Byliście kiedyś w Bułgarii? To może zasmakujecie w powieści obyczajowej z akcją rozgrywającą się w tamtejszym kurorcie?
Sezon zbliża się do końca, gdy główna bohaterka, rozpuszczona i rozwydrzona Szwedka prawie dorosła (cały czas liczy dni do 18-tych urodzin) Maritie dostrzega parę wczasowiczów, wyglądających inaczej niż wszyscy. Inni tańczą do rytmu popularnej właśnie melodii z filmu Grek Zorba, ale ci siedzą przy stoliku, ona ciągle szuka czegoś w wielkiej torbie stojącej obok jej nóg, on mówi coś do niej i wydaje się bardzo zmęczony.
Maritie - w sumie nie wiemy, dlaczego właśnie ten mężczyzna zwrócił jej uwagę - ma od tego momentu cel w życiu, życiu bogatej dziedziczki, która tylko czeka na możliwość zabrania wszystkiego swojej matce, z którą niewiele ją łączy i jej drugiemu mężowi, z którym z kolei ma dość dwuznaczną relację. Nieżyjący ojciec zostawił Maritie naprawdę duże pieniądze, a ona chce jedynie zobaczyć, jak bliscy (nie tak znowu bliscy) zareagują na to, co zamierza zrobić. Tak, bo Maritie to nie jest niewinna panienka o złotym sercu. Uważając się za skrzywdzoną przez śmierć ojca i powtórne zamążpójście matki chce się jedynie mścić - na wszystkich. Z lubością daje się podrywać cudzym mężom, żeby dokuczyć ich kobietom, a teraz - teraz zabierze męża tej Polce. Kupi go sobie za te pieniądze, które za kilkanaście dni odziedziczy. Bo będzie mogła wreszcie kupić wszystko i wszystkich, jak ciągle powtarza. Tym razem to nie zwykły kaprys, to prawdziwa obsesja...
Książka przyniesiona z knihobudki powędruje tam z powrotem, bo nie chciałabym do niej wracać. Owszem, dobrze napisana, pokazuje rozterki i problemy dojrzewania, poszukiwanie siebie, ale bohaterka jest tak wkurzająca, że nie chciałabym się już z nią nigdy więcej spotkać. No i sama Bułgaria nie wywołuje we mnie cieplejszych uczuć (nie byłam, nie będę, choć nic do niej nie mam 😉), więc i lokalne smaczki z lat 60-tych też mnie nie nęcą.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1970, 191 stron
Obwoluta (której nie było), okładka i strona tytułowa: Aleksander Jerzy Szrajber
Z knihobudki
Przeczytałam 21 czerwca 2026 roku
W celu osłodzenia sobie żywota różowością 🤣 posadziłam za oknem dalię. Ach, jak ja Wam zazdroszczę - tym, co mają ogród lub bodaj balkon - roślinek! Roboty nie zazdroszczę oczywiście.
A kwiatek, który dostałam jakiś czas temu (zapomniałam, jak się nazywa) i który przekwitł, odżył po tym, jak zgodnie z radą z internetu pozwoliłam mu się przesuszyć. Też na różowo (okulary również mam różowe, nie myślcie sobie).
Fioletowe dzwonki, które wystawiłam za okno po przekwitnięciu bo co mi szkodzi - też wypuściły nowe kwiatuszki, jak miło z ich strony.
Tyle z frontu ogrodniczego, a teraz jeszcze filmy nr 9 i 10.









Widzę, że nadal pracowicie przepisujesz Internet. Pełen szacunek! :D
OdpowiedzUsuńDalie i aksamitki to były obowiązkowe kwiaty w babki ogródku.
Na Fleszarową-Muskat bym się nie skusił.
Owszem, codziennie odwalam pół stroniczki (nulla dies sine linea) z nadzieją, że Wasze prognozy się nie spełnią 🤣 A przynajmniej, że zdążę coś tam z tego obejrzeć, zanim gdyby.
UsuńZ ogródka mojej babci pamiętam jedynie floksy (bo je jadłam).
F.-M. to gatunek kobiecy raczej.
