Tym razem poszło błyskawicznie :)
Co kryminał, to kryminał. Choć na okładce napisano, że pastisz.
Nie bardzo rozumiem, dlaczego pastisz - bo co, przyznać się do napisania "ordynarnego" kryminału to wstyd? Czy też chodzi o to, żeby sobie nikt nie pomyślał, że autorzy dołączają do popularnego, może nieco już wyeksploatowanego nurtu literatury sensacyjnej osadzonej w konkretnym mieście w XIX-tym wieku? I dlaczego ciż autorzy używają pseudonimu, skoro i tak na tylnej okładce wyłożona kawa na ławę?
A może jak się korzysta z dawnych wzorców (patrz Agata Christie) to na wszelki wypadek lepiej się asekurować, że to pastisz, a nie dzieło na serio?
No, jak było tak było, a czytało się miło.
Troszkę byłam uprzedzona, ale zmieniłam zdanie podczas lektury. Owszem, recepta na taką książkę jest prosta: wziąć rocznik Czasu, przestudiować kronikę wypadków i ogłoszenia drobne i jak najwięcej z tego wpakować do środka. Nie zapominając o opisach topograficznych. I najpierw myślałam, że mnie to będzie denerwować, że takie tam cymesy w rodzaju skręciła w lewo, minęła dom, w którym zamordowano matkę Bałuckiego i poszła prosto w kierunku kościoła Mariackiego to dobre dla tych, co spoza Krakowa... a jednak! Miło śledzić ruchy bohaterów, fajnie zastanawiać się, czy aby autor nie pomylił się z latami (no ale skoro Myślik sprawdzał tropy cracovianistyczne, to mu wierzymy), frajdę sprawia domyślenie się od razu, że student Tadeusz to pewnie będzie Żeleński... no po prostu miła rozrywka na lutowy wieczór.
Początek:
Koniec:
Wyd. ZNAK Kraków 2015, 282 strony
Z biblioteki w Jordanówce
Przeczytałam 15 lutego 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Wypatrzyłam na stronie Muzeum Narodowego publikację taką, za złotówkę :)
Żeby ją kupić, należało udać się do Gmachu Głównego w godzinach 12-15, poprosić pana z portierni o połączenie z Sekcją Sprzedaży i za chwilę zeszła miła pani z siatką. Ale uprzedzam - tekstu jest tam tylko parę stron, reszta to ilustracje.
Nadeszły też te krakowskie szlaki, co to je zakupiłam po 24 zł.
Były wysłane, zgodnie z moim życzeniem, inpostem, który na stronie śledź przesyłkę doniósł, że 9 lutego w południe dotarła ona do Krakowa i będzie wręczona doręczycielowi. Po czym komunikat ten wisiał 5 dni! A szóstego w południe doręczyciel doręczył. Mnie się nie spieszy, no ale jak to możliwe, żeby paczka gniła gdzieś w magazynie tyle czasu!
A zawierała jeszcze toto:
Bo dokupiłam brakującą część :)
Szczerze mówiąc, do tej pory miałam tom II, cz. 1 - i nie wiem, czy część druga tomu drugiego w ogóle występuje w przyrodzie.
Żeby sprzątnąć z podłogi trzeci tom Kina, musiałam wyeksmitować słownik czeski na górę :)
No i patrzcie, jaki każdy tom jest inny. Mam obawy, że tom czwarty nie zmieści się na wysokość...
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ Na Walentynki zafundowałam sobie komedię romantyczną. Ale żeby nie było za zwyczajnie, chińską. Egzotycznie miało być, panimajetie.
Taaa...
Z egzotyki to jedynie widziałam debilne miny panienek robiących sobie selfie. Ale to już chyba i u nas nastało. Te dziubki, te rozłożone palce przykładane z boku do ust, ta szczególna intonacja frazy ale głupi jesteś...
Film nazywa się SPOSÓB NA MĘŻCZYZNĘ (Sa Jiao Nu Ren Zui Hao Ming), reż. Ho-cheung Pang, 2014 i jest gdziesik tam u nich hitem. Opowiada historię dziewczyny, która od lat kumpluje się z Marco i liczy na coś więcej, ale ten nagle przywozi sobie z podróży do Tajwanu narzeczoną. Więc Angie przy pomocy przyjaciółek zabiera się do nauki flirtowania, by odbić chłopaka.
Trailer:
5/10
2/ A wczoraj stary dobry czeski film czyli SEX W BRNIE, reż. Vladimír Morávek, 2003. Nazwany tak, żeby przyciągnąć durną publiczność, która najwyraźniej nie potrafi inaczej dokonać wyboru. Albowiem tytuł oryginalny brzmi Nuda v Brně.
Fragment:
Pierwszy raz spotkali się na zawodach sportowych w Vyškovie. Standa pchał kulą, Olinka biegła sprinta. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Piszą do siebie od zeszłej wiosny. Standa Pichlak jest trochę powolny - uczęszczał do szkoły specjalnej. Potem uczył się na ogrodnika. Zawsze podobały mu się kaktusy i wierzył, że będzie ich tam dużo. Ale pomylił się. Więc rzucił naukę po roku. Ma żółte papiery, 178 centymetrów wzrostu i waży 75 kilo. Najbardziej z z wszystkiego lubi... swojego brata. Olinka Šimáková, 24 lata, 166 cm, 56 kg. Ma wątpliwą urodę, nieprzeciętnie wielkie serce i duże zmartwienie z nadopiekuńczą mamusią, która bardzo się o nią martwi. Listowna znajomość rozwinęła się na tyle, że musi dojść do kolejnego spotkania, i być może - pierwszej wspólnej nocy. Standa i Olinka chcą rozpocząć życie seksualne - wiedzą już co, nie wiedzą jednak - jak! Trochę opóźnieni w rozwoju i zdominowani przez najbliższych są dziecięco wręcz niewinni w "tych sprawach". Historia spotkania Standy i Olinki urozmaicona jest epizodycznymi opowiadaniami o kilkunastu godzinach z życia mieszkańców jednej z brneńskich kamienic. Mąż - masochista, którego wymaganiom nie chce i nie potrafi sprostać zdegustowana żona, dalej - pracownica uniwersytetu, specjalistka od stosunków damsko - męskich, która wyjątkowo, jak na eksperta - psychologa, nie radzi sobie z mężczyznami, to tylko niektóre z oryginalnych postaci. Wspólnym mianownikiem wszystkich przygód jest strach przed samotnością i pragnienie seksualnego spełnienia, co niekoniecznie ma związek z miłością.
7/10
środa, 17 lutego 2016
niedziela, 14 lutego 2016
Joanna Olkiewicz - Kallimach Doświadczony
No nie. Trzy tygodnie! Trzy tygodnie czytałam jedną książkę!
Ale żebym chociaż czytała!
A tu tymczasem albo dwie stroniczki wieczorem, albo kilka w drodze do pracy - albo wcale!
Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale kompletnie nie odczuwałam braku lektury (tylko delikatne wyrzuty sumienia).
Wychodzi na to, że skupiam się raczej na posiadaniu niż używaniu, fe, wstyd.
Istotnie coś tam nowego przybywa, projektuję nowy regał... a to w związku z zaplanowanym malowaniem pokoju. Najpierw znalazłam w jednym z wnętrzarskich czasopism (hm, te jakoś czytam) kolor 'zapach Prowansji' i postanowiłam nim upiększyć dwie ściany, doszłam do wniosku, że najpierw jednak trzeba wymienić drzwi do szafy, już umówiłam Pana Stolarza na wizytę i mierzenie, gdy stanęłam przed regałem obok, myśląc o dorobieniu na dole szuflad, na górze nadstawki... i wtedy grom z jasnego nieba! Jakie dorobienie do starego grata! Trzeba zamówić nowy! Głębszy, wyższy, z kilkoma szufladami. No i już. Przepadło. Pan Stolarz pobrał miary, poinstruował mnie, ile trzeba liczyć na każdą półkę, na szuflady, wedle tych instrukcji rozrysowałam sobie całość co do pół centymetra, posłałam skan i teraz czekam. I, jak to mówią Włosi, non vedo l'ora czyli nie mogę się doczekać. Powiedział, że do końca lutego zrobi. Ale ja go znam :) Jednakże... dopiero po tych pracach mogę umówić malarza. A wszystko to chciałabym oczywiście skończyć przed świętami.
A, jeszcze krzesełeczko zamówiłam. Wspominałam, że jestem maniaczką thonetów? No. To już będzie ostatnie.
I chciałam zauważyć, że jak 1 stycznia podpisywałam umowę na dodatkowe usługi, płatne 2,5 tysiąca co dwa miesiące, to z planem, że sobie te pieniądze będę odkładać. Na emeryturę znaczy.
Cóż, chyba nie odłożę, zwłaszcza, że przecież Praga w maju :)
A tu jeszcze taka sprawa wyszła, że padła nagrywarka w laptopie. Jako że jeszcze ją obejmowała gwarancja, udałam się do sklepu oddać sprzęcik do naprawy/wymiany. Wcześniej telefonicznie mnie uprzedzono, że trzy tygodnie bez kompa mnie czekają. Hm. Od jakiegoś już czasu dumałam nad zakupem drugiego, bo niby w domu staram się do komputera mało zbliżać, ale jednak... i bywa, że mi córka stoi nad głową i jojczy, kiedy skończę. W sumie każda powinna mieć swój.
Więc... skorzystałam z okazji i nabyłam ten drugi :) Córka wspaniałomyślnie dołożyła mi pińćset, więc nie to, że się wypstrykałam z ostatnich pieniędzy. Mamy tu Windows 10. Stanęło na umowie dżentelmeńskiej, że stary komp po powrocie z naprawy będzie jej, a nowy mój. To dobrze, bo wolę tę dziesiątkę od paskudnego Windows 8. Aliści. Jest tu ta nowa przeglądarka Microsoft Edge. Na początku założyłam, że jej właśnie będę używać. Ale to nieprzeciętne dziadostwo, niestety. I teraz, gdy zaczęłam konstruować notkę, mało nie zwariowałam, dwie godziny prawie spędziłam na użeraniu się i w końcu przeszłam na ściągniętego przez córkę Firefoxa. Niebo a ziemia.
