sobota, 8 lipca 2023

Eva Malá - Lidé na Cibulkách

 W migrenową niedzielę wreszcie zabrałam się za czytanie trzeciej części trylogii Evy Malá, mieszkanki i wielkiej patriotki dzielnicy Cibulka (zwanej też Cibulky, raz w liczbie pojedynczej, raz w mnogiej), leżącej w lewobrzeżnej części Pragi. Autorka odgraża się, że więcej nie będzie. Pierwsza część nazywała się Tenis na Cibulkach (bowiem Eva Malá grała w miejscowym klubie tenisowym), druga Życie na Cibulkach (przy okazji tej właśnie poznałyśmy się), a ostatnia to Ludzie na Cibulkach. Ja bym sobie życzyła, żeby powstała i czwarta, ale już tę trzecią Eva pisała w ciężkim (dla wszystkich) pandemicznym okresie, miała już serdecznie dosyć pracy nad nią - byłyśmy w ciągłym kontakcie, więc wiem - i chyba rzeczywiście na trylogii się skończy.

Co i tak jest wielkim osiągnięciem, bo rzadko która tak mała dzielnica, właściwie osiedle willowe plus park (Czesi to nazywają lesopark) z dawną posiadłością pewnego biskupa, doczekało się takiej publikacji. Jako lokalna patriotka, a przy tym już emerytka czyli osoba uwolniona od konieczności codziennego obowiązku zarabiania na życie (wreszcie czas! czas! czas!), Eva mogła się poświęcić miłemu sercu zajęciu - zbieraniu wspomnień i fotografii, rozmowom z sąsiadami najchętniej gdzieś w gospodzie przy piwie (głównie tam przy kortach tenisowych) - i co znalazła, to w swojej trylogii umieściła.

Początek z ukochaną wnuczką:

Koniec ze zdjęciem, na którym autorka jako lokalna babysitter przygląda się wraz z wychowankiem lokomotywie przejeżdżającej przez Cibulky:

Autorka z bratem bliźniakiem:
Oglądając zdjęcia wykonane na ulicach Cibulek zrobiło mi się trochę żal, że nie mam takich ze swego dzieciństwa, pamiątek z okolicy domu - a raczej mam kilka, ale jesteśmy na nich rodzinnie, nie ma tam sąsiadów. Chyba jedyne zdjęcie, gdzie kilku z nich widać, to... fotka konduktu pogrzebowego idącego do bloku ku kościołowi. Tak, to były jeszcze te czasy (koniec lat 70-tych, myślę), gdy pogrzeb startował z domu zmarłego. Pamiętam, że wtedy akurat był problem z wyniesieniem trumny z nieboszczykiem, solidnej postury, przez drzwi i skończyło się na otwarciu w środku zimy podwójnych drzwi balkonowych - na szczęście to był parter.

No i ten przemiły akcent wśród podziękowań, o którym Wam pisałam już w maju:


 

Wyd. Praha 2022, 143 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 2 lipca 2023 roku

 

Nie obyło się przy czytaniu bez wyciągnięcia atlasu ortofotomap Pragi... tak, kupiłam kiedyś taki, wcześniej nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego - rastrowy obraz powierzchni terenu, powstały w wyniku przetworzenia zdjęć lotniczych lub satelitarnych - i co z tego, że nieaktualny, bo sprzed 25 lat i wiele się zdążyło pozmieniać 😂


No i przy okazji przejrzałam od początku do końca ten album, którym mnie Eva przywitała w maju tego roku. Album, gdzie powklejała fragmenty naszej korespondencji, stare pocztówki i własne praskie zdjęcia, co mnie wzruszyło wtedy i wzrusza nadal.



Wspominała między innymi o swoich wizytach w Ośrodku Kultury Polskiej za dawnych czasów. Przeglądała tam miesięcznik KINO 😁 I nie mogła sobie przypomnieć nazwiska popularnego wówczas polskiego aktora i reżysera - ja sugerowałam Polańskiego albo Skolimowskiego, tymczasem okazało się, że chodziło o Cybulskiego, no, reżyserem nie był, to mnie zmyliło 😂



Przeglądałam leżące u Evy fotografie i wyfasowałam dwie z nich, w tym kolaż z Cibulek (tu leżący na wierzchu) - nawet udało mi się przywieźć je niepogniecione, tylko miejsca na nie brak, bo to spory format - ale może jeszcze coś wymyślę 😀

Dodatek zainspirowany przez Agatę

A tu wspomnienie pierwszej wizyty u Evy. Zaprowadziła mnie na miejsce, gdzie kręcono słynną scenę filmu Pod jednym dachem - jeden z bohaterów, zawzięty antykomunista i straszny raptus, wychodzi na balkon i krzyczy Proletariusze wszystkich krajów, pocałujcie się w dupę. Odnosiło się do sąsiada mieszkającego niżej i goszczącego radzieckiego towarzysza.

A to ja cztery lata temu pod owym (nieszekspirowskim) balkonem na Cibulkach 😁


wtorek, 4 lipca 2023

Joanna Chmielewska - Zbrodnia w efekcie

 

Już się usprawiedliwiam. Choć w sumie nie ma dla mnie usprawiedliwienia, bo wiadomo, że Chmielewską się czyta tylko "starą". To wszystko, co wyprodukowała po komunie, nadaje się tylko dla prawdziwych fanek.

No, ale odbierałam jakieś książki dla Ojczastego i tak jakoś, w chwili słabości, złapałam tę Zbrodnię w efekcie. Błąd, błąd, błąd. Nazwijmy to jednak POTRZEBĄ ODMÓŻDŻENIA i spuśćmy zasłonę miłosierdzia.

Początek:

Koniec:


Wyd. Klin, Warszawa 2013, 304 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 1 lipca 2023 roku


W piątek ostatni raz siedziałam na przystanku fabrycznym, czekając na tramwaj, który mnie zawiezie do domu i wpatrując się w padły sklep Cardina.

Ostatni dzień pracy... ach, gdybyż ostatni w ogóle... tak dobrze nie ma i we wrześniu apiat do młyna. Pewnie z tej okazji miałam porządnego globusa i co gorsza - nie pomogła nawet Magiczna Tabletka. Zresztą łeb mnie bolał i w sobotę i w niedzielę, taki fajny początek wakacji. A tu wiecie, obrobić dziadka trzeba... W niedzielę w dodatku wypadło gotować krupnik i na nieszczęście w sobotę wyjęłam pałki z zamrażalnika, więc nie było odwołania.
Kurde mol, jakie piękne było życie do tej pory. Był globus, to spędzałam dzień w łóżku i kto mi co zrobił?

Kiedy przestanę narzekać?

Tak że ani nie miałam głowy do obiecanego fotoreportażu, a z kolei w poniedziałek i dziś czyli we wtorek dużo roboty, bo niby z pracą skończyłam, ale przed laptopem trzeba było posiedzieć i kryzysom zapobiegać. Idźta mi z pracą zdalną, to już lepiej w biurze wypoczywać...

Wcześniej uprawiałam Ikeowanie (trzy razy! trzy razy jechałam!), kupiłam lampę stojącą przekonana, że ta wreszcie będzie dobra, ale też jest trochę za wysoko (Ojczasty by chciał żarówkę tak najwyżej 10 cm nad książką), jednak innej już nie będzie, dość.

Jak widać, rolki papiery toaletowego (również na stole kuchennym) to obecnie stały element naszego życia, co poczniesz.

Biała ściana miała być przeze mnie zagospodarowana, nabyłam już dawno takie tam dwa lusterka i makramę do zawieszenia kwiatka i stare obrazki czekają na podłodze... no nie miał kto tego zrobić... a teraz przez etażerkę i krzesło już i tak nie ma gdzie tego wieszać...

Ten fotel stojący aktualnie w kuchni jest nam już w sumie niepotrzebny (nie mamy na niego miejsca i właściwie przeszkadza), ale Ojczasty sobie na nim przysiaduje, więc został.

W moim pokoju (obecnie naszym, bo dzielonym z córką) przybył mebelek na kółkach zamówiony na telewizor, który zabrałam z poprzedniego miejsca, żeby móc sobie coś kiedyś może obejrzeć... Kolejna zawalidroga, ale coś trzeba było wymyśleć - do oglądania telewizor stawiam NA, a po oglądaniu z powrotem W szafeczce. Taki rodzaj prowizorki, ale póki tv stał na podłodze, to nie oglądanie... A jako że mebelek jest na kółkach to można nim dowolnie manewrować. Howgh.

W Ikei kupiłam te półeczki do szafek kuchennych, co to wszędzie się przewijają i nigdy mi się nie podobały, ale jednak - pożyteczna rzecz, bo nie muszą stać kubki i inne manele jedne w drugie powkładane. Wzięłam w sumie trzy: jedną węższą i dwie szersze, ale kto wie, czy jeszcze po dwie kolejne się nie wybiorę...

A te szklane pojemniki to cudowne odkrycie. Też przecież znane od dawna, ale dopiero gdy na jakimś wątku na FB dziewczyna wymieniła pięć argumentów ZA, przemówiło do mnie. Zwłaszcza jeden - że nie zachodzą w użytkowaniu tak jak plastiki, szkło umyjesz i jest jak nowe. Kupiłam trzy i też mi się wydaje, że może być za mało, przy ilości jedzenia, jakie się teraz przy Ojczastym składuje.

A' propos jedzenia, kolejny półmisek dla Mokuren 😁 Oczywiście powinny się w nim znaleźć raczej owoce, ale akurat się nadał gabarytowo do obiadu.

To był obiad, który jedliśmy wspólnie, we trójkę, bowiem kotleciki są niebywale delikatne i miękkie, więc i Ojczasty mógł spożyć. Polecam gorąco (robiłam drugi raz) - tu przepis.

Powiem Wam, że niebywale się cieszę, że ten remont kuchni zrobiłam i mam raz że o wiele wygodniej, a dwa, że chociażby dużą lodówkę. W starej kuchni byłby teraz koszmar.

Wszystko jest po coś...

Jak się odrobię z tą zdalną pracą, napiszę więcej: o nowych nabytkach (chyba nie wątpiliście, że takowe są?), o formalnościach do załatwiania, o jutrzejszej wizycie domowej lekarki z przychodni, o tym, co czytamy. 

I o moim najnowszym marzeniu (bardzo trywialnym, ale to nie czas na wzniosłe idee).


środa, 28 czerwca 2023

Aleksander Kaczorowski - Czechy. To nevymyslíš


 Książkę znacie, dedykację znacie, to może coś o zawartości? Gdyby sądzić z okładki (czego robić nie będziemy) to super duper, jak mawia Věra, Makłowicz chwali i w ogóle. Gdyby sądzić z Lubimy czytać to po połowie: ci, co przeczytali pierwsi, bo mieli egzemplarze recenzenckie, wiadomo - chwalili 😁 zaś ci, co sobie książkę kupili za własne pieniądze, niekoniecznie.


Ja już miałam z panem Kaczorowskim do czynienia kilkakrotnie, zawsze wrażenia były dość pozytywne. Tym razem... tym razem częściowo. Bo nie przeszkadza mi, że to taki miszmasz wszystkiego, dlaczego nie? Tylko jest tu zbyt dużo naćkane informacji encyklopedycznych i przewodnikowych. A że siłą rzeczy należy się streszczać, to rezultat jest taki, że nie jest to ani przewodnik ani historia Czech ani pogłębiona analiza czeskiej kultury gastronomicznej ani całej reszty. Tak po trochu wszystkiego.


Jednakże uważam, że przeczytać warto. No chyba, że ktoś jest już tak zaawansowanym czechofilem (żeby nie powiedzieć bohemistą), że nic tu dla siebie nie odkryje. Ja owszem, to i owo nowego wyczytałam, przy czym wiadomo, że jeszcze szybciej zapomnę, ja to najwyraźniej do końca świata (mojego) będę odkrywać Ameryki. A w niektórych rzeczach się upewniłam, że miałam rację, bo były to jakieś moje intuicje, przypuszczenia, a tu okazało się, że istotnie tak jest, jak podejrzewałam. To wiadomo - wtedy satysfakcja 😄


Początek:


Koniec:


Zdjęcia półki nie ma, bo książka jeszcze na żadną półkę nie trafiła. Mówiłam już, że może w wakacje coś uporządkuję?

Wyd. MUZA SA Sport i Turystyka, Warszawa 2022, 300 stron

Z własnej półki (od 14 czerwca 2023 roku)

Przeczytałam 23 czerwca 2023 roku 

Czytałam całe sześć dni, no  bo tak teraz mam z czytaniem. Czy to w ogóle jeszcze drgnie i ruszy?

 


Było tak. Wracałam z piekarni z chlebem w ręku i  najwyraźniej z uśmiechem na twarzy, bo starszy pan idący z naprzeciwka zagaił:

- Co dobrego pani kupiła, że tak się cieszy?

Odparłam, że cieszę się, bo idę do pracy.

- Wreszcie sobie odpocznę.

I tak to właśnie wygląda. 

Mój dzień wygląda teraz niby tak samo (dom, praca, sklep), ale jednak inaczej. Mianowicie głównie stoję przy garach i na zmywaku 😂 

Do tej pory pracowałam w godzinach 9-16. Teraz, żeby obsłużyć Ojczastego, chodzę na 11.00. Co niestety oznacza, że jestem w plecy 1400 zł miesięcznie, a jest to dość istotne, bo przecież te pieniądze odkładam na starość, tak?

Po kolei, bo już się ustalił pewien reżim i można to podsumować. Wstaję o 7.00, co jest postępem, bo wcześniej budzik dzwonił o 6.00 - potrzebuję rano czasu, choćby z tego powodu, że myję głowę i staram się nawet nie suszyć jej suszarką, poza tym na przykład oglądam czeski dziennik etc. Około 9.00 zbieram się do budzenia Wiadomej Osoby, coby zabrała się za śniadanie. Śniadanie bowiem, podobnie jak każdy inny posiłek, trwa. Co zresztą rozumiem, bo siedzenie przy stole jest to jakiś rodzaj rozrywki, czegoś odmiennego od leżenia w łóżku. 

Problem z posiłkami jest taki, że nie wchodzą w grę kanapki, tego nie zje. Więc praktycznie trzy razy dziennie trzeba przygotować coś gorącego. I to mnie normalnie rozkłada. Po pierwsze w kółko myślę, co ma być na kolację, co jutro na śniadanie, co było ostatnio, żeby nie powtarzać raz za razem (mam nową rubrykę w kalendarzu, wszystko zapisuję, bo na pamięć nie mogę liczyć). 

Do każdego posiłku trzeba zrobić dwa kubki herbaty z sokiem malinowym i miodem*. Przed śniadaniem i obiadem dodatkowo robi się tzw. galaretkę (jakiś środek przeciw zaparciom w postaci proszku, który należy wymieszać z przegotowaną wodą, ale nie za zimną i nie za gorącą, więc trzeba pamiętać, żeby taka woda była na podorędziu). 

Gdy Ojczasty je, robię porządek u niego w pokoju. Na początku musiałam ściągać prześcieradło, żeby je wytrzepać, ale zafasowałam ze Śmieciarki dwa prześcieradła z gumką, bo zwykłe w dodatku się zsuwało w nocy - materac przeciwodleżynowy jest śliski - i teraz tylko z niego ściągam odkurzaczem paprochy i odkurzam dywan przed łóżkiem i okolice. Bowiem są one pełne drobniutkich kawałeczków papieru toaletowego oraz tzw. urobku (uwaga, delikatni niech odwrócą wzrok) - pochodzącego z nosa 🤣 To samo zresztą robię wieczorem podczas kolacji czyli dwa razy dziennie tańczę z odkurzaczem.

Gdy uda mi się doczekać końca śniadania, podać leki i wreszcie pozmywać, mogę uciekać na Fabrykę.

Po jakimś czasie córka, która zostaje na gospodarstwie, podaje mu gorące kakao. Nie uważam, że powinien je codziennie pić, ale Grażynka mi codziennie robiła. Około 15.00 odgrzewa mu obiad w postaci zupy. Skąd się wzięła zupa? No ugotowałam rano. Co trzeci dzień rano spieszę się bardziej niż zwykle, żeby ją właśnie ugotować.

Ach, dodajmy, że po każdym posiłku należy się deserek (jogurt z miodem, papka z jabłka ugotowanego - nie wiedziałam, o co kaman, ale mi Psiapsióła z Daleka powiedziała, jak to się robi - serek jakiś mały albo takie deserki Monte, tylko w tańszej wersji, w Lidlu są takie Monteravo 😁😁, ciasteczka). Powiem Wam, że w życiu takich toreb ze sklepu nie targałam...

Po obiedzie Ojczastego córka daje dyla. Ja wracam 16.30, o ile nic po drodze nie załatwiam. Zanim zrobię sobie obiad, ściągnę ją ewentualnie, żeby też zjadła, a potem pozmywamy, jest 18.00. Często jeszcze trzeba po zakupy. I nagle jest 19.00 i wypada się zabierać za kolację Ojczastego. Tu się często wspomagam gotowcami (pierogi, krokiety) albo gdy z obiadu zostało coś, co będzie w stanie zjeść. Około 21.00 pozmywane, posprzątane, odkurzone, idę do łóżka, otwieram książkę i... zamykam z powrotem, bo padam.

I teraz pytanie - czy to jest życie?

Czekam oczywiście na weekend. Ale w weekend są dodatkowe rozrywki poza tymi wymienionymi: ze dwie pralki i suszarki trzeba puścić, rzecz główna KĄPANIE, potem zmiana garnituru 😁, pościeli, na drugi dzień jeszcze GOLENIE plus obiady staram się wtedy zrobić takie wspólne, żebyśmy razem zjedli, a więc Myślenice, co to ma być, no bo kotleta nie pogryzie...

Ja pierdykam!

Ale słuchajcie, to już cztery tygodnie i jakoś się w to wszystko wdrożyłam. Tyle że wyobrazić sobie, że tak już ma być zawsze, to normalnie palnąć sobie w łeb.

Przy czym przecież jeszcze nie jest źle. Ojczasty samodzielnie na przykład używa kaczki. W pierwszych dniach wyrywałam mu ją z ręki, żeby iść wylać zawartość, ale zaperzył się, że on sam. Miałam duże obawy, że po prostu będzie raczej wylewał obok, zważywszy na jego wzrok (czytaj: będę miała dodatkową i to mało atrakcyjną robotę), ale nie, radzi sobie 😍 Tyle że często jakoś tak naciśnie przycisk spłukiwania, że on się zatnie i woda się leje, czego oczywiście ani nie widzi ani nie słyszy; bywało, że wracam do domu, a tam wesolutko sobie woda spływa, Bóg wie ile czasu; nie chcę myśleć o rachunku).

 

*Ponieważ duży słoik z miodem ciągle się lepi przy tak częstym korzystaniu, kupiłam w Rossmannie specjalny szklany pojemnik i jest trochę lepiej. 


 

Toteż się nie dziwcie, że jedyną aktualnie dostępną mi rozrywką jest skok do Jordanówki, żeby przywlec z półki kolejne gnioty 🤣 I tu, całe na biało, wchodzą

NAJNOWSZE NABYTKI

Bratny cholera wi, po co mi, a w Kuncewiczowej znalazłam cenny artefakt - kalendarz stuletni. Mogę sprawdzić, jakiego dnia tygodnia się urodziłam (chyba to czwartek był), bo zapomniałam 😂



Normalnie KAŻDY z tych poradników może mi się przydać 🤣🤣🤣

 

Jak sobie tutaj żyjemy, zrobię reportaż fotograficzny... w weekend... dziś zajawka.


niedziela, 25 czerwca 2023

Michał Rusinek - Dzika plaża

Wow, ale lunęło! Alert był co prawda dwa dni temu, ale co się odwlecze... 🤣 Jest ósma rano, gdy zaczynam to pisać. Zrobiły się nagle tak wielkie ciemności (egipskie), że przypomniała mi się zima. Której się dość boję w obecnej sytuacji (podobnie jak jesieni), bo póki słońce świeci od rana to i chce się wstawać i bez problemu się lata co chwilę do sklepu etc. Ta obsługa staruszka nie jest aż tak bardzo upierdliwa. Ale za pięć-sześć miesięcy wszystkiego mi się odechce...

/nie żeby mi się teraz bardzo chciało/

Lampkę musiałam zaświecić, bo klawiatury nie widzę 😂

Dobra, więc po kolei. Pan Rusinek. Książka została niedawno zgarnięta z półki w Jordanówce i odgrażałam się wtedy, że będę czytać te ramoty sprzed lat. Proszę bardzo, dotrzymuję słowa! 

/bo cienka/

Pana Rusinka (tego) czytałam jedną jedyną rzecz (a to dlatego, że było to cracovianum) i nawet, o ile dobrze pamiętam, zwracałam się wówczas mailowo do drugiego pana Rusinka z pytaniem, czy to jakaś rodzina. Otóż nie 😁
 

 

W zalinkowanym poście sprzed 10 lat można znaleźć więcej informacji. Można się też naocznie przekonać, jak mi się kiedyś chciało pisać i porównać, jak mi się dziś nie chce... W każdym razie pan MR płodnym był, jak widać poniżej, aliści ja nic innego specjalnie szukać nie będę (chyba że wpadnie w łapy w ten sam sposób). To już literatura dawno miniona...


 

Dzika plaża to opowiadania, wszystkie łączące się z przeżyciami wojennymi, do których bohater wraca wspomnieniami, wymuszonymi aktualnymi wydarzeniami. Czasem jest to spotkanie z dziećmi dawnej miłości, czasem wizyta nieznajomego Polaka w japońskim hotelu, gdzie Jan się zatrzymał, czasem tylko niemiecka rodzina, spędzająca urlop w tej samej miejscowości. Zawsze samotny, zawsze obciążony przeszłością, której nie sposób zmazać czy choćby tylko zapomnieć. 

O ile rozumiem zwykłego człowieka - że nie może o tej przeszłości zapomnieć, że siedzi to cały czas w jego psychice, o tyle jako naród dawno powinniśmy zrzucić to jarzmo i patrzeć do przodu. Ale jak wiadomo - niedasie.


 

Początek:

Koniec:



Wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, (pewnie Warszawa, ale zatajono tę informację) 1975, 159 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 17 czerwca 2023 roku 


NAJNOWSZE NABYTKI

Oczywiście zgarnięte z półki w Jordanówce. Oczywiście nie mam miejsca na nowe książki. 

Te kuchenne to taka seria była, miałam już cztery sztuki, to przecież nie mogłam przejść obojętnie (chłop żywemu nie przepuści) 😂

Malutka książeczka do Pragi naturalnie (czyli już niedługo będziemy czytać), a słynny Nienacki w ramach ciekawostek do schowania wstydliwie gdzieś z tyłu, w drugim rzędzie 🤣

 

Pisałam na raty, dopisuję w niedzielny poranek. Obejrzałam właśnie wczorajsze czeskie wiadomości z informacjami o puczu wagnerowców i marszu na Moskwę. Nikomu nie należy życzyć wojny domowej, ale k...a hajda trojka! Co prawda na koniec podano info, że po negocjacjach już się Prigożyn wycofuje z zamiarów (no to czapa, czy on wierzy w "gwarancje"?), więc dupa, ale przynajmniej MOŻE wreszcie ludziom tamtejszym coś trafi do głowy? Kopią okopy wokół Moskwy, bo skonam, po 80 latach, brawo Miłościwy Przywódca (który oczywiście natychmiast dał nogę z Kremla) 🤣

niedziela, 18 czerwca 2023

Anna Kłodzińska - Błękitne okulary


 Anna Kłodzińska kultową jest wśród autorów kryminałów milicyjnych, donosiliście. I trudno się dziwić, bo jak zajrzałam na Wikipedię, to zobaczyłam dłuuuugą listę jej książek, dowiedziałam się poza tym, że prowadziła kronikę kryminalną w Życiu Warszawy i pisała praktycznie do upadku komuny, ale też była już wtedy wiekową osobą (ur. 1915). A porucznik Szczęsny, którego i tu mamy, jest bohaterem całego cyklu.

Dla zaoszczędzenia czasu posłużę się tutaj notą wydawcy (no bo co? bo zaraz kolację trzeba robić):

Warszawa, lata 60. XX wieku. W krótkim odstępie czasu w mieście dochodzi do dwóch tajemniczych samobójstw osób z towarzystwa graczy w pokera. Kapitan Szczęsny rozpoczyna obserwację grupy pokerzystów, podejrzewając, że ktoś z nich może coś wiedzieć na temat śmierci kolegów. Największą uwagę milicji zwraca doktor Hacen, człowiek w błękitnych okularach, który dysponuje ogromną wiedzą oraz informacjami mogącymi pomóc w rozwiązaniu sprawy. Dodatkowo w tym czasie w Warszawie dochodzi do zuchwałych kradzieży w magazynach. W niewyjaśnionych okolicznościach giną cenne surowce i chemikalia. Śledztwo utrudnia całkowity brak dowodów. Szczęsny podejrzewa, że obie sprawy mogą się łączyć ze sobą, jednak nie może niczego udowodnić. Rozpoczyna się niebezpieczna rozgrywka, której stawką może być życie pokerzystów. 

A Kłodzińska była ponoć osobą kontrowersyjną, bo pisała zgodnie z linią partii. No cóż.


 Początek:

 

Koniec (nie dałam dwóch sąsiadujących ze sobą ostatnich stron, bo za dużo wyjaśniają): 


Wyd. Czytelnik, Warszawa 1965, 238 stron

Seria z jamnikiem

Z własnej półki

Przeczytałam 13 czerwca 2023 roku

 

Po stronie pozytywów - gdzie zapisujecie pozytywy, po prawej czy po lewej? - więc po stronie pozytywów można zapisać, że w sobotni poranek nie muszę się zrywać z myślą matko, pociąg, zupę do zabrania gotować. Ale żeby nie było tak lekko, to z kolei budzę się z myślą matko, dziś kąpanie 😁

Zresztą spędziłam kończący się właśnie weekend głównie przy garach i diabli mnie biorą, ale co poradzisz. W tygodniu gotuję dla Ojczastego zupy, które mu odgrzewa córka, gdy jestem w pracy, więc stwierdziłam, że w weekendy moglibyśmy jeść razem. Co znacznie ogranicza repertuar, bo to nie może być nic do gryzienia za bardzo... Znalazłam w necie przepis na podudzia z kurczaka duszone z młodą kapustą i to było wczoraj trafione, ale zostało jeszcze pół kapusty. Na tym samym kulinarnym blogu trafiłam na placki z młodej kapusty z serem, więc idealne wykorzystanie, wydawałoby się. Cóż, kiedy nie trzymało się to kupy i nie wiedząc, co z tym począć, zamiast jednego jajka z przepisu dałam CZTERY 🤣 To był na szczęście tylko dodatek do dzisiejszego obiadu złożonego ze zsiadłego mleka i duszonych ziemniaczków z cebulą - mówię na szczęście, bo jednak ta kapusta w plackach twarda, Ojczasty zmamlał raptem jeden 😂 Dla nas OK, mamy jeszcze na jutro.

 /półmisek dla Mokuren/

Również po tej pozytywnej stronie odnotujmy, że koleżanka z Fabryki poinstruowała mnie, iż Totolotka można puścić do przodu. Bowiem wyobraźcie sobie, że Ojczastemu już tak odrosła dupa, że zażyczył sobie Totolotka w każdy piątek. Z czego zrezygnował w październiku zeszłego roku, gdy zaniemógł. Baaaaaardzo mnie bawi chodzenie do kolektury co tydzień... No, ale okazuje się, że faktycznie można, więc załatwiłam po cichutku sprawę na miesiąc z góry (po cichutku, nic mu nie mówiąc, bo jeszcze wpadnie na pomysł, żeby trzy razy w tygodniu grać).


Grażynka tęskni za Ojczastym, dzwoni i pyta, jak sobie radzimy. Ja się na razie zastanawiam, jak sobie poradzimy w sierpniu, gdy pojadę do Pragi. Już i tak skróciłam wyjazd o dwa dni. Za parę dni ma przyjechać mój brat (przywiezie mi wreszcie mebelek pod tv, bez którego oglądanie aktualnie jest do bani) - zobaczymy, co on wymyśli. Pewnie nic akceptowalnego dla córki 🤨

Co dziś z japońskiego You Tube'a? Chyba Nami, bo zdaje się, nie było jej tutaj, a to przecież jeden z pierwszych profili, na jakie trafiłam. Nami jest samotnym pracownikiem biurowym w Tokio, jak mi się wyświetla po czesku, i realizuje się w gotowaniu. Wcześniej mieszkała w malutkim, jak to w Tokio, mieszkanku, gdzie podziwiałam, jak ona sobie radzi wykwintnie w tej kuchence w korytarzu. Teraz przeprowadziła się do większego mieszkania i jakoś podejrzewam, że ma to związek (finansowy) z ponad milionem followersów 😁 Do tego jest z niej niezła elegantka!

Panie i panowie, oto Nami.