Ten różowy po zalaniu to kalanchoe.
OdpowiedzUsuńNie spadną Ci te doniczki z parapetu? Może taki płotek by się przydał? Moja babcia miała i traktowała parapet jako dodatkową lodówkę zimą 😄
Fleszarowa-Muskat jakoś z książkami dla dzieci/młodzieży mi się kojarzy, ale nie pamiętam, czy którąś z jej książek czytałam. A na LC wyczytałam, że napisała ich blisko 40.
Kalanchoe, właśnie. On nie był zalany, tylko jak przekwitł, przeczytałam, że należy go rzadko podlewać i się zastosowałam.
UsuńDoniczki z parapetu nawet jak spadną, to daleko nie polecą 😁 Płotek by się przydał na kuchennym oknie - w takim celu, jak go miała Twoja babcia - ale kiedyś, gdy miałam małą lodówkę, podblatową. Teraz się już mieszczę, więc na co mi. Poza tym zawsze się zastanawiałam, czy do takiego garnka nie wlezą jacyś nieproszeni goście 😂
Ja od zawsze jestem fanką Fleszarowej-Muskat i sobie zbieram powoli z knihobudek te jej powieści, których mi brakuje, mam koło 20. Jak generalnie nie lubię obyczajówek o miłości - tak ją kocham. Chyba trzeba było ją czytać w PRL, aby zrozumieć 😁
OdpowiedzUsuńDo Bułgarii jeździłam od przedszkola do roku bodajże 1983, byłam 6-7 razy i bardzo duży mam sentyment. Cudowne cieplutkie morze z pięknymi muszlami i delfinami, pyszne jedzonko, galaretki łokum (tureckie rachatłukum), chłodnulik tarator, plaże, olejek różany i całe pola ichniej odmiany róż o niepowtarzalnym zapachu, a na licealnych wyjazdach pierwsze flirty i dyskoteki... Wrócę na pewno, ale się tego boję (wiadomo jak to bywa z tymi ukochanymi miejscami sprzed lat). Złote Piaski, Warna mon amour💓
Kwiatek to kalanchoe. Ja mam duży balkon-loggię, koczuję tam obecnie wieczorami (i nie kupię mieszkania bez choćby malutkiego, zdarzyło mi sie już mieszkać w takowym). Ogródek też miałam i fajnie jest podłubać, lubię. Szkoda, ze Ty nie masz balkonu - a na wyższych piętrach są? U mnie na osiedlu w niektórych budynkach (nie moim) ludzie z parteru porobili sobie ogródki pod oknami, ale nie wiem czy na dziko czy za zgodą spółdzielni/wspólnoty.
"Milionerow" pamietasz? 😊
UsuńO ile dobrze kojarzę, to wyszły jakieś Dzieła tej autorki - tak mi się wydaje, że widziałam kiedyś w knihobudce, takie klasyczne kioskowe wydanie. Z obyczajówek polskich autorek kocham chyba jedną serię - Nepomuckiej oczywiście.
UsuńF.-M. to jest czwarta powieść, którą przeczytałam, a w domu mam "Pozwólcie nam krzyczeć" (przyniosłam z budki, bo jakiś taki znany tytuł) i "Powrót do miejsc nieobecnych". Co ciekawe, w katalogu widnieje też tytuł "Trzy NIE i jedno TAK" - ale bez żadnego opisu, wygląda na to, że przyniosłam,a potem chyba wyniosłam, bo gdyby była, to przecież wpisałabym choćby lokalizację, w końcu katalog skończony 😎
Do Bułgarii pewnie jeździliście samochodem?
Choć, jak wynika z ostatniej strony książki, pociąg z Warszawy też kursował 😉
W moim bloku (i paru podobnych) balkony są od I piętra wzwyż. Taka złośliwość losu. W innych są i na parterze, czasem balkony, czasem loggie, a czasem okna francuskie. U nas też niektórzy sobie porobili ogródki za oknem i też nie wiem, czy samowolnie czy za zgodą. Ale taki ogródek, do którego Ci z góry będą wrzucać pety, resztki jedzenia i tak dalej, to ja chromolę. A na końcu przyjdą dziki 😂
=> ikroopka
UsuńJa Milionerów akurat też czytałam i kontynuację również.
