Matko i córko, co za chała!
Miałam to zamówione w bibliotece jeszcze przed pandemią, bo przeczytałam, że akcja w Krakowie. Pandemia została częściowo anulowana, zamówienia ruszyły, więc odebrałam. Jacieniemoge, coś strasznego. Sama się sobie dziwiłam, że nie rzucam o podłogę, tylko czytam dalej - no ale wcale nie z ciekawości, tylko chciałam móc skrytykować po przeczytaniu całości jednak :)
Co w gruncie rzeczy nie miało najmniejszego znaczenia, jak beznadziejny był początek, tak środek i koniec.
Ja nie wiem, może teraz tak właśnie wyglądają kryminały? Bo niewątpliwie jest moda na osadzanie akcji w konkretnym mieście. I ja to nawet lubię, fajnie jest przecież rozpoznawać miejsca. Ale do tego musi być seks ze świeżo poznaną dziewczyną, trochę żargonu z jakiegoś środowiska (tu wojsko, trudno chyba by było o coś mniej interesującego), no i szokujący temat - snuff czyli filmy, w których pokazywane jest prawdziwe morderstwo na żywo.
A wszystko to napisane strasznie. Nie doszukałam się również humoru, chwalonego na okładce.
Ja teraz współczuję.
Bo za mną jest w kolejce osiem osób :)
Osiem osób przekona się boleśnie, że ostrzyło sobie pazury na totalny bzdet.
Początek:
Koniec:
Wyd. Księży Młyn, Łódź 2019, 211 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 19 lipca 2020 roku
W niedzielne popołudnie córka odważyła się wyjść ze mną z domu, pojechałyśmy na rowerowy spacerek. Blisko trasy, po której dziesiątki lat jeżdżę - a jednak nigdy nie odboczyłam (no bo jak, z tramwaju?). Więc nie wiedziałam, że jest tam:
- po pierwsze samolot (no, samolot.. szybowiec może?)
- po drugie biblioteka jakowaś
- po trzecie koło wejścia do jednego z bloków taki oto obrazek:
Możliwe, żeby to był Boy Żeleński? Następnego dnia po sławetnym ślubie w Łagiewnikach Boy i jego dziewice konsystorskie cały czas na myśli, może się zasugerowałam :)
poniedziałek, 20 lipca 2020
piątek, 17 lipca 2020
Adam Bahdaj - Wakacje z duchami
Podczas odkurzania pomyślałam, żeby z okazji wakacji wrócić do Bahdaja i jego Wakacji z duchami. Okazuje się, że ostatni raz czytałam tego autora przed DZIESIĘCIU laty (a człowiek myśli, że często wraca...), był to Kapelusz za sto tysięcy i muszę powiedzieć, że chyba wolę. Kapelusz znaczy. Trochę mnie te duchy znudziły, a że przy okazji zabrałam się też za serial, to już byłam podziemiami zamku kompletnie znużona. Nie miało to dziś tego uroku, co 50 lat temu :) Tak że na Filmwebie wystawiłam serialowi ocenę 7/10, a potem trochę pożałowałam, że to niesprawiedliwe dosyć, bo w swoim czasie oceniało się film na 10/10, a że teraz już się jest za starym na to? Nie wiem, niektóre filmy dziecięco-młodzieżowe podobają mi się do tej pory. Może mi poszło o te zmiany względem pierwowzoru literackiego, nawet przezwisk. No, ale tak naprawdę serial jest na motywach.
Kiedyś robiłam zdjęcie półki, na której dana książka u mnie stoi i postanowiłam wrócić do tego zwyczaju (w miarę możności i o ile będę pamiętać). Więc seria zwana przeze mnie całe życie "cieniowaną", choć jej nazwa oficjalna jest inna, ale nie mogę jej zapamiętać, może Książki Polski Ludowej albo co? A na końcu stoi reszta Bahdaja, poza serią.
Piszą tu o czterech serialach. Dobrze, Do przerwy 0:1 + Wakacje z duchami + Podróż za jeden uśmiech, a jaki czwarty?
