księgarni Gebethner i S-ka, Ferdynanda Świszczowskiego) rozdział w znakomitej książce Pitaval krakowski Salmonowicza, Szwaji i Waltosia, ale skoro Matras (mieszczący się tam obecnie) sobie zafundował monografijkę, to zajrzałam i tam. Na temat morderstwa były zaledwie dwa zdania, za to Matras chełpi się mianem najstarszej księgarni w Europie. Może trochę na wyrost, bo faktycznie w 1610 roku w kamienicy pod numerem 23 w krakowskim rynku Franciszek Jakub Mercenich otworzył księgarnię (jako że budynek należał do rajcy Ludwika Kromera, zwano go kamienicą Kromerowską - z dużej litery, państwo autorzy!), ale już w 15 lat później żadnej księgarni w tym miejscu nie było, a od 1791 roku działała tu cukiernia Wielandta. I dopiero w 1872 wróciły księgi pod tę strzechę :)
Gebethner i S-ka działał jako filia warszawskiej księgarni od 1875 roku i znacząco wpływał na życie kulturalne w Krakowie. W okresie okupacji była tu czynna księgarnia niemiecka (Deutsche Buchhandlung), ale zaraz po wojnie do lokalu powrócił Gebethner - nie na długo jednak, bo wkrótce firmę upaństwowiono. Przez czterdzieści lat działał tu Dom Książki, pod kierownictwem Aleksandra Słapy, którego urokliwe wspomnienia z dzieciństwa i młodości można przeczytać w Kopcu wspomnień. No a w roku 1998 zagościł w parterowych wnętrzach kamienicy Kromerowskiej Matras.
Któremu mam za złe. Niesłusznie. Wszak oni sprzedają, ale ja nie muszę kupować. Tymczasem na mózg mi padło i kupiłam za ponad 70 zł Tate, jedziemy do Krakowa!, które w chwilę później można było nabyć gdzie indziej za złotych 40. Faktem jest, że od tej pory tylko oglądam tam książki, a kupować idę gdzie indziej :)
Wstęp im napisał prof. Krawczuk, więc myślę, że dostał spory rabat na następne zakupy :)
Początek:
Koniec:
Wyd. MWK Warszawa 2010, 96 stron
Z własnej półki (kupiona - oczywiście w Matrasie - 25 sierpnia 2011 roku za 5 zł)
Przeczytałam 7 stycznia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Się sfrajerowałam. Zobaczyłam w Króliczej Jamie pokaźną knigę o urządzaniu wnętrz i jako że interesuję się tematem, a ostatni raz KSIĄŻKĘ z tego działu nabyłam jakoś tak za PRL-u oraz jako że cena była przystępna (15 zł) - kliknęłam na KUP TERAZ.
Niestety, zakup okazał się nietrafiony. Albowiem album nie prezentuje różnych tam autentycznych mieszkań, tylko udziela porad, jak wymalować/wytapetować, jak uszyć pokrowce na fotele, jak ozdobić szablonem meble lub ściany i tym podobne. A ja do robótek ręcznych to mam te, no, dwie lewe.
Tak że postaram się jak najszybciej Mieszkanie twoich marzeń opchnąć.
A przy okazji wzięłam dwie pozycje z działu cracoviana. Podwórko rozpoznajemy, nieprawdaż?
Dycha cała.
Zaś Steny za piątkę... i do końca nie jestem pewna, czy już ich kiedyś nie kupowałam. Katalog mówi nie, ale to jeszcze nic nie znaczy :)
A tu coś miłego za 3 zet:
Z braku laku czyli nieistnienia na rynku historii kina rosyjskiego/radzieckiego całościowej. Może ktoś weźmie i napisze, ale na razie puchy.
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
Marnie, marnie. Tak się nastawiłam na coś w rodzaju slow living, że w rezultacie czas przecieka mi między palcami, a ja - w związku z tym, że do Lidla rzucili po długiej przerwie musujące Lambrusco - tylko piję wino, rozglądam się (z zadowoleniem) po moich półkach - nie martwiąc się zbytnio, kiedy ja to zdążę przeczytać, przeglądam sobie czasopisma wnętrzarskie, których ostatnio ponownie zrobiłam na Grzegórzkach spory zapas (nielegalnie, okazuje się - w jednym z nich znalazłam ostrzeżenie, że sprzedaż aktualnych i archiwalnych numerów czasopisma po cenie innej niż wydrukowana na okładce jest działaniem na szkodę wydawcy i skutkuje odpowiedzialnością sądową, no ale dobra, sprzedaż, a nie kupno), planuję mały remoncik. Bowiem w tym samym czasopiśmie znalazłam inspirację kolorystyczną - tak sobie właśnie machnę dwa kawałki ściany, farbą "Zapach Prowansji". Jako że malowanie i tylko malowanie, bez żadnych dodatkowych zmian, mnie nie rajcuje, postanowiłam również wymienić półki nad łóżkiem (Pan Stolarz jeszcze o tym nie wie, ale będzie miał robótkę) oraz wymienić drzwi do bieliźniarki. Lata temu robiłam szafę w sensie umocowania dwóch drążków między ścianą a istniejącą bieliźniarką i dokupienia drzwi, takich zwykłych, białych, lamelkowych. Powinnam była od razu zrobić takie same do bieliźniarki właśnie, ale nie miałam piniondzorów. Potem się okazało, że już takich nie można dostać. Teraz mam piniondzory i przypuszczam, że dostać znów można, ale jeszcze się waham, czy nie zrobić drzwi lustrzanych... Pytanie, czy chcę oglądać swoją podobiznę rano i wieczorem (szafa jest w nogach łóżka, może lepiej sobie darować takie traumy?). No, więc takie dylematy. Do wiosny może się zbiorę w sobie, podejmę decyzje i wezwę fachowców :)
W związku z powyższym obejrzałam jedynie:
1/ niemiecką komedię TO NIE MÓJ DZIEŃ (Nicht mein Tag), reż. Peter Thorwarth, 2014
Trailer:
Dobra, sama sobie jestem winna. Ale nie oglądałam niemieckich filmów od lat (z wyjątkiem może NIEBA NAD BERLINEM), więc sobie pomyślałam: komedia hm hm, zobaczmy to niemieckie poczucie humoru...
Pedantyczny i spokojny pracownik banku, Till Reiners (Axel Stein), jest znudzony swoim poukładanym życiem, a jego praca i drobnomieszczański styl życia działają mu na nerwy. Wszechobecny marazm odbija się także na małżeństwie Tilla. Sytuacja zmienia się, gdy na filię banku, w której pracuje mężczyzna, napada gangster, Nappo (Moritz Bleibtreu). Nappo, chcąc poprawić swoje finansowe położenie, dokonuje rabunku i porywa Tilla jako zakładnika.
5/10
2/ kolejne dwa odcinki (5 i 6) serialu rosyjskiego RIEŁTOR (Риэлтор), reż. Aleksandr Chwan, 2005
Diabli wzięli serial na You Tube (konto usunięte z powodu wielu powiadomień o naruszeniu praw autorskich przesłanych przez osoby trzecie)
3/ czeski film JEDNA RĘKA NIE KLASZCZE (Jedna ruka netleská), reż. David Ondříček, 2003
Cały film po polsku:
Standa jest pechowcem, przeznaczenie naigrywa się z niego, a on nie robi nic, by zapobiec nieszczęściom. Właśnie wychodzi z więzienia i ma nadzieję, że karta się odmieni i wreszcie wyjdzie na prostą. Jego były szef jest mu winien pieniądze, warunkiem otrzymania ich jest milczenie. Niestety spotyka Andrzeja, który jest jeszcze większym nieudacznikiem niż on sam. Próbują oni odzyskać pieniądze Standy od Zdenka. I tu napotykamy na kilka ciekawych postaci, mianowicie samego Zdenka (prowadzi wegetariańską restaurację, która jest tylko przykrywką), jego żonę (despotyczna maniaczka zdrowego życia) oraz dwójkę ich dzieci: syna (lubi przebierać się w ubrania siostry) i córkę (konstruuje ciekawe urządzenia, w jeszcze bardziej interesującym celu). Dochodzi jeszcze wątek prezentera telewizyjnego i jego córki, którzy odgrywają dość znaczną rolę w tej typowo czeskiej komedii.
6/10
Dobra, idę otworzyć następną butelkę. Jak się nie skończy w Lidlu to Lambrusco - wpadnę w nałóg. Z drugiej strony, czerwone wino działa odchudzająco... pod warunkiem, że nie zakąszamy. Więc do obiadu piję teraz wodę (ja! wodę! fuj!), a wińsko do... no, do komputera, do lektury, do projekcji :)
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Andrzej Kozioł - Alfabet krakowski
Ponieważ książkę kupiłam rok temu, wypadało po nią sięgnąć :)
Zauważcie, jaki ma sprytny tytuł. Ciągle się człowiek zastanawia nad deklinacją, czy Kozła czy Kozioła - a tu kawa na ławę i wszystko wiadomo!
A' propos deklinacji. Michał Rusinek opowiadał, że zadzwoniono do niego i spytano, czy rozmawiają z Michałem Rusinek. On na to:
- Tak, ale ja się deklinuję.
Błyskawiczna odpowiedź:
- To ja zadzwonię później.