No pewnie, że "Milionerow" pamiętam, ale ukochana jest trylogia "Pozwólcie nam krzyczeć", nawet córkę chciałam nazwać Magdalena (ale mi się zdrobnienia nie podobają). Nepomucką też mam i lubię, ale jednak dużo mniej. Choć z mamą używałyśmy wielu powiedzonek, np. ukwiał wszedł do słownika.
UsuńJa też bym nie chciała ogródka na parterze. Kiedy moje dzieci były małe (w innym mieszkaniu) to w kółko zrzucały pani z parteru jakieś zabawki na taras (był ogromny). Za każdym razem kiedy szłam przepraszać i odbierać te rzeczy czekałam, że straci cierpliwość i mnie zeklnie🙈
U nas na parterze są balkony, z tym że parter jest wysoki, nie na poziomie ziemi, tylko jest kilkanaście stopni. Balkony to akurat mamy fajne, dość duże i szerokie loggie.
A do Bułgarii jeździłam pociągiem, trzy dni i dwie noce, sypialnym rzecz jasna.
UsuńNawet znalazłam go niedawno na jakiejś stronce i okazało się, że byłam na Ukrainie (bo jechał m.in.przez ZSRR i Rumunię).
Trzy dni i dwie noce w jedną stronę? To cała wyprawa! W dzisiejszych czasach kiedy ludzie biorą urlop na tydzień lub 10 dni to be nie przeszło. :-D Jak to jest że kiedyś ludzie mieli więcej urlopu?
UsuńTrochę przesadziłam, bo w sumie to były dwie doby, plus dojazd autokarem z Warny do Złotych Piasków. Czyli rano pierwszego dnia, noc, cały drugi dzień, noc i trzeciego przed południem w Warnie. A całe wczasy trzy tygodnie, wychodzi ja to, że jeden schodził w podróży😁 Ciekawe ile było dni urlopu np.w latach 70.
UsuńJa też mam sentyment do Bułgarii - ciepłe morze, pyszne brzoskwinie dojrzałe na drzewie i szopska sałatka, która mogę jeść na okrągło. Ziuta
Usuń=> Agata
Usuńukochana jest trylogia "Pozwólcie nam krzyczeć"
Jak to trylogia? To znaczy, że ja mam jeden tom, nie wiadomo który???
Idę szukać.
=> Agata
UsuńHm. Może masz inne wydanie? W trzech cienkich tomach? U mnie (1988, wydanie VII, 343 strony) zaczyna się od słów "Profesor szedł szybko długim korytarzem", a kończy "szumiała wciąż groźna, wciąż niszcząca wojna".
=> Agata
UsuńJa sobie wybrałam Magdalenę na trzecie imię, ale za Boga nie pamiętam, dlaczego - co ja wtedy takiego czytałam z Magdaleną 🤣
=> Józefina
UsuńUrlop był chyba minimum 2-tygodniowy. A może wybierało się od razu całość? Pewnie zależało od zakładu pracy.
Na przykład Psiapsióła z Daleka, pracując w sklepie, miała termin i długość z góry narzucone, bo po prostu sklep w sierpniu zamykano (choć nie na cały miesiąc). Ale to nie u nas.
Ale teraz, jak ma do mnie przyjechać ta Czeszka, to mówiła, że właśnie w pierwszej połowie lipca "cała hala staje" i wtedy może. Cokolwiek to znaczy.
=> Ziuta
UsuńNo i teraz mam zagwozdkę, czy sałatka szopska jest taka sama jak grecka czy inna 😁
"Pozwólcie nam krzyczeć" to pierwszy tom o tej Magdalenie (na robotach w Niemczech), potem jest "Przerwa na zycie" (po powrocie do Polski, małżeństwo z Piotrem) I "Wizyta" (po latach, jest żoną Gastona i ich wizyta w miasteczku, w którym byli na robotach)
UsuńAaa, takie buty 😁
UsuńAch, ogródek! jestem teraz w ogródku, piękne kwiaty , cisza i krzyk żurawi!
