wtorek, 6 stycznia 2026

Edwin Lanham - Podwójna pułapka

Jak zobaczycie poniżej, na pierwszej stronie książki, mowa o żeglowaniu. Niestety nie kończy się ono z chwilą powrotu do domu, łodzie, przystanie, bączki, kotwice przewijają się cały czas, widać autor był zapalonym żeglarzem - ale jak się z tym namęczyła i jak wybrnęła tłumaczka, to już nie wiem, może też pływała? Dziś, w dobie internetu, nie byłoby to pewnie tak skomplikowane, ale wtedy? Podziwiam. 

A w ogóle to nie przepadam za tą tematyką. No, Nóż w wodzie zawsze chętnie obejrzę, ale na tym koniec 😂 A' propos Noża w wodzie, choć właściwie to tylko luźne skojarzenie - tam grał młody Malanowicz, a już od dawna obiecuję sobie, że obejrzę po latach Polowanie na muchy i jakoś nie oglądam, kurczę. Jutro też nie zobaczę, bo dopóki kanapa jest w sypialni, nie ma się jak dostać w głąb szuflady z płytkami 🤣

Wracając do Podwójnej pułapki. Narrator właśnie - całkiem niespodzianie dla rodziny i przyjaciół - ożenił się z dopiero co poznaną dziewczyną. Mimo, że został uprzedzony co do jej przeszłości. Była to mianowicie wdowa, przezwana przez prasę żoną z orchideami. Jej mąż został zastrzelony w ich mieszkaniu, właśnie wrócił z podróży służbowej, ona w tym czasie spała na górze, narzędzie zbrodni zniknęło, a w lodówce policja odkryła bukiecik orchidei, taki przypinany zazwyczaj do wieczorowej sukni. Gdzie Stella spędziła ten wieczór i z kim? Sprawa pozostała niewyjaśniona, ale opinia publiczna wiedziała swoje.

Gdy Mike i Stella zawijają wreszcie, po miesięcznej podróży jachtem, do rodzinnego domu pana młodego, witają ich plotki i uśmieszki. Niby wszyscy się nią zachwycają i prawią komplementy, ale atmosfera jest napięta. Podczas rozrywki towarzyskiej zwanej Grą (tej, gdzie trzeba okazać jakiś tytuł czy przysłowie jedynie za pomocą gestów) Stella dostaje jako zadanie hasło Morderstwo samo się wyda - ale nie sposób dojść, kto z towarzystwa jej tę karteczkę podrzucił. Zaczyna się zabawa w kotka i myszkę...

Gdy już pokonałam te żeglarskie nudy książka wciągnęła. Czy Stella naprawdę jest morderczynią, jak wszystko zdaje się wskazywać? A może jej przyrodnia siostra* Mousie ma problemy psychiczne i jest chorobliwie zazdrosna o wszystko, a zwłaszcza o mężczyzn Stelli? A co z ciągle obecnym w pobliżu prawnikiem, przyjacielem Mike'a jeszcze z uczelni i adwokatem żony z orchideami? Kto strzelił do Mike'a i zrobił dziurę w lodówce? Komu wierzyć, kogo podejrzewać?

* gdy obie dziewczyny nie mają ani jednego wspólnego rodzica, to czy są siostrami przyrodnimi? Takie pytanko przy okazji. Stella miała ojca, który ożenił się po raz drugi, z matką Mousie.
Początek: 


Wyd. Czytelnik, Warszawa 1969, 262 strony

Seria z jamnikiem 

Tytuł oryginalny: Double Jeopardy (???)

Stanisławski mówi: jeopardy - niebezpieczeństwo, ryzyko ['dżepedi] Matko jedyna! 

Przełożyła: Irena Doleżal-Nowicka

Z własnej półki

Przeczytałam 5 stycznia 2025 roku 


Donoszę, że wzbiłam się na wyżyny sztuki kulinarnej pokonywania własnej niemocy i lenistwa i wyprodukowałam wczoraj na obiad naleśniki z serem. Lub ze serem, jak mawiają niektórzy.

Pierwszy raz w życiu. Bo Ojczastemu albo kupowałam gotowce albo smażyłam parę sztuk i podawałam z dżemem 😁 Zawsze sobie wyobrażałam, że każdy inny rodzaj jest bardzo skomplikowany i pracochłonny. Tymczasem nic podobnego, więc już się zastanawiam, jakie będą następne. Bo te z serem owszem, proste, ale straszliwie zapychające i tak w ogóle to wcale za nimi nie przepadam, sama nie wiem, co mnie wzięło na tę robotę (poza tym, że był twaróg w lodówce).



Po raz pierwszy wykorzystałam tunezyjskie miseczki 😎 No, ale właśnie. 


Do jogurtu postanowiłam WRESZCIE dodać tę tam taką posypkę. Jak szaleć to szaleć. Jakoś przed poprzednim Bożym Narodzeniem chyba kupiłam (najwidoczniej myśląc, że będę cosik piec) i dotąd nie nadarzyła się okazja. Otwieram więc pudełko...


 Uwaga, osoby wrażliwe zamykają oczy.

Nosz. Czy naprawdę nie można nic mieć w domu na kiedyś, na potem? Wszystko trzeba zużywać na bieżąco? Fakt, data ważności była do listopada 2025 - ale to przecież przed chwilą!

Zdegustowana.

Ciekawe, czy jeszcze inne niespodzianki są w domu...

Tymczasem z knihobudki przyniosłam - czajniczek 😍 ten po prawej; lewy z jakiejś wystawki już wcześniej ściągnęłam. Okrutnie mi się oba podobają, bo takie zwykłe, proste, bez żadnych dekoracji. No, ale co tym razem? Zaparzyć w takim czajniczku herbatę to pryszcz, ale usunąć z niego potem fusy to już nie przelewki. Palcem średnio, otwór mały. Tak kombinuję, że najlepiej by było małe siteczko zawiesić na tym otworze i tak parzyć. Skąd takie siteczko wziąć? Ech, kiedyś to były takie sklepy 1001 drobiazgów, gdzie są niegdysiejsze śniegi. Czyżby szykowała się wyprawa do galerii handlowej? Błe.


W starym numerze pisma Dobre Wnętrze znalazłam listy czytelników z ich herbacianymi wspomnieniami. Dzielę się nimi, zanim wyniosę gazetę do budki. I nie mogę sobie przypomnieć, jak się nazywał taki masakrycznie mocny napar wśród więźniów łagrów.

 




22 komentarze:

  1. W polskim przyrodnie rodzeństwo musi mieć przynajmniej jednego wspólnego rodzica. A przynajmniej kiedyś musiało. Teraz mamy tyle patchworkowych rodzin, że może ten przymiotnik zmieni, rozszerzy swoje znaczenie.

    U mnie naleśniki z serem zawsze się zwija w rulonik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha córka się awanturowała właśnie o ten rulonik. A mnie się bardziej podobają w kopertę.

      Usuń
    2. W ruloniku są smaczniejsze :D

      Usuń
    3. Naleśniki - przez chyba 8 lat to była moja domena - 600 sztuk rocznie - szczegóły tutaj ==> https://bloginglife2.blogspot.com/2016/10/nalesniki.html
      Zdecydowanie płaskie/kopertowe.
      Naleśniki smażyłem w domu, wiozłem do wnucząt i dopiero tam smarowałem dość cienko twarożkiem i podsmażałem, nie były zapychające:)

      Usuń
    4. Lechu, może decydujące o niezapychaniu jest właśnie CIENKIE smarowanie twarożkiem 😁 Z przepisu, którego użyłam, tej masy do smarowania było stanowczo za dużo, a co zrobić, trzeba było zużyć 😂
      Ale podziwiam Mistrza Patelni Naleśnikowej. Mnie dodatkowo wkurza zapach smażeniny w domu potem - a tu mróz, raczej się nie wywietrzy 😉

      Usuń
  2. Kryminałów nie czytam i dlatego nie komentuję tego rodzaju książek. Jednakże zafrapował mnie polski tytuł książki Edwina Lanhama - Podwójna pułapka, vs. oryginalny tytuł angielski Double Jeopardy.

    Nie posiadam książki i nie znam jej treści, jednakże w języku angielskim double jeopardy jest terminem prawnym: w prawie pojęcie podwójnego karania (double jeopardy) oznacza środek obrony procesowej, który uniemożliwia ponowne postawienie oskarżonego przed sądem za te same lub podobne zarzuty po jego uniewinnieniu lub skazaniu. Ciekawy więc jestem, czy tłumaczenie tytułu było właściwe?

    Nota bene, istnieje film z 1999 roku „Double Jeopardy” z Tommy Lee Jones.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to nie wiem - istotnie jest tam zagrożenie ponownym otwarciem sprawy zabójstwa męża Stelli, ale i wcześniej ona przed sądem nie stanęła, tylko toczyło się śledztwo, umorzone z braku dowodów czy coś w tym stylu. Być może nie ma krótkiego terminu polskiego prawniczego na ten środek, tylko jakieś opisowe? I tłumaczka wybrnęła tą podwójną pułapką?
      Na "mojej" stronie z filmami online znalazłam nawet dwa filmy o tym tytule, ale żaden z nich nie jest ekranizacją tej książki.

      Usuń
    2. Może rzeczywiście tytuł jest dobry. Nie wiem, czy nawet obecnie istnieje w prawie polskim "double jeopardy"-a książka była wydana i tłumaczona wiele lat temu. Czasami właściwe tłumaczenie tytułu może okazać się dużą sztuką, szczególnie gdy zawiera podwójne znaczenie lub pewny niuans--np. "Catcher in the Rye" lub "Catch 22".

      Usuń
    3. A jakie jest podwójne znaczenie w Buszującym w zbożu?

      Usuń
  3. Nauczka, aby nie popadać w konsumpcjonizm i niczego nie chomikować niepotrzebnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, chomikować... Miało się przydać i tyle 😁 Inna sprawa, że to było stanowczo zbyt duże opakowanie. Na przyszłość - jeśli mi jeszcze wpadnie do głowy kupić - będę szukać malutkiego, na raz.

      Usuń
  4. Czajniczek do parzenia herbaty - u nas można dostać siteczka wszelkich rozmiarów, ale to mała pociecha. Swoją drogą nie .widzę problemu z wypłukaniem fusów jeśli to robi się niezbyt długo po konsumpcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypłukanie nie jest proste, bo gdzie, do zlewu? I co potem?
      Chociaż w sumie można na zwykłe (większe) sitko wypłukiwać...
      No nic, zobaczymy kiedyś w sklepie, czy mają malutkie sitka.

      Usuń
  5. Mam czajniczek z koszyczkiem a i tak wypłukanie tego dziadostwa trwa wieczność. Fusy lepią się do wszystkiego. Używam więc torebek z herbatami. Wiem, ponoć herbaty z torebek są gorszej jakości, ale perspektywa mycia koszyczka obraża moje poczucie godno... lenistwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei mam filiżankę z sitkiem (ale o średnicy tejże filiżanki, więc za dużą do czajniczka), w tej sobie parzyłam zieloną herbatę (jakoś ostatnio zarzuciłam). No to faktycznie jest tak, że odkładam na bok sitko z fusami, a gdy trochę przeschnie, wytrzepuję do kosza uderzając nim o brzeg, żeby wszystko wyleciało. I tak nie wyleci 😂 I jeszcze domycie sitka z resztek... Moje lenistwo też się buntuje.

      Usuń
  6. Widzę, że masz nawet specjalną patelnię do naleśników. Naleśniki z serem złożone w kopertę wspominam z sentymentem, ponieważ to było danie, które zawsze brałam w barze mlecznym, kiedy chodziłam tam na obiad (raz na jakiś czas) w szkole podstawowej.
    Bardzo mi się podobają oba imbryczki. A propos herbaty. Pamiętam jak kiedyś, koniec lat 70. lub początek 80., znalazła się u mnie w domu chińska zielona herbata. Pewnie gdzieś zakupiona, a może od kogoś dostana, nie pamiętam. I chyba nawet była jaśminowa z kwiatkami. Wtedy nie wiedzieliśmy nic o zielonej herbacie, o sposobie parzenia i oczywiście zaparzona "po naszemu" była niesmaczna. A teraz uwielbiam zielona herbatę, jaśminową też. Wypłukiwanie fusów z czajniczka akurat nie sprawia mi problemu, ale ostatnio używam głównie torebek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Córka sobie kiedyś sprawiła tę patelnię i nawet jakiś czas smażyła naleśniki, właśnie w takiej postaci, o której pisze niżej Jotka - z szynką i serem. Potem jej przeszło 😁
      Z domu pamiętam naleśniki z jabłkami, to znaczy z takim jabłkowym farszem, jak do szarlotki. Mama zawsze robiła do słoików i potem z tym piekła ciasto albo właśnie naleśniki. Zwijane w rulonik jednakże 😁
      Siermiężne czasy co do kulinariów i nie tylko to było, prawda? O wielu rzeczach nie mieliśmy pojęcia. Kto bywał w świecie ten był bardziej kumaty. W czasopismach pojawiały się "dziwne" przepisy, a Jan Kalkowski, który miał rubrykę w Przekroju, usiłował czasem adaptować je do polskich warunków zaopatrzeniowych 😂
      Nakupiłam różnych fusów i teraz trzeba je parzyć, żeby nie skończyły jak ta posypka 🤣 Choć herbata chyba ma długą trwałość.

      Usuń
    2. "Z domu pamiętam naleśniki z jabłkami, to znaczy z takim jabłkowym farszem"
      Można to dostać w litrowych słoikach w marketach. Najsmaczniejsze w Netto, tylko zjeść trzeba szybko, bo nawet chłodziarka może być bezradna wobec mikroflory. No chyba, żeby zrobić do zamrażarki podgotowane naleśniki (koperty bez dosmażania) a potem rozmrozić i obsmażyć.

      Pozdrawiam
      Nieryba

      Usuń
  7. Ojoj, w tym kartoniku to masakra jakaś!
    Miałam czajniczek, ale wydałam, bo nie miałam cierpliwości do fusów i mycia!
    Dostałam na gwiazdkę szklany czajniczek z sitkiem i różne herbatki.
    Jeszcze nie próbowałam.
    Naleśniki robiłam kiedyś moim panom z szynką i żółtym serem, sama lubię z twarogiem i dżemem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym jeszcze zrozumiała, gdyby opakowanie było otwarte, ale nie. Fuj.
      Wydałaś jeden, dostałaś drugi czajniczek 😁 Trzeba wypróbować!
      Ja w przedhistorycznych czasach robiłam raz taką zapiekankę z naleśników przekładanych czymś tam w okrągłym naczyniu, polanych sosem i posypanych serem, w sumie można to powtórzyć, gdy się naleśników usmaży zbyt dużo i zostaną. Ciekawe, gdzie przepis? Możliwe, że to było z Poradnika Domowego. Kroiło się potem jak tort.

      Usuń
  8. Istnieja przeciez "zaparzaczki" herbaciane w postaci metalowych galek z dziurkami, trzymajace fusy w sobie. Po zaparzeniu wytrzepujesz je do smieci i po sprawie.
    Kocham nalesniki serowe - ser bogaci sie zoltkiem i odrobina cukru, rozciera na gladko. Z dzemami tez sa smaczne tylko zbyt slodkie dla mnie. A nalesniki mozna napchac dowolnymi farszami i miec z nich czesciowo miesne danie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale szybko czytasz! A ja Nałka i Nałka.
    Te czajniczki pamiętam z dzieciństwa w PRL, sypało się tam liście herbaty i robiło esencję, która się dodawało do wrzątku w szklance. Ja nie lubię herbaty, piję w zimie gorącą wodę z imbirem, goździkami, anyżem itp., a jeśli już herbatę, to mam metalowe sitko. Z niego liście wytrząsam do kosza na śmieci. Dopłukanie potem tego sitka jest faktycznie upierdliwe.

    Naleśniki smażę co jakiś czas, bo lubią, nawet nauczyłam syna obracać podrzutem. Bo u mnie syn lepiej gotuje niż córka i chętniej. Smaruję dżemem, serkiem homo (ulubione córki) lub Nutellą. Ja lubię wytrawne, podpatruje w nalesnikarniach co wkladaja (np.camembert), a ze słodkich najchetniej jem właśnie z serem (kojarzą mi się z barami mlecznymi, np. w drodze z przedszkola mama mnie czasem brała do takiego baru na obiadek, bo w przeszkolu mało co jadłam). Wolę w kopertę skladane.

    Jeśli zaś chodzi o Wstrętne Robaki, to zeszłego lata zalęgło mi się coś o nazwie żywiak, malutkie czarne. https://madameedith.com/lifestyle/zywiak-chlebowiec-jak-z-nim-walczyc/ strasznie mnie wystraszył podlinkowany artykuł, bo wynikało z niego, że pozbycie sie ich jest niemal niemożliwe, trzeba zrywać szafki, robić remont, a najlepiej się przeprowadzić nie zabierając niczego że starego mieszkania. Na szczęście po umyciu wszystkiego octem i wyrzuceniu kilku gniazd (głównie w przyprawach), zniknęły i odpukać do tej pory ich nie ma. Profilaktycznie czasem przecieram blat woda z octem i kontroluję torebeczki z sypkimi rzeczami, kupiłam też więcej szklanych pojemników na kaszę, bułkę tartą itp.

    Jeopardy (bez double) kojarzy mi się z teleturniejem, który oglądałam w latach 90. na niemieckich kanałach telewizyjnych. U nas był on pod nazwą Va banque i prowadził go Kaczor.

    OdpowiedzUsuń