wtorek, 23 września 2025

Henryk Gaworski - Jelenie jedzą klejnoty

Wczoraj wyskoczyłam na pięć minut zanieść do knihobudki książki (o czym niżej), a tam pan jeden mówi, że poprzedniego dnia przyniósł jakiś kryminał i patrzy, że już nie ma. Ja:

- O, to szkoda, bo ja zbieram kryminały.

Widzę, że pan coś w głowie międli, w końcu pyta:

- A pani to kiedy tu przychodzi?

Chyba chciał zaproponować, że jeszcze coś przyniesie 😂 

No cóż, nie mam stałych godzin... 

Tymczasem przeczytałam "kluczyka" znalezionego jeszcze w lipcu. 

Na początku co prawda mamy przyłapanie pewnej paniutki na przemycie drogocennej biżuterii, a to dlatego, że celnik w pociągu był z wykształcenia historykiem sztuki - nie mówię, że to niemożliwe. Ale potem przenosimy się do nadleśnictwa, gdzie podczas polowania został zabity jeden z przyjezdnych myśliwych. Okazuje się, że był to dziennikarz, od pewnego czasu prowadzący prywatne śledztwo w sprawie tego przemytu, więc sprawy się zazębiają. 

Jest to kryminał milicyjny, mamy więc dokładny obraz prowadzonego śledztwa i różnych sposobików (oraz nieudolności milicji, która przegapia kluczowe odciski palców). Czyta się dość wartko, choć sam pomysł przestępców przekazywania sobie biżuterii w tak karkołomny sposób, jaki tu jest opisany, jest po prostu absurdalny.

Zlituję się jednak nad Wami - gdyby ktoś w przyszłości miał to czytać - i nie dam ostatniej strony 🤣 

Gdy myślę nad tym moim gromadzeniem książek, postanawiam, że będę przynosić już tylko kryminały... Ale potem wpada w ręce a to jakaś książka kucharska (czy ja wreszcie zacznę z nich korzystać?), a to jakaś młodzieżówka, a to coś do nauki języków, a to znowu powieść, którą może warto przeczytać... i tak to się toczy, kurka wodna. 

Początek: 


Wyd. Iskry, Warszawa 1978, 205 stron

Seria: Klub Srebrnego Klucza 

Z własnej półki (przyniesione z knihobudki w całym zestawie kryminałów 30 lipca 2025 roku)

Przeczytałam 17 września 2025 roku 



Z ZALEGŁOŚCI 

Z drogi do Lidla 

Stał tam jeszcze ostatni pojemnik na tekstylia, zabrałam więc sześć sztuk wyciągniętych z szafy, że na pewno nie będę nosić (a wiadomo, jakie to ciężkie decyzje), podchodzę, a tu panowie pakują ten pojemnik do samochodu.

- Koniec? - pytam.

- Koniec - odpowiadają.

Kurde, mam te ciuchy w wózku na zakupy, ale przecież jak ich nie oddam, to nie będzie gdzie tych zakupów włożyć. 

- Panowie, a mogę jeszcze to dołożyć?

Mogłam. W ostatniej chwili zdążyłam!

A dziś widziałam przez okno, że samochód od gabarytów zabrał jakieś wory z ciuchami wystawione przed sąsiednią klatką - czyli faktycznie to działa. Chciałabym bardzo jeszcze szafę przetrzebić...

Również w drodze do Lidla przed jednym ze śmietników widziałam ten róziowy fotel 😁 Ach, jaki musiał być wygodny! Tylko nogi mu amputowało. I to mi przypomniało, że na azjatyckim YT widziałam nieraz taki rodzaj fotelików bez nóg, ustawionych przy stole 😂 


Z knihobudki 

Córka mi przyniosła z knihobudki 🤣

- Masz - mówi - przyda Ci się na Pragę.

Ja zadowolona, nieduże, można nosić w torebce na wsiakij słuczaj, ale oglądam to opakowanie i cóż się okazuje - do 30 kg. Jaka szkoda!

Akurat zaniosłam z powrotem i jakaś starsza pani zaczęła dopytywać, co to. O, to ja dla wnuków wezmę. 

 

W sobotę rano, zanim się z Ojczastym na dobre rozhulało, zrobiłam zamówienie w Ulubionym Antykwariacie. Znów mi coś tam podkupili i w rezultacie nabyłam 47 sztuk. Ale uwaga! Z założeniem, że pozbędę się z domu takiej samej ilości! I w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy nie mogłam spać, bo już mi plecy nawalały, wytypowałam trochę do wyniesienia. Trochę czyli 52 sztuki!!! Dzielna jestem?

27 już poszło do budki, następne w kolejce czekają. 

Ciągle się zastanawiam nad cracovianami, to była wielka pasja i wiele ich jest, wynoszę na razie jakieś pierdółki, bo jeszcze nie umiem się zdobyć na generalne cięcie. Jedną podejrzliwie sprawdziłam na allegro - jest jeden jedyny egzemplarz za 54 zł, to odłożyłam niby do sprzedania (chytra baba z Radomia), ale to tyle zachodu... 


niedziela, 21 września 2025

Graham Greene - Stawka o żonę

To jest jedna z książek, które dostałam z likwidowanego mieszkania. Wygląda na to, że zniszczeniu, przynajmniej częściowemu, uległa obwoluta i właścicielka wycięła z niej fragmenty i nakleiła.

Jeśli traficie na tę książeczkę, koniecznie przeczytajcie. Uroczy drobiazg o młodej parze (no, on ma już czterdziestkę i miał wcześniej żonę), która zamierza się pobrać i wyjechać w podróż poślubną do Bournemouth - na tyle wystarczą ich zasoby pieniężne - ale nagle Bertram, pracujący jako młodszy księgowy, po rozwiązaniu pewnego problemu z maszynami liczącymi (jest dobrym matematykiem), dostaje od gromowładnego szefa propozycję, której nie może odrzucić: Grom zabierze ich na swój jacht, ślub wezmą w Monte Carlo, a potem pożeglują razem do Portofino. 

Cóż było robić. Cary co prawda nie była pomysłem zachwycona, ale rozumiała, że szefowi się nie odmawia. Jadą więc do Monte Carlo, zatrzymują się w drogim hotelu zarezerwowanym przez sekretarkę Groma i czekają na przybycie jachtu. Ten się spóźnia, a co można robić w Monte Carlo? Zwłaszcza gdy się jest dobrym matematykiem? Oczywiście obmyśleć i obliczyć SYSTEM. I zacząć go wprowadzać w czyn.

Cary jest młodziutka, ale ma głowę na karku i wie, czym to grozi, jednak Bertram nie zważa już na nic, wpadłszy w sidła hazardu... 

Jak tylko słyszę hazard, kasyno - przypomina mi się dziennik Anny Dostojewskiej, który podczytywałam w szkolnych czasach i nawet zabrałam go do siebie, z myślą, że kiedyś przeczytam w całości. Ale to trochę większe wyzwanie niż ta niecała setka stron. 

Początek:
 


Koniec:

Wyd. PAX Warszawa 1957, 94 strony

Tytuł oryginalny: Loser Takes All

Przełożył: Antoni Slusarczyk

Z własnej półki

Przeczytałam 15 września 2025 roku
 


Jak sąsiadka pozbyła się męża

Sąsiadka, od wieków rozwiedziona, również od wieków miała przyjaciela dochodzącego. W pandemii, gdy się siedziało w domach, słyszałam, jak mu przez telefon robiła karczemną awanturę. Wynikało z niej, że zapisał swoje mieszkanie jakiejś siostrzenicy czy bratanicy. Pamiętam, że pomyślałam wtedy co cię to obchodzi, na cóż ci babo jego mieszkanie, masz dobrą emeryturę i na pewno oszczędności, coś taka chytra baba z Radomia. A w jakiś czas potem sąsiadka prowadza się z nim pod ramię i przedstawia jako męża. Ach, widać pogodziła się z faktami. Zamieszkali razem. 

Od jakiegoś czasu zaczęła narzekać, że on ma Alzheimera. Widać jeszcze lekką formę, początki, bo ganiała go na zakupy etc. Był okres, że rano przyjeżdżał po niego samochód i odwoził po południu, jakieś zajęcia i odciążenie rodziny chyba. 

Gdy ostatnio były te zalania, pan otworzył mi w środku nocy ubrany w pampersa, co następnego dnia ona tłumaczyła (choć o nic nie pytałam), że sika co chwilę i będą robić badania. Potem mówiła, że ma cewnik, ale zapomina o nim i idzie się wysikać i że ona dwa razy w nocy musiała wstawać i ma dość.

A wkrótce potem widzę pana wychodzącego z bloku w towarzystwie kobiety i dwóch mężczyzn. Spotkana kilka dni później sąsiadka opowiada, że ona się teraz (już po ślubie) dowiedziała, że zapisał mieszkanie za opiekę, że to przed nią zataił - co jak wiemy jest kłamstwem. I że wobec tego ta bratanica niech się opiekuje. 

No i dobrze, skoro tak. Ale co dalej mówi chytra baba? Pytałam, czy ma orzeczenie o niepełnosprawności - ma od zawsze I grupę, bo był w obozie jako dziecko. To jest możliwość uzyskania świadczenia wspierającego. Nie nie, on ma wysoką emeryturę. Bratanica go zabrała do siebie i niech się opiekuje. Ona zadeklarowała, że będzie przysyłać co miesiąc 3 tysiące. Wybałuszyłam gały i delikatnie wyjaśniam, że ten numer chyba nie przejdzie, pan ma wszak prawo do swojej emerytury w całości, a bratanica ma się nim opiekować, ale to nie znaczy, że utrzymywać. Nie nie nie, ona ma prawnika czy tam innego adwokata i będzie wysyłać tylko 3 tysiące

Jak zjeść ciastko i mieć ciastko. 

No, ale chyba ta bratanica nie jest taka głupia i jej popędzi kota.

Ja rozumiem, że miała dość (wczoraj wynieśli przed blok wypoczynek, na którym spał, bo zasikany), w końcu jest grubo starsza ode mnie, a sama mam dość, ale na tym powinna przecież skończyć sprawę i cieszyć się, że się pozbyła kłopotu, no ludzie!  

 

Jak ja nie pozbyłam się jeszcze Ojczastego 

 Ale o niczym innym nie marzę

Dochodzi 13.00, ponieważ wstała córka (ma za sobą taką samą noc, jak i ja czyli żadną, znów atak Ojczastego), mogłam wreszcie iść pod prysznic.  

Obie zastanawiamy się, co będzie dalej, bo tym razem nie byli to żadni podpalacze etc., ale za to nie potrafi sam usiąść na łóżku - do sikania właśnie. Mamy za sobą trzy tury prania i suszenia, a teraz - niby wreszcie śpi od ósmej czy dziewiątej - zaś zaszczane. Fraza od wczoraj to PODNIEŚ MNIE. No, akurat, żebyś się nie zdziwił. Ja ciągnę za kołnierz od piżamy z przodu, córka pcha go z tyłu i w ten sposób usiłujemy uzyskać pion, żeby mógł skorzystać z kaczki. Ale to średnio wychodzi. Ma na sobie pieluchomajtki przecież, ale skąd ma wiedzieć, że ma nie wyciągać z nich instrumentu... 

Kiedyś pukałam do nieżyjącej już sąsiadki i jak otwarła drzwi, buchnął ten zapach sików... Teraz mam i ja (a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, choć na razie to pewnie tylko w pobliżu jego łóżka). Prześcieradło suszę suszarką do włosów, bo przecież nie ma jak zmienić. Może ta nagła słabość przejdzie wraz z atakiem? A może nie?

I tym optymistycznym akcentem żegnam, w oczekiwaniu na to, co przyniesie reszta dnia. 

I noc. Przy nocy przypominam sobie z kolei fragmenty z Poszukiwania straconego czasu, o tym, jak chory podróżny w hotelu wyczekuje ranka, już widzi smugę światła pod drzwiami, więc cieszy się, ze wkrótce będzie mógł zadzwonić na służbę, ale światło gaśnie, to ostatnia służąca odchodziła na spoczynek i do rana tak daleko. 

Ja też za każdym razem, jak mnie budzi, z nadzieją spoglądam na zegarek, że może już szósta dochodzi, ale nie, to dopiero pierwsza, druga, trzecia, chociaż wstaję już piąty raz. 

Nienawidzę kładzenia się spać, bo wiem, że żadne spanie to nie będzie.

Czy można się tak dać udupić?


PS. A miałam już nie nudzić i nie narzekać... 

piątek, 19 września 2025

Piotr Parandowski - Mitologia wspomnień


 To jest jedna z książek, którym nasza biblioteka wyrwała serce stronę tytułową przed wystawieniem do wzięcia. Mimo to jakieś wielkie nadzieje z nią wiązałam, że och i ach, jakaż to będzie lektura wspaniała... 

 

Ale nie była, duże rozczarowanie. Chciałam wspomnień z rodzinnego życia, a tu jest więcej tych związanych z dorosłym już życiem autora i jego pracą, podróżami "archeologicznymi" - to są dla mnie sprawy kompletnie obce (przy okazji pogratulowałam sobie wydania jakiś czas temu książek o takiej tematyce, kiedyś przywiezionych z domu - że jednak nie będę tego czytać - i racja po stokroć, nie będę*) i dlatego nie polubiłam tej książki i zaraz wyląduje w budce. 

Choć bywały fragmenty interesujące przez dowcip czy anegdotę. Jak choćby ten o rzeźbiarzu Alfonsie Karnym (miał wizytówkę z napisem Alfons Karny (Dyrektor). Założyciel nogi na nogę), który przez dwa tygodnie rzeźbił głowę Jana Parandowskiego, a gdy model został ukończony - było to podczas wakacji w Sopocie - umówiono transport w salonce w pociągu do Warszawa. Tragarze jednak wypuścili dzieło z rąk i rzeźba pod własnym ciężarem zamieniła się w gruby placek 😂 No tak, do mnie to tylko z żarcikami...

Ewentualnie myślę jeszcze o przeczytaniu Alchemii słowa

* jeszcze widzę, że zostawiłam - chyba z sentymentu, bo stało to w domu od zawsze - "Nie tylko piramidy", no ale po co mi to, skoro nigdy nie zajrzę, też wyniosę 

Początek: 

Koniec:


Przeczytałam 14 września 2025 roku 



Awantura wokół butelkomatów. W naszym Lidlu jest już od dłuższego czasu, oddaje 10 groszy od butelki i na dwoje babka wróżyła. To znaczy dobrze, że jest, ale są i minusy. Na samym początku byłam mocno rozczarowana, że nie przyjmuje butelek z mleka, bo tego towaru mamy najwięcej (jedna dziennie na pewno). Nie, więc dalej idzie do śmieci. Koszyk od plastiku mam wypełniony po dwóch dniach. Dwa, że zdarzyło się, iż poszłam na zakupy, wypełniając butelkami z wody cały wózek - a tu zonk, awaria. Zakupów zrobić nie mogłam, bo nie miałam ich do czego zapakować 😉 Ale oczywiście zepsuć się może każde urządzenie, na to nie ma rady. Trzy natomiast, że póki Ojczastemu listonosz przynosi emeryturę, płacę w kasie samoobsługowej gotówką. I tu cyrki od samego początku - kazali skanować ten voucher z butelkomatu po skasowaniu zakupów - paragon pokazuje co innego - upominanie się w kasie - potem wymyślili, żeby nie go skanować, tylko wołać obsługę - część obsługi nie wiedziała, co robić - potem przeczytałam na voucherze, że ważny miesiąc, więc teraz zbieram, żeby rzadziej się z tym bawić. A gdy potem dostaję paragon z zakupów, to nie ma tam odjętych na przykład 70 groszy na końcu, tylko po parę groszy od ceny każdego produktu - czyli nie wiem, ile on kosztował naprawdę. A ja tu prowadzę buchalterię 🤣 

Wiem, to takie polskie narzekanie, ale ważne jest, żeby cała ta operacja przebiegała sprawnie, bo tylko wtedy ma szanse się powieść.

A dlaczego awantura? Bo od października będzie obowiązkowa kaucja za butelki. Więcej szczegółów tu. Potwierdziło się, co mi mówił ostatnio pan, który od dziesięcioleci prowadzi sklepik księgarsko-papierniczo-zabawkarski w wydzielonym pomieszczeniu zaraz przy wejściu do osiedlowego Lewiatana. Ma umowę do końca roku i już mu ją wypowiedzieli, bo muszą w tym miejscu postawić butelkomat. Przewidując, że ludzie z osiedla co prawda kupią zgrzewkę napoju gdzieś w supermarkecie, ale puste butelki przyjdą oddać tutaj... No cóż, mały lokalny biznes padł. Choć i tak ostatnio wyrabiał ledwo na opłaty - pan mówi, że robi jakieś przetargi (?) z domu i z tego się utrzymuje, więc na tym się w przyszłości skupi, ale wiadomo, przynajmniej do tej pory wychodził do ludzi... 

Przy okazji pogadaliśmy też o nekrologach - że nie ma u nas zwyczaju umieszczać na nich zdjęcia (choć to by nic nie kosztowało) i czytamy na tablicy naprzeciwko sklepu, że ktoś umarł i nawet nie wiemy, że go znaliśmy, bo samo nazwisko nic nam nie mówi. Pan ostatnio dowiedział się od kogoś, że ta zmarła z nekrologu to była jego stała klientka od lat, gdyby wiedział, to by poszedł na pogrzeb. Spotkałam się z fotografiami na nekrologach w Hiszpanii w latach 80-tych i uważam, że to bardzo dobry zwyczaj i że u nas nie ma, bo nikt nie odważa się jako pierwszy zmienić obyczaju czy narazić się na złośliwe komentarze... Szkoda. 

 


Najnowsze nabytki

Dziś rano (kto rano wstaje...) w knihobudce znalazłam to: 

Lekturki po łacinie 😁 Oczywiście, że zabrałam, bo tego jeszcze u mnie nie było - w szkole czytaliśmy tylko teksty z podręcznika - bardzo jestem ciekawa, na ile jeszcze coś pamiętam! 

A potem wróciłam do domu, zajrzałam do poczty, znalazłam mail z Ulubionego Antykwariatu, że od dziś do odwołania można kupować z rabatem takim, jaki jest dzień miesiąca. W koszyku miałam 98 książek 😂 Ale nie, że wszystkie do kupienia, tylko od powrotu z Pragi wrzucałam, gdy coś ciekawego wypatrzyłam, bardziej sztuka dla sztuki 🤣 Zaczęłam więc przebierać, 22 książki odpadły same, bo ktoś już na nie złożył zamówienie, a potem już jedna po drugiej sprawdzałam, co to i o czym to, całe dopołudnie mi zeszło. W tej chwili w koszyku są 52 sztuki, ale nie zamawiam, bo dziś 19-ty - pyknę to jutro, będzie łatwiej do obliczenia, że 20% rabatu 😁 może jeszcze coś usunę... Głównie to kryminały oczywiście plus humor/satyra plus filmowe plus dla dzieci. 

Już przebieram nogami z uciechy 😍 Planowałam sobie zrobić raczej prezent pod choinkę, no ale skoro tak...

 

Poza tym miałam napisać o fotelu, o cieście ze śliwkami, o nocniku, o sąsiadce, która sprytnie pozbyła się męża i o wczorajszej wyprawie - miałam wychodne na 1,5 h (matko, jaka ja jestem gaduła!), ale czas brać się za obiad, więc do następnego! 

wtorek, 16 września 2025

Ewa Lach - Zielona Banda

To jest druga z zapowiadanych niegdyś sensacji z knihobudki. Czytałam o tym, że Ewa Lach wydała pierwszą książkę jako uczennica liceum i oto ona. Autorka miała wówczas 16 lat 😀

Jak to zobaczyłam - oczy mi się zaświeciły. W szkolnych czasach byłam szczęśliwą posiadaczką Klubu Kosmohikanów i co prawda nic z tego nie pamiętam, ale potem nazbierałam małą kolekcyjkę Lachowską i coś mi się wydaje, że zrobię może jakiś projekcik?

Natomiast jeśli chodzi o Zieloną Bandę to oj. Ponieważ miałam w pamięci ostatnio przeczytanych Lipniaków, skojarzenie nasunęło się samo. To jest powtórka z Lipniaków, tylko uwspółcześniona, bo Lach dorzuciła a to Niewidzialną Rękę, a to Timura i jego drużynę, natomiast odjęła nieco patetycznego patriotyzmu. Historia jest taka: Olek wybierał się z kolegą na wakacje na Mazury, a tymczasem mama miała operację, potrzebne były pieniądze, więc chłopiec zostaje wysłany na wieś do rodziny. Jedzie nastawiony bardzo negatywnie (jakie tam będą nudy), ale poznaje miejscową Zieloną Bandę i jej szefową Dankę. Bandzie zagrażają chłopcy z sąsiedniej wsi (oczywiście łobuzy), więc trzeba zbudować twierdzę/barykadę. Olek zostaje naczelnym inżynierem 😁

Ogólnie nudy na pudy, powiedziałabym. Teraz jestem ciekawa, jakie będą te późniejsze książki. 

Muszę dopisać do listy lektur wakacyjnych, nie zapomnieć! 

Początek: 


Koniec:

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1961, 110 stron

Z własnej półki (chwilowo zatrzymuję jako ciekawostkę)

Przeczytałam 10 września 2025 roku
 

Najnowsze nabytki

Przez prawie cały tydzień był spokój z nowymi/starymi książkami, nic interesującego się nie pojawiało, ach, mówiłam sobie, byle tak dalej 😂 aż tu w piątek po południu córka mi dała wychodne i najpierw w knihobudce na Orlenie znalazłam Perry Masona w oryginale - oczywiście jest mi do niego bardzo daleko, ale może kiedyś jednak ten mój angielski się wespnie na wyższy poziom? - potem do naszej osiedlowej ktoś podrzucił jakąś ramotkę pod tytułem Intymny pejzaż prowincjonalny, tom wzięła (że do przeczytania tylko), a jeszcze wieczorem spotkałam pod tąże osiedlową budką dziewczynę-imienniczkę. Gadu gadu, a one z siostrą będą opróżniać mieszkanie po mamie i od słowa do słowa zaprosiła mnie na książkowe łowy. Wyszłam z 17 sztukami. Brillat-Savarin jest na podmiankę, bo mój egzemplarz zafajdany jakiś 😂 Ten Paddington to nie wiem, co za jeden, tłumaczenie Rusinka czyli jakieś nowe tomiki?

Mieszkanie jest trochę większe od mojego i ma zupełnie inny rozkład (nigdy nie byłam w tym bloku) i oczywiście po powrocie do domu myślałam jedynie o tym, jak bym je dla siebie urządziła i że szkoda, że nie było na sprzedaż wtedy w 2023 roku przed przyjazdem Ojczastego, gdy brat oferował się kupić nam większe, bo może bym na to poszła - choć generalnie nie miałam ochoty się wyprowadzać, skoro właśnie zrobiłam nową kuchnię 😉 W każdym razie już rozrządziłam, jak się połączy kuchnię z pokojem obok i że mój pokój będzie ten największy i ile ścian jest na regały i że przedpokój fantastyczny z wielką szafą, no po prostu JUŻ TAM PRAWIE ZAMIESZKAŁAM. I loggia jest!

Nie wiem, czy nie wproszę się jeszcze raz przed wyjazdem dziewczyny, żeby dokładniej obadać to połączenie kuchni z pokojem 🤣

A poza tym - nostalgia. Bo mieszkanie takie z PRL-u, wiecie, ale takie inteligenckie. Rzeczywiście bardzo dużo książek, w każdym pokoju (i w tym fantastycznym przedpokoju też) półki i regały i ten księgozbiór taki charakterystyczny dla dawnych czasów, tylko zerkałam na te same książki i wydania, które były u nas, a których część zabrałam do siebie niegdyś, na przykład Dickens. 

Na półeczce pod sufitem w przedpokoju był zbiór Steinbecków, Greene'ów, Salingerów, Saroyanów - musiałam się mocno hamować... Na pierwszy rzut przeczytałam Stawkę o żonę, ale najpierw będzie jeszcze Parandowski. 


A w niedzielę odebrałam ze Śmieciarki pakiet kulinarny (plus siatkę z notesami do kompletu 😁). Na razie zajrzałam jedynie do Ryżu (coś tam się zrobi), no i cieszę się z Najlepszych dań z kasz i ryżu, bom na kasze napalona, a jedyne, co mi przychodzi do głowy, to kasza do mięsa z sosem - może będzie tam coś innego 😉 Dokładnego przejrzenia wymaga jeszcze ta Domowa kuchnia, bo coś mi świta, że to jest wydanie pod innym tytułem czegoś, co mam, a co nazywało się Warzywa w kuchni. Jeśli to to samo (autorzy Dębscy), to będzie na podmiankę. Jeśli chodzi o Torty i ciasta z kremem to chyba nie bardzo 🤣 ale córka się zainteresowała w pierwszej kolejności - jej ulubione ciastko to, wyobraźcie sobie, wuzetka. Phi!
 



sobota, 13 września 2025

František Langer - Filatelistické povídky


 Ach. Filatelistyczne opowiadania, ale to właściwie osobne historie, złączone jedynie dwiema osobami: narratora, który zbierał znaczki jedynie w dzieciństwie (jak wielu chłopców) i wielkiego speca od marek, poznanego przypadkiem w centrum Pragi. Rzecz miała się tak, iż w pewien dżdżysty i wietrzny dzień autor uratował życie Ignácowi Král, prawie go wyciągając spod kół samochodu. Jego i dwa wielkie foliały, trzymane pod pachą. Ponieważ pan Král był w szoku, zaprosił go na kieliszek koniaku do pobliskiej kawiarni. Okazało się, że Král jest urzędnikiem bankowym, ale trochę zbiera znaczki i tego fragmentu zbiorów byłoby mu szkoda. A ponieważ z albumu wypadła (i zginęła) zielona dwójka pięciocentowych Port Local, autor dopytał się o rynkową cenę i dowiedziawszy się, że wynosi ona 20 tysięcy, po rozstaniu z filatelistą poszedł grzebać w krzakach, w nadziei, że je tam zawiał wiatr 😁 Istotnie, znaczki odnalazł, choć musiał przy tym okłamać podejrzliwego policjanta, że wiatr mu porwał banknot 10-koronowy (któż by uwierzył w szukanie 20 tysięcy na skwerku). Następnego dnia udał się do banku, by zwrócić własność panu Králowi, ten zaprosił go do siebie na kawę i tam potoczyła się ich znajomość: pan Král za każdym razem opowiadał jakąś interesującą historię ze znaczkiem w roli głównej. 


Bajeczna, staroświecka książka i naprawdę nie trzeba się interesować znaczkami, żeby się nią zachwycić. Choć doczytałam, że znaczki będące bohaterami poszczególnych opowiadań naprawdę istnieją. Oraz że jedno z opowiadań zostało sfilmowane, więc je szybciutko znalazłam na YT i obejrzałam. Dramatyczna historia o tym, jak znaczek - malutki kawałek papieru może decydować o życiu i śmierci człowieka.


Początek: 

Koniec: 



Wyd. Československý spisovatel  Praha 1964, 128 stron

Z własnej półki (kupione 4 sierpnia 2025 roku z pudła po 10 koron - dobrze wydane 1,75 zł)

Przeczytałam 9 września 2025 roku



Wstałam dziś z globusem, takim niby nie za wielkim, ale na zrobienie czegokolwiek nie mam ochoty. Wczoraj umyłam trzy okna, więc wystarczy tej radosnej działalności. 

Siedzę przed laptopem, czytam maila, że dziś z racji Europejskich Dni Dziedzictwa w Pradze będzie otwarty do zwiedzania romański kościół w Dolnych Chabrach (a może by w przyszłym roku - gdy już będę wolna - pojechać do Pragi na te Dni Dziedzictwa?), sprawdzam na mapie, gdzie to jest i... zaczynam pisać kartkę na maj lub sierpień, wyszukując, co poza kościołem jest do zobaczenia. Początek zrobiony 😂 Do środka kościoła najwyraźniej nie uda się dostać, bo mszę tam mają w niedziele o 16.00, ale nie w wakacje - a w maju niedziela jest zajęta przez Open House. Ech, te ograniczenia*.

 

Bowiem zeszyt zeszytem, ale przekonałam się w tym roku, że luźne kartki lepsze pod pewnym względem: jeśli jakiegoś planu nie zrealizuję, mogę je zabrać następnym razem, zamiast mozolnie przepisywać do kolejnego zeszytu. Kartki wyrywam ze starego kalendarza, one są cienkie, co jest dodatkowym plusem (każdy gram bagażu się liczy), moje stare kalendarze oczywiście są zapisane, ale często ktoś zostawia czyste w knihobudce, więc zabieram, bo zużycie papieru u mnie, jak wiadomo, jest kolosalne 😂 Czyli - doskonalę swe przygotowania. 


Fajne jest chodzenie po mapie, powiększanie, żeby wyszukać detale (jak te tablice informacyjne)... ale globus nie minął. Nie będzie dzisiaj obiadu! 

* podjęłam damską decyzję, że przedłużę pobyt sierpniowy o jeden dzień, żeby mieć dwie niedziele do dyspozycji właśnie z racji otwartych kościołów. Tyle że z obu mnisich przybytków mam odpowiedź, że trzeba czekać do Nowego Roku, że na razie nie przyjmują rezerwacji, co mnie bardzo niepokoi, że przegapię albo co 😕 

A' propos jedzenia/picia. Wczoraj musiałam pojechać do miasta i czekając na tramwaj powrotny wstąpiłam do sklepu jakiegoś a' la orientalnego: kawa, herbata, przyprawy. Pooglądałam i wyszłam. Po czym wróciłam, bo wpadłam na pomysł, żeby co jakiś czas (najpierw pomyślałam, ze co tydzień, ale raczej ciężko się będzie wyrwać co tydzień z domu) kupić tam inną herbatę na spróbowanie. One są w słojach, mają wypisaną cenę za 50 g (przeważnie 5 zł). Zapytałam, czy mogę właśnie 50 g nabyć. Mogę. Więc wzięłam pierwszą. Akuratnie za 10 zł/50 g 😉 

Dziewczyna mi zapisała nazwę, wiedziałam tylko, że taka herbata istnieje, dlatego ją wzięłam 😂 w domu sprawdzam, a tu piszą, że dobra na odchudzanie. Z drugiej strony piszą, że niewskazana dla osób ze schorzeniami wątroby. Masz ci los. Z trzeciej strony, że Regularne jej spożywanie może zwiększyć poziom enzymów przeciwutleniających, co jest kluczowe dla ochrony wątroby przed uszkodzeniami. Dzięki swoim właściwościom, czerwona herbata wspomaga detoksykację organizmu i wspiera zdrowie wątroby, co czyni ją doskonałym wyborem jako herbatę wspierającą wątrobę. No to ja już głupia jestem 🤣
 

Podobnie jak głupia jestem z tą energią w dwóch rodzajach. Co to znaczy. Czy ja spalam więcej kalorii leżąc czy co 😁


 

czwartek, 11 września 2025

Zygmunt Zeydler Zborowski - Akcja Rudolf


Przeczytałam pierwszy z trójki Srebrnych Kluczyków, znalezionych niedawno w knihobudce. Oczywiście zaczęłam od ZZZ, no bo ostatnio mi tak często wpada w ręce. Więc znowu kapitan Downar prowadzi śledztwo - zmarł (na atak serca?) mąż Krystyny, wiarołomnej żony 😉 Krystyna poznała w Zakopanem doktora Łukasza, gorący romans, małżeństwo dawno wygasłe, ale ona boi się powiedzieć mężowi, że chce odejść, bo obawia się jego gwałtownego charakteru. Gdy więc mąż schodzi nagle, czytelnik podejrzewa Krystynę, że w taki prosty sposób chciała załatwić sprawę. Lekarz pogotowia ma pewne wątpliwości co do przyczyny śmierci, a że Teodor Nechay był jednym z głównych projektantów w biurze projektów MON, milicja musi się zająć tym dziwnym przypadkiem. Coraz więcej tropów prowadzi do coraz większej ilości podejrzanych, ale aresztowany zostaje na razie jedynie doktor Łukasz, bo pewne poszlaki wskazują na niego. Czyżby to Krystyna chciała go wrobić w morderstwo?

Czytable, choć jest to stały chyba melanż wątków romansowo-erotycznych i szpiegowskich. A co tam, niech będzie. Gdyby tak policzyć wszystkich szpiegów działających w PRL według ówczesnych kryminałów, to chyba liczby szłyby w tysiące 😂

Początek:

Koniec: 

Wyd. Iskry, Warszawa 1963, 185 stron

Seria: Klub Srebrnego Klucza 

Z własnej półki (przyniesione z knihobudki 5 września 2025 roku) 

Przeczytałam 7 września 2025 roku

 

 

W jednej z książek z knihobudki był taki bilecik. Wzruszający.


 

Ojczasty miał być dziś kąpany, ale nic z tego nie wyszło, bo znów majaczy. Najpierw jego tekst:

- Uciekaj! Daruję ci życie! Słowo daję!

wzięłam na wesoło, ale potem zaczął wymachiwać kulą, a gdy usiłowałam mu ją wyjąć z ręki - mało mi nie złamał kciuka, tak mocno zacisnął dłoń na mojej. To niesamowite, jak wielką ma siłę podczas tych ataków... Zdołałam zadzwonić po Sąsiada, ale zanim przyszedł, Ojczasty już się nieco uspokoił, wrócił do łóżka, kulę odłożył obok, więc Sąsiad przyniósł mi ją do kuchni. Postanowiłam nie czekać na rozwój sytuacji, tylko zaaplikować mu od razu trzy silne tabletki. Cóż, kiedy nie chciał jeść śniadania, machnął ręką, że później. I od tej pory podsypia. Wszelkie plany na dziś wzięły w łeb, nie żeby to było nie wiadomo co, ot, zakupy, spacer, siłownia. Nie wyjdę, bo się boję, co może wyprawiać. Brat mówi, żeby się nie wahać i dzwonić po pogotowie, niech go zabiorą do Kobierzyna, jeśli znów zrobi się agresywny. Ale tak mi go żal. Co z niego tam zrobią. Owszem, spacyfikują silnymi lekami - i co dalej? Zwrócą mi roślinkę? 

Jak można się tak upierać przy takim zasranym życiu. Dlaczego nie odejść z własnej woli, jak to zrobiła mama. 

Więc taki dzień. A tu człowiek czyta o rodzinie Parandowskich, ciekawe, czy tam też trafią się smutne przypadki. Na pocieszenie...

A' propos smutne czy raczej a' propos chorych. Świetny film obejrzałam, nie wiem, jaki jest polski tytuł, może Nocna zmiana? Angielski to Late Shift. Szwajcarski, opowiada o jednej zmianie szpitalnej pielęgniarki, którą śledzimy krok w krok - i jeśli ktoś do tej pory nie doceniał takiej pracy, to cóż, ma okazję zmienić zdanie. Film jest tutaj, ale polskie napisy nie były najlepsze (niedopasowane do dialogów, opóźnienia), więc oglądałam z włoskimi, żeby się nie męczyć, są oczywiście angielskie. I różne inne. 

wtorek, 9 września 2025

Bohdan Butenko - Kwapiszon

Wspominałam niedawno o dwóch sensacyjnych znaleziskach z knihobudki - oto pierwsze z nich 😍 Siedem zeszytów z komiksem Bohdana Butenki o przygodach harcerza  Kwapiszona, który udaje się nad Wisłę powędkować i znajduje tajemniczą szkatułkę. Niestety w ślad za Kwapiszonem udają się dwaj złodzieje, usiłując mu tę szkatułkę odebrać, bo pewnie zawiera skarb.

Niestety nie dowiedziałam się, co to za skarb - a raczej, jakie drzwi otwiera kluczyk ze szkatułki - bowiem rozwiązanie zagadki jest w ósmym zeszycie, a tego mi zabrakło 😉 

Niemniej oczywiście, zgodnie z ideą zbieractwa, całą tę komiksową serię zostawiam w domu. Ona jest nietypowa, bowiem postaci rysowane przez Butenkę umieszczone są na tle zdjęć. No i miało to wydźwięk dydaktyczno-naukowy, jako że poznajemy różne historyczne miejsca i postaci.

Poprzedni właściciel trochę się wyżył w kolorowaniu niektórych zeszytów, co obniży ich cenę, gdybym chciała sobie zapewnić jakiś zastrzyk gotówki - ok. 50 zł za zeszyt na allegro (o ile ktoś w tej cenie kupuje) 😂

 


Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1975-1980

Wychodziło w nakładzie 375 tys. egzemplarzy 

Z własnej półki

Przeczytałam 5 września 2025 roku

 

 

Wczoraj byłam na tym badaniu wątroby. Kiedyś byłaby to po prostu biopsja, teraz układają pacjenta w dziwnej wygiętej pozycji (jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach), przykładają do brzucha głowicę, robią parę razy puk - puk i badanie gotowe. Miało stwierdzić, czy jest zwłóknienie - nie ma, jest stłuszczenie (ale to już wiedzieliśmy z USG, tyle że teraz wiemy dokładnie, jakie - nie że tragiczne). Wizyta u pana doktora jest pod koniec października i skoro już mam wynik badania, mogłabym dzwonić i przełożyć na wcześniej - ale od czego prokrastynacja 🤣

Oczywiście nie obyło się bez emocji przed badaniem, choć wiedziałam od pana doktora, że to nic takiego (ja to taka głupia jestem), toteż mnie dzisiaj głowa boli. Troszeczkę. Wypadało kąpanie Ojczastego, ale z radością przełożyłam na czwartek 😉 Czytam sobie w łóżku i tylko myślę o tym, jak pójdę na siłownię wieczorem, bo przecież nie myłam głowy. A już wczoraj nie byłam, bo przeszła okropna burza i co prawda była-minęła, ale sprzęt mokry. Pogratulowałam sobie, że umyłam kiedyś tylko jedno okno z zaplanowanych wszystkich, bo po tym szaleństwie wczorajszym całość brudna jak cholera. Jak to się nigdy nie należy spieszyć z porządkami 🤣 Patrzyłam przez okno na tych, co wracali do domów samochodem i nie mieli innego wyjścia, jak zdjąć buty, podwinąć nogawki i brnąć do bloku przez wodę powyżej kostek na ulicy. No bo wiadomo, studzienki zapchane... 


sobota, 6 września 2025

Erich Kästner - 35 Maja albo jak Konrad pojechał konno do mórz południowych

Ucieszyłam się ze zdobycia 35 Maja, bo wiedziałam, że istnieje, ale nie znałam. Uciecha nie trwała długo, bo nie przypadłyśmy sobie do gustu z tą książką. Dlatego zaczęłam myśleć, że dość często mi się to zdarza - jeśli nie pokochałyśmy się z książką w dzieciństwie, to potem już przegrana sprawa. Może nie zawsze, ale...

Będę badać tę sprawę 😁 Zwłaszcza, że z tej serii zyskałam sporo innych, nieznanych mi do tej pory nawet z tytułu! 

Początek: 

Koniec:

Wyd. POLITYKA Spółdzielnia Pracy, Warszawa, brak roku (co jest karygodne), 71 stron

Tytuł oryginalny: Der 35. Mai

Przełożyła: Stefania Baczyńska

W jednym z rozdziałów pojawiają się Słowacki i Krasiński grający w tenisa (Słowacki słabo odbija) i nie wiem, czy to fantazja tłumaczki, chcącej przyciągnąć uwagę polskiego czytelnika czy też są oni w oryginale. Ponieważ zwykłam tracić czas na głupstwa, zaczęłam szukać tegoż oryginalnego tekstu, ale gdy już go miałam i dochodziłam do właściwej strony, tekst zaszedł mgłą - najwyraźniej trzeba się zalogować. Co to, to nie. Za to przy poszukiwaniach wyświetlił mi się link do strony opisującej serię po angielsku?

Kolekcja książkowa CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM 

Z własnej półki

Przeczytałam 3 września 2025 roku
 

Najnowsze nabytki

Wczoraj był dobry dzień. Najpierw była zła noc (wiadomo), a potem spodziewałam się najgorszego po pierwszej wizycie w Poradni Chorób Zakaźnych, co to na nią czekałam od kwietnia czy maja - a tymczasem dobrze poszło, pan doktor bardzo miły, uprzedził mnie, że diagnostyka będzie długa, bo polega na kolejnym wykluczaniu schorzeń, aż dojdziemy do sedna, dał skierowanie na badanie wątroby plus oczywiście badania z krwi, zapisałam się na następną wizytę na koniec października, bo nie wiedziałam, ile będę czekać na to badanie, a gdy zadzwoniłam dali mi termin na... poniedziałek 😲 Druga dobra sprawa, że wreszcie przyszła decyzja z ZUS o świadczeniu wspierającym, będą je płacić na koniec miesiąca. A trzecia - to te Srebrne Kluczyki znalezione w mojej knihobudce 😂 Pierwszy już się czyta.

I jeszcze wieczorem zrobiłam spacer (9 tys. kroków) plus siłownia. Znaczy chyba część tych kroków to siłownia nabiła... I obejrzałam Człowieka z M-3. No był piątek git!

 

Gorsza sprawa wynikła późnym wieczorem: chciałam coś po czesku posłuchać i włączyłam na YT filmik o człowieku, który zawodowo zajmuje się przeprowadzkami, ale od pewnego czasu charytatywnie czyści mieszkania osób chorych na kompulsywne gromadzenie rzeczy. Warunkiem jest, że ta osoba po pierwsze mieszka w tym zawalonym gratami lokalu, a po drugie zgadza się na to czyszczenie. Nie że to na wniosek rodziny, która już z krewnym nie daje rady. Na YT jest sporo filmów o takim opróżnianiu mieszkań, amerykańskich przeważnie, ale głównie pokazują po prostu sam proces oczyszczania i wyrzucania, bez wdawania się w psychologiczne szczegóły. Tymczasem ten pan opowiada o tym, że jest to uzależnienie jak każde inne - i jak każde inne bardzo trudne do wyleczenia. 

 

I wiecie co? Pomyślałam, że moje znoszenie do domu książek to przecież to samo - też rodzaj uzależnienia. Też pewnie chcę sobie tym coś rekompensować. Bo za gromadzeniem rzeczy kryje się jakaś trauma, jakaś potrzeba rekompensaty. W przypadku mieszkania z filmiku - kiedyś było "normalne", mieszkał tam pan z panią, wyjechali raz gdzieś popływać i pani podczas pływania miała zawał, pan wrócił do domu ze zrujnowaną psychiką i zaczął właśnie znosić co tylko znalazł (lub kupił). Te rzeczy miały mu zastąpić żonę.

Jaka historia kryje się za moimi książkami? Czy fakt, że jeszcze da się po mieszkaniu chodzić (choć stosów coraz więcej), oznacza, że nie jest tak źle? Czy to tylko miły złego początek?

Czy ten pan też cieszył się z przyniesionego do domu fantu tak, jak ja ze Srebrnych Kluczyków?

Cholibka! Jak z tym walczyć?

czwartek, 4 września 2025

Piotr Marecki - Romantika

W knihobudce było, oczywiście. Zerknęłam na okładkę - aha, reportaż, dawać mi to. W domu dopiero odkryłam, że to Czarne. Nie rozumiem, dlaczego nie można się trzymać nie tylko jednakowego formatu, ale nawet oprawy graficznej. No prosi się ta Romantika, żeby ją dać gdzie indziej.

/powiedziała pańcia, która lubi mieć wszystko równo poukładane/ 


Najpierw coś w rodzaju wesela dla przyjaciół i znajomych, potem podróż poślubna na Ukrainę. Przed wojną, uściślam. 

Żadnych opisów z Wikipedii, tylko dokładna, słowo po słowie, relacja z rozmów z ludźmi, z codziennych czynności, z wydłubywania kleszcza z tyłka i przyrządzania śniadania.  



Who is Piotr Marecki? Niby skądś to nazwisko znam, ale z niczym mi się nie kojarzy. Ha!art? Wiem, że istnieje, może nawet coś kiedyś czytałam, ale nie żebym była lepiej zaznajomiona...  


Bardzo mi się spodobała ta relacja i jej styl. Obraz pewnego środowiska, jaki się wyłania z opisu "wesela", genialny. I fajnie poczytać, że są ludzie, którzy potrafią żyć inaczej, nie przejmując się konwenansami i przyszłą emeryturą. Nabrałam ochoty na wcześniejszą książkę Mareckiego, tę Polskę przydrożną. Jest bogato reprezentowana w 39 filiach bibliotecznych, ale akurat nie w mojej.

Na ile mogę się doczytać, to dedykacja od autora i jego żony 😉 


Początek:
 


Koniec:

Wyd. Czarne, Wołowiec 2021, 230 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 1 września 2025 roku

 

Wczoraj podczas przebieżki (udaje mi się! codziennie do pół godziny, w tym również chwila na siłowni) zauważyłam pod jedną klatką zwinięty dywanik z Ikei i wieczorem, pod osłoną ciemności 😂, zabrałam go i rozwinęłam przed knihobudką 😁 Następnie będę polować na jakiś fotelik 🤣

No, jeśli jeszcze dywanik tam jest. 

Knihobudka miała rocznicę powstania, ale jej nie obeszła. Zastanawiam się nad organizacją imprezy w rocznicę przeniesienia spod kiosku. Balony i szampanskoje?

Czytam codziennie jeden list Joyce'a z tego wydawnictwa, które w sierpniu znalazłam w knihobudce, ale zaczęłam się niecierpliwić: obliczyłam, że przeczytanie w tym tempie pierwszego tomu będzie trwało 512 dni, chyba to przesada... Od dziś zaczynam czytać po dwa 😁 wyszło mi, że przed majową Pragą skończę, a tom drugi zacznę po sierpniowej Pradze. 

Na razie Joyce to młodzieniaszek 21-letni, który wypuścił się w świat, a konkretnie do Paryża. Pisze do matki z pretensjami, że mu źle pieniądze posłała i pości...


ale dziesięć dni wcześniej z pieniędzy od ojca świętował zapusty. Cóż, młodość... Dlaczego jednak nie mógł zabrać z domu noża i łyżki, zamiast w tak ciężkich warunkach finansowych kupować je na miejscu - nie wiem. Jam Polka, my Polacy woziliśmy za granicę konserwy 🤣


 

Skoro już przy kulinariach jesteśmy, upiekłam (dwa razy!) bublaninę. Znaczy tak mi się wydaje, że to było to, bo nigdzie nie sprawdzałam przepisu 😁


Decyzji z ZUS-u dalej nie ma. Dziś mijają trzy tygodnie.