Sprawdziłam, bo mnie to gryzło :) Czwarty to Stawiam na Tolka Banana.
Od jakiegoś czasu wyszukiwarka działa u mnie po czesku (sama z siebie?), to znaczy najpierw się wyświetlają wyniki z czeskiego internetu, więc kliknęłam na czeską Wiki i po pierwsze dowiedziałam się, że pisał (pod pseudonimem) kryminały, a po drugie właśnie Czesi je tłumaczyli. Wakacji z duchami u siebie nie wydali, ale Klobouk za půl miliónu jest. Co za dewaluacja, swoją drogą :)
Ilustrował niezapomniany Bohdan Butenko (Butenko pinxit). Już sam początek jest genialny - czyli ta mapka miejsca akcji, jak ja takie sprawy uwielbiałam. Do dziś mam w oczach podręcznik do geografii, to był pierwszy, nie pamiętam, kiedy się geografia zaczynała, w czwartej czy w piątej klasie, miał seledynową okładkę - były tam mapki i objaśnienia, bo mieliśmy się nauczyć znaków, jakimi na mapach są oznaczane rozmaite zamki, rzeki, mosty, lasy etc.
Coraz bardziej sentymentalna się robię, bo wczoraj z kolei oglądałam czeski stary film o dziewczynce, która właśnie idzie do pierwszej klasy i jak tam dukają z elementarza. Prawie miałam łzy w oczach na wspomnienie. Nie tylko elementarza, ale w ogóle podręczników do szkoły. Gdy kończyły się wakacje i kompletowało się tornister... zapach tych nowiutkich podręczników... ciekawość, ile wiedzy przyniosą...
Chyba mi to trochę zostało. Gdy przychodzą nowe książki o Pradze i przeglądam z myślą, że kiedyś dokładnie je przestudiuję i tyle się dowiem.
A tymczasem dni i tygodnie biegną i nic się nie dzieje. Hm.
Początek:
Koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1975, 301 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 14 lipca 2020 roku
Jak zapowiedziałam poprzednim razem, tak uczyniłam i pojechałam rowerem przez cały Kraków, żeby oddać książki w Nowej Hucie. Wyszłam z domu o 15.05, a wróciłam o 18.40. Przed biblioteką byłam o 16.44 czyli dojazd w jedną stronę zabrał mi ponad półtorej godziny. Powrót potrwał nawet nieco dłużej, ale to dlatego, że w mieście zajechałam jeszcze po zapas płytek i zatrzymałam się na pogaduchy z panem sprzedawcą. Umęczyłam się, ale nie śmiertelnie :) Dobrze, że wodę wzięłam.
Praktycznie od ronda Mogilskiego jedzie się ścieżką rowerową, tyle, że często-gęsto przerywaną światłami i dużo czasu spędziłam stojąc i czekając na zielone. Tak że - do przeżycia, ale jakoś powtarzać na razie nie zamierzam :) Myślałam, że będę miała jakieś straszliwe zakwasy, ale nic z tych rzeczy.
Owszem, czeka mnie jeszcze wyprawa do biblioteki na Królowej Jadwigi, ale to już pestka, do Błoń i kawałek stamtąd. Na razie zresztą jeszcze tej książki do oddania nie przeczytałam.
Zaczynam się przyzwyczajać do myśli, żeby na jesieni dalej jeździć do pracy rowerem... tym bardziej, że dziś wyczytałam, iż przymierzają się do podwyżek biletów i karta miesięczna ma podrożeć o prawie 30 zł. Tyle, że nie wiem, jak się zabezpieczyć przed deszczem przy takim sposobie podróżowania. Kolega mi mówił o jakichś pelerynach, ale mnie to nie przekonuje, boję się, że to się może wkręcić albo co :)
A w bibliotece była wystawa - paczpan, czeskiego autora :) Jedna jego książka też mi wpadła w ręce podczas odkurzania i sobie zanotowałam, żeby ją przeczytać niedługo, bo cudna graficznie :)
środa, 15 lipca 2020
Jaroslav Rudiš - Cisza w Pradze
Więc tak. W Pradze śmierdzi. Mieszkańcy Pragi żyją muzyką i angielskimi tekstami piosenek. Oraz seksem i myśleniem o seksie. Mają milion kompleksów jako naród (no coś podobnego, my nie...). W mieście panuje nieustający hałas (chyba, że ktoś wyłączy prąd), a wszyscy są zagubieni.