OdpowiedzUsuńNooooooo! Nie dość, ze nad morzem, to jeszcze w ogródku 😍
UsuńTeż się nie polubiłyśmy z Maritie. Strasznie wkurzająca postać, głównie przez to liczenie dni do czasu "kiedy im pokaże". Dzieła Fleszarowej-Muskat wyszły w serii "Mistrzyni powieści obyczajowej". Mam kilka tomów, ale cała seria mnie nie interesuje. Ona pisała też słuchowiska radiowe i część książek czyta się jak słuchowisko (czyli same dialogi). Tutaj tom 27: https://czytamiogladam.home.blog/2025/05/30/most-nad-rwaca-rzeka/
OdpowiedzUsuń:-)
U niej było kilka takich młodych bezczelnych dziewuch, w "Wizycie" też taka jest. Coś pamiętam jak przez mgle, że w kioskach można było te jej książki kupować, czesto tak wydawali, że pierwsza dla przywabienia za grosze, a kolejne juz w normalnej cenie. Ale chyba w tamtym czasie zapomniałam o tej pisarce. Dopiero kiedy zaczęłam polowania w Schronisku Książek to zauważyłam, że dość łatwo ją zdobyć
Usuń=> Józefina
UsuńWłaśnie któraś przeze mnie czytana taka była, same dialogi. Idzie wtedy wartko 🤣
A ten tom z Twojego bloga, jak zajrzałam, to sobie przypomniałam.
=> Agata
UsuńTo stały numer kioskowych wydawnictw. Mam na przykład jakąś Christie w porządnej twardej oprawie kupioną właśnie za grosze jako pierwsza w serii 😉
Sprawdziłam na półce i to ciekawe, bo nie mam ani jednej książki z tego wydania kioskowego, a wyszło w nim aż 38 tytułów. Ja mam 15 (plus jedna dla dzieci), a szukam jeszcze 10. Co sprawdziłam w PAPIEROWYM book journalu, bo tak jak Ty (mimo miliona aplikacji) muszę mieć notesik😁
UsuńBo te stare wydania chyba fajniej mieć, niż nowe z kiosku 😁
UsuńJa jak w Schronisku Książek jest kilka egzemplarzy książki, to najstarszy biorę. Zresztą te wydania sprzed lat 80. są lepsze jakościowo. Wymieniam też domowe rozklejeńce np. moje ukochane "Noce i dnie", których kartki fruwały😁 teraz mam szyte porządne
Usuń"Noce i dnie" mam paskudne, pięć tomów co prawda szytych, ale w brzydkiej, miękkiej okładce. Też powinnam upolować ładniejsze.
UsuńW Bułgarii byłem 2 razy w latach 70. XX w. i podobnie jak Agata, jechaliśmy pociągiem przez ZSRR. Do tej pory pamiętam naszego ‘bratniego sąsiada’: kontrole celne składające się z kilku plutonów celników czy wojskowych, beż żadnego uśmiechu, inspekcje wagonów, zastraszeni sprzedawcy w sklepach, bosi ludzie i biedne dzieci spoglądające na nas niczym na kosmitów, okropne stacje kolejowe z pomnikami Lenina…
OdpowiedzUsuńW Bułgarii mieszkaliśmy na kwaterach prywatnych, m.in. w Warnie, Nessbar, Pomorie, Słynczew Breg (Słoneczny Brzeg), Obzor, Burgas. Złote Piaski były dość drogie i było w nich sporo Niemców, których obsługa restauracji preferowała od Polaków. Ale ogólnie było super—ciepło, ludzie mili, życie szło powoli, kraj był biedniejszy od Polski.
Na plaży w Warnie pamiętam zjeżdżalnię—trzeba było na nią wejść, taskając ze sobą specjalny wózek, potem ustawiało się go na szynach i z hukiem zjeżdżało do wody.
W książce wspomina się o tym, że dolar znaczył bardzo wiele - młody recepcjonista z hotelu dorabia sobie na boku świadcