Miało mi to zabrać parę lat, bo najpierw założyłam, że będę czytać po jednym liście dziennie. Szybko jednak się przekonałam, że nie ma to wiele sensu (zwłaszcza po policzeniu tych listów) i przerzuciłam się na 3-4 strony. W ten oto sposób pierwszy tom korespondencji Joyce'a zajął mi jedynie niecałe cztery miesiące (zaczęłam 15 sierpnia) 😁 Uznałam, że sposób jest niezły, bo nie wiem, czy dałabym radę przeczytać cały tom ciurkiem. Dziś zabieram się za pozostałą część, a na przyszłość planuję przeczytać w ten sam sposób wszystkie inne epistolografie w moim posiadaniu. Żałuję przy tym, że nie zabrałam z domu niektórych tego typu pozycji, ale cóż, stało się, przepadły.
Jako że mam ten durny zwyczaj nieczytania skrzydełek czy blurbów na okładce, teraz dopiero dowiedziałam się, że jest to WYBÓR, a nie całość zachowanej korespondencji. Hm. Wybór rzecz subiektywna, więc diabli wiedzą, co pominięto.
Inna sprawa, że zastanawiam się, w jaki sposób te listy się zachowały, czy Joyce robił sobie odpisy, czy też te listy wypłynęły na rynek, gdy już nabrały pewnej wartości?
O życiorysie Joyce'a nie wiem nic, nie wiem też, czy miałabym ochotę czytać jakąś detaliczną biografię (coś tam jest na rynku), więc chyba się zadowolę Wikipedią. Pod tym względem wydanie Listów jest delikatnie mówiąc niezadowalające - mamy tam jedynie stronicowy wstęp, a w przypisach na końcu książki są głównie krótkie objaśnienia dotyczące osób, z którymi pisarz korespondował, a generalnie mało informacji o sprawach poruszanych w listach.
Pierwszy tom obejmuje lata spędzone we Włoszech i Szwajcarii i nie ma tam ani wzmianki o alkoholizmie Joyce'a, tymczasem teraz we wstępie do drugiego tomu czytam, że w Trieście miewał okresy, gdy dzień w dzień przynoszono go nieprzytomnego do domu. Czyli dowiaduję się o tym po fakcie - bo gdybym wiedziała, to być może gdzieś między wierszami w listach triesteńskich coś bym wyczytała...
Generalnie w listach Joyce porusza trzy tematy: ustawicznego braku pieniędzy, ciągłego poszukiwania mieszkania lub użerania się z gospodarzem/ gospodynią i wreszcie kwestia twórczości - tu z kolei mamy użeranie się z wydawcami, przede wszystkim z tym pierwszym, który przez 9 lat publikował Dublińczyków, w sensie takim, że zwodził Joyce'a, domagał się wykreślenia pewnych ustępów czy wprowadzenia zmian, a w rezultacie wydrukowany nakład został w całości zniszczony - taka ciekawostka, cenzurę ponoć wprowadzał drukarz i odmawiał pracy oraz dyktował, co ma być usunięte 😂
Czego Joyce'owi nie można odmówić, to poczucie humoru często wybijające się w listach, również na własny temat. W sumie ciekawa lektura, kończąca się wyjazdem z Włoch. O których, jak widać poniżej, nie pisał z wielkim entuzjazmem, zwłaszcza o Rzymie, gdzie miał krótki epizod pracy w banku.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1986, 426 stron
Z własnej półki (przyniesione z knihobudki 15 sierpnia 2025 roku)
Przeczytałam 4 grudnia 2025 roku
Z życia emerytki w Krakowie
Emerytka wybrała się w pierwszy czwartek grudnia pod pomnik Mickiewicza, albowiem zgodnie z wieloletnią tradycją odbywa się wówczas konkurs szopek. To znaczy szopkarze przynoszą tam swoje dzieła i wystawiają je oczom gawiedzi i reporterów, a w południe przenoszą do Muzeum Historycznego czyli Krzysztoforów, gdzie potem obraduje jury, a od niedzieli można oglądać szopki na wystawie. Póki emerytka pracowała, nie bardzo mogła uczestniczyć (choć parę razy udało mi się wyskoczyć z Fabryki na pół godzinki z aparatem), teraz już nie ma wymówki 😁
Tak więc przedstawiam mały fotoreportaż, z konieczności gdzieś tam zza pleców publiczności, bo ścisk i tłok, a za łańcuch okalający pomnik mogą się dostać jedynie rasowi reporterzy. Ostatnie zdjęcia przedstawiają szopki nietypowe i rzeczą jury jest ewentualne (nie)dopuszczenie do konkursu, bowiem celem tegoż - a więc i szopek samych - jest podtrzymywanie tradycji. Ale jednocześnie jest też oceniana innowacyjność, więc na dwoje babka wróżyła 😁
Nad głowami krążył dron... słuchajcie, czy to dalej jest tak, jak było w początkach dronowego szaleństwa, że na każdy "lot" wymagane było pozwolenie czy cóś?
Gdyby ktoś się wybierał na krakowski jarmark bożonarodzeniowy, to zapraszamy na bułkę z kiełbasą 🤣

























Jakie piękne te szopki! Przyznam się, że nie wiedziałam, że są wystawiane na schodach pomnika, żeby gawiedź mogła sobie pooglądać. Fajna ta z różowym smokiem ;-)
OdpowiedzUsuńTen dron to może telewizyjny, żeby sfilmować całe wydarzenie?
Kiełbasa w bułce za 5 dych?! Taka cena to standard czy zdzierstwo? Pytam tak dla orientacji...
Z hejnałem z wieży Mariackiej szopkarze brali zabierali z pomnika swoje szopki i formował się pochód do Krzysztoforów. Nie wiem, czy tak dalej jest, bo nie poczekałam, ale pewnie tak 😉
UsuńMyślę, że przy okazji takich targów to standard, osławione paragony grozy 😂 czyli żerowanie na turystach, zwłaszcza zagranicznych.
Różowy smok najfajniejszy 🙂
UsuńSzopki skradły show, a o listach miałam - tez mnie zastanawia, kto te listy kolekcjonował, a może znani robili kopie?
OdpowiedzUsuńTa szopka z fioletowym smokiem fajna, a cena za kiełbasę w bułce, to chyba dla kosmitów?
Dla kosmitów, powiadasz? Czy kosmici płacą? Jeśli istnieją, to jak są zorganizowani? Czy jedzą kiełbaski? 😂
UsuńKieł basa
OdpowiedzUsuńI mocz tenora
(zawsze śmieszy)
Pozdrawiam - nieryba
Klasyka 🤣
UsuńŁadniutkie te szopki i kolorowe, fajna tradycja. Może kiedyś uda mi się zobaczyć na żywo. A na jednym zdjęciu pani trzyma na dłoni małą szopeczkę, sprzedają je?
OdpowiedzUsuńChyba nigdy nie czytalam zbioru listów, może coś sobie wypożyczę Dąbrowskiej, bo wyszło kilka zbiorów, a ja jak się okazało jestem jej wielką fanką. W internecie znalazłam (mały) wybór korespondencji z konkubentem Stempowskim i byly bardzo ciekawe, a pisane przepiękną polszczyzną.
Cieszę się, że możesz sobie teraz swobodnie chodzić gdzie chcesz, droga emerytko 😃
P.s. ja jednak wolę te bardziej tradycyjne szopki, np. Przewodników górskich 👌
UsuńMała szopeczka też bierze udział w konkursie, bo jest kilka kategorii, w tym miniaturowe. Jeśli chodzi o sprzedaż, to nie wiem, jak to wygląda w sensie prywatnym, natomiast w sklepiku muzealnym jakieś szopki są zwykle do nabycia.
UsuńCo roku jest pokonkursowa wystawa i być może wtedy jest jakaś możliwość rezerwacji czy kontaktu z szopkarzem? Część kupuje muzeum do zbiorów.
Pamiętam o tej korespondencji Dąbrowskiej w internecie, wspominałaś. Szkoda, że tylko w internecie...
Głowa jeszcze do końca nie rejestruje tej wolności, której nie miałam przecież od... od kiedy właściwie? Od nigdy! Bo jaka to wolność w czasach szkolnych? Nawet w wakacje się jej nie miało, bo przecież było się zależnym od rodziców.
Właśnie nie wiem, która to była szopka przewodnicka. Dopchać się tam nie było proste i właściwie jedynie na chwilkę, żeby ciachnąć fotkę i ustąpić miejsca innym... Zrobiłam jedynie zdjęcie jednemu z przewodników z blachą 😁
UsuńNapisane jest, to druga od góry.
UsuńNo, to cała ja 🤣🤣🤣 Znana ze spostrzegawczości w szerokiej okolicy 😂😂😂
UsuńW obecnie wydawanych tomach korespondencji chyba jest jednak już standardem, że się zamieszcza informację, gdzie znajdują się oryginały listów. Takie mam przynajmniej wrażenie z lektury korespondencji Szymborskiej.
OdpowiedzUsuńSzopki fajne, te niestandardowe też. Zwłaszcza ta ze smokiem zwraca uwagę i ta a la budowla Druzersów. Załapałeś się chyba jeszcze na oglądanie Fraglesów (Fraggle Rock)?
Ależ skąd! Telewizję właściwie oglądałam do momentu wyjścia z domu / pójścia na studia czyli do 1981. Czy budowla Druzersów to ta szopka z białych patyczków?
UsuńCzy przypadkiem kiełbasa w bułce to nie jest „hot dog”? Przypomina mi się niedawno przybyły do Kanady Polak w 1983 roku, który w McDonaldzie zamawiał „bułę z kotletem”.
OdpowiedzUsuńNie tylko takich cen tutaj (w Kanadzie) nie spotka się nawet na imprezach—ale przypuszczam, że nawet w restauracji trudno byłoby znaleźć tak drogą „kiełbasę w bułce”. Chyba, że dodano by do niej kawioru.
Posiadam sześciotomowe wydanie „Dzieł Wybranych” Słowackiego. Szósty tom zawiera „Listy do Matki.” Piękne! Przypuszczam, że niedługo będą wydawane książki (w wersji elektronicznej zapewne) pod tytułem „E-maile XYZ”. Z dopiskiem, że „z powodu awarii pamięci komputera, korespondencja za lata XX-XY na zawsze przepadła.”
„Dubliners” słuchałem ponad 20 lat temu na CD, ale chyba wrażenia na mnie ta książka nie zrobiła.
Dawno temu zacząłem czytać „Ulysses” Joyce’a, i to po angielsku. Nie pamiętam, czy przestałem po 2 czy 3 stronach. Niektórzy twierdzą, że „Ulysses” jest najlepszą książką XX wieku, której prawie nikt nie przeczytał. Autor zadedykował ją swojej partnerce, Norze Barnacle, która najprawdopodobniej nigdy tego dzieła nie przeczytała.
Spotkałem faceta, posiadającego bodajże doktorat z „English Language” (i pracującego jako sprzedawca w księgarni), dał mi listę książek Joyce’a—i o Joyce’u—które powinienem przeczytać zanim wezmę się za jego główne dzieło (nigdy tego nie zrobiłem). Pewnie miał rację: ponad 30 lat temu przeczytałem opracowanie na temat poezji Walta Whitmana i dopiero potem zacząłem ją czytać—z ogromną przyjemnością i zrozumieniem. Inaczej też pewnie szybko odłożyłbym go na bok.
Szopki śliczne!
Pamiętam, że kiedyś była sugestia, aby przenieść pomnik Lenina (nie przypominam sobie który, czy też z Nowej Huty, czy z Poronina) na Rynek Krakowski, aby twórcy dziadów stali koło siebie.
Nie wiem, bo ani ja nie zamawiałam ani nikt inny, gdy tamtędy przechodziłam. Ale hotdog to jednak z parówką kojarzę, a nie z kiełbasą 😁
UsuńOkreślenie "buła z kotletem", moim zdaniem, w pełni uprawnione!
Korespondencja e-mailowa w wydaniu książkowym - w sumie czemu nie 😂 Email to też list, tylko adres ma krótszy. A zważywszy ile książek już wyszło przepisanych z blogów, to...
Do Dublińczyków, a zwłaszcza do Ulissesa, trzeba mieć porządne przygotowanie. To jest trochę tak, jakby się zabrać za Boską Komedię - występuje tam legion postaci, których nazwiska nic nam nie mówią, teraz albo nigdy nie mówiły, bośmy z innego kręgu kulturowego. Autorzy portretują swoich współczesnych, najczęściej tych, którzy im nadepnęli na odcisk 😂 W przypadku Joyce'a jest jeszcze kwestia rozliczenia z irlandzką tożsamością, a co my o tym wiemy!
Z tym czytaniem pewnych lektur bez przygotowania jest podobnie jak ze zwiedzaniem bez przewodnika - dopiero gdy usłyszymy szereg informacji uzupełniających, zaczynamy widzieć pewne szczegóły i ROZUMIEĆ.
Cudne z twórcami dziadów koło siebie 🤣 Nie znałam tego!
„...A zważywszy ile książek już wyszło przepisanych z blogów…”
UsuńNaprawdę? Nie wiedziałem. Natknąłem się na tak fascynujące blogi (szczególnie historyczne), że sądzę, iż ich autorzy powinni z ich zawartości stworzyć książki. Też od lat myślę o napisaniu książki i bardzo dużo informacji z moich blogów turystycznych trafiłoby na jej strony.
„...o jest trochę tak, jakby się zabrać za Boską Komedię…”
„Boską Komedię” czytałem, przynajmniej dużą jej część, i korzystałem z przypisów, wyjaśniających, co znaczą dane postacie—lecz pewnie powinienem się do tego o wiele lepiej przygotować. Wiele lat temu zacząłem czytać „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, bez żadnych dopisków czy wyjaśnień. Po kilkudziesięciu stronach odłożyłem ją na bok.
A wracając do „Ulysses” Joyce’a… w latach 90. XX wieku została przetłumaczona na język chiński. Dokonała tego para tłumaczy chińskich wraz z angielskojęzycznymi ekspertami. Złożoność twórczości Joyce’a, obejmująca tajemnicze nawiązania, zawiłe kalambury i „kalejdoskopowy” wachlarz eksperymentów stylistycznych, wymagała obszernych przypisów dla chińskich czytelników. Ich tłumaczenie zawierało około 6000 przypisów, które miały pomóc w wyjaśnieniu osobliwości powieści.
Toteż nie wiem, czy kiedykolwiek to przeczytam. Jednakże posiadam wszystkie tomy „In Search of Lost Time” Marcela Prousta, po polsku i po angielsku, może się za to kiedyś wezmę.
Historyczne to być może, taka książka z ciekawostkami może być interesująca. Ale ja raczej spotykałam książki z blogów o dzieciach albo ogólnie o życiu rodzinnym lub innym.
UsuńProusta mam niby zaplanowanego na emeryturę. Nieraz już czytałam i dochodziłam najdalej do trzeciego tomu. A potem zaczynałam od początku 😉
Aż chciałoby się zacząć kolekcję takich szopek, takuego wydarzenia dawno nie doświadczyłam. Taka metoda czytania wydaje się skuteczna, ja obiecywałam sobie jeden rozdział dziennie, ale niektóre mają ponad 30 stron i oczywiście plan niezrealizowany.
OdpowiedzUsuńZ tym wyznaczaniem sobie zadań trzeba być bardziej ostrożnym... Wczoraj czytałam wywiad z Makłowiczem, który dał mi do myślenia, może napiszę o tym w następnym poście.
UsuńSzopki spowodowaly we mnie mieszane uczucia jako ze w niczym szopek nie przypominaja. Podziwiam kunszt wykonania, precyzje, misternosc, wyobraznie ale widze w nich bardzo malo "szopkownosci". Wedlug mnie te budowle kwalifikuja sie do konkursu innego rodzaju.
OdpowiedzUsuńBulka z kielbasa 50 zl? Zwariowali czy co? Doprawdy chytrosc ludzi nie ma granic rozsadku.
W jakim sensie nie przypominają?
UsuńAaa, pewnie myślisz o takiej typowej, jak w kościele, ze stajenką i tak dalej.
Ale to są szopki KRAKOWSKIE, ściśle według reguł (oprócz tych szopek nieformalnych) i z tradycją jeszcze przedwojenną - takie szopki robili murarze, którzy zimową porą nie mieli zarobku, więc szopeczki sprzedawali w Rynku. I one bardziej przypominały to, o czym piszesz, były skromne i małe. Natomiast potem wzorem stała szopka mistrza Ezenekiera, ten ją budował wielką, dwumetrową i chodził z nią na zamówienie po bogatych domach ze swoją ekipą, gdzie odgrywali całe przedstawienie. Pięknie o tym opowiada Karol Estreicher we wspomnieniach "Nie od razu Kraków zbudowano". Gdy chciano wskrzesić tradycję w latach międzywojennych, ona właśnie, tyle że w mniejszym rozmiarze, była wzorcem z Sèvres dla szopki konkursowej krakowskiej.
Generalnie w takiej szopce krakowskiej muszą być wieże kościoła Mariackiego, wszystko musi błyszczeć, w ciężkich czasach PRL-u szopkarze (wtedy już tworzono szopki jedynie na konkurs) i ich rodziny zbierali papierki z cukierków przez cały rok. Z czasem zaczęto dodawać elektryczne oświetlenie, a potem i muzykę. Utarło się też, że gdy jest jakaś specjalna rocznica, powstają szopki, gdzie pojawiają się dodatkowe postaci, były oczywiście z papieżem, ale też z Wodeckim czy Piwnicą Pod Baranami 😁 Zaczarowana dorożka jest często, podobnie jak kwiaciarki z Rynku.
Majaczy mi się we wspomnieniach z dziecinstwa Rynek zasypany sniegiem i oglądanie szopek. I powrót do domu białymi ulicami, w grudniu 😊 coś pięknego.
OdpowiedzUsuńJa mam takie piękne wspomnienia z oglądania ruchomej szopki na Miodowej w Warszawie - śnieg, piękna Starówka...i te figurki, dla dziecka radość wielka
UsuńEchchch
=> ikroopka
UsuńWspomnienia z dzieciństwa to coś, czego nic nie przebije 😁
Ach, gdzie te niegdysiejsze śniegi!
=> Agata
UsuńA tej szopki ruchomej z Miodowej już nie ma, czy po prostu nie chcesz sobie psuć wspomnień i nie chodzisz?
===>>>Agata: Kompletnie zapomniałem o Ruchomej Szopce w Kościele Kapucynów w Warszawie, dziękuję za przypomnienie! Nie było roku, abyśmy jej nie widzieli, jeszcze w latach 60. XX wieku! Zawsze były tłumy ludzi. Dla mnie—i dla wielu dzieciaków—to pewnie była taka atrakcja, jak dzisiaj zagranie w najnowszą grę komputerową, używając ogromnego ekranu i wszystkich innych bajerów! A dla tych przybyłych spoza Warszawy, bonus stanowiła przejażdżka na nieopodal położonych schodach ruchomych—często wycieczki zamiast oglądać Stare Miasto, tam spędzały sporo czasu. Zresztą i ja, jako kilkuletni szkrab, uwielbiałem jeździć schodami w gorę i w dół ku frustracji moich rodziców.
UsuńWedług informacji na Google, szopka nadal funkcjonuje (schody też 😁).
I jeszcze mała ciekawostka: drugą atrakcją było pójście do Fotoplastykonu w okolicach skrzyżowania Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Też istnieje.
Małgosiu, istnieje, ale właśnie się boję iść. Z dziećmi kiedyś byliśmy we Wrocławiu i jakoś tej magii nie bylo, noe wiem, czy szopka gorsza, czy ja za stara. Dzieciom sie bardzo podobało, byli wtedy przedszkolakami.
UsuńJacku, a nawet myślałam, czy sie odezwiesz 😃 Dla mnie pięknym zimowym wspomnieniem była też czekolada pita w staroświeckim sklepie u Wedla. Też już tak bardzo nie smakuje, choć czasem bywam.
"...a nawet myślałam, czy sie odezwiesz..."
UsuńParafrazując znane powiedzenie, "Uderz w stół, a Jacek się odezwie!".
Sądzę, że za moich czasów nie było czekolady pitej w staroświeckim sklepie u Wedla:
1) Bardzo ciężko było kupić jakąkolwiek czekoladę.
2) Nie pamiętam, aby w ogóle była pitna czekolada.
3) Nie przypominam sobie żadnych (nowoczesnych lub staroświeckich) sklepów Wedla.
4) Gdyby nawet istniały sklepy Wedla, z pewnością nosiłyby nazwę "22 Lipca", a w najlepszym przypadku z dopiskiem "dawniej E. Wedla".
5) W tamtych czasach było takie powiedzenie: "Kiedy będzie prawdziwa czekolada? Gdy będzie E. Wedel, dawniej 22 Lipca". Spełniło się i dlatego możesz się raczyć pitną czekoladą u Wedla!
😁😁😁😁
O tak, pewnie to było "22 lipca d. E. Wedel", ale kto tak mówił?😂 Sklep z pijalnią jest na Szpitalnej i wydaje mi się, że działa nieprzerwanie od przedwojnia. Dostałam kiedyś w prezencie gwiazdkowym grubą i pięknie wydaną książkę o Wedlach, ale jakoś nie udało mi się jej jeszcze przeczytać.
UsuńA moja pamięć podpowiada, że była przerwa w działalności pijalni czekolady na Szpitalnej. Sklep działał nieprzerwanie. Był jeszcze sklep "22 lipca d. E. Wedel na ul. Francuskiej i na Bielańskiej róg Senatorskiej.
UsuńZiuta - miłośniczka opery
A pamiętasz kiedy?
UsuńZnam to uczucie strachu (przed rozczarowaniem) 😁
UsuńTeraz pełna nazwa powinna właściwie brzmieć "E.Wedel dawniej 22 lipca dawniej E.Wedel" 😁
UsuńWedług szybkiego „research” na Google, sklep Wedla istniał w PRL na ul. Szpitalnej i była w nim pijalnia czekolady. Znając ogromne zamiłowanie mojej mamy do czekolady, nie mam pojęcia, dlaczego nigdy tam nie byliśmy, tym bardziej że ona pracowała stosunkowo niedaleko tej lokacji, w Ministerstwie Finansów. Jednakże przypuszczam, że w końcu lat 70. i na początku 80. XX wieku mogły być duże braki czekolady, i to nie tylko płynnej.
UsuńNa Boże Narodzenie 2004 roku w niezmiernie ekskluzywnym sklepie w Toronto kupiłem czekoladę w proszku do przyrządzania czekolady w płynie wraz z marshmallow (pianka cukrowa?), o ile się nie mylę, firmy Van Houten. Cena była niezmiernie wysoka, ok. $50, ale to była najlepsza czekolada w płynie, jaką kiedykolwiek piłem—można ją było podać na najbardziej wytworne przyjęcia i z pewnością każdy długo pamiętałby ją.
Co do wyrobów Wedla, są oczywiście do nabycia w Kanadzie, i nie tylko w polskich sklepach (szczególnie coraz częściej widuję Ptasie Mleczko) i są znakomite, w żaden sposób nie równają się większości wyrobów kanadyjskich, które często określam jako ‘pomalowany cukier z dodatkiem aromatów’.
Jak byśmy stosowali nazwy obecne wraz z byłymi, to pewnie powstałby niesamowite dziwolągi, bo niektóre ulice miały kilka nazw (chociażby moja w Warszawie—obecnie Al. Solidarności, przedtem Świerczewskiego, a przed wojną Leszno). Pamiętam, że w latach 90. XX wieku zmieniano nazwy ulicy Lenina—gdy zdjęto tabliczkę, ukazała się poprzednia jej nazwa—Stalina.
James Joyce - ambitna lektura - Ulissesa nie dokończyłem.
OdpowiedzUsuńSzopki - śliczne, ale zgadzam się z komentarzem Serpentyny - to są SZOPKI? Jezus się w takim pałacu urodził???
To są szopki krakowskie, wyżej u Serpentyny napisałam więcej :)
Usuńja się wybieram ale poświątecznie i kiełbasy nie jadam... a ceny to chyba trochę kosmiczne z czego ta kiełbasa?
OdpowiedzUsuńoraz piękne zdjęcia zrobiłaś, i szacun wielki z mojej strony dla tych twórców szopek.
co do Jamesa to jest mi bliższy niż myślałam :-)
To chyba zostają pierogi i grzane wino 😁
UsuńZ kim się użerasz?
Jeszcze jedna uwaga—techniczna—którą od jakiegoś czasu planowałem zamieścić i jakoś wylatywała mi z głowy.
OdpowiedzUsuńLubę czytać Twój blog również z powodu BARDZO dużych czcionek! To jest ważne—niestety, niektóre blogi (m. in. również osób tu komentujących) posiadają tak drobny druk, że nawet powiększenie ich na cały ekran (Ctrl + kółko myszy) nie bardzo pomaga. Poza tym w pewnym momencie część tekstu ucieka z ekranu i zazwyczaj czytanie takich blogów, chociażby były bardzo interesujące, do przyjemności nie należy. Muszę się przyznać, że jest to jeden z powodów, że zaniechałem zaglądania do co poniektórych blogów. A szkoda!
Również komentarze w niektórych blogach są napisane tak małymi literkami, że z trudem się je czyta. Zresztą nie tak dawno stwierdziłem, że ten problem istniał w moim blogu-musiałem dobrze wytężać oczy, aby je przeczytać. Udało mi się zwiększyć czcionki i obecnie komentarze posiadają prawie taki sam rozmiar, jak te w tekście blogu.
Tak, ustawiam największą czcionkę w postach (z drobnymi wyjątkami), bo i sama tak wolę czytać. Na komentarze nie mam wpływu, ale może one też się dostosowują do czcionki w poście?
UsuńKiedyś miałam czarne tło, a gdy z niego zrezygnowałam, to zauważyłam, że taki kolor wadzi mi na innych blogach 😂
Czcionka w komentarzach nie ma nic wspólnego z czcionką używaną w postach. Można ją powiększyć, ale inną metodą, którą na szczęście znalazłem na Internecie-okazała się prosta i momentalnie wszystkie komentarze się powiększyły. Jak chcesz, mogę podać "step-by-step" instrukcje.
UsuńTo tło jest dobre. Nieraz widzę czarne tło, które powoduje, że inne rzeczy nie są widoczne.
Generalnie (córka mnie opieprza za używanie słowa 'generalnie') w przypadku, gdy czegoś na monitorze nie dowidzę, używam ctrl i + 😉
Usuń