No i jeszcze to. Jak się ktoś zapisze na newsletter z Magicznego Krakowa, to przy każdym kolejnym newsletterze (co tydzień chyba) dostaje też możliwość uczestniczenia w konkursie. I ja pilnie uczestniczę, bowiem celuję na wygranie biletu wolnego wstępu do Muzeum Historycznego. Na razie mi się nie udało, za to wygrałam wejściówki do Loch Camelot. Takie tam przedstawionko, jak ktoś czytał W oparach absurdu, to wszystko zna :) ale taki oto suchar mi się spodobał:
Syn do ojca:
- Tato, chcę się ożenić.
- No no, a z kim że to?
- Z Mieciem.
- Czyś ty chłopie zwariował??? Przecież to Żyd!
Cały nasz antysemityzm pięknie jak na dłoni :) Konsultowałam się z Włochami, czy dla nich ten dowcip ma sens. Otóż nie. U nich byłoby raczej:
- Przecież to Albańczyk!
Dobra, fajnie mi się tu nawija, ale obowiązki czekają, jeszcze chwila, a obiad trzeba robić (dziś znowu jednak ja - patrz niżej).
Więc - Kallimach.
Po Wicie Stwoszu Rożka obowiązkowy wybór. Wszak właśnie Stwosz jest autorem (projektantem) wspaniałego nagrobka Kallimacha w prezbiterium kościoła Dominikanów.
Książka ma już swoje lata, a została wydana w serii Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, dedykowanej, jak sądzę, młodym ludziom interesującym się historią.
Takie mam inne pozycje:
Ze skrzydełka:
I z drugiego skrzydełka:
I teraz co. Rzecz napisana potoczyście, widać, że z miłością autorki do bohatera (jej pochwały wydają mi się wręcz miejscami przesadne), na szerokim tle nie tylko polskim, ale europejskim, przede wszystkim włoskim - przypominam, że Kallimach to pseudonim florentyńczyka Filippo Buonaccorsi, który musiał zwiewać przed mściwym papieżem Pawłem II aż w dalekie sarmackie krainy - także węgierskim, gdzie spędził kilka młodych lat Zygmunt Stary. To właśnie szerokie tło pozwoliło rozwinąć pracę Joanny Olkiewicz aż do prawie 300 stron, bo przecież sam życiorys Kallimacha i jego "nowatorskiego, postępowego i twórczego wkładu do polskiej kultury" tyle by nie zajął.
Passus ze strony 155, mówiący o śmierci św. Kazimierza królewicza (jednego z wychowanków Kallimachowych), dał mi jednak do myślenia. Brzmi on tak:
Zgnębiony Kazimierz Jagiellończyk wybudował synowi kaplicę nagrobną przy kościele katedralnym w Krakowie, potem zaś zwłoki świętego królewicza przeniesiono na Wawel.
Jedno i drugie ewidentna bzdura. I co z tym zrobić? Dobrze, powie ktoś, pomyliła się autorka. Ale jeżeli pomyliła się tu, to kto mi zaręczy, że i gdzie indziej nie popełniła błędów? Że tu akurat pomyłkę wychwyciłam, ale ile innych błędnych informacji przyjęłam za dobrą monetę?
Załóżmy jednak, że to jednorazowy wybryk i że ogrom wiadomości zawarty w książce może się tylko młodemu człowiekowi przysłużyć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1981, 277 stron
Seria: nie wiem, jak się nazywa :(
Z własnej półki
Przeczytałam 13 lutego 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Przeczytałam wzmiankę o tej książce w ostatnim numerze ALMA MATER, zadzwoniłam do Akademickiej, mają. Ale tym razem coś mnie tknęło i zajrzałam na allegro. Była, za połowę ceny (15 zł), z odbiorem w Nowej Hucie. Tym razem się obeszło bez ekscesów, znalazłam blok od razu :)
To są wywiady z profesorami UJ.
Poniżej jest za to przykład klasycznego machnięcia się.
Zobaczyłam o poranku, że jest na allegro jeden z tych tomów cyklu Krakowskim szlakiem... których mi brakuje - za 36 zł, ale z odbiorem w Krakowie. Więc hop, biorę.
A następnego ranka pojawiły się kolejne (i ten też), u innego sprzedawcy, po 24 zł. Żesz to!
Te znalazłam na półce w Jordanówce i przywlokłam do domu:
Ale przed chwilą zajrzałam do pierwszego tomu Dzieł Sienkiewicza... a tam są te humoreski :) tak więc trzeba będzie się przespacerować jeszcze raz, żeby oddać.
A córka zabrała się za Godzinę pąsowej róży i z dziesięć razy przychodziła do mnie z pretensjami, że taka tępa ta dziołcha, że nic tylko zabić. Wczoraj skończyła, a dziś rano patrzę, a tu w kompie film :) godzi się zaznaczyć, że córka polskich filmów nie ogląda z zasady, biedna jest pod wielkim wpływem amerykanizacji :)
Dotarł wreszcie do mnie pierwszy tom Wyspiańskiego, kupiony na allegro oj dawno temu, odebrany z domu sprzedawcy przez mojego przyjaciela, który blisko tam mieszka, no ale zobaczyliśmy się dopiero teraz.
Potem byłam na wystawie i przyniosłam katalog:
Następnie zajrzałam jednak do Akademickiej:
To już jedenasty tom z serii monografii uniwersyteckich budynków. W życiu tam nie byłam :(
A to obok to katalog innej jeszcze wystawy, na którą dopiero się wybiorę. Strasznie nie po drodze leży ten Dom Zwierzyniecki i bywam tam rzadko. No ale Dębniki to jedna z krakowskich miłości, więc trzeba :)
DOMOWO
A tu oto jak mnie motywuje córka. Do schudnięcia.
Wracam wieczorem z pracy, a pod poduszką znajduję zapakowane w świąteczny papier:
Hi hi hi. To album na zdjęcia sprzed lat, gdzie włożyłam wycięte z jakiegoś francuskiego czasopisma porady gimnastyczne. Pokutuje toto pod sufitem i nawet nie pamiętałam, że jest, a ona tymczasem wynalazła, dorobiła okładkę i voila :)
Poza tym zwróciła się do mnie z pretensją, że ciągle to samo na obiad.
- Nie ma sprawy, jutro będzie co innego, bo zrobisz Ty!
Zawzięła się, dobrze, zrobi. Pizzę.
Za pierwszy razem nieco jej pomagałam (albo inaczej, ona nieco mi pomagała). Za drugim razem odważyła się na samodzielne zarobienie ciasta. Za trzecim razem już tylko spoglądałam czujnym okiem i musiałam zapalić piekarnik, bo tego się boi. Za czwartym razem... gorąca pizza czekała na mnie po przyjściu z pracy.
Tak. Cztery razy pod rząd była pizza. I to się NIE nazywa ciągle to samo na obiad :)
PRYWATA DO DZIOPY Z PODGÓRZA
Odszukałam tych Helclów (a nie było to proste, bo ubzdurałam sobie, że książka jest większego formatu, miejsc, gdzie takie stoją lub leżą, jest zdecydowanie mniej, przejrzałam wszystko i mało mnie szlag nie trafił - no przecież na pewno miałam! w końcu, dla spokoju sumienia, przepatrzyłam inne i wtedy się znalazło). Tak, jak mówiłam, to materiały z sesji.
A ta inna, co po nią chodziłam (bezskutecznie) do Helclów, to będzie ta:
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film japoński RUDOBRODY (Akahige), reż. Akira Kurosawa, 1965
Trailer:
Rudobrody, to lekarz z kliniki dla ubogich do której zostaje skierowany młody lekarz Yasumoto. Początkowo Yasumoto lekceważy swojego szefa i pracę w jego klinice. W miarę upływu czasu zaczyna widzieć, że Rudobrody jest świetnym lekarzem całkowicie poświęcającym się swojej pracy i pacjentom.
9/10
2/ film polski KALOSZE SZCZĘŚCIA, reż. Antoni Bohdziewicz, 1958
Cały film:
Starsze panie - wróżki Terencja i Felicja - posłużyły malarzowi Makowskiemu jako modele do ilustracji bajek. Po wydaniu książki, na przyjęciu w pracowni okazuje się, że we wszystkich egzemplarzach bajek zniknęły strony z ilustracjami przedstawiającymi wróżki. One tymczasem wędrują po Krakowie. Parasol służy im jako antena, dzięki której kontaktują się z "krainą czarów". Zamierzają udać się na szczyt wieży Kościoła Mariackiego, gdzie dostaną "kalosze szczęścia". Dzięki tym niezwykłym butom można dowolnie przenosić się w czasie i przestrzeni.
8/10
3/ włoska komedia romantyczna na nowe tysiąclecie AMORE OGGI (Miłość dzisiaj), reż. Giuseppe Stasi, Giancarlo Fontana, 2014
Trailer:
Cztery przeplatające się (i przewrotne)historie miłosne z początku XXI wieku.
7/10
4/ czeski film ŻELARY (Želary), reż. Ondřej Trojan, 2003
Trailer:
Eliška jest pielęgniarką działającą w ruchu oporu. Gdy naziści zacieśniają obławę na konspiratorów, musi ukryć się z dala od miasta u prostego chłopa Jozy.
8/10
5/ film nr 37 z listy TOP 250 portali IMDB - OBYWATEL KANE (Citizen Kane), reż. Orson Welles, 1941
Trailer:
Kiedy 76-letni Charles Foster Kane, magnat prasowy, na łożu śmierci wypowiada jedno, jedyne słowo, "Różyczka", wszyscy zgromadzeni w ogromnym zamku Kane'a Xanadu popadają w konsternację. Nawet przeprowadzona przez grupę dziennikarzy wnikliwa analiza kronik filmowych nie daje odpowiedzi na pytanie, co oznacza owa enigmatyczna "Różyczka". Ani w życiu publicznym Kane'a, ani jego życiu towarzyskim i zawodowym nie można znaleźć rozwiązania dręczącej wszystkich zagadki. Jeden z reporterów postanawia rozszyfrować znaczenie tego słowa. Najpierw poznaje szczegóły nieszczęśliwego dzieciństwa Kane'a, a potem przeprowadza wywiady z czterema najważniejszymi postaciami z jego życia. Co gorsza, nikt z nich nie potrafi wyjaśnić znaczenia "Różyczki", a rozwiązanie tej frapującej kwestii staje się coraz bardziej odległe...
10/10
6/ kolejne dwa odcinki (9 i 10) rosyjskiego serialu RIEŁTOR
5/ film amerykański NIENAWISTNA ÓSEMKA (The Hateful Eight), reż. Quentin Tarantino, 2015
Trailer:
Kilka lat po wojnie secesyjnej przez wietrzne pustkowia Wyoming podróżują łowca nagród John Ruth (Kurt Russell), znany jako "Szubienica", oraz zbiegła przestępczyni Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Ruth ma zamiar doprowadzić kobietę przed oblicze sprawiedliwości. Podczas podróży spotykają innego okrytego złą sławą łowcę nagród majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson), niegdyś żołnierza walczącego po stronie Unii, oraz Chrisa Mannixa (Walton Goggins), renegata z Południa i samozwańczego szeryfa miasta Red Rock, do którego zmierzają. Podróżni zbaczają jednak ze szlaku podczas zamieci śnieżnej. Schronienie znajdują w zajeździe na górskiej przełęczy, gdzie zostają powitani przez czterech nieznajomych: Boba (Demian Bichir) opiekującego się lokalem, kata z Red Rock Oswaldo Mobraya (Tim Roth), kowboja Joego Gage'a (Michael Madsen) i byłego konfederackiego generała Sanforda Smithersa (Bruce Dern). Gdy gwałtowna nawałnica uderza w górski przyczółek, ósemka podróżników zaczyna rozumieć, że szanse dotarcia do Red Rock są bardzo małe.
8/10
6/ film węgierski SWOBODNE OPADANIE (Szabadesés), reż. György Pálfi, 2014
Trailer:
"Jaką chcesz herbatę? Mamy miętową" – mamrocze starsza kobieta do apatycznego męża, z którym mieszka w zagraconym mieszkaniu. Następnie wstaje i idzie na dach bloku, skąd patrzy na wieczorne niebo nad Budapesztem. A potem skacze. W miarę jak spada, na mgnienie oka spoglądamy w kolejne okna do innych mieszkań. Potem do nich wrócimy. Siedem pięter, siedem identycznie zaprojektowanych mieszkań, ale zupełnie inne światy. Siedem sytuacji, siedem różnych historii, które mimo wszystko łączą tysiące powiązań. To jakby absurdalne, trochę tajemnicze obrazy współczesnej rzeczywistości widzianej w krzywym zwierciadle.
7/10
7/ film amerykański KUMIKO POSZUKIWACZKA SKARBÓW (Kumiko, the Treasure Hunter), reż. David Zellner, 2014
Trailer:
Japonka znajduje ukrytą kopię filmu "Fargo". Wierzy, że jest to mapa wskazująca miejsce, gdzie schowana została duża suma pieniędzy.
7/10
8/ film włoski LA MADRE (Matka), reż. Angelo Maresca, 2014
Trailer:
Oj, jak mi się nie podobało. To niby luźno na podstawie powieści (czy opowiadania?) noblistki Grazii Deleddy, tyle że przeniesione w nasze czasy. W związku z tym nie obeszło się bez scen seksu, nawet w konfesjonale (jako że rzecz dotyczy księdza). Nie jestem purytanką, ale to było dość ohydne.
Nawet nie dałam oceny (inna sprawa, że filmu nie ma na Filwebie).
9/ film polski KRZYŻ WALECZNYCH, reż. Kazimierz Kutz, 1958
Fragment:
Obraz składa się z trzech nowel, do których scenariusze powstały w oparciu o twórczość Józefa Hena. Akcja wszystkich rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. Krzyż: Franek Socha to wiejski fajtłapa i poczciwina. Podczas wojny wykazuje się jednak bohaterstwem i zostaje odznaczony Krzyżem Walecznych. Ma nadzieję, że po powrocie do rodzinnej wsi odzyska uznanie w oczach rodziny i znajomych. Wojnę postrzega jednak tylko jako działania frontowe. Po powrocie do domu przeżywa szok, gdy okazuje się, że wojna dotarła także tu, a z jego wsi zostały jedynie zgliszcza. Pies: Studium duchowej patologii spowodowanej przez wojnę. Do oddziału polskich żołnierzy przyplątuje się bezpański pies. Okazuje się jednak, że zwierzę zostało wyszkolone przez esesmanów do pilnowania jeńców w Oświęcimiu. Polacy wyładowują na nim swą nienawiść. Wdowa: Film pełen humoru i łagodnej satyry. Po wojnie, w małym miasteczku na Ziemiach Zachodnich ludzie próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Do miasteczka przybywa wdowa po bohaterze wojennym. Miejscowi traktują ją niemal jak obiekt kultu. Mało kto dostrzega, że jest ona wciąż młodą i atrakcyjną kobietą, która chętniej niż o żałobie, myśli o przyszłości.
8/10
10/ film amerykański PRAKTYKANT (The Intern), reż. Nancy Meyers, 2015
Trailer:
Obejrzałam, bo rzecz o emerycie, który usiłuje zapełnić pustkę życia pozbawionego pracy, a zwłaszcza po śmierci żony, z którą przeżyli 42 lata - stażem w internetowym sklepie z ciuchami dla kobiet.
A ja lubię filmy o starości.
Niestety, to nie film, to bajeczka dla grzecznych dzieci :(
Nie mam nic przeciwko takich filmom... tylko nie powinnam ich oglądać, to dla mnie strata czasu.
6/10
Jak widać, trochę zmieniłam podejście do swoich wyborów. Daję szansę nowszym filmom :)
Ale żebym chociaż czytała!
A tu tymczasem albo dwie stroniczki wieczorem, albo kilka w drodze do pracy - albo wcale!
Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale kompletnie nie odczuwałam braku lektury (tylko delikatne wyrzuty sumienia).
Wychodzi na to, że skupiam się raczej na posiadaniu niż używaniu, fe, wstyd.
Istotnie coś tam nowego przybywa, projektuję nowy regał... a to w związku z zaplanowanym malowaniem pokoju. Najpierw znalazłam w jednym z wnętrzarskich czasopism (hm, te jakoś czytam) kolor 'zapach Prowansji' i postanowiłam nim upiększyć dwie ściany, doszłam do wniosku, że najpierw jednak trzeba wymienić drzwi do szafy, już umówiłam Pana Stolarza na wizytę i mierzenie, gdy stanęłam przed regałem obok, myśląc o dorobieniu na dole szuflad, na górze nadstawki... i wtedy grom z jasnego nieba! Jakie dorobienie do starego grata! Trzeba zamówić nowy! Głębszy, wyższy, z kilkoma szufladami. No i już. Przepadło. Pan Stolarz pobrał miary, poinstruował mnie, ile trzeba liczyć na każdą półkę, na szuflady, wedle tych instrukcji rozrysowałam sobie całość co do pół centymetra, posłałam skan i teraz czekam. I, jak to mówią Włosi, non vedo l'ora czyli nie mogę się doczekać. Powiedział, że do końca lutego zrobi. Ale ja go znam :) Jednakże... dopiero po tych pracach mogę umówić malarza. A wszystko to chciałabym oczywiście skończyć przed świętami.
A, jeszcze krzesełeczko zamówiłam. Wspominałam, że jestem maniaczką thonetów? No. To już będzie ostatnie.
I chciałam zauważyć, że jak 1 stycznia podpisywałam umowę na dodatkowe usługi, płatne 2,5 tysiąca co dwa miesiące, to z planem, że sobie te pieniądze będę odkładać. Na emeryturę znaczy.
Cóż, chyba nie odłożę, zwłaszcza, że przecież Praga w maju :)
A tu jeszcze taka sprawa wyszła, że padła nagrywarka w laptopie. Jako że jeszcze ją obejmowała gwarancja, udałam się do sklepu oddać sprzęcik do naprawy/wymiany. Wcześniej telefonicznie mnie uprzedzono, że trzy tygodnie bez kompa mnie czekają. Hm. Od jakiegoś już czasu dumałam nad zakupem drugiego, bo niby w domu staram się do komputera mało zbliżać, ale jednak... i bywa, że mi córka stoi nad głową i jojczy, kiedy skończę. W sumie każda powinna mieć swój.
Więc... skorzystałam z okazji i nabyłam ten drugi :) Córka wspaniałomyślnie dołożyła mi pińćset, więc nie to, że się wypstrykałam z ostatnich pieniędzy. Mamy tu Windows 10. Stanęło na umowie dżentelmeńskiej, że stary komp po powrocie z naprawy będzie jej, a nowy mój. To dobrze, bo wolę tę dziesiątkę od paskudnego Windows 8. Aliści. Jest tu ta nowa przeglądarka Microsoft Edge. Na początku założyłam, że jej właśnie będę używać. Ale to nieprzeciętne dziadostwo, niestety. I teraz, gdy zaczęłam konstruować notkę, mało nie zwariowałam, dwie godziny prawie spędziłam na użeraniu się i w końcu przeszłam na ściągniętego przez córkę Firefoxa. Niebo a ziemia.
No i jeszcze to. Jak się ktoś zapisze na newsletter z Magicznego Krakowa, to przy każdym kolejnym newsletterze (co tydzień chyba) dostaje też możliwość uczestniczenia w konkursie. I ja pilnie uczestniczę, bowiem celuję na wygranie biletu wolnego wstępu do Muzeum Historycznego. Na razie mi się nie udało, za to wygrałam wejściówki do Loch Camelot. Takie tam przedstawionko, jak ktoś czytał W oparach absurdu, to wszystko zna :) ale taki oto suchar mi się spodobał:
Syn do ojca:
- Tato, chcę się ożenić.
- No no, a z kim że to?
- Z Mieciem.
- Czyś ty chłopie zwariował??? Przecież to Żyd!
Cały nasz antysemityzm pięknie jak na dłoni :) Konsultowałam się z Włochami, czy dla nich ten dowcip ma sens. Otóż nie. U nich byłoby raczej:
- Przecież to Albańczyk!
Dobra, fajnie mi się tu nawija, ale obowiązki czekają, jeszcze chwila, a obiad trzeba robić (dziś znowu jednak ja - patrz niżej).
Więc - Kallimach.
Po Wicie Stwoszu Rożka obowiązkowy wybór. Wszak właśnie Stwosz jest autorem (projektantem) wspaniałego nagrobka Kallimacha w prezbiterium kościoła Dominikanów.
Książka ma już swoje lata, a została wydana w serii Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, dedykowanej, jak sądzę, młodym ludziom interesującym się historią.
Takie mam inne pozycje:
Ze skrzydełka:
I z drugiego skrzydełka:
I teraz co. Rzecz napisana potoczyście, widać, że z miłością autorki do bohatera (jej pochwały wydają mi się wręcz miejscami przesadne), na szerokim tle nie tylko polskim, ale europejskim, przede wszystkim włoskim - przypominam, że Kallimach to pseudonim florentyńczyka Filippo Buonaccorsi, który musiał zwiewać przed mściwym papieżem Pawłem II aż w dalekie sarmackie krainy - także węgierskim, gdzie spędził kilka młodych lat Zygmunt Stary. To właśnie szerokie tło pozwoliło rozwinąć pracę Joanny Olkiewicz aż do prawie 300 stron, bo przecież sam życiorys Kallimacha i jego "nowatorskiego, postępowego i twórczego wkładu do polskiej kultury" tyle by nie zajął.
Passus ze strony 155, mówiący o śmierci św. Kazimierza królewicza (jednego z wychowanków Kallimachowych), dał mi jednak do myślenia. Brzmi on tak:
Zgnębiony Kazimierz Jagiellończyk wybudował synowi kaplicę nagrobną przy kościele katedralnym w Krakowie, potem zaś zwłoki świętego królewicza przeniesiono na Wawel.
Jedno i drugie ewidentna bzdura. I co z tym zrobić? Dobrze, powie ktoś, pomyliła się autorka. Ale jeżeli pomyliła się tu, to kto mi zaręczy, że i gdzie indziej nie popełniła błędów? Że tu akurat pomyłkę wychwyciłam, ale ile innych błędnych informacji przyjęłam za dobrą monetę?
Załóżmy jednak, że to jednorazowy wybryk i że ogrom wiadomości zawarty w książce może się tylko młodemu człowiekowi przysłużyć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1981, 277 stron
Seria: nie wiem, jak się nazywa :(
Z własnej półki
Przeczytałam 13 lutego 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Przeczytałam wzmiankę o tej książce w ostatnim numerze ALMA MATER, zadzwoniłam do Akademickiej, mają. Ale tym razem coś mnie tknęło i zajrzałam na allegro. Była, za połowę ceny (15 zł), z odbiorem w Nowej Hucie. Tym razem się obeszło bez ekscesów, znalazłam blok od razu :)
To są wywiady z profesorami UJ.
Poniżej jest za to przykład klasycznego machnięcia się.
Zobaczyłam o poranku, że jest na allegro jeden z tych tomów cyklu Krakowskim szlakiem... których mi brakuje - za 36 zł, ale z odbiorem w Krakowie. Więc hop, biorę.
A następnego ranka pojawiły się kolejne (i ten też), u innego sprzedawcy, po 24 zł. Żesz to!
Te znalazłam na półce w Jordanówce i przywlokłam do domu:
Ale przed chwilą zajrzałam do pierwszego tomu Dzieł Sienkiewicza... a tam są te humoreski :) tak więc trzeba będzie się przespacerować jeszcze raz, żeby oddać.
A córka zabrała się za Godzinę pąsowej róży i z dziesięć razy przychodziła do mnie z pretensjami, że taka tępa ta dziołcha, że nic tylko zabić. Wczoraj skończyła, a dziś rano patrzę, a tu w kompie film :) godzi się zaznaczyć, że córka polskich filmów nie ogląda z zasady, biedna jest pod wielkim wpływem amerykanizacji :)
Dotarł wreszcie do mnie pierwszy tom Wyspiańskiego, kupiony na allegro oj dawno temu, odebrany z domu sprzedawcy przez mojego przyjaciela, który blisko tam mieszka, no ale zobaczyliśmy się dopiero teraz.
Potem byłam na wystawie i przyniosłam katalog:
Następnie zajrzałam jednak do Akademickiej:
To już jedenasty tom z serii monografii uniwersyteckich budynków. W życiu tam nie byłam :(
A to obok to katalog innej jeszcze wystawy, na którą dopiero się wybiorę. Strasznie nie po drodze leży ten Dom Zwierzyniecki i bywam tam rzadko. No ale Dębniki to jedna z krakowskich miłości, więc trzeba :)
DOMOWO
A tu oto jak mnie motywuje córka. Do schudnięcia.
Wracam wieczorem z pracy, a pod poduszką znajduję zapakowane w świąteczny papier:
Hi hi hi. To album na zdjęcia sprzed lat, gdzie włożyłam wycięte z jakiegoś francuskiego czasopisma porady gimnastyczne. Pokutuje toto pod sufitem i nawet nie pamiętałam, że jest, a ona tymczasem wynalazła, dorobiła okładkę i voila :)
Poza tym zwróciła się do mnie z pretensją, że ciągle to samo na obiad.
- Nie ma sprawy, jutro będzie co innego, bo zrobisz Ty!
Zawzięła się, dobrze, zrobi. Pizzę.
Za pierwszy razem nieco jej pomagałam (albo inaczej, ona nieco mi pomagała). Za drugim razem odważyła się na samodzielne zarobienie ciasta. Za trzecim razem już tylko spoglądałam czujnym okiem i musiałam zapalić piekarnik, bo tego się boi. Za czwartym razem... gorąca pizza czekała na mnie po przyjściu z pracy.
Tak. Cztery razy pod rząd była pizza. I to się NIE nazywa ciągle to samo na obiad :)
PRYWATA DO DZIOPY Z PODGÓRZA
Odszukałam tych Helclów (a nie było to proste, bo ubzdurałam sobie, że książka jest większego formatu, miejsc, gdzie takie stoją lub leżą, jest zdecydowanie mniej, przejrzałam wszystko i mało mnie szlag nie trafił - no przecież na pewno miałam! w końcu, dla spokoju sumienia, przepatrzyłam inne i wtedy się znalazło). Tak, jak mówiłam, to materiały z sesji.
A ta inna, co po nią chodziłam (bezskutecznie) do Helclów, to będzie ta:
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film japoński RUDOBRODY (Akahige), reż. Akira Kurosawa, 1965
Trailer:
Rudobrody, to lekarz z kliniki dla ubogich do której zostaje skierowany młody lekarz Yasumoto. Początkowo Yasumoto lekceważy swojego szefa i pracę w jego klinice. W miarę upływu czasu zaczyna widzieć, że Rudobrody jest świetnym lekarzem całkowicie poświęcającym się swojej pracy i pacjentom.
9/10
2/ film polski KALOSZE SZCZĘŚCIA, reż. Antoni Bohdziewicz, 1958
Cały film:
Starsze panie - wróżki Terencja i Felicja - posłużyły malarzowi Makowskiemu jako modele do ilustracji bajek. Po wydaniu książki, na przyjęciu w pracowni okazuje się, że we wszystkich egzemplarzach bajek zniknęły strony z ilustracjami przedstawiającymi wróżki. One tymczasem wędrują po Krakowie. Parasol służy im jako antena, dzięki której kontaktują się z "krainą czarów". Zamierzają udać się na szczyt wieży Kościoła Mariackiego, gdzie dostaną "kalosze szczęścia". Dzięki tym niezwykłym butom można dowolnie przenosić się w czasie i przestrzeni.
8/10
3/ włoska komedia romantyczna na nowe tysiąclecie AMORE OGGI (Miłość dzisiaj), reż. Giuseppe Stasi, Giancarlo Fontana, 2014
Trailer:
Cztery przeplatające się (i przewrotne)historie miłosne z początku XXI wieku.
7/10
4/ czeski film ŻELARY (Želary), reż. Ondřej Trojan, 2003
Trailer:
Eliška jest pielęgniarką działającą w ruchu oporu. Gdy naziści zacieśniają obławę na konspiratorów, musi ukryć się z dala od miasta u prostego chłopa Jozy.
8/10
5/ film nr 37 z listy TOP 250 portali IMDB - OBYWATEL KANE (Citizen Kane), reż. Orson Welles, 1941
Trailer:
Kiedy 76-letni Charles Foster Kane, magnat prasowy, na łożu śmierci wypowiada jedno, jedyne słowo, "Różyczka", wszyscy zgromadzeni w ogromnym zamku Kane'a Xanadu popadają w konsternację. Nawet przeprowadzona przez grupę dziennikarzy wnikliwa analiza kronik filmowych nie daje odpowiedzi na pytanie, co oznacza owa enigmatyczna "Różyczka". Ani w życiu publicznym Kane'a, ani jego życiu towarzyskim i zawodowym nie można znaleźć rozwiązania dręczącej wszystkich zagadki. Jeden z reporterów postanawia rozszyfrować znaczenie tego słowa. Najpierw poznaje szczegóły nieszczęśliwego dzieciństwa Kane'a, a potem przeprowadza wywiady z czterema najważniejszymi postaciami z jego życia. Co gorsza, nikt z nich nie potrafi wyjaśnić znaczenia "Różyczki", a rozwiązanie tej frapującej kwestii staje się coraz bardziej odległe...
10/10
6/ kolejne dwa odcinki (9 i 10) rosyjskiego serialu RIEŁTOR
5/ film amerykański NIENAWISTNA ÓSEMKA (The Hateful Eight), reż. Quentin Tarantino, 2015
Trailer:
Kilka lat po wojnie secesyjnej przez wietrzne pustkowia Wyoming podróżują łowca nagród John Ruth (Kurt Russell), znany jako "Szubienica", oraz zbiegła przestępczyni Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Ruth ma zamiar doprowadzić kobietę przed oblicze sprawiedliwości. Podczas podróży spotykają innego okrytego złą sławą łowcę nagród majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson), niegdyś żołnierza walczącego po stronie Unii, oraz Chrisa Mannixa (Walton Goggins), renegata z Południa i samozwańczego szeryfa miasta Red Rock, do którego zmierzają. Podróżni zbaczają jednak ze szlaku podczas zamieci śnieżnej. Schronienie znajdują w zajeździe na górskiej przełęczy, gdzie zostają powitani przez czterech nieznajomych: Boba (Demian Bichir) opiekującego się lokalem, kata z Red Rock Oswaldo Mobraya (Tim Roth), kowboja Joego Gage'a (Michael Madsen) i byłego konfederackiego generała Sanforda Smithersa (Bruce Dern). Gdy gwałtowna nawałnica uderza w górski przyczółek, ósemka podróżników zaczyna rozumieć, że szanse dotarcia do Red Rock są bardzo małe.
8/10
6/ film węgierski SWOBODNE OPADANIE (Szabadesés), reż. György Pálfi, 2014
Trailer:
"Jaką chcesz herbatę? Mamy miętową" – mamrocze starsza kobieta do apatycznego męża, z którym mieszka w zagraconym mieszkaniu. Następnie wstaje i idzie na dach bloku, skąd patrzy na wieczorne niebo nad Budapesztem. A potem skacze. W miarę jak spada, na mgnienie oka spoglądamy w kolejne okna do innych mieszkań. Potem do nich wrócimy. Siedem pięter, siedem identycznie zaprojektowanych mieszkań, ale zupełnie inne światy. Siedem sytuacji, siedem różnych historii, które mimo wszystko łączą tysiące powiązań. To jakby absurdalne, trochę tajemnicze obrazy współczesnej rzeczywistości widzianej w krzywym zwierciadle.
7/10
7/ film amerykański KUMIKO POSZUKIWACZKA SKARBÓW (Kumiko, the Treasure Hunter), reż. David Zellner, 2014
Trailer:
Japonka znajduje ukrytą kopię filmu "Fargo". Wierzy, że jest to mapa wskazująca miejsce, gdzie schowana została duża suma pieniędzy.
7/10
8/ film włoski LA MADRE (Matka), reż. Angelo Maresca, 2014
Trailer:
Oj, jak mi się nie podobało. To niby luźno na podstawie powieści (czy opowiadania?) noblistki Grazii Deleddy, tyle że przeniesione w nasze czasy. W związku z tym nie obeszło się bez scen seksu, nawet w konfesjonale (jako że rzecz dotyczy księdza). Nie jestem purytanką, ale to było dość ohydne.
Nawet nie dałam oceny (inna sprawa, że filmu nie ma na Filwebie).
9/ film polski KRZYŻ WALECZNYCH, reż. Kazimierz Kutz, 1958
Fragment:
Obraz składa się z trzech nowel, do których scenariusze powstały w oparciu o twórczość Józefa Hena. Akcja wszystkich rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. Krzyż: Franek Socha to wiejski fajtłapa i poczciwina. Podczas wojny wykazuje się jednak bohaterstwem i zostaje odznaczony Krzyżem Walecznych. Ma nadzieję, że po powrocie do rodzinnej wsi odzyska uznanie w oczach rodziny i znajomych. Wojnę postrzega jednak tylko jako działania frontowe. Po powrocie do domu przeżywa szok, gdy okazuje się, że wojna dotarła także tu, a z jego wsi zostały jedynie zgliszcza. Pies: Studium duchowej patologii spowodowanej przez wojnę. Do oddziału polskich żołnierzy przyplątuje się bezpański pies. Okazuje się jednak, że zwierzę zostało wyszkolone przez esesmanów do pilnowania jeńców w Oświęcimiu. Polacy wyładowują na nim swą nienawiść. Wdowa: Film pełen humoru i łagodnej satyry. Po wojnie, w małym miasteczku na Ziemiach Zachodnich ludzie próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Do miasteczka przybywa wdowa po bohaterze wojennym. Miejscowi traktują ją niemal jak obiekt kultu. Mało kto dostrzega, że jest ona wciąż młodą i atrakcyjną kobietą, która chętniej niż o żałobie, myśli o przyszłości.
8/10
10/ film amerykański PRAKTYKANT (The Intern), reż. Nancy Meyers, 2015
Trailer:
Obejrzałam, bo rzecz o emerycie, który usiłuje zapełnić pustkę życia pozbawionego pracy, a zwłaszcza po śmierci żony, z którą przeżyli 42 lata - stażem w internetowym sklepie z ciuchami dla kobiet.
A ja lubię filmy o starości.
Niestety, to nie film, to bajeczka dla grzecznych dzieci :(
Nie mam nic przeciwko takich filmom... tylko nie powinnam ich oglądać, to dla mnie strata czasu.
6/10
Jak widać, trochę zmieniłam podejście do swoich wyborów. Daję szansę nowszym filmom :)
czwartek, 28 stycznia 2016
Michał Rożek - Wit Stwosz
A tak jakoś, zachciało mi się dowiedzieć czegoś więcej o Wicie Stwoszu - o którym wiem już niemało. No ale prof. Rożek to firma, więc pewnie pogłębię znajomość. No i... tu przerywnik.
Ja to chyba jakaś nienormalna jestem. Taka zadowolona z życia :) Tak mi dobrze, takie mam luksusowe życie! Mam taką cudowną pracę, poza tym robię sobie co chcę, od kilku lat nie muszę się już martwić, czy córka była w szkole, nie pada deszcz, a nawet jak pada, to też piknie, I'm singing in the rain :) Jadę sobie tramwajem i uśmiecham się... do życia właśnie. Jest tak pięknie! Ociepliło się i nawet ja, zmarzluch, mogłam wczoraj wystąpić w nowym płaszczyku, co to nie wiadomo czy jest jeszcze na zimę czy już na wiosnę, ale mi się spodobał :) Wracałam do domu około 22.00 - na piechotę, bo fajnie było się przejść bez pośpiechu, pomyśleć. Zwłaszcza że pod wrażeniem fajnych, dopiero co spotkanych ludzi, małżeństwa muzyków jazzowych, on Włoch, ona z Tajwanu. Pytam, jak się poznali - na fejsbuku :)
Z imprezy w pracy zostały pokrojone wędliny i kolega wcisnął mi siatkę z tacką, choć ich nie jem. To córka zje - akurat :) Szczęśliwym trafem na przystanku tramwajowym zobaczyłam brodatego gościa, grzebiącego za puszkami w koszu na śmieci. Trochę z obawą, że może go urażę, ale zaproponowałam tę siatkę z intensywnie pachnącą zawartością - przyjął z uśmiechem :) A ja zadowolona, że pozbyłam się strupa :)
A teraz rosół sobie cichutko pyrka - podejście nr 4, oprócz kurczaka kacza noga, skoro je rzucili w Lidlu. Opaliłam też cebulę nad gazem i dodałam, choć ze strachem, że rosół w rezultacie będzie gorzki... no, zobaczymy :)
Córeńka śpi po ciężkiej nocy :) w domku spokój, dziś mam wolny dzień (znaczy się Dzień Brudasa), no - po prostu - życie jest piękne!
(hm... co się rypnie?)
Tak sobie tu gadu-gadu, bo normalnie aż mi się pisać o tym Rożku nie chce.
W ŻYCIU NIE WIDZIAŁAM TAK FATALNEJ KSIĄŻKI! ZERO KOREKTY!
A z tej serii zakupiłam kilka:
Teraz się obawiam, że w każdej będę miała do czynienia z podobnymi kwiatkami.
Na okładce tak:
Ale okładka nie miała znaczenia, bo po prostu chciałam WIEDZIEĆ WIĘCEJ, więc wzięłam z Taniej Jatki bez namyślania się.
Ja pierdykam! Serio, nie przesadzając - co drugie zdanie byk, a nieraz i dwa byki.
Wygląda na to, że nie przeczytał maszynopisu (Rożek nie używał komputera) przed posłaniem go do druku ani autor ani NIKT z wydawnictwa. Gdyby nie data wydania 2014, myślałabym, że wyciągnięto notatki do planowanej książki z jakiejś szafy już po śmierci autora i dawaj, drukujemy. Ale Rożek zmarł przecież w 2015 roku, a przedtem chyba nie chorował jakoś specjalnie, w sensie, że jego śmierć była (przykrą) niespodzianką. Więc oddawał Wita Stwosza do wydawnictwa świadom tego, co robi. Może Mu obiecano porządną korektę?
Niestety wydawnictwo PETRUS korekty nie stosuje. Zajrzałam, nie ma takiej rubryki. Jest redakcja i skład - Wydawnictwo PETRUS. Wszyscy czyli nikt. Honni soit ten zakichany PETRUS! Ludzie, to wprost niewiarygodne. Na początku pomyślałam, żeby podkreślać błędy, ale szybko okazało się, że musiałabym cały tom pokreślić. Poza zwykłymi literówkami (których zresztą nie widzę powodu lekceważyć) liczne powtórzenia, źle skonstruowane zdania, niezgrabne akapity... koszmar.
Jest to tym dziwniejsze, że w nowym numerze ALMA MATER czytam właśnie wspomnienie o prof. Rożku i oto - w środkowej kolumnie:
Hm.
Odradzam!
A merytorycznie - rzecz okazała się głównie cytowaniem i wyjaśnianiem Pisma Świętego i rozmaitych apokryfów, związanych ze scenami ukazanymi w dziełach Stwosza. Ja jestem cierpliwa przy krakowskich lekturach, ale przyznam się - nudziło mnie to.
Zysk wyniesiony z lektury - zapamiętałam, dlaczego gromnica tak właśnie się nazywa :)
Godzi się przypomnieć - używając ulubionego zwrotu Rożka :) - niekonsekwencję w podawaniu tekstów łacińskich, raz są przetłumaczone na polski, drugie raz nie. To też błąd.
Ech. Aż się boję, co będzie przy lekturze innej jego książki, WIELCY POD WAWELEM, też wydanej przez PETRUSA.
Początek:
Koniec:
Wyd. PETRUS Kraków 2014, 306 stron
Seria: WIELCY LUDZIE NAUKI I KULTURY
Z własnej półki (kupione w Taniej Jatce na Grodzkiej za 12 zł)
Przeczytałam 24 stycznia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Ja to sobie zawsze wynajdę zajęcie. Zwłaszcza wycieczkę krajoznawczą (po ciemku). Na portalu OXL czy jakoś tak zobaczyłam książkę o Warszawie z serii A TO POLSKA WŁAŚNIE. Za 9 zł. Napisałam. W Hucie, kurka wodna. No ale dobrze. Umówiłyśmy się na wtorek około 17.00. Badam sprawę na jakdojade.pl i zgodnie z instrukcją jadę dwudziestką, na Lubicz przesiadam się do czwórki i wysiadam przystanek za placem Centralnym. I zagłębiam się w te liczne osiedla, słabo zresztą oświetlone, a o kolejności numeracji to już nie wspomnę. Ruchu prawie żadnego, przemykają nieliczni przechodnie. Ciemno. Ktoś wraca z pracy i zapala światło, emeryci włączają Teleexpress (hm... istnieje to jeszcze?). Szklana pogoda :) Zresztą w wielu oknach mrok. Chodzę, szukam osiedla Szkolnego dajmy na to 12/7. Zasięgam informacji w kiosku. Sami mieszkańcy nie za bardzo się orientują w tym gąszczu. Wreszcie znajduję. Domofon. Odzywa się kobieta.
- Ja po książkę.
- Jaką książkę???
W końcu:
- Niech pani wejdzie.
Wychodzi z mieszkania na klatkę i dobitnie oznajmia, że ona niczym nie handluje. Całkiem jakbym ze skarbówki przyszła.
Więc przepraszam. Przed blokiem klnę (w myślach) na dziewczynę, która podała mi ten adres - widać urządza gratisowo rozrywkowe spacery dla ludzi z drugiego końca miasta. Znajduję latarnię, wyciągam kalendarzyk i sprawdzam, czy aby nie 7/12. Nie, wyraźnie 12/7.
I tu mój wzrok pada na nazwę osiedla.
Hm.
Skąd ja wytrzasnęłam to Szkolne?
Sportowe przecież, 12/7 :)
Dawaj, nowe poszukiwania. Jeszcze trudniej. W końcu lokalizuję dwunastkę - ma dwie klatki, na drzwiach nie napisano, które mieszkania w której. Domofonuję siódemkę w pierwszej klatce, nic. Przechodzę do drugiej, nic. Wracam do pierwszej, nic. Znów do drugiej, nic.
Osz.
A tu podjeżdża samochód, wysiada dziewczyna i pyta, czy ja po książkę. Przeprasza, że korki. Wyciąga nosidełko z dzieckiem, pomagam jej dźwigać torby, z otwartych drzwi mieszkania wypada bardzo towarzyski york i koniecznie chce mi się wdrapać po nodze :)
No, mam książkę.
Trochę zachodu z tym było, ale jest w idealnym stanie, jak nowa.
Voilà!
Takem se spędziła styczniowe popołudnie i część wieczoru. Bo zanim wróciłam do domu przez dokładnie całe miasto, to trochę zeszło.
Ale obiecuję sobie, że tam wrócę. Gdy dzień będzie dłuższy. Nawet odkryłam teatr ŁAŹNIA wśród tych domów. Dziewczyna twierdzi, że miło się mieszka, jest spokój, wokoło sami emeryci.
No a gwoli kronikarskiej dokładności, to wyhaczyłam jeszcze ruski film za dyszkę:
i do kolekcji polskiego filmu dwa seriale po piątce:
Dobre, bo płaskie, mało zajmują miejsca :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
We wtorek obejrzałam jeno 7. i 8. odcinek rosyjskiego serialu RIEŁTOR (Риэлтор), reż. Aleksandr Chwan, 2005.
W planie był co prawda RUDOBRODY Kurosawy, bagatela, ponad 3 godziny, ale ze względu na lekkie zmęczenie po powrocie z Nowej Huty ta projekcja została przełożona na dzisiaj :)
Poniedziałek i środa - nic, no bo pracuję do późna, prawdaż. I spacerki sobie urządzam :)
Ja to chyba jakaś nienormalna jestem. Taka zadowolona z życia :) Tak mi dobrze, takie mam luksusowe życie! Mam taką cudowną pracę, poza tym robię sobie co chcę, od kilku lat nie muszę się już martwić, czy córka była w szkole, nie pada deszcz, a nawet jak pada, to też piknie, I'm singing in the rain :) Jadę sobie tramwajem i uśmiecham się... do życia właśnie. Jest tak pięknie! Ociepliło się i nawet ja, zmarzluch, mogłam wczoraj wystąpić w nowym płaszczyku, co to nie wiadomo czy jest jeszcze na zimę czy już na wiosnę, ale mi się spodobał :) Wracałam do domu około 22.00 - na piechotę, bo fajnie było się przejść bez pośpiechu, pomyśleć. Zwłaszcza że pod wrażeniem fajnych, dopiero co spotkanych ludzi, małżeństwa muzyków jazzowych, on Włoch, ona z Tajwanu. Pytam, jak się poznali - na fejsbuku :)
Z imprezy w pracy zostały pokrojone wędliny i kolega wcisnął mi siatkę z tacką, choć ich nie jem. To córka zje - akurat :) Szczęśliwym trafem na przystanku tramwajowym zobaczyłam brodatego gościa, grzebiącego za puszkami w koszu na śmieci. Trochę z obawą, że może go urażę, ale zaproponowałam tę siatkę z intensywnie pachnącą zawartością - przyjął z uśmiechem :) A ja zadowolona, że pozbyłam się strupa :)
A teraz rosół sobie cichutko pyrka - podejście nr 4, oprócz kurczaka kacza noga, skoro je rzucili w Lidlu. Opaliłam też cebulę nad gazem i dodałam, choć ze strachem, że rosół w rezultacie będzie gorzki... no, zobaczymy :)
Córeńka śpi po ciężkiej nocy :) w domku spokój, dziś mam wolny dzień (znaczy się Dzień Brudasa), no - po prostu - życie jest piękne!
(hm... co się rypnie?)
Tak sobie tu gadu-gadu, bo normalnie aż mi się pisać o tym Rożku nie chce.
W ŻYCIU NIE WIDZIAŁAM TAK FATALNEJ KSIĄŻKI! ZERO KOREKTY!
A z tej serii zakupiłam kilka:
Teraz się obawiam, że w każdej będę miała do czynienia z podobnymi kwiatkami.
Na okładce tak:
Ale okładka nie miała znaczenia, bo po prostu chciałam WIEDZIEĆ WIĘCEJ, więc wzięłam z Taniej Jatki bez namyślania się.
Ja pierdykam! Serio, nie przesadzając - co drugie zdanie byk, a nieraz i dwa byki.
Wygląda na to, że nie przeczytał maszynopisu (Rożek nie używał komputera) przed posłaniem go do druku ani autor ani NIKT z wydawnictwa. Gdyby nie data wydania 2014, myślałabym, że wyciągnięto notatki do planowanej książki z jakiejś szafy już po śmierci autora i dawaj, drukujemy. Ale Rożek zmarł przecież w 2015 roku, a przedtem chyba nie chorował jakoś specjalnie, w sensie, że jego śmierć była (przykrą) niespodzianką. Więc oddawał Wita Stwosza do wydawnictwa świadom tego, co robi. Może Mu obiecano porządną korektę?
Niestety wydawnictwo PETRUS korekty nie stosuje. Zajrzałam, nie ma takiej rubryki. Jest redakcja i skład - Wydawnictwo PETRUS. Wszyscy czyli nikt. Honni soit ten zakichany PETRUS! Ludzie, to wprost niewiarygodne. Na początku pomyślałam, żeby podkreślać błędy, ale szybko okazało się, że musiałabym cały tom pokreślić. Poza zwykłymi literówkami (których zresztą nie widzę powodu lekceważyć) liczne powtórzenia, źle skonstruowane zdania, niezgrabne akapity... koszmar.
Jest to tym dziwniejsze, że w nowym numerze ALMA MATER czytam właśnie wspomnienie o prof. Rożku i oto - w środkowej kolumnie:
Hm.
Odradzam!
A merytorycznie - rzecz okazała się głównie cytowaniem i wyjaśnianiem Pisma Świętego i rozmaitych apokryfów, związanych ze scenami ukazanymi w dziełach Stwosza. Ja jestem cierpliwa przy krakowskich lekturach, ale przyznam się - nudziło mnie to.
Zysk wyniesiony z lektury - zapamiętałam, dlaczego gromnica tak właśnie się nazywa :)
Godzi się przypomnieć - używając ulubionego zwrotu Rożka :) - niekonsekwencję w podawaniu tekstów łacińskich, raz są przetłumaczone na polski, drugie raz nie. To też błąd.
Ech. Aż się boję, co będzie przy lekturze innej jego książki, WIELCY POD WAWELEM, też wydanej przez PETRUSA.
Początek:
Koniec:
Wyd. PETRUS Kraków 2014, 306 stron
Seria: WIELCY LUDZIE NAUKI I KULTURY
Z własnej półki (kupione w Taniej Jatce na Grodzkiej za 12 zł)
Przeczytałam 24 stycznia 2016 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Ja to sobie zawsze wynajdę zajęcie. Zwłaszcza wycieczkę krajoznawczą (po ciemku). Na portalu OXL czy jakoś tak zobaczyłam książkę o Warszawie z serii A TO POLSKA WŁAŚNIE. Za 9 zł. Napisałam. W Hucie, kurka wodna. No ale dobrze. Umówiłyśmy się na wtorek około 17.00. Badam sprawę na jakdojade.pl i zgodnie z instrukcją jadę dwudziestką, na Lubicz przesiadam się do czwórki i wysiadam przystanek za placem Centralnym. I zagłębiam się w te liczne osiedla, słabo zresztą oświetlone, a o kolejności numeracji to już nie wspomnę. Ruchu prawie żadnego, przemykają nieliczni przechodnie. Ciemno. Ktoś wraca z pracy i zapala światło, emeryci włączają Teleexpress (hm... istnieje to jeszcze?). Szklana pogoda :) Zresztą w wielu oknach mrok. Chodzę, szukam osiedla Szkolnego dajmy na to 12/7. Zasięgam informacji w kiosku. Sami mieszkańcy nie za bardzo się orientują w tym gąszczu. Wreszcie znajduję. Domofon. Odzywa się kobieta.
- Ja po książkę.
- Jaką książkę???
W końcu:
- Niech pani wejdzie.
Wychodzi z mieszkania na klatkę i dobitnie oznajmia, że ona niczym nie handluje. Całkiem jakbym ze skarbówki przyszła.
Więc przepraszam. Przed blokiem klnę (w myślach) na dziewczynę, która podała mi ten adres - widać urządza gratisowo rozrywkowe spacery dla ludzi z drugiego końca miasta. Znajduję latarnię, wyciągam kalendarzyk i sprawdzam, czy aby nie 7/12. Nie, wyraźnie 12/7.
I tu mój wzrok pada na nazwę osiedla.
Hm.
Skąd ja wytrzasnęłam to Szkolne?
Sportowe przecież, 12/7 :)
Dawaj, nowe poszukiwania. Jeszcze trudniej. W końcu lokalizuję dwunastkę - ma dwie klatki, na drzwiach nie napisano, które mieszkania w której. Domofonuję siódemkę w pierwszej klatce, nic. Przechodzę do drugiej, nic. Wracam do pierwszej, nic. Znów do drugiej, nic.
Osz.
A tu podjeżdża samochód, wysiada dziewczyna i pyta, czy ja po książkę. Przeprasza, że korki. Wyciąga nosidełko z dzieckiem, pomagam jej dźwigać torby, z otwartych drzwi mieszkania wypada bardzo towarzyski york i koniecznie chce mi się wdrapać po nodze :)
No, mam książkę.
Trochę zachodu z tym było, ale jest w idealnym stanie, jak nowa.
Voilà!
Takem se spędziła styczniowe popołudnie i część wieczoru. Bo zanim wróciłam do domu przez dokładnie całe miasto, to trochę zeszło.
Ale obiecuję sobie, że tam wrócę. Gdy dzień będzie dłuższy. Nawet odkryłam teatr ŁAŹNIA wśród tych domów. Dziewczyna twierdzi, że miło się mieszka, jest spokój, wokoło sami emeryci.
No a gwoli kronikarskiej dokładności, to wyhaczyłam jeszcze ruski film za dyszkę:
i do kolekcji polskiego filmu dwa seriale po piątce:
Dobre, bo płaskie, mało zajmują miejsca :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
We wtorek obejrzałam jeno 7. i 8. odcinek rosyjskiego serialu RIEŁTOR (Риэлтор), reż. Aleksandr Chwan, 2005.
W planie był co prawda RUDOBRODY Kurosawy, bagatela, ponad 3 godziny, ale ze względu na lekkie zmęczenie po powrocie z Nowej Huty ta projekcja została przełożona na dzisiaj :)
Poniedziałek i środa - nic, no bo pracuję do późna, prawdaż. I spacerki sobie urządzam :)
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Borys Bałter - Do widzenia chłopcy
Tytuł kojarzył mi się bardzo dobrze, bo z pieśnią Okudżawy. Ciągle nie wiem, czy ona miała jakiś związek z powieścią, czy nie.
Tu jest klip z tą piosenką w innym wykonaniu i wykorzystaną w innym filmie:
A tu wykonanie autorskie:
Nie może zabraknąć stałego punktu programu czyli półki z książką :)
I bardziej ogólnego rzutu okiem...
Na okładce napisano tak:
Nie ma tu wzmianki o tym, że powieść przetłumaczono na kilkadziesiąt języków.
Słuchajcie słuchajcie! Znalazłam link do artykułu na temat Bałtera, ale dostęp jest tylko dla zarejestrowanych na portalu. Rejestruję się więc i dochodzę do rubryki PŁEĆ. Jest lista wyboru:
- M
- K
- INNE
Bo skonam! Nie przypuszczałam, że tego dożyję...
Powieść jest przeurocza! Historia chłopców kończących szkołę w małym krymskim miasteczku i przyjmujących propozycję kontynuowania nauki w wojskowej uczelni, mimo że to koliduje z ich poprzednimi planami i implikuje rozstanie z dziewczętami. Narratorem jest Wołodia (którego w filmie zagrał Jewgienij Stiebłow, bardzo go lubię od czasów JA SZAGAJU PO MOSKWIE), jeden z trzech przyjaciół - ten, który przeżył.
Delikatnie opisane pierwsze miłości, pierwsze zmagania z głosem obowiązku, a nad wszystkim unosi się cień nadciągającej zagłady.
Wiele razy sztukę powstałą na kanwie powieści wystawiano na deskach teatrów, tutaj jest wywiad (po polsku) z autorem inscenizacji z 2010 roku.
Początek:
Koniec:
Wyd. ISKRY Warszawa 1965, 245 stron
Seria: Biblioteka Powszechna
Tytuł oryginalny: Do swidania, malcziki (До свидания, мальчики)
Przełożyła: Zofia Dudzińska
Z własnej półki (kupione na allegro 2 kwietnia 2014 roku za 2 zł)
Przeczytałam 16 stycznia 2016 roku
Oczywiście obejrzałam też film.
Nie rozumiem, co oni tu piszą na Wikipedii, że film nakręcono na podstawie powieści TROJE IZ ODNOGO GORODA...
Ach, już doszłam :) Tak się pierwotnie nazywała powieść z 1961 roku, a w następnym roku autor ją przerobił i dał tytuł pieśni Okudżawy. Wszystko jasne, pieśń była pierwsza ;)
Z trudem znalazłam na You Tube, bo przede wszystkim wyświetla się serial pod tym samym tytułem, ale nie związany z książką Bałtera. Jednak jest, w całości:
Film jest z 1964 roku, a więc zekranizowano powieść natychmiast, ale ponieważ reżyser Michaił Kalik wyemigrował potem do Izraela, film powędrował na półkę i wyszedł na ekrany w pełnej wersji dopiero w końcu lat osiemdziesiątych.
CRACOVIANA
Fejs się do czegoś jednak przydaje. Po jakimś tam śladzie weszłam na profil Krowoderskiej Biblioteki Publicznej, a stamtąd na Krakow.Czyta.pl
I oto, co odkryłam:
Jest tam jeszcze pięć półek więcej.
Inna sprawa, że część tych książek, sądząc po okładkach, to romanse dla pań :) żeby nie powiedzieć, jak przed wojną, dla kucharek :)
A tu jest zdjęcie specjalnie dla Dziopy z Podgórza, w związku z naszą rozmową na ostatnim odczycie w Towarzystwie... ona wie :)
Dobrze kojarzyłam, że już to widziałam :)
NAJNOWSZE NABYTKI
Najpierw książka, o której zapomniałam donieść. Przywiózł mi ją Ojczasty (na moją prośbę, bo chciałabym przeczytać), gdy przyjechali na święta. Wiadomo, że już u mnie zostanie :) A więc nabytek jeszcze zeszłoroczny.
Potem nadszedł zakup z allegro. Właściwie miałam odebrać osobiście, ale po kilku przymiarkach, niesprzyjającej aurze i w końcu refleksji, że po ciemku to lepiej się nie błąkać gdzieś za Borkiem Fałęckim - poprosiłam panią o przesyłkę.
No i przyszło.
I jak wyglądało w środku?
A tak:
Ktoś tu ostro zakuwał do egzaminu...
Atoli jednakże wolałabym, żeby informacja o tych zakreśleniach (obecnych w całej książce, poza ostatnim rozdziałem poświęconym konfucjańskim i buddyjskim inspiracjom w kinematografii azjatyckiej) była zawarta w opisie na allegro, prawda?
A tu jest jeszcze jeden nabytek, z cyklu "psim swędem" czyli podarunek z UJ:
Przywileje przywilejami, ale komentarze! Te są prawdziwie interesujące i stanowią większość tekstu!
To tyle. Jeszcze byłyśmy w sobotę u Dziadków i czyniłam tam poszukiwania Jądra ciemności, albowiem, jak o tym niżej, obejrzałam Czas Apokalipsy i nabrałam chęci na zapoznanie się z literackim pierwowzorem... no, nie znalazłam. Ojczasty mówi, że wywoził Conrada do swojej drugiej żony (a, to taka rodzinna historyjka, kiedyś może przy innej okazji opowiem) i już oczywiście nie przywiózł z powrotem. Ale ja jeszcze wcześniej kilka tomów zabrałam do Krakowa, więc jest opcja, że to nieszczęsne Jądro stoi u mnie... tylko problemik, bo te kilka tomów, poza oprawioną Smugą cienia, upchnęłam pod sufitem na regaliku, przed którym teraz stoi choinka, no i nie mogę sprawdzić. Poczekamy na Gromniczną, zobaczymy :)
W T(AMT)YM TYGODNIU OGLĄDA(ŁA)M
1/ cudowny film węgierski LIZA LISIA WRÓŻKA (Liza, a rókatündér), reż. Károly Ujj Mészáros, 2014
Komedia romantyczna :)
Trailer z angielskimi napisami:
Liza właśnie skończyła 30 lat i chciałaby wreszcie poznać miłość swego życia. Cóż, kiedy każdy poznany mężczyzna ginie nagłą śmiercią. Policja zaczyna podejrzewać dziewczynę o morderstwa, a jeden z policjantów wynajmuje pokój w odziedziczonym przez Lizę zapuszczonym mieszkaniu...
Wartością dodaną były węgierskie dialogi - wiecie, że podoba mi się ten język, choć kompletnie nic z niego nie rozumiem?
8/10
2/ film brytyjsko-amerykański NIEZWYKŁY DZIEŃ PANNY PETTIGREW (Miss Pettigrew Lives for a Day), reż. Bharat Nalluri, 2008
Trailer:
Akcja filmu dzieje się w latach 30. ubiegłego wieku. Panna Guinevere Pettigrew, guwernantka z Londynu w średnim wieku, zostaje niesłusznie wydalona z pracy. Po wielu próbach znalezienia posady rozpoczyna pracę w domu tancerki kabaretowej, panny Lafosse. Poznaje zupełnie nowy świat pełen tańca, śpiewu i gwiazd estrady. Teraz sama może stać się jego częścią.
7/10
3/ nr 36 z listy TOP 250 portalu IMDB - CZAS APOKALIPSY (Apocalypse Now), reż. Francis Ford Coppola, 1979
Nr 34 to Toy Story cz.3 - dziękuję. A nr 35 to Dr Strangelove - nie mam.
Początek:
Adaptacja opowiadania Josepha Conrada "Jądro ciemności". Przeniesiona w realia wojny wietnamskiej historia kapitana Willarda, który otrzymuje misję odnalezienia i zlikwidowania pułkownika Kurtza.
Mam tylko wersję reżyserską, dłuższą o prawie godzinę - a jednak film wcale się nie dłużył, genialny, po prostu genialny.
10/10
Następny w kolejce OBYWATEL KANE.
4/ film włoski IN GRAZIA DI DIO, reż. Edoardo Winspeare, 2014
Widzę, że na Filmwebie ma polski tytuł JAK U PANA BOGA ZA PIECEM. Niech będzie.
Trailer:
Opowieść o kryzysie finansowym, który pociąga za sobą kryzys rodzinny... a może jednak naprawi układ emocjonalny między matką, córkami i wnuczką?
8/10
Tu jest klip z tą piosenką w innym wykonaniu i wykorzystaną w innym filmie:
A tu wykonanie autorskie:
Nie może zabraknąć stałego punktu programu czyli półki z książką :)
I bardziej ogólnego rzutu okiem...
Na okładce napisano tak:
Nie ma tu wzmianki o tym, że powieść przetłumaczono na kilkadziesiąt języków.
Słuchajcie słuchajcie! Znalazłam link do artykułu na temat Bałtera, ale dostęp jest tylko dla zarejestrowanych na portalu. Rejestruję się więc i dochodzę do rubryki PŁEĆ. Jest lista wyboru:
- M
- K
- INNE
Bo skonam! Nie przypuszczałam, że tego dożyję...
Powieść jest przeurocza! Historia chłopców kończących szkołę w małym krymskim miasteczku i przyjmujących propozycję kontynuowania nauki w wojskowej uczelni, mimo że to koliduje z ich poprzednimi planami i implikuje rozstanie z dziewczętami. Narratorem jest Wołodia (którego w filmie zagrał Jewgienij Stiebłow, bardzo go lubię od czasów JA SZAGAJU PO MOSKWIE), jeden z trzech przyjaciół - ten, który przeżył.
Delikatnie opisane pierwsze miłości, pierwsze zmagania z głosem obowiązku, a nad wszystkim unosi się cień nadciągającej zagłady.
Wiele razy sztukę powstałą na kanwie powieści wystawiano na deskach teatrów, tutaj jest wywiad (po polsku) z autorem inscenizacji z 2010 roku.
Początek:
Koniec:
Wyd. ISKRY Warszawa 1965, 245 stron
Seria: Biblioteka Powszechna
Tytuł oryginalny: Do swidania, malcziki (До свидания, мальчики)
Przełożyła: Zofia Dudzińska
Z własnej półki (kupione na allegro 2 kwietnia 2014 roku za 2 zł)
Przeczytałam 16 stycznia 2016 roku
Oczywiście obejrzałam też film.
Nie rozumiem, co oni tu piszą na Wikipedii, że film nakręcono na podstawie powieści TROJE IZ ODNOGO GORODA...
Ach, już doszłam :) Tak się pierwotnie nazywała powieść z 1961 roku, a w następnym roku autor ją przerobił i dał tytuł pieśni Okudżawy. Wszystko jasne, pieśń była pierwsza ;)
Z trudem znalazłam na You Tube, bo przede wszystkim wyświetla się serial pod tym samym tytułem, ale nie związany z książką Bałtera. Jednak jest, w całości:
Film jest z 1964 roku, a więc zekranizowano powieść natychmiast, ale ponieważ reżyser Michaił Kalik wyemigrował potem do Izraela, film powędrował na półkę i wyszedł na ekrany w pełnej wersji dopiero w końcu lat osiemdziesiątych.
CRACOVIANA
Fejs się do czegoś jednak przydaje. Po jakimś tam śladzie weszłam na profil Krowoderskiej Biblioteki Publicznej, a stamtąd na Krakow.Czyta.pl
I oto, co odkryłam:
Jest tam jeszcze pięć półek więcej.
Inna sprawa, że część tych książek, sądząc po okładkach, to romanse dla pań :) żeby nie powiedzieć, jak przed wojną, dla kucharek :)
A tu jest zdjęcie specjalnie dla Dziopy z Podgórza, w związku z naszą rozmową na ostatnim odczycie w Towarzystwie... ona wie :)
Dobrze kojarzyłam, że już to widziałam :)
NAJNOWSZE NABYTKI
Najpierw książka, o której zapomniałam donieść. Przywiózł mi ją Ojczasty (na moją prośbę, bo chciałabym przeczytać), gdy przyjechali na święta. Wiadomo, że już u mnie zostanie :) A więc nabytek jeszcze zeszłoroczny.
Potem nadszedł zakup z allegro. Właściwie miałam odebrać osobiście, ale po kilku przymiarkach, niesprzyjającej aurze i w końcu refleksji, że po ciemku to lepiej się nie błąkać gdzieś za Borkiem Fałęckim - poprosiłam panią o przesyłkę.
No i przyszło.
I jak wyglądało w środku?
A tak:
Ktoś tu ostro zakuwał do egzaminu...
Atoli jednakże wolałabym, żeby informacja o tych zakreśleniach (obecnych w całej książce, poza ostatnim rozdziałem poświęconym konfucjańskim i buddyjskim inspiracjom w kinematografii azjatyckiej) była zawarta w opisie na allegro, prawda?
A tu jest jeszcze jeden nabytek, z cyklu "psim swędem" czyli podarunek z UJ:
Przywileje przywilejami, ale komentarze! Te są prawdziwie interesujące i stanowią większość tekstu!
To tyle. Jeszcze byłyśmy w sobotę u Dziadków i czyniłam tam poszukiwania Jądra ciemności, albowiem, jak o tym niżej, obejrzałam Czas Apokalipsy i nabrałam chęci na zapoznanie się z literackim pierwowzorem... no, nie znalazłam. Ojczasty mówi, że wywoził Conrada do swojej drugiej żony (a, to taka rodzinna historyjka, kiedyś może przy innej okazji opowiem) i już oczywiście nie przywiózł z powrotem. Ale ja jeszcze wcześniej kilka tomów zabrałam do Krakowa, więc jest opcja, że to nieszczęsne Jądro stoi u mnie... tylko problemik, bo te kilka tomów, poza oprawioną Smugą cienia, upchnęłam pod sufitem na regaliku, przed którym teraz stoi choinka, no i nie mogę sprawdzić. Poczekamy na Gromniczną, zobaczymy :)
W T(AMT)YM TYGODNIU OGLĄDA(ŁA)M
1/ cudowny film węgierski LIZA LISIA WRÓŻKA (Liza, a rókatündér), reż. Károly Ujj Mészáros, 2014
Komedia romantyczna :)
Trailer z angielskimi napisami:
Liza właśnie skończyła 30 lat i chciałaby wreszcie poznać miłość swego życia. Cóż, kiedy każdy poznany mężczyzna ginie nagłą śmiercią. Policja zaczyna podejrzewać dziewczynę o morderstwa, a jeden z policjantów wynajmuje pokój w odziedziczonym przez Lizę zapuszczonym mieszkaniu...
Wartością dodaną były węgierskie dialogi - wiecie, że podoba mi się ten język, choć kompletnie nic z niego nie rozumiem?
8/10
2/ film brytyjsko-amerykański NIEZWYKŁY DZIEŃ PANNY PETTIGREW (Miss Pettigrew Lives for a Day), reż. Bharat Nalluri, 2008
Trailer:
Akcja filmu dzieje się w latach 30. ubiegłego wieku. Panna Guinevere Pettigrew, guwernantka z Londynu w średnim wieku, zostaje niesłusznie wydalona z pracy. Po wielu próbach znalezienia posady rozpoczyna pracę w domu tancerki kabaretowej, panny Lafosse. Poznaje zupełnie nowy świat pełen tańca, śpiewu i gwiazd estrady. Teraz sama może stać się jego częścią.
7/10
3/ nr 36 z listy TOP 250 portalu IMDB - CZAS APOKALIPSY (Apocalypse Now), reż. Francis Ford Coppola, 1979
Nr 34 to Toy Story cz.3 - dziękuję. A nr 35 to Dr Strangelove - nie mam.
Początek:
Adaptacja opowiadania Josepha Conrada "Jądro ciemności". Przeniesiona w realia wojny wietnamskiej historia kapitana Willarda, który otrzymuje misję odnalezienia i zlikwidowania pułkownika Kurtza.
Mam tylko wersję reżyserską, dłuższą o prawie godzinę - a jednak film wcale się nie dłużył, genialny, po prostu genialny.
10/10
Następny w kolejce OBYWATEL KANE.
4/ film włoski IN GRAZIA DI DIO, reż. Edoardo Winspeare, 2014
Widzę, że na Filmwebie ma polski tytuł JAK U PANA BOGA ZA PIECEM. Niech będzie.
Trailer:
Opowieść o kryzysie finansowym, który pociąga za sobą kryzys rodzinny... a może jednak naprawi układ emocjonalny między matką, córkami i wnuczką?
8/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