Jeszcze trzeba dodać, że niektórych słów czy wyrażeń nie potrzeba tłumaczyć na polski. To znaczy według tłumaczki. Chciałam nawet pojąć, dlaczego taki zabieg - na przykład párek v rohlíku czyli czeski hot dog: zawsze pozostaje w czeskiej wersji i jeśli ktoś z Czechami nie miał do czynienia, to się nie dowie, o co chodzi. Takich numerów jest tam więcej, a why czyli warum - pewnie się już nigdy nie dowiem.
Jestem już na tyle stara, że nie zachwycam się Pragą bezkrytycznie i nie uważam, że to raj na ziemi, więc nie chodzi o to, że przeszkadza mi autorska wizja współczesnego miasta, bo koliduje z moimi wyobrażeniami. Cóż, Rudiš pokazuje świat zaludniony przez wrażliwców, nieprzystosowanych, niepoukładanych ludzi - a mnie się chyba po prostu nie chce już o nich czytać. Chcę spokoju i w miarę szczęśliwego świata (skoro i tak zmierzamy ku zagładzie). Chyba chcę bajek :)
Obejrzałam ostatnio polski film z 1977 roku o chłopo-robotniku, który wygrywa w Totolotka milion i cały otaczający go świat - z zawiści - obraca się przeciwko niemu. Ogólnie rzecz biorąc mentalność ludzka tak bardzo się od tej pory nie zmieniła, ale ponieważ akcja dzieje się na wsi, dla własnego dobrego samopoczucia stwierdziłam, że gdyby mnie się to teraz przytrafiło, nikt z otoczenia by nawet o tym nie wiedział i nie miał okazji do brzydkich postępków... no bo to miasto, a nie wieś. Czyli żeby się lepiej czuć, przypisałam te paskudne skłonności wsi. Bo ONI byli tacy i są tacy dalej, ci chłopi. Ale słynna modlitwa wieczorna z Dnia świra to nie na wsi przecież...
Dlaczego ja właściwie o tym?
???
Aaa, już wiem :) Że lubimy się samooszukiwać.
Tak, sytuacja jest mocno niepewna - moja sytuacja. Chwilę pracowałam, znów nie pracuję, co będzie po wakacjach - nie wiadomo. Czy można mi się dziwić, że szukam beztroski i szczęścia? Chcę potraktować ten lipiec i sierpień jako wakacje właśnie, takie długie, jak to w szkolnych czasach bywało. Nie myśleć o pieniądzach i o tym, co będzie dalej. Konik polny :)
A' propos jeszcze tłumaczenia. Już nie czepiając się, tylko zastanawiając, bo sama nie wiem.
W Tajlandii dostał trzydniowe rozwolnienie. Ja zawsze mówię dostał rozwolnienia czyli używam innego przypadku. Ale jaka jest w końcu prawidłowa wersja? Dopełniacz czy biernik? Bo z drugiej strony mówię przecież dostał pudełko czekoladek albo książkę...
Druga sprawa. Nie miała tam żadnego la petite mort. Czyli, że nie miała orgazmu. Ale termin francuski (mała śmierć) jest rodzaju żeńskiego. Jak wobec tego należy w takim przypadku postąpić: żadnego *orgazmu* czy żadnej *la petite mort /małej śmierci*? Ten dylemat towarzyszy mi od dawna :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2014, 277 stron
Tytuł oryginalny: Potichu
Przełożyła: Katarzyna Dudzic
Z biblioteki
Przeczytałam 9 lipca 2020 roku
Książka była na szczęście z biblioteki :) a w związku z tym taka refleksja. W Bibliotece Kraków można sobie na wirtualną półkę odkładać wynalezione pozycje, tyle, że ta wirtualna półka wyświetla się tylko na jednym komputerze. Ja sobie w pracy w wolnych chwilach zawsze przeglądałam nowości i tam odkładałam. A gdy wchodzę na swoje konto w domu, to ich tam nie ma. Dość to głupie, nie? W każdym razie - pod koniec czerwca kupili mi w pracy nowego kompa, przy okazji tej "przeprowadzki" straciłam wszystkie hasła, nawiasem mówiąc. I wczoraj wieczorem myśląc o tym uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie zniknęły też te trzy setki odłożonych, pracowicie wyszukanych knig... No, chyba, że półka jest przypisana do IP? Cóż, dowiem się we wrześniu (mam nadzieję).
Najpierw się przeraziłam, a potem pomyślałam, że może LOS TAK CHCIAŁ :) że może znowu zacznę czytać tylko swoje?
Dziś tymczasem postanowiłam po obiedzie pojechać do tej nieszczęsnej biblioteki w Nowej Hucie i oddać trzy zaległe pozycje. Na rowerze oczywiście. Zbieram się do tego już trzeci miesiąc, na co czekać? Na razie gotuję się psychicznie :) Kurczę, toż to przez cały Kraków, z zachodu na wschód. Dam radę? Przywiozą mnie z powrotem dobrzy ludzie na leżąco?
niedziela, 12 lipca 2020
Magdalena Kursa, Rafał Romanowski - [KRK] Książka o Krakowie
Jedna z tych dawno kupionych książek, których nigdy nie przeczytałam (no bo skoro już mam, to zawsze zdążę), a odkrytych podczas Wielkich Porządków.
Zabrałam się za to pełna entuzjazmu. To 18 rozmów z różnymi ludźmi, których łączy Kraków i pasja, z jaką wykonują swój zawód (czasem "tylko" hobby). A rozmowy są o Krakowie właśnie. O ich ulubionych miejscach i widokach. I to było bardzo inspirujące... tyle, że do pewnego momentu.
Bo ciągle te knajpy i kluby.
Ja nie wiem, stara już okropnie jestem (ale i za młodu mnie te sprawy nie ciągnęły specjalnie). Więc zachwycanie się tym, że mamy tu 600 knajp (czasy grubo sprzed pandemii, oczywiście) i że ludzie siedzą i że barman wie, jaką kawę lubisz najbardziej... ech, to jednak środowisko Wyborczej :(
Z której zresztą są autorzy.
I nie, że jestem przeciwniczką GW (mam Gazetę Polską czytać czy co?), wręcz przeciwnie, czytam codziennie, ale pewien taki sznyt cafe latte z mlekiem sojowym kojarzy mi się z warszawką i tzw. problemami pierwszego świata. Staram się pojąć, że kogoś może rajcować pójście z laptopem do knajpy i spędzenie tam wielu godzin, ale ciężko mi to idzie. Równie ciężko mi przychodziło zrozumienie tych ludzi, którzy w czasie lockdownu koronawirusowego płakali, że muszą siedzieć w domu. Naprawdę tak im źle we własnych czterech ścianach, że tylko szukają okazji, aby się wyrwać, uciec? A mówimy tu raptem o dwóch miesiącach... Więc jak oni sobie te swoje domy urządzili (i nie myślę tu o meblach), że źle się w nich czują?
Natomiast wracając do książki, niektóre rozdziały były skomponowane w ten sposób, że najpierw jest rozmowa, a po niej taka mała ściągawka, gdzie iść, co zobaczyć, skąd fajny widok etc. I nawet kilka miejsc mnie zaskoczyło, pomyślałam, że dobrze byłoby sobie zanotować, wybrać się tam kiedyś, w lepszych czasach (bo na rowerze to ja za daleko nie ujadę).
Ostatecznie jednak zeszło na niczym, bo gdzie niby miałabym zrobić te notatki, żeby przetrwały rok czy dwa. Zeszyt osobny założyć? No weźcie. Mam już tego na kopy.
/a' propos, jeszcze muszę zrobić porządek w papierach w najbliższym czasie/
I tu się przyznam do czegoś, ale tak bardzo wstydliwie.
Otóż niby, w teorii, jestem przeciwniczką samochodów. To znaczy rozumiem, że czasem, z różnych względów (wiek, stan zdrowia, miejsce zamieszkania) samochód jest rzeczywiście niezbędny, ale generalnie uważam, że powinniśmy posługiwać się transportem publicznym.
Ale pandemia nieco mi zamieszała w poglądach. Dopóki bowiem zarazy nie ma w powietrzu jako takim (choć córka co trochę mi z różnymi rewelacjami przychodzi), nie ma powodu, by nie korzystać z uroków świata. Nie z oferty muzeów czy kin, ale po prostu wycieczek na świeżym powietrzu, skoro mamy to lato. A tu klops. Do tramwaju czy autobusu nie wsiądę ze strachu. To tak a' propos poruszania się w granicach miasta. A co dopiero mówić o wyprawie do lasu? W dobie pandemii własny samochód to jednak błogosławieństwo...
I tak właśnie ekologia przegrała u mnie z koronawirusem - oczywiście jedynie w poglądach, bo przecież samochodu nie nabyłam :)
Tymczasem zbliża się już wyborczy wieczór. Nie mam wielkich nadziei na rozum naszych rodaków i nie robię sobie złudzeń. Ale postanowiłam zrobić jeden dobry uczynek dla tego kraju i wcześniej zadzwonić do ciotki mojej córki, która dwa tygodnie temu powiedziała, że głosuje na D., bo jest przystojny i ładnie mówi...
/Boże, ludzie naprawdę tak myślą??? Gdzie byli i co widzieli???/
No, w każdym razie chciałam ją nie tyle namawiać na zmianę zdania, co zasugerować chwilę refleksji, podając kilka argumentów.
Na szczęście okazało się, że nie będzie to potrzebne. Na początku rozmowy wyznała, że nie była głosować dwa tygodnie temu i dziś się też nie wybiera :)
Wyd. Znak, Kraków 2007, 254 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 6 lipca 2020 roku
Skończyłam.
SKOŃCZYŁAM!
Choć już się zaczynałam obawiać, że to nigdy nie nastąpi!
Odkurzyłam, spisałam, czego w katalogu nie było i poustawiałam z powrotem, czasem nawet zupełnie inaczej, niż było.
Dumna i blada, aczkolwiek zajęło mi to ponad pół roku. Zaczęłam 28 grudnia zeszłego roku (pamiętam, pod wpływem książki TRENING IKIGAI), a w ostatni czwartek 9 lipca 2020 o godz. 17:23 (zapisałam w kalendarzu) ostatnie czeskie książki znalazły swoje miejsce i szlus.
Sporo - jak na moje psychiczne możliwości - wyniosłam, ale oczywiście nie tyle, żeby pozbyć się drugich rzędów. To jest ciągle ból. Ale może jeszcze kiedyś się zdobędę na ten heroizm i coś tam więcej wyniosę?
Etykiety:
Cracoviana,
Wielkie Koronawirusowe Czytanie,
Z własnej półki
piątek, 10 lipca 2020
Ota Hofman - Chobotnice z Čertovky
Widywałam już od dawna na stronie swego Ulubionego Praskiego Antykwariatu tę okładkę, ale - choć widziałam, że to książka dla dzieci - ubzdurałam sobie, że tytuł oznacza... robotnice z Čertovky :) No, tak, wiecie - chobotnice=robotnice :)
Ponieważ jednak autorem jest Ota Hofman, którego Pana Tau przeczytałam z wielką przyjemnością (a potem obejrzałam serial), w końcu te robotnice kupiłam. A nawet sprawdziłam w słowniku to dziwne słówko. Otóż - ośmiornice!
Historia bowiem jest taka, że po pierwsze naukowcy przy pomocy batyskafu gdzie na dnie morza pobierają próbki dziwnej materii, ale próbki te dają nogę i lądują na odludnej plaży, gdzie akurat zajechała przez pomyłkę rodzinka z Pragi z dwójką dzieci. A po drugie te właśnie dzieci ze znalezionej materii, podobnej nieco do plasteliny, ulepiły dwie ośmiorniczki i postanowiły je zabrać po kryjomu do domu, żeby móc się nimi chwalić przed rówieśnikami, ponieważ ośmiornice żyją i mówią.
A gdzie dzieci mieszkają w Pradze? W kamienicy na brzegu Čertovki czyli odnogi Wełtawy. Czesi nazywają tę okolicę Praską Wenecją i cholera jasna, gdyby nie ten durny koronawirus, już bym tam jechała i gapiła się, gdzie dokładnie mieszkała rodzina Holanów!
Ja tam oczywiście byłam, ale bez świadomości ośmiorniczek :)
Tymczasem przeczytawszy książkę i zorientowawszy się, że nakręcono serial, natychmiast przystąpiłam do jego konsumpcji. Okazało się, że powstały dwie wersje: dwa filmy fabularne i 4-odcinkowy serial.
Na You Tube jednak jest tylko pierwszy film:
Napatrzyłam się na Pragę (udało się nie popłakać), naczytałam się po czesku (skończył się semestr na kursie, trzeba dbać o kontakt z językiem). Nawiasem mówiąc, szkoła zorganizowała letni kurs konwersacyjny w tym celu, ale nie zapisałam się z oszczędności, skoro znowu nie pracuję, a we wrześniu trzeba będzie wybulić tysiaka na kolejny semestr; trudno, jakoś przeżyję :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Albatros, Praha 1989, 239 stron
Z własnej półki (kupione 27 lutego 2020 w antykwariacie online za 19 koron czyli 3 zł)
Przeczytałam 1 lipca 2020 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Skoro do Pragi w tym roku nie jadę, to przynajmniej ściągnę jeszcze parę książek, prawda? Ale skromnie, tylko dziewięć. Wszystkie już na swoim miejscu.
Odszukałam parę zdjęć z zeszłego roku, z miejscem akcji :)
Ale lepiej sobie kliknąć tutaj, żeby zobaczyć ładniejsze.
Ponieważ jednak autorem jest Ota Hofman, którego Pana Tau przeczytałam z wielką przyjemnością (a potem obejrzałam serial), w końcu te robotnice kupiłam. A nawet sprawdziłam w słowniku to dziwne słówko. Otóż - ośmiornice!
Historia bowiem jest taka, że po pierwsze naukowcy przy pomocy batyskafu gdzie na dnie morza pobierają próbki dziwnej materii, ale próbki te dają nogę i lądują na odludnej plaży, gdzie akurat zajechała przez pomyłkę rodzinka z Pragi z dwójką dzieci. A po drugie te właśnie dzieci ze znalezionej materii, podobnej nieco do plasteliny, ulepiły dwie ośmiorniczki i postanowiły je zabrać po kryjomu do domu, żeby móc się nimi chwalić przed rówieśnikami, ponieważ ośmiornice żyją i mówią.
A gdzie dzieci mieszkają w Pradze? W kamienicy na brzegu Čertovki czyli odnogi Wełtawy. Czesi nazywają tę okolicę Praską Wenecją i cholera jasna, gdyby nie ten durny koronawirus, już bym tam jechała i gapiła się, gdzie dokładnie mieszkała rodzina Holanów!
Ja tam oczywiście byłam, ale bez świadomości ośmiorniczek :)
Tymczasem przeczytawszy książkę i zorientowawszy się, że nakręcono serial, natychmiast przystąpiłam do jego konsumpcji. Okazało się, że powstały dwie wersje: dwa filmy fabularne i 4-odcinkowy serial.
Na You Tube jednak jest tylko pierwszy film:
Napatrzyłam się na Pragę (udało się nie popłakać), naczytałam się po czesku (skończył się semestr na kursie, trzeba dbać o kontakt z językiem). Nawiasem mówiąc, szkoła zorganizowała letni kurs konwersacyjny w tym celu, ale nie zapisałam się z oszczędności, skoro znowu nie pracuję, a we wrześniu trzeba będzie wybulić tysiaka na kolejny semestr; trudno, jakoś przeżyję :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Albatros, Praha 1989, 239 stron
Z własnej półki (kupione 27 lutego 2020 w antykwariacie online za 19 koron czyli 3 zł)
Przeczytałam 1 lipca 2020 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Skoro do Pragi w tym roku nie jadę, to przynajmniej ściągnę jeszcze parę książek, prawda? Ale skromnie, tylko dziewięć. Wszystkie już na swoim miejscu.
Odszukałam parę zdjęć z zeszłego roku, z miejscem akcji :)
Ale lepiej sobie kliknąć tutaj, żeby zobaczyć ładniejsze.
niedziela, 28 czerwca 2020
Boris Akunin - Bruderszaft ze śmiercią, t.1-2
Ostatniego marcowego dnia, gdy były jeszcze czynne biblioteki, pożyczyłam Akunina na osiedlu, a w domu zorientowałam się, że to kolejny tom, więc podjechałam szybciutko na Królewską po pierwszy. I ten pierwszy ledwie teraz zmęczyłam, po czym podjęłam heroiczną decyzję (tak trudno oddawać nieprzeczytane książki), że drugi sobie daruję. A tym bardziej trzeci, jeśli istnieje.
Chyba tylko trylogię z siostrą Pelagią lubię, jeśli chodzi o Akunina. A w każdym razie kiedyś lubiłam, tak że nawet kupiłam na własność, kto wie, czy dziś jeszcze czytałabym... Kiedyś się przekonam.
I chyba nie ma w tym specjalnej winy samego autora, to ja mam duży problem z czytaniem beletrystyki ostatnio - ale o tym już było, już się żaliłam. Nudzi mnie to.
Tymczasem podczas sławetnego odkurzania odkryłam mnóstwo rzeczy do natychmiastowego zapoznania się :)
Przed kilkoma dniami rozpoczęły się dla mnie kolejne koronawirusowe (czyt. wymuszone) wakacje, ale wiadomo, nie byłabym sobą, gdybym nie przygotowała długaśnej listy rzeczy do zrobienia. Punkt pierwszy to oczywiście skończyć to odkurzanie i katalogowanie. Zaś punkt drugi czyli porządki w filmach - brzmi jedynie zacząć :) Przecież się nie można zarżnąć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Replika, Zakrzewo 2015, 370 stron
Tytuł oryginalny: Младенец и чёрт. Мука разбитого сердца
Przełożył: Piotr Fast
Z biblioteki
Przeczytałam 20 czerwca 2020 roku
Skończyłam porządkować kolejny regał, kuchenny. Tu też wśród cracovianów sporo książek, których albo jeszcze nie przeczytałam wcale, albo chciałabym do nich wrócić.
Jeszcze 3 tygodnie z hakiem i to wszystko powinno być za mną, wreszcie będę czytać, a nie ustawiać książki!
A przynajmniej mam taką nadzieję :)
Chyba tylko trylogię z siostrą Pelagią lubię, jeśli chodzi o Akunina. A w każdym razie kiedyś lubiłam, tak że nawet kupiłam na własność, kto wie, czy dziś jeszcze czytałabym... Kiedyś się przekonam.
I chyba nie ma w tym specjalnej winy samego autora, to ja mam duży problem z czytaniem beletrystyki ostatnio - ale o tym już było, już się żaliłam. Nudzi mnie to.
Tymczasem podczas sławetnego odkurzania odkryłam mnóstwo rzeczy do natychmiastowego zapoznania się :)
Przed kilkoma dniami rozpoczęły się dla mnie kolejne koronawirusowe (czyt. wymuszone) wakacje, ale wiadomo, nie byłabym sobą, gdybym nie przygotowała długaśnej listy rzeczy do zrobienia. Punkt pierwszy to oczywiście skończyć to odkurzanie i katalogowanie. Zaś punkt drugi czyli porządki w filmach - brzmi jedynie zacząć :) Przecież się nie można zarżnąć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Replika, Zakrzewo 2015, 370 stron
Tytuł oryginalny: Младенец и чёрт. Мука разбитого сердца
Przełożył: Piotr Fast
Z biblioteki
Przeczytałam 20 czerwca 2020 roku
Skończyłam porządkować kolejny regał, kuchenny. Tu też wśród cracovianów sporo książek, których albo jeszcze nie przeczytałam wcale, albo chciałabym do nich wrócić.
Jeszcze 3 tygodnie z hakiem i to wszystko powinno być za mną, wreszcie będę czytać, a nie ustawiać książki!
A przynajmniej mam taką nadzieję :)
czwartek, 18 czerwca 2020
Bogdan Wojciszke, Marcin Rotkiewicz - Homo nie całkiem sapiens
A tak mi wpadło w ręce na stoliku ze świeżo oddanymi książkami ostatniego dnia przed pandemią. Nawet nie przeczytałam na odwrocie, że to z psychologiem rozmowa, podtytuł mi wystarczył.
Ale czytając - aczkolwiek było dość interesujące - przyszła mi do głowy taka myśl, że to wielka prawda, iż zamykamy się wszyscy w naszych bańkach. No bo dlaczego niby wybrałam wywiad, gdzie zarówno wywiadowany, jak i wywiadujący - są ludźmi myślącymi podobnie jak ja? Dlaczego sama idea pożyczenia książki skonstruowanej przez tę drugą stronę, ten lepszy sort, jest mi nienawistna? Zresztą, nienawistna to nie jest dobre słowo, aż tak staram się nie angażować emocjonalnie... w każdym razie gdybym wzięłą do ręki i zorientowała się, że pisana jest z określonych pozycji - odłożyłabym z powrotem. Nie jestem otwarta na argumenty drugiej strony, a przy tym racjonalizuję to sobie tak, że żadne sensowne argumenty nie istnieją :)
A jeszcze jedno. Przecież wcale nie jestem zwolenniczką opozycji jako takiej czy którejkolwiek z tych partii. Jestem tylko i wyłącznie przeciwniczką obecnie rządzącej. Dopóki nas nie wtrącano w średniowiecze, nie urządzano państwa wyznaniowego, nie odsuwano coraz bardziej od cywilizacji zachodniej - w dupie miałam, kto jest przy władzy. Najlepszy dowód to - że poszłam na wybory PIERWSZY RAZ W ŻYCIU dopiero, gdy zrobiło się groźnie. Moim skromnym zdaniem władza jest wybierana po to, żeby sprawnie zarządzała państwem i obywatela nie powinno to w ogóle interesować.
A tak w ogóle, to dalej nie mam czasu na czytanie. I odliczam dni do skończenia tych nieszczęsnych porządków w księgozbiorze. Byle doczekać do 29 lipca! Właśnie się dowiedziałam, że w lipcu i w sierpniu pracy mieć nie będę, to może pójdzie szybciej?
Początek:
Koniec:
Wyd. Smak słowa, Sopot 2018, 204 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 12 czerwca 2020 roku
Odkurzyłam i skatalogowałam kolejną partię regałów i jestem bardzo dumna i zadowolona :)
Niemniej nie mogę się doczekać końca. Wyobrażam sobie, że zacznę nowe życie. A tymczasem już mi po głowie chodzi nowy pomysł (porządki z filmami). Głupich nie sieją...
Etykiety:
Psychologia,
Wielkie Koronawirusowe Czytanie,
Z biblioteki
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