No, tośmy się pośmiali, a teraz poważnie. Nawet bardzo poważnie. Gotuję mianowicie rosół. Po raz drugi w życiu. Jest na ogniu około godziny, przed chwilą uchyliłam pokrywki i co poczułam? No zapach rosołu właśnie! Jest dobrze, lepiej niż poprzednim razem, tak trzymać :)
Córka mię tu ostatnio pytała, z czym ma jeść kanapki, bo już jej się wszystko znudziło. No, mamy przecież książkę o kanapkach, to sobie tam poszukasz, odpowiedziałam i następnego ranka, przed wyjściem do pracy, zaczęłam przeglądać kucharskie książki. Ups. Nie ma o kanapkach, coś mi się pomerdało. Ale jest pozycja pod tytułem Zapiekanki, to w sumie też może się przydać. Okazało się, że nie, nie pasi jej... sama jednak zaczęłam przeglądać i ho ho, kto wie, czy w najbliższym czasie czegoś nie wykombinuję! Same odchudzające rzeczy, np. ziemniaki z sosem majonezowym.
Zaraz mi się żal zrobiło, że tyle tych książek stoi u mnie i wcale z nich nie korzystam. Inna sprawa, że mam strasznie zapuszczony piekarnik po latach i z tego powodu rzadko z niego korzystam, nie chce mi się na toto patrzeć... chyba jedyny na niego sposób to kupić nową kuchenkę :) najlepiej taką z bajerami, z grillem, termoobiegiem i diabli wiedzą co tam jeszcze nawymyślali od czasów, gdyśmy tę Ewę kupowali. Na początku mieliśmy kuchenkę odziedziczoną po poprzednich lokatorach i dopiero po długim czasie, przed planowanym remontem i wymianą, przyszło mi do głowy zajrzeć do szuflady, która była na dole pod piekarnikiem. A tam - odkrycie! Ziemniaki sobie pięknie rosną :) Zapomnieli Ślusarczyki je zabrać :) No a ze mnie przednia gospodyni, wiadomo.
Tymczasem wróćmy do Kozioła.
Stoi koło łóżka i nie ma siły, będzie stał tam nadal, bo niby gdzie wyemigruje? Mam co prawda zrobić jeszcze regalik koło biurka, ale coś mi się nie chce za to zabrać, Pan Stolarz ma odmienną koncepcję od mojej i nie wiem, jak go przekonać.
Wyjaśnienie wydawnictwa:
oraz wyjaśnienie autora:
Oto wspomniana wyżej sprawiedliwość według Estreichera:
Alfabet krakowski to tak: można go przeczytać, można sobie darować, nic się złego nie stanie. Autor ciągle wraca do swych ulubionych tematów (jak drobny handel i przedsiębiorczość, które padają na pysk) i rejonów - oczywiście Zwierzyńca. Kto czytał inne jego książki, zna to już na pamięć. To swego rodzaju elegia na cześć odchodzącego w niebyt dawnego Krakowa, często zresztą z czasów PRL-owskich. Trochę o krakowskich postaciach, trochę o dawnych nazwach i wyrażeniach, które dziś już mało kto pamięta. A to o grzybku do cerowania, a to o gównie Lenina, a to o okrągłych lusterkach z podobizną BB (pamiętam!), a to o krakowskich dziwakach, a to o gruźliczance, tradycyjnie o Barze Na Stawach i o kindrach...
Lektura na zimowe niedzielne popołudnie.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo WAM Kraków 2009, 191 stron
W własnej półki (kupione 19 stycznia 2015 roku)
Przeczytałam 3 stycznia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Wchodzę ci ja na stronę Księgarni Akademickiej, a tam wśród nowości trzeci tom Historii kina! Kompletnie się go nie spodziewałam tak szybko. Zaszłam do Bonito.pl sprawdzić, ile taniej można go tam nabyć, a tymczasem jest niedostępny. Zajrzałam więc na allegro... i był... u jednego jedynego sprzedawcy, za to z Krakowa :) Tak więc w piąteczek pofatygowałam się na ulicę Miodową do tamtejszej księgarni:
Nooooooo, trochę to grube było i ciężkie :) Pan proponował mi dwie siatki dla pewności, ale udało się wepchnąć tomiszcze do torby:
Proszę bardzo, oto dowód na to, ile ma stron:
Zapłaciłam 49,50 zł.
Czego nie mogę pojąć, to dlaczego każdy tom jest wydany inaczej. Kino nieme w miękkiej okładce. Kino klasyczne w twardej okładce. Kino nowofalowe w twardej okładce z obwolutą. Jak wobec tego będzie wyglądać tom ostatni - kino współczesne? Coś już nie widzę innych możliwości :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film czeski DZIKIE PSZCZOŁY (Divoké včely), reż. Bohdan Sláma, 2001
Trailer:
Życie w małej wiosce położonej w północnych Morawach, z dala od wielkiego świata i jego rozlicznych konfliktów, składa się z dwóch elementów - "nicnierobienia" i przesiadywania w barze. Po czterdziestu latach komunizmu pozostały tylko na wpół zrujnowany kościółek, opuszczone obszary rolne, 99-procentowe bezrobocie i bar. Swoją bezradność mieszkańcy wioski maskują poczuciem humoru i nadzieją na... "wydarzenie roku", czyli - zabawę u strażaków. Kaja, syn samozwańczego mędrca wioski, jest nieśmiałym leśnikiem, któremu wpadła w oko Bożka, prowadząca w wiosce sklepik. Jednak dziewczyna skłania się raczej ku Ladzie, lokalnemu dandysowi, naśladowcy Michaela Jacksona. Kaja nie może się z nim równać. Niespodziewanie jednak do wioski powraca jego brat i rozpoczyna się zabawa u strażaków. Następnego ranka nic nie będzie już takie, jak dawniej...
7/10
2/ film nr 33 z listy TOP 250 portalu IMDB - LEON ZAWODOWIEC (Léon), reż. Luc Besson, 1994
Trailer:
Leon jest płatnym zabójcą. W niczym nie przypomina męskiego, twardego i nieposkromionego złoczyńcy. Wręcz przeciwnie: jest cichy, spokojny, na co dzień pije mleko. Pewnego dnia skorumpowana policja zabija swojego dostawcę narkotyków i jego rodzinę. Przeżyła tylko córka, która postanawia zemścić się na zabójcach. To niezwykle trudne zlecenie otrzymuje Leon, u którego młoda dziewczyna znajduje schronienie.
9/10
3/ film polski HISTORIA JEDNEGO MYŚLIWCA, reż. Hubert Drapella, 1958
Film w całości:
Dzieje Stefana, młodego lotnika z dywizjonu 306, który bierze udział w słynnej bitwie o Anglię. Podczas lotu bojowego nad kanałem La Manche jego samolot zostaje strącony. Stefan dostaje się na boję ratunkową, na której przebywa już lotnik niemiecki. Udaje mu się wrócić do bazy i wziąć udział w następnych akcjach bojowych. Ponownie strącony - tym razem nad Francją, po raz kolejny uchodzi z życiem...
5/10
4/ film włoski MIO PAPA' (Mój tatuś), reż. Giulio Base, 2014
Trailer:
Lorenzo pracuje na platformie i schodzi na ląd jedynie, by się zabawić. Któregoś wieczoru poznaje Claudię i wygląda na to, że ich historia będzie miała przyszłość. Jednak Claudia ma 6-letniego syna, któremu ciężko jest zaakceptować obecność obcego mężczyzny w domu.
6/10
Zauważcie, jaki ma sprytny tytuł. Ciągle się człowiek zastanawia nad deklinacją, czy Kozła czy Kozioła - a tu kawa na ławę i wszystko wiadomo!
A' propos deklinacji. Michał Rusinek opowiadał, że zadzwoniono do niego i spytano, czy rozmawiają z Michałem Rusinek. On na to:
- Tak, ale ja się deklinuję.
Błyskawiczna odpowiedź:
- To ja zadzwonię później.
No, tośmy się pośmiali, a teraz poważnie. Nawet bardzo poważnie. Gotuję mianowicie rosół. Po raz drugi w życiu. Jest na ogniu około godziny, przed chwilą uchyliłam pokrywki i co poczułam? No zapach rosołu właśnie! Jest dobrze, lepiej niż poprzednim razem, tak trzymać :)
Córka mię tu ostatnio pytała, z czym ma jeść kanapki, bo już jej się wszystko znudziło. No, mamy przecież książkę o kanapkach, to sobie tam poszukasz, odpowiedziałam i następnego ranka, przed wyjściem do pracy, zaczęłam przeglądać kucharskie książki. Ups. Nie ma o kanapkach, coś mi się pomerdało. Ale jest pozycja pod tytułem Zapiekanki, to w sumie też może się przydać. Okazało się, że nie, nie pasi jej... sama jednak zaczęłam przeglądać i ho ho, kto wie, czy w najbliższym czasie czegoś nie wykombinuję! Same odchudzające rzeczy, np. ziemniaki z sosem majonezowym.
Zaraz mi się żal zrobiło, że tyle tych książek stoi u mnie i wcale z nich nie korzystam. Inna sprawa, że mam strasznie zapuszczony piekarnik po latach i z tego powodu rzadko z niego korzystam, nie chce mi się na toto patrzeć... chyba jedyny na niego sposób to kupić nową kuchenkę :) najlepiej taką z bajerami, z grillem, termoobiegiem i diabli wiedzą co tam jeszcze nawymyślali od czasów, gdyśmy tę Ewę kupowali. Na początku mieliśmy kuchenkę odziedziczoną po poprzednich lokatorach i dopiero po długim czasie, przed planowanym remontem i wymianą, przyszło mi do głowy zajrzeć do szuflady, która była na dole pod piekarnikiem. A tam - odkrycie! Ziemniaki sobie pięknie rosną :) Zapomnieli Ślusarczyki je zabrać :) No a ze mnie przednia gospodyni, wiadomo.
Tymczasem wróćmy do Kozioła.
Stoi koło łóżka i nie ma siły, będzie stał tam nadal, bo niby gdzie wyemigruje? Mam co prawda zrobić jeszcze regalik koło biurka, ale coś mi się nie chce za to zabrać, Pan Stolarz ma odmienną koncepcję od mojej i nie wiem, jak go przekonać.
Wyjaśnienie wydawnictwa:
oraz wyjaśnienie autora:
Oto wspomniana wyżej sprawiedliwość według Estreichera:
Alfabet krakowski to tak: można go przeczytać, można sobie darować, nic się złego nie stanie. Autor ciągle wraca do swych ulubionych tematów (jak drobny handel i przedsiębiorczość, które padają na pysk) i rejonów - oczywiście Zwierzyńca. Kto czytał inne jego książki, zna to już na pamięć. To swego rodzaju elegia na cześć odchodzącego w niebyt dawnego Krakowa, często zresztą z czasów PRL-owskich. Trochę o krakowskich postaciach, trochę o dawnych nazwach i wyrażeniach, które dziś już mało kto pamięta. A to o grzybku do cerowania, a to o gównie Lenina, a to o okrągłych lusterkach z podobizną BB (pamiętam!), a to o krakowskich dziwakach, a to o gruźliczance, tradycyjnie o Barze Na Stawach i o kindrach...
Lektura na zimowe niedzielne popołudnie.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo WAM Kraków 2009, 191 stron
W własnej półki (kupione 19 stycznia 2015 roku)
Przeczytałam 3 stycznia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Wchodzę ci ja na stronę Księgarni Akademickiej, a tam wśród nowości trzeci tom Historii kina! Kompletnie się go nie spodziewałam tak szybko. Zaszłam do Bonito.pl sprawdzić, ile taniej można go tam nabyć, a tymczasem jest niedostępny. Zajrzałam więc na allegro... i był... u jednego jedynego sprzedawcy, za to z Krakowa :) Tak więc w piąteczek pofatygowałam się na ulicę Miodową do tamtejszej księgarni:
Nooooooo, trochę to grube było i ciężkie :) Pan proponował mi dwie siatki dla pewności, ale udało się wepchnąć tomiszcze do torby:
Proszę bardzo, oto dowód na to, ile ma stron:
Zapłaciłam 49,50 zł.
Czego nie mogę pojąć, to dlaczego każdy tom jest wydany inaczej. Kino nieme w miękkiej okładce. Kino klasyczne w twardej okładce. Kino nowofalowe w twardej okładce z obwolutą. Jak wobec tego będzie wyglądać tom ostatni - kino współczesne? Coś już nie widzę innych możliwości :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film czeski DZIKIE PSZCZOŁY (Divoké včely), reż. Bohdan Sláma, 2001
Trailer:
Życie w małej wiosce położonej w północnych Morawach, z dala od wielkiego świata i jego rozlicznych konfliktów, składa się z dwóch elementów - "nicnierobienia" i przesiadywania w barze. Po czterdziestu latach komunizmu pozostały tylko na wpół zrujnowany kościółek, opuszczone obszary rolne, 99-procentowe bezrobocie i bar. Swoją bezradność mieszkańcy wioski maskują poczuciem humoru i nadzieją na... "wydarzenie roku", czyli - zabawę u strażaków. Kaja, syn samozwańczego mędrca wioski, jest nieśmiałym leśnikiem, któremu wpadła w oko Bożka, prowadząca w wiosce sklepik. Jednak dziewczyna skłania się raczej ku Ladzie, lokalnemu dandysowi, naśladowcy Michaela Jacksona. Kaja nie może się z nim równać. Niespodziewanie jednak do wioski powraca jego brat i rozpoczyna się zabawa u strażaków. Następnego ranka nic nie będzie już takie, jak dawniej...
7/10
2/ film nr 33 z listy TOP 250 portalu IMDB - LEON ZAWODOWIEC (Léon), reż. Luc Besson, 1994
Trailer:
Leon jest płatnym zabójcą. W niczym nie przypomina męskiego, twardego i nieposkromionego złoczyńcy. Wręcz przeciwnie: jest cichy, spokojny, na co dzień pije mleko. Pewnego dnia skorumpowana policja zabija swojego dostawcę narkotyków i jego rodzinę. Przeżyła tylko córka, która postanawia zemścić się na zabójcach. To niezwykle trudne zlecenie otrzymuje Leon, u którego młoda dziewczyna znajduje schronienie.
9/10
3/ film polski HISTORIA JEDNEGO MYŚLIWCA, reż. Hubert Drapella, 1958
Film w całości:
Dzieje Stefana, młodego lotnika z dywizjonu 306, który bierze udział w słynnej bitwie o Anglię. Podczas lotu bojowego nad kanałem La Manche jego samolot zostaje strącony. Stefan dostaje się na boję ratunkową, na której przebywa już lotnik niemiecki. Udaje mu się wrócić do bazy i wziąć udział w następnych akcjach bojowych. Ponownie strącony - tym razem nad Francją, po raz kolejny uchodzi z życiem...
5/10
4/ film włoski MIO PAPA' (Mój tatuś), reż. Giulio Base, 2014
Trailer:
Lorenzo pracuje na platformie i schodzi na ląd jedynie, by się zabawić. Któregoś wieczoru poznaje Claudię i wygląda na to, że ich historia będzie miała przyszłość. Jednak Claudia ma 6-letniego syna, któremu ciężko jest zaakceptować obecność obcego mężczyzny w domu.
6/10
środa, 6 stycznia 2016
Andrzej Chwalba - Ostatni salon PRL
Czyli Rzecz o Franciszku Xawerym hrabim Pusłowskim.
Dziopa z Podgórza mi doniosła, że coś takiego wyszło. No, ponieważ to w jakiś sposób związane z Collegium Maius (to przecież prof. Estreicher namówił Pusłowskiego na darowiznę dla UJ), musiałam mieć :)
I wybrałam na pierwszą noworoczną lekturę. Właściwie miała to być ostatnia książka w starym roku, ale gwałtowny globus wywrócił wszelkie plany sylwestrowe - musiałyśmy wręcz przełożyć świętowanie na 2 stycznia :)
Na okładce jak zwykle same superlatywy, po to ona, ta okładka jest :)
Ale tak do końca nie byłam zachwycona lekturą. No bo przeczytać 270 stron i w końcu stwierdzić, że wiele w głowie nie zostało - to raczej nie jest sukces czytelniczy... Wychodzi mi na to, że Chwalba popełnił hagiografię: jego bohater to wzór cnót (lub prawie), ideał dżentelmena, dyplomaty, pedagoga, pana domu. A tak ważna sprawa, jak okoliczności przekazania dorobku Pusłowskich Uniwersytetowi (tego dorobku, którego Franciszek Xawery tak strzegł), ledwo krótką wzmianką skwitowane. I skierowanie czytelnika do innej publikacji, autorstwa Chwalby. No dobrze, ja akurat ją mam i będę mogła zaspokoić swą ciekawość, ale wydaje mi się to nadużyciem w stosunku do czytelnika. Choć oczywiście autor mógł kierować się zasadą, że nie będzie powtarzał tego, co napisał w innej monografii... ale bez tego biografia Pusłowskiego wydaje mi się niepełna.
Zastanawiam się też, czy słusznie Chwalba zrezygnował z szerszych wzmianek na temat homoseksualizmu bohatera. Wspomina się zaledwie o jednym długoletnim przyjacielu. Czy jednak te tłumy młodych ludzi, sportowców, bokserów (do których Pusłowski miał słabość) przewijały się przez jego dom bez żadnych podtekstów erotycznych? I nie chodzi o zaspokojenie chorej ciekawości - przecież mowa o bardzo ważnej części życia każdego człowieka - gdyby był donżuanem w klasycznym stylu, na pewno pojawiłby się cały rozdział o jego podbojach...
Uważam i poważam prof. Chwalbę za jego arcyciekawie napisane tomy Dziejów Krakowa. Może dlatego Ostatni salon PRL pozostawił mi uczucie pewnego niedosytu... a może to jego bohater nie był aż tak interesującą postacią? Ale dobrze, że książka powstała i wypełniła pewną lukę.
Początek:
Koniec:
Wyd. PWN Warszawa 2015, 270 stron
Z własnej półki (kupiona 27 listopada 2015 roku w Bonito.pl za 27,93 zł)
Przeczytałam 2 stycznia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Jeden tylko :)
Nabyty z narażeniem życia!
Zacznijmy od tego, że w niedzielę rano kaloryfery były zimne. Po dwóch godzinach zorientowałam się, że coś jest nie halo i zaczęłam szukać w internecie. Niestety, znalazłam. Rozszczelniona rura, brak ogrzewania dla Bronowic, Azorów i Białego Prądnika. Prognozy - do wieczora. Jednak dopiero około 20.00 udało się dzielnym panom z MPEC dostać do rury (wcześniej trzeba było odpompować Bóg wie ile gorącej wody, strażacy dzielnie pomagali), a o 3.00 nad ranem zakończyć naprawę. Rozpoczęto powolny rozruch, napełnianie i w rezultacie około 9.00 w poniedziałek kaloryfery zaczęły być letnie. A tymczasem NA POLU minus 15 stopni... Po niedzielnym obiedzie udałyśmy się do swoich łóżek i bardzo przyjemnie, w ciepełku, spędziłyśmy resztę wieczoru :) Pierwszy chyba raz spałam w polarze narzuconym na piżamę... i w skarpetkach. I jakoś się nie spociłam...
A w poniedziałek około 10.00 ruszyłam do Nowej Huty po odbiór Voglera. Nic mnie nie było w stanie odstraszyć od tej wycieczki krajoznawczej. Ani -15 stopni ani niekursujące tramwaje w Bronowicach. Ubrałam się jak na Syberię i OK. No, prawie. Jak czekałam na przystanku przy placu Centralnym to trochę już zaczęłam przymarzać. No i wyprawa ta zajęła mi trzy godziny! Całe szczęście, że rano ugotowałam zupkę, bo bym nie zdążyła do pracy. Ach, gorąca zupka to w zimie podstawa!
Toteż gdy sobie wszystko przemyślałam, zrezygnowałam z odbierania kolejnej książki z allegro w domu właścicielki... gdzieś na końcu świata, tylko innym, za Borkiem Fałęckim bodajże... co gorsza po ciemku, bo dopiero około 19-20 dziewczyna wraca do domu... więc pomyślałam, przemyślałam i przelałam pieniądze za przesyłkę :) Teraz ona będzie musiała maszerować na pocztę :)
Nawiasem mówiąc, podliczyłam nowe książki w 2015... 146 sztuk... o 15 więcej niż udało się przeczytać w całym roku... carramba, trzeba naprawdę przystopować :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film włoski SOAP OPERA, reż. Alessandro Genovesi, 2014
Trailer:
Komedyjka, ale nawet zgrabna, uwiodła mnie swoją niewłoskością, raczej takim brytyjskim sznytem :)
7/10
2/ nr 32 z listy TOP 250 portalu IMDB - BULWAR ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA (Sunset Blvd.), reż. Billy Wilder, 1950
Końcówka:
Joe Gillis (William Holden), scenarzysta-bankrut, zaczyna ukrywać się przed mężczyzną, który chce odebrać mu samochód na poczet jego długów. Schronienie znajduje na ulicy 10086 Sunset Boulevard, w rezydencji dawnej gwiazdy kina niemego Normy Desmond (Gloria Swanson). Kobieta łudzi się, że miliony fanów nadal za nią szaleją, dlatego też planuje powrót na ekrany w stworzonym przez siebie obrazie "Salome". Gdy dowiaduje się, że Joe jest scenarzystą, prosi go, aby pomógł jej dokończyć scenariusz. Mężczyzna wie, iż jej dzieło jest kiepskie, jednak nie mając innego wyjścia - głównie z powodu braku pieniędzy - zgadza się na propozycję. Tygodnie mijają, a Joe nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo uzależniony staje się od kobiety...
10/10
3/ film polski DWOJE Z WIELKIEJ RZEKI, reż. Konrad Nałęcki, 1958
Film w całości:
Dzieje skomplikowanej miłości dwojga młodych, których dzieli tradycja. Stary Wiślak nienawidzi Niemców, bo w czasie wojny zabili mu żonę . . . Stary Rang nienawidzi Polaków, bo zabrali mu jego dom w Koźlu . . . Wiślak ma syna Janka, Rang, córkę - Edith. Młodzi poznali się i pokochali. Chcą się pobrać, na co rodzice stanowczo się nie zgadzają...
Ach, młoda Barbara Wrzesińska - nie mogłam jej rozpoznać! A Bogusz Bilewski - jaki przystojniak!
7/10
4/ amerykańska komedia romantyczna MASZ WIADOMOŚĆ (You've Got Mail), reż. Nora Ephron, 1998
Obowiązkowa projekcja noworoczna :)
Trailer:
Manhattan, czasy współczesne. Dwoje nieznanych sobie ludzi pracuje w tej samej branży. On jest właścicielem sieci księgarń obejmujących całe miasto, ona jest właścicielką niewielkiego lokalu, gdzie sprzedaje się książki dla dzieci. Zgodnie z zasadą konkurencji są wrogami. Ale któregoś dnia nawiązują przypadkowy kontakt przez internet - tak rodzi się wzajemna sympatia.
9/10
5/ film japoński SANJURO SAMURAJ ZNIKĄD (Tsubaki Sanjûrô), reż. Akira Kurosawa, 1962
Trailer:
Dziewięciu młodych samurajów zaniepokojonych rosnącą korupcją wśród najwyższych urzędników miasta, gromadzi się nocą w opuszczonej świątyni. Ich spisek zostaje jednak odkryty, zaś kryjówka otoczona. Z pomocą przychodzi im cyniczny samuraj, który przypadkiem obrał sobie świątynię za miejsce noclegu.
8/10
6/ kolejne dwa odcinki rosyjskiego serialu RIEŁTOR ((Риэлтор), reż. Aleksandr Chwan, 2005
Na YT w całości:
Z okazji piątego dnia Nowego Roku podjęłam rezolucję: nie będę już oglądać filmów w poniedziałki i środy,kiedy wracam z pracy przed 21.00. Dość tych wyścigów! Wracam sobie do domu langsam langsam i czytam spokojnie, zamiast ścigać się z czasem. Dziś zarządzenie nie obowiązuje ze względu na święto :)
I w ogóle - spokojniej nieco, bez zrywów, bez paniki, że nie zdążę...
Dziopa z Podgórza mi doniosła, że coś takiego wyszło. No, ponieważ to w jakiś sposób związane z Collegium Maius (to przecież prof. Estreicher namówił Pusłowskiego na darowiznę dla UJ), musiałam mieć :)
I wybrałam na pierwszą noworoczną lekturę. Właściwie miała to być ostatnia książka w starym roku, ale gwałtowny globus wywrócił wszelkie plany sylwestrowe - musiałyśmy wręcz przełożyć świętowanie na 2 stycznia :)
Na okładce jak zwykle same superlatywy, po to ona, ta okładka jest :)
Ale tak do końca nie byłam zachwycona lekturą. No bo przeczytać 270 stron i w końcu stwierdzić, że wiele w głowie nie zostało - to raczej nie jest sukces czytelniczy... Wychodzi mi na to, że Chwalba popełnił hagiografię: jego bohater to wzór cnót (lub prawie), ideał dżentelmena, dyplomaty, pedagoga, pana domu. A tak ważna sprawa, jak okoliczności przekazania dorobku Pusłowskich Uniwersytetowi (tego dorobku, którego Franciszek Xawery tak strzegł), ledwo krótką wzmianką skwitowane. I skierowanie czytelnika do innej publikacji, autorstwa Chwalby. No dobrze, ja akurat ją mam i będę mogła zaspokoić swą ciekawość, ale wydaje mi się to nadużyciem w stosunku do czytelnika. Choć oczywiście autor mógł kierować się zasadą, że nie będzie powtarzał tego, co napisał w innej monografii... ale bez tego biografia Pusłowskiego wydaje mi się niepełna.
Zastanawiam się też, czy słusznie Chwalba zrezygnował z szerszych wzmianek na temat homoseksualizmu bohatera. Wspomina się zaledwie o jednym długoletnim przyjacielu. Czy jednak te tłumy młodych ludzi, sportowców, bokserów (do których Pusłowski miał słabość) przewijały się przez jego dom bez żadnych podtekstów erotycznych? I nie chodzi o zaspokojenie chorej ciekawości - przecież mowa o bardzo ważnej części życia każdego człowieka - gdyby był donżuanem w klasycznym stylu, na pewno pojawiłby się cały rozdział o jego podbojach...
Uważam i poważam prof. Chwalbę za jego arcyciekawie napisane tomy Dziejów Krakowa. Może dlatego Ostatni salon PRL pozostawił mi uczucie pewnego niedosytu... a może to jego bohater nie był aż tak interesującą postacią? Ale dobrze, że książka powstała i wypełniła pewną lukę.
Początek:
Koniec:
Wyd. PWN Warszawa 2015, 270 stron
Z własnej półki (kupiona 27 listopada 2015 roku w Bonito.pl za 27,93 zł)
Przeczytałam 2 stycznia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Jeden tylko :)
Nabyty z narażeniem życia!
Zacznijmy od tego, że w niedzielę rano kaloryfery były zimne. Po dwóch godzinach zorientowałam się, że coś jest nie halo i zaczęłam szukać w internecie. Niestety, znalazłam. Rozszczelniona rura, brak ogrzewania dla Bronowic, Azorów i Białego Prądnika. Prognozy - do wieczora. Jednak dopiero około 20.00 udało się dzielnym panom z MPEC dostać do rury (wcześniej trzeba było odpompować Bóg wie ile gorącej wody, strażacy dzielnie pomagali), a o 3.00 nad ranem zakończyć naprawę. Rozpoczęto powolny rozruch, napełnianie i w rezultacie około 9.00 w poniedziałek kaloryfery zaczęły być letnie. A tymczasem NA POLU minus 15 stopni... Po niedzielnym obiedzie udałyśmy się do swoich łóżek i bardzo przyjemnie, w ciepełku, spędziłyśmy resztę wieczoru :) Pierwszy chyba raz spałam w polarze narzuconym na piżamę... i w skarpetkach. I jakoś się nie spociłam...
A w poniedziałek około 10.00 ruszyłam do Nowej Huty po odbiór Voglera. Nic mnie nie było w stanie odstraszyć od tej wycieczki krajoznawczej. Ani -15 stopni ani niekursujące tramwaje w Bronowicach. Ubrałam się jak na Syberię i OK. No, prawie. Jak czekałam na przystanku przy placu Centralnym to trochę już zaczęłam przymarzać. No i wyprawa ta zajęła mi trzy godziny! Całe szczęście, że rano ugotowałam zupkę, bo bym nie zdążyła do pracy. Ach, gorąca zupka to w zimie podstawa!
Toteż gdy sobie wszystko przemyślałam, zrezygnowałam z odbierania kolejnej książki z allegro w domu właścicielki... gdzieś na końcu świata, tylko innym, za Borkiem Fałęckim bodajże... co gorsza po ciemku, bo dopiero około 19-20 dziewczyna wraca do domu... więc pomyślałam, przemyślałam i przelałam pieniądze za przesyłkę :) Teraz ona będzie musiała maszerować na pocztę :)
Nawiasem mówiąc, podliczyłam nowe książki w 2015... 146 sztuk... o 15 więcej niż udało się przeczytać w całym roku... carramba, trzeba naprawdę przystopować :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film włoski SOAP OPERA, reż. Alessandro Genovesi, 2014
Trailer:
Komedyjka, ale nawet zgrabna, uwiodła mnie swoją niewłoskością, raczej takim brytyjskim sznytem :)
7/10
2/ nr 32 z listy TOP 250 portalu IMDB - BULWAR ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA (Sunset Blvd.), reż. Billy Wilder, 1950
Końcówka:
Joe Gillis (William Holden), scenarzysta-bankrut, zaczyna ukrywać się przed mężczyzną, który chce odebrać mu samochód na poczet jego długów. Schronienie znajduje na ulicy 10086 Sunset Boulevard, w rezydencji dawnej gwiazdy kina niemego Normy Desmond (Gloria Swanson). Kobieta łudzi się, że miliony fanów nadal za nią szaleją, dlatego też planuje powrót na ekrany w stworzonym przez siebie obrazie "Salome". Gdy dowiaduje się, że Joe jest scenarzystą, prosi go, aby pomógł jej dokończyć scenariusz. Mężczyzna wie, iż jej dzieło jest kiepskie, jednak nie mając innego wyjścia - głównie z powodu braku pieniędzy - zgadza się na propozycję. Tygodnie mijają, a Joe nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo uzależniony staje się od kobiety...
10/10
3/ film polski DWOJE Z WIELKIEJ RZEKI, reż. Konrad Nałęcki, 1958
Film w całości:
Dzieje skomplikowanej miłości dwojga młodych, których dzieli tradycja. Stary Wiślak nienawidzi Niemców, bo w czasie wojny zabili mu żonę . . . Stary Rang nienawidzi Polaków, bo zabrali mu jego dom w Koźlu . . . Wiślak ma syna Janka, Rang, córkę - Edith. Młodzi poznali się i pokochali. Chcą się pobrać, na co rodzice stanowczo się nie zgadzają...
Ach, młoda Barbara Wrzesińska - nie mogłam jej rozpoznać! A Bogusz Bilewski - jaki przystojniak!
7/10
4/ amerykańska komedia romantyczna MASZ WIADOMOŚĆ (You've Got Mail), reż. Nora Ephron, 1998
Obowiązkowa projekcja noworoczna :)
Trailer:
Manhattan, czasy współczesne. Dwoje nieznanych sobie ludzi pracuje w tej samej branży. On jest właścicielem sieci księgarń obejmujących całe miasto, ona jest właścicielką niewielkiego lokalu, gdzie sprzedaje się książki dla dzieci. Zgodnie z zasadą konkurencji są wrogami. Ale któregoś dnia nawiązują przypadkowy kontakt przez internet - tak rodzi się wzajemna sympatia.
9/10
5/ film japoński SANJURO SAMURAJ ZNIKĄD (Tsubaki Sanjûrô), reż. Akira Kurosawa, 1962
Trailer:
Dziewięciu młodych samurajów zaniepokojonych rosnącą korupcją wśród najwyższych urzędników miasta, gromadzi się nocą w opuszczonej świątyni. Ich spisek zostaje jednak odkryty, zaś kryjówka otoczona. Z pomocą przychodzi im cyniczny samuraj, który przypadkiem obrał sobie świątynię za miejsce noclegu.
8/10
6/ kolejne dwa odcinki rosyjskiego serialu RIEŁTOR ((Риэлтор), reż. Aleksandr Chwan, 2005
Na YT w całości:
Z okazji piątego dnia Nowego Roku podjęłam rezolucję: nie będę już oglądać filmów w poniedziałki i środy,kiedy wracam z pracy przed 21.00. Dość tych wyścigów! Wracam sobie do domu langsam langsam i czytam spokojnie, zamiast ścigać się z czasem. Dziś zarządzenie nie obowiązuje ze względu na święto :)
I w ogóle - spokojniej nieco, bez zrywów, bez paniki, że nie zdążę...
wtorek, 29 grudnia 2015
Rainer Maria Rilke - Malte
Lub Pamiętniki Malte-Lauridsa Brigge.
Porwałam się z motyką na słońce, jak się okazuje. Bo najpierw przeczytałam wstęp Mieczysława Jastruna i już brzmiało dla mnie zbyt mądrze... a co dopiero, gdy zaczęłam czytać powieść... Nie, nie było jakoś specjalnie TRUDNO, strona leciała za stroną i już byłam w połowie... tyle że nie przyjmowałam tego wewnętrznie...
A chodziło o kolejny tomik z serii NIKE. Nie zapowiadał się zbyt ciężko.
Bożesz ty mój, ależ obszarpane są te Nike... widać to dopiero na zdjęciu...
No ale oto co na skrzydełku napisało wydawnictwo:
Na drugim zacytowano Jastruna:
Wiadomo, że poeta łatwiej poetę zrozumie. A jak ktoś jest taki przyziemny jak ja... to wzrok mu się prześlizguje po kolejnych linijkach i nic z tego nie zostaje. Wiele razy złapałam się na powracaniu do poprzedniego zdania, bo po prostu nie rozumiałam tego, co czytam. Proza poetycka to coś nie dla mnie, okazuje się. Tak, zgodnie z sugestią Jastruna, ale też z własnego wnętrza pojawiały się porównania z Proustem i nagle taka wielka chęć - nierozdrabniania się na "planowe" książeczki, na jakieś tam Simenony, jakieś Doncowe, jacyś tam Niziurscy - nie, trzeba wziąć dzieło Marcela na tapetę i raz wreszcie dotrzeć do końca. Bo Proust jednak mocniej puka mi do duszy od Rilkego. Rilke zaledwie cichutko skrobie paznokciem. Owszem, były fragmenty, które mnie zainteresowały, ba! wciągnęły - to te z dzieciństwa w Danii, w jakiś sposób przypominające mi ten cudowny film Bergmana, jakże mu tam, Fanny i Aleksander.
Malte to coś pomiędzy powieścią a intymnym dziennikiem młodego człowieka przebywającego od trzech tygodni w Paryżu i obserwującego ludzką nędzę i własną niemoc twórczą. Wszechobecna śmierć i cierpienie to tematy, które zajmują młodego Malte bez reszty. Pojawia się też miłość, kobiety - miłujące, a nie miłowane... bowiem być miłowanym znaczy spalać się. Miłować - znaczy świecić niewyczerpanym olejem. Być kochanym - to przemijać, kochać - to trwać.
Początek:
Koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1979, 240 stron
Tytuł oryginalny: Die Aufzeichnungen des Malte Laurids Brigge
Przełożył: Witold Hulewicz
Seria NIKE
Z własnej półki
Przeczytałam 27 grudnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film japoński STRAŻ PRZYBOCZNA (Yôjinbô), reż. Akira Kurosawa, 1961
Na YT w całości po rosyjsku:
Historia samotnego wojownika, który w swej wędrówce przybywa do obcego miasta, terroryzowanego przez dwa zwalczające się klany. Oferuje swe usługi temu, kto da więcej, ale odkrywszy zdradę zleceniodawców, doprowadza do sytuacji, w której obie strony ponoszą klęskę.
9/10
2/ film czeski GNOJKI (Smradi), reż. Zdeněk Tyc, 2002
Cały film:
Film mówi o codziennej tolerancji, miłości i rodzinie.
Rodzina wyjeżdża z Pragi na wieś, chcąc znaleźć lepsze miejsce do wychowania swoich dwóch przybranych synów - Cyganów oraz własnego syna alergika. Ich marzenie o spokojnym i przytulnym 'własnym miejscu na ziemi' szybko pryska gdy młodszy z adoptowanych zostaje oskarżony przez sąsiada o wybicie szyby w samochodzie.
Miejscowi niechętnym okiem patrzą na przybyszy, atmosfera służy przemocy...
8/10
Porwałam się z motyką na słońce, jak się okazuje. Bo najpierw przeczytałam wstęp Mieczysława Jastruna i już brzmiało dla mnie zbyt mądrze... a co dopiero, gdy zaczęłam czytać powieść... Nie, nie było jakoś specjalnie TRUDNO, strona leciała za stroną i już byłam w połowie... tyle że nie przyjmowałam tego wewnętrznie...
A chodziło o kolejny tomik z serii NIKE. Nie zapowiadał się zbyt ciężko.
Bożesz ty mój, ależ obszarpane są te Nike... widać to dopiero na zdjęciu...
No ale oto co na skrzydełku napisało wydawnictwo:
Na drugim zacytowano Jastruna:
Wiadomo, że poeta łatwiej poetę zrozumie. A jak ktoś jest taki przyziemny jak ja... to wzrok mu się prześlizguje po kolejnych linijkach i nic z tego nie zostaje. Wiele razy złapałam się na powracaniu do poprzedniego zdania, bo po prostu nie rozumiałam tego, co czytam. Proza poetycka to coś nie dla mnie, okazuje się. Tak, zgodnie z sugestią Jastruna, ale też z własnego wnętrza pojawiały się porównania z Proustem i nagle taka wielka chęć - nierozdrabniania się na "planowe" książeczki, na jakieś tam Simenony, jakieś Doncowe, jacyś tam Niziurscy - nie, trzeba wziąć dzieło Marcela na tapetę i raz wreszcie dotrzeć do końca. Bo Proust jednak mocniej puka mi do duszy od Rilkego. Rilke zaledwie cichutko skrobie paznokciem. Owszem, były fragmenty, które mnie zainteresowały, ba! wciągnęły - to te z dzieciństwa w Danii, w jakiś sposób przypominające mi ten cudowny film Bergmana, jakże mu tam, Fanny i Aleksander.
Malte to coś pomiędzy powieścią a intymnym dziennikiem młodego człowieka przebywającego od trzech tygodni w Paryżu i obserwującego ludzką nędzę i własną niemoc twórczą. Wszechobecna śmierć i cierpienie to tematy, które zajmują młodego Malte bez reszty. Pojawia się też miłość, kobiety - miłujące, a nie miłowane... bowiem być miłowanym znaczy spalać się. Miłować - znaczy świecić niewyczerpanym olejem. Być kochanym - to przemijać, kochać - to trwać.
Początek:
Koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1979, 240 stron
Tytuł oryginalny: Die Aufzeichnungen des Malte Laurids Brigge
Przełożył: Witold Hulewicz
Seria NIKE
Z własnej półki
Przeczytałam 27 grudnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film japoński STRAŻ PRZYBOCZNA (Yôjinbô), reż. Akira Kurosawa, 1961
Na YT w całości po rosyjsku:
Historia samotnego wojownika, który w swej wędrówce przybywa do obcego miasta, terroryzowanego przez dwa zwalczające się klany. Oferuje swe usługi temu, kto da więcej, ale odkrywszy zdradę zleceniodawców, doprowadza do sytuacji, w której obie strony ponoszą klęskę.
9/10
2/ film czeski GNOJKI (Smradi), reż. Zdeněk Tyc, 2002
Cały film:
Film mówi o codziennej tolerancji, miłości i rodzinie.
Rodzina wyjeżdża z Pragi na wieś, chcąc znaleźć lepsze miejsce do wychowania swoich dwóch przybranych synów - Cyganów oraz własnego syna alergika. Ich marzenie o spokojnym i przytulnym 'własnym miejscu na ziemi' szybko pryska gdy młodszy z adoptowanych zostaje oskarżony przez sąsiada o wybicie szyby w samochodzie.
Miejscowi niechętnym okiem patrzą na przybyszy, atmosfera służy przemocy...
8/10
niedziela, 27 grudnia 2015
Georges Simenon - Maigret et le client du samedi
Czyli Maigret i sobotni klient.
Od paru tygodni bowiem w soboty w poczekalni u Maigreta pojawiał się pewien gość z zajęczą wargą, ale zanim dochodziło do przyjęcia go przez komisarza - znikał. Wreszcie odważył się na wizytę bezpośrednio w domu Maigretów i nie tylko zepsuł im kolację, która wystygła wyjęta z piekarnika, ale i nastrój komisarza. Oznajmił bowiem ni mniej ni więcej to, że zamierza zabić dwoje ludzi: żonę i jej kochanka...
W trakcie lektury książka się lekko zdekompletowała, biedaczka...
W ogóle te Simenony strasznie są wymęczone życiem :)
O, a choinkę - po zeszłorocznych doświadczeniach z wynoszeniem świerka w donicy (nie było łatwo) - w tym roku mamy sztuczną :(
Planchon wszystko obmyślił, żeby pozbyć się żony i swego pracownika, który powoli zajął jego miejsce zarówno w domu, w małżeńskiej sypialni jak i w pracy (niedużym zakładzie malarsko-remontowym), a przy tym samemu nie wpaść w ręce policji, wszak ma 7-letnią córkę, którą uwielbia, któż się nią zaopiekuje, jeśli zabraknie oboje rodziców. Powstaje pytanie, dlaczego wobec tego zjawił się u Maigreta i wyznał mu wszystko. Żeby komisarz go zrozumiał i poparł jego zamiary? Żeby go od tego odwiódł? Nie wiadomo. Planchon wychodzi, obiecując jednak, że będzie codziennie dzwonił. To była sobota. W niedzielę się nie odezwał, ale w poniedziałkowy wieczór zatelefonował, tyle że z rozmowy nikt nie był zadowolony, ani komisarz ani Planchon. Na końcu nieszczęśnik rzucił ironiczne dziękuję panu, które długo będzie dźwięczeć w uszach Maigreta, bowiem od tej pory nie można było znaleźć żadnego śladu człowieka z zajęczą wargą. Maigret przesłuchał zarówno panią Planchon jak i jej kochanka, oboje jednak twierdzą, że wyjechał, zabrawszy w dwóch walizkach swoje rzeczy. Zaczyna się żmudna praca detektywistyczna, ludzie komisarza przepytują w okolicznych barach, nikt nie widział Planchona od poniedziałkowego wieczoru. Maigret decyduje się zrobić rewizję w jego domu...
Przypomniała mi się ciekawostka: Maigretowie kupili sobie właśnie telewizor i wieczorne posiłki jadają teraz siedząc koło siebie, a nie naprzeciwko... żeby oglądać telewizję. Toteż komisarz ma za złe Planchonowi, że uniemożliwił mu obejrzenie sobotniego variété :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Presses de la Cité, Paris 1962, 185 stron
Z własnej półki (kupione 8 kwietnia 1988 roku w antykwariacie za 460 zł)
Przeczytałam 26 grudnia 2015 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Tym razem pod choinką znalazło się dla mnie parę książek, co nie trafia się często :)
Więc dwa reportaże Swietłany Aleksijewicz:
oraz jeden Colina Thubrona:
Muszę to wszystko jakoś przeorganizować, poskładać do kupy, bo mi się znów rozpełzło po różnych regałach...
Córka mnie obdarzyła monografią Michałkowa, z czego bardzo się cieszę. Albowiem gryplan jest taki, że gdy skończę oglądanie dorobku aktorskiego Liubszina, zabiorę się za Nikitę.
Wspomniana córka moja rodzona specjalizuje się w Ameryce, zwłaszcza jeśli chodzi o filmy, ale poczytać coś też lubi, więc dostała od swojej mamuńci dwie pozycje ;)
A od wuja wypasioną książkę o Nowym Jorku:
Zamieszczam tutaj, bo póki co prowadzimy wspólne gospodarstwo, więc i jej książki na razie są częścią mojego księgozbioru :) Zresztą też będę chciała je przeczytać.
W tematach książkowych pozostając - mój Ojczasty z miejsca sobie wynalazł na którymś z regałów jakąś powieść i zagłębił się w niej, no i oczywiście zabrał ze sobą :) To coś Mendozy, ale nie pamiętam tytułu.
Jemu to zawdzięczam geny 'bibliofilstwa', choć takiego w skromnym zakresie (bez kolekcjonowania białych kruków). No i sporą część księgozbioru :)
Do listy moich 'szczęść' mogę dodać i to, że dorastałam w domu pełnym książek i złapałam książkowego bakcyla już w dzieciństwie.
Po pozbyciu się różnych rupieci oto moja jaskinia:
Akcja jeszcze nie zakończona. Planujemy wysprzedać dziecięce książki (z tych dolnych półek) - oczywiście tylko te, do których nikt już nie zagląda - oraz wyprać pluszaki i komuś je przekazać. Wydałyśmy już masę puzzli (mam cichą nadzieję, że wszystkie były kompletne) i różne gry, bo Pan Stolarz ma 7-letniego synka :)
(Kable od projektora i DVD w głowach łóżka doprowadzają mnie do szału, ale na razie nie wymyśliłam, co z nimi zrobić. Może jak przyjdzie fachowiec od remontów (ten pokój jako jedyny w całym mieszkaniu czeka jeszcze na odświeżenie), to coś zaproponuje...
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film polski DEZERTER, reż. Witold Lesiewicz, 1958
Na YT w całości:
Przymusowo wcielony do Wehrmachtu Robert ucieka z wojska. Tropi go gestapo oraz folksdojcz Heinrich.
6/10
2/ zaczynam kolejny serial rosyjski z udziałem Stanisława Liubszina - RIEŁTOR (Риэлтор), reż. Aleksandr Chwan, 2005
Obejrzałam pierwsze dwa odcinki i nawet nawet :) Rzecz o dwóch oszustach działających w Petersburgu, genialnie zmieniających powierzchowność i sposób bycia, by wyłudzać mieszkania i pozostawiający za sobą ruiny i zgliszcza. Riełtor to zdaje się pracownik biura nieruchomości.
3/ obiecałam córce, że w święta obejrzymy wspólnie Kevina :)
Tak więc KEVIN SAM W DOMU (Home Alone), reż. Chris Columbus, 1990
Parę fragmentów:
Przez świąteczny pośpiech ośmioletni Kevin zostaje sam w domu na Boże Narodzenie.
7/10
4/ KEVIN SAM W NOWYM JORKU (Home Alone 2: Lost in New York), reż. Chris Columbus, 1992
Trailer:
Kevin przypadkowo trafia do Nowego Jorku, gdzie spotyka złodziei, którzy chcieli kiedyś obrabować jego dom.
6/10
Od paru tygodni bowiem w soboty w poczekalni u Maigreta pojawiał się pewien gość z zajęczą wargą, ale zanim dochodziło do przyjęcia go przez komisarza - znikał. Wreszcie odważył się na wizytę bezpośrednio w domu Maigretów i nie tylko zepsuł im kolację, która wystygła wyjęta z piekarnika, ale i nastrój komisarza. Oznajmił bowiem ni mniej ni więcej to, że zamierza zabić dwoje ludzi: żonę i jej kochanka...
W trakcie lektury książka się lekko zdekompletowała, biedaczka...
W ogóle te Simenony strasznie są wymęczone życiem :)
O, a choinkę - po zeszłorocznych doświadczeniach z wynoszeniem świerka w donicy (nie było łatwo) - w tym roku mamy sztuczną :(
Planchon wszystko obmyślił, żeby pozbyć się żony i swego pracownika, który powoli zajął jego miejsce zarówno w domu, w małżeńskiej sypialni jak i w pracy (niedużym zakładzie malarsko-remontowym), a przy tym samemu nie wpaść w ręce policji, wszak ma 7-letnią córkę, którą uwielbia, któż się nią zaopiekuje, jeśli zabraknie oboje rodziców. Powstaje pytanie, dlaczego wobec tego zjawił się u Maigreta i wyznał mu wszystko. Żeby komisarz go zrozumiał i poparł jego zamiary? Żeby go od tego odwiódł? Nie wiadomo. Planchon wychodzi, obiecując jednak, że będzie codziennie dzwonił. To była sobota. W niedzielę się nie odezwał, ale w poniedziałkowy wieczór zatelefonował, tyle że z rozmowy nikt nie był zadowolony, ani komisarz ani Planchon. Na końcu nieszczęśnik rzucił ironiczne dziękuję panu, które długo będzie dźwięczeć w uszach Maigreta, bowiem od tej pory nie można było znaleźć żadnego śladu człowieka z zajęczą wargą. Maigret przesłuchał zarówno panią Planchon jak i jej kochanka, oboje jednak twierdzą, że wyjechał, zabrawszy w dwóch walizkach swoje rzeczy. Zaczyna się żmudna praca detektywistyczna, ludzie komisarza przepytują w okolicznych barach, nikt nie widział Planchona od poniedziałkowego wieczoru. Maigret decyduje się zrobić rewizję w jego domu...
Przypomniała mi się ciekawostka: Maigretowie kupili sobie właśnie telewizor i wieczorne posiłki jadają teraz siedząc koło siebie, a nie naprzeciwko... żeby oglądać telewizję. Toteż komisarz ma za złe Planchonowi, że uniemożliwił mu obejrzenie sobotniego variété :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Presses de la Cité, Paris 1962, 185 stron
Z własnej półki (kupione 8 kwietnia 1988 roku w antykwariacie za 460 zł)
Przeczytałam 26 grudnia 2015 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Tym razem pod choinką znalazło się dla mnie parę książek, co nie trafia się często :)
Więc dwa reportaże Swietłany Aleksijewicz:
oraz jeden Colina Thubrona:
Muszę to wszystko jakoś przeorganizować, poskładać do kupy, bo mi się znów rozpełzło po różnych regałach...
Córka mnie obdarzyła monografią Michałkowa, z czego bardzo się cieszę. Albowiem gryplan jest taki, że gdy skończę oglądanie dorobku aktorskiego Liubszina, zabiorę się za Nikitę.
Wspomniana córka moja rodzona specjalizuje się w Ameryce, zwłaszcza jeśli chodzi o filmy, ale poczytać coś też lubi, więc dostała od swojej mamuńci dwie pozycje ;)
A od wuja wypasioną książkę o Nowym Jorku:
Zamieszczam tutaj, bo póki co prowadzimy wspólne gospodarstwo, więc i jej książki na razie są częścią mojego księgozbioru :) Zresztą też będę chciała je przeczytać.
W tematach książkowych pozostając - mój Ojczasty z miejsca sobie wynalazł na którymś z regałów jakąś powieść i zagłębił się w niej, no i oczywiście zabrał ze sobą :) To coś Mendozy, ale nie pamiętam tytułu.
Jemu to zawdzięczam geny 'bibliofilstwa', choć takiego w skromnym zakresie (bez kolekcjonowania białych kruków). No i sporą część księgozbioru :)
Do listy moich 'szczęść' mogę dodać i to, że dorastałam w domu pełnym książek i złapałam książkowego bakcyla już w dzieciństwie.
Po pozbyciu się różnych rupieci oto moja jaskinia:
Akcja jeszcze nie zakończona. Planujemy wysprzedać dziecięce książki (z tych dolnych półek) - oczywiście tylko te, do których nikt już nie zagląda - oraz wyprać pluszaki i komuś je przekazać. Wydałyśmy już masę puzzli (mam cichą nadzieję, że wszystkie były kompletne) i różne gry, bo Pan Stolarz ma 7-letniego synka :)
(Kable od projektora i DVD w głowach łóżka doprowadzają mnie do szału, ale na razie nie wymyśliłam, co z nimi zrobić. Może jak przyjdzie fachowiec od remontów (ten pokój jako jedyny w całym mieszkaniu czeka jeszcze na odświeżenie), to coś zaproponuje...
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film polski DEZERTER, reż. Witold Lesiewicz, 1958
Na YT w całości:
Przymusowo wcielony do Wehrmachtu Robert ucieka z wojska. Tropi go gestapo oraz folksdojcz Heinrich.
6/10
2/ zaczynam kolejny serial rosyjski z udziałem Stanisława Liubszina - RIEŁTOR (Риэлтор), reż. Aleksandr Chwan, 2005
Obejrzałam pierwsze dwa odcinki i nawet nawet :) Rzecz o dwóch oszustach działających w Petersburgu, genialnie zmieniających powierzchowność i sposób bycia, by wyłudzać mieszkania i pozostawiający za sobą ruiny i zgliszcza. Riełtor to zdaje się pracownik biura nieruchomości.
3/ obiecałam córce, że w święta obejrzymy wspólnie Kevina :)
Tak więc KEVIN SAM W DOMU (Home Alone), reż. Chris Columbus, 1990
Parę fragmentów:
Przez świąteczny pośpiech ośmioletni Kevin zostaje sam w domu na Boże Narodzenie.
7/10
4/ KEVIN SAM W NOWYM JORKU (Home Alone 2: Lost in New York), reż. Chris Columbus, 1992
Trailer:
Kevin przypadkowo trafia do Nowego Jorku, gdzie spotyka złodziei, którzy chcieli kiedyś obrabować jego dom.
6/10
środa, 23 grudnia 2015
Magdalena Kwiecińska, Małgorzata Niechaj - Portrety twórców szopek krakowskich
Na szybkiego przedświątecznego tzw. chybcika machnęłam Szopki. Dużo czytania nie było :) więcej zdjęć ich twórców.
W ogóle to jestem gapa, bo myślałam, że to nowość i tak czytam, a we wszystkich opisach udział szopkarzy w konkursach kończy się w 2012 roku. Tak sobie myślę, co się stało, że później już szopek nie wystawiali... aż doszłam do nazwisk, które znam doskonale i wiem, że w zeszłym roku też byli... patrzę na datę wydania, a tu 2012! Ale mnie nabrali w tych Krzysztoforach :) Doprawdy nie rozumiem, jakim cudem nie widziałam tego wydawnictwa wcześniej, czyżby dopiero teraz wyciągnęli je z jakichś magazynów? Zazwyczaj przecież dosyć uważnie przeglądam tam półki.
No ale mniejsza o to. Czym innym jestem zawiedziona. Otóż, jak się można zorientować już po paru sylwetkach szopkarzy, autorki nie przeprowadziły z nimi wywiadów, tylko rozesłały im ankietę. I odpowiedziami na tę ankietę się zadowoliły. "Dzięki" temu postaci poszczególnych szopkarzy zlewają się ze sobą, choć przecież to kompletnie różne osoby, z różnych środowisk społecznych i zawodowych, nieraz nawet z różnych miast, bo nie wszyscy twórcy są rodzonymi krakusami, no i z różnymi motywacjami do budowania szopek. Ale wszyscy zostali ustawieni pod linijkę i próżno by szukać w tej publikacji ciekawostek. Pan taki a taki, urodzony tu i tu, związany z taką czy inną dzielnicą, pracował tam a tam, pierwsze szlify szopkarskie zdobywał pod okiem tego a tego twórcy, inspiracją dla niego są te a te zabytki, ulubione kolory takie a takie, używa gotowej pasmanterii albo nie, brał udział w tylu a tylu konkursach, a najlepsze odpowiedzi są na pytanie, gdzie pracuje - dwa warianty: w pokoju albo w kuchni. Ale jakim pokoju? Dużym pokoju, gdzie ma wydzielony kącik przez cały rok, gdy pracuje nad szopką? W sypialni? W specjalnym pokoiku, gdzie trzyma rozliczne materiały i narzędzia? Czy rodzina nie ma za złe, że szopkarz okupuje kuchenny stół? Czy żona nie przegania go, bo chce robić pierogi? Przecież chyba dla każdego jest jasne, że odpowiadając PISEMNIE na pytania, człowiek się nie rozkręci, nie zacznie od siebie czegoś opowiadać, zwłaszcza, że często gęsto nie ma biegłości w pisaniu, krępuje się dodać coś, o co wyraźnie nie pytają. Czyli błąd autorek w samym założeniu. Niestety. A przecież mogła to być pasjonująca opowieść... Szkoda.
Zapamiętam z tej lektury chyba tylko jedno zdanie. Zapisał je mieszkaniec Wieliczki, który zajął się szopkami niedawno, gdy zaczął chorować i praca ta stała się dla niego swoistą terapią. Mianowicie:
Podobno gdy Pan Bóg daje komuś pasję to tak, jakby dawał drugie życie.
Czyż nie prawdziwe to twierdzenie? Zawsze się cieszę, że mam swoje pasje - zwłaszcza, gdy spotykam ludzi, którzy są jej pozbawieni. Żal mi ich, bo nie wyobrażam sobie życia BEZ. I podskakuję do góry z radości, że ja swoje pasję mogę realizować i nigdy w życiu się jeszcze nie nudziłam :)
Chyba jestem w czepku urodzona :) Mam pracę, którą lubię, choć nie zarabiam kokosów mogę sobie jednak pozwolić na to, co kocham najbardziej czyli książki i filmy i języki (całe szczęście, że nie mam pasji do drogich sukni i szybkich samochodów - szczęście to czy świadomy wybór?), mam córkę, z którą potrafiłyśmy znaleźć wspólny język, ot po prostu dobrze nam razem, operacja się udała... no, już mam łzy w oczach z tego poczucia szczęścia :)
Wyd. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2012, 204 strony
Z własnej półki (kupione 8 grudnia 2015 za 20 zł w dwupaku z folderem o szopkach)
Przeczytałam 20 grudnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film czeski ROK DIABŁA (Rok ďábla), reż. Petr Zelenka, 2002
Fragment:
"Rok diabła" został wybrany Najlepszym Czeskim Filmem 2002 roku, otrzymał wiele nagród m.in. w Cottbus czy w Karlovych Warach. Obraz Petra Zelenki opowiada fikcyjną historię autentycznego bohatera - znanego czeskiego barda Jaromira Nohavicy. Film jest stylizowany na dokument, co dodaje mu pewnej autentyczności.
9/10
2/ film włoski LA BUCA (Dziura), reż. Daniele Ciprì, 2014
Trailer:
Bohaterzy komedii to adwokat od przekrętów, wiecznie węszący, kogo by tu można zaskarżyć o odszkodowanie i nieszczęśnik, który odsiedział prawie 30 lat w pace za niewinność. Los spiknął ich przy pomocy bezpańskiego psa, a prawnik postanowił wszcząć rewizję procesu.
7/10
No a na końcu tego szybkiego wpisu między krojeniem sałatki a prasowaniem obrusa składam moim wiernym czytelnikom (-czkom) życzenia spędzenia tych świątecznych dni w pogodzie ducha, wśród bliskich ludzi - i oczywiście wśród książek!
W ogóle to jestem gapa, bo myślałam, że to nowość i tak czytam, a we wszystkich opisach udział szopkarzy w konkursach kończy się w 2012 roku. Tak sobie myślę, co się stało, że później już szopek nie wystawiali... aż doszłam do nazwisk, które znam doskonale i wiem, że w zeszłym roku też byli... patrzę na datę wydania, a tu 2012! Ale mnie nabrali w tych Krzysztoforach :) Doprawdy nie rozumiem, jakim cudem nie widziałam tego wydawnictwa wcześniej, czyżby dopiero teraz wyciągnęli je z jakichś magazynów? Zazwyczaj przecież dosyć uważnie przeglądam tam półki.
No ale mniejsza o to. Czym innym jestem zawiedziona. Otóż, jak się można zorientować już po paru sylwetkach szopkarzy, autorki nie przeprowadziły z nimi wywiadów, tylko rozesłały im ankietę. I odpowiedziami na tę ankietę się zadowoliły. "Dzięki" temu postaci poszczególnych szopkarzy zlewają się ze sobą, choć przecież to kompletnie różne osoby, z różnych środowisk społecznych i zawodowych, nieraz nawet z różnych miast, bo nie wszyscy twórcy są rodzonymi krakusami, no i z różnymi motywacjami do budowania szopek. Ale wszyscy zostali ustawieni pod linijkę i próżno by szukać w tej publikacji ciekawostek. Pan taki a taki, urodzony tu i tu, związany z taką czy inną dzielnicą, pracował tam a tam, pierwsze szlify szopkarskie zdobywał pod okiem tego a tego twórcy, inspiracją dla niego są te a te zabytki, ulubione kolory takie a takie, używa gotowej pasmanterii albo nie, brał udział w tylu a tylu konkursach, a najlepsze odpowiedzi są na pytanie, gdzie pracuje - dwa warianty: w pokoju albo w kuchni. Ale jakim pokoju? Dużym pokoju, gdzie ma wydzielony kącik przez cały rok, gdy pracuje nad szopką? W sypialni? W specjalnym pokoiku, gdzie trzyma rozliczne materiały i narzędzia? Czy rodzina nie ma za złe, że szopkarz okupuje kuchenny stół? Czy żona nie przegania go, bo chce robić pierogi? Przecież chyba dla każdego jest jasne, że odpowiadając PISEMNIE na pytania, człowiek się nie rozkręci, nie zacznie od siebie czegoś opowiadać, zwłaszcza, że często gęsto nie ma biegłości w pisaniu, krępuje się dodać coś, o co wyraźnie nie pytają. Czyli błąd autorek w samym założeniu. Niestety. A przecież mogła to być pasjonująca opowieść... Szkoda.
Zapamiętam z tej lektury chyba tylko jedno zdanie. Zapisał je mieszkaniec Wieliczki, który zajął się szopkami niedawno, gdy zaczął chorować i praca ta stała się dla niego swoistą terapią. Mianowicie:
Podobno gdy Pan Bóg daje komuś pasję to tak, jakby dawał drugie życie.
Czyż nie prawdziwe to twierdzenie? Zawsze się cieszę, że mam swoje pasje - zwłaszcza, gdy spotykam ludzi, którzy są jej pozbawieni. Żal mi ich, bo nie wyobrażam sobie życia BEZ. I podskakuję do góry z radości, że ja swoje pasję mogę realizować i nigdy w życiu się jeszcze nie nudziłam :)
Chyba jestem w czepku urodzona :) Mam pracę, którą lubię, choć nie zarabiam kokosów mogę sobie jednak pozwolić na to, co kocham najbardziej czyli książki i filmy i języki (całe szczęście, że nie mam pasji do drogich sukni i szybkich samochodów - szczęście to czy świadomy wybór?), mam córkę, z którą potrafiłyśmy znaleźć wspólny język, ot po prostu dobrze nam razem, operacja się udała... no, już mam łzy w oczach z tego poczucia szczęścia :)
Wyd. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2012, 204 strony
Z własnej półki (kupione 8 grudnia 2015 za 20 zł w dwupaku z folderem o szopkach)
Przeczytałam 20 grudnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film czeski ROK DIABŁA (Rok ďábla), reż. Petr Zelenka, 2002
Fragment:
"Rok diabła" został wybrany Najlepszym Czeskim Filmem 2002 roku, otrzymał wiele nagród m.in. w Cottbus czy w Karlovych Warach. Obraz Petra Zelenki opowiada fikcyjną historię autentycznego bohatera - znanego czeskiego barda Jaromira Nohavicy. Film jest stylizowany na dokument, co dodaje mu pewnej autentyczności.
9/10
2/ film włoski LA BUCA (Dziura), reż. Daniele Ciprì, 2014
Trailer:
Bohaterzy komedii to adwokat od przekrętów, wiecznie węszący, kogo by tu można zaskarżyć o odszkodowanie i nieszczęśnik, który odsiedział prawie 30 lat w pace za niewinność. Los spiknął ich przy pomocy bezpańskiego psa, a prawnik postanowił wszcząć rewizję procesu.
7/10
No a na końcu tego szybkiego wpisu między krojeniem sałatki a prasowaniem obrusa składam moim wiernym czytelnikom (-czkom) życzenia spędzenia tych świątecznych dni w pogodzie ducha, wśród bliskich ludzi - i oczywiście wśród książek!
Etykiety:
Cracoviana,
Czeski film,
Film włoski,
W tym tygodniu oglądam,
Z własnej półki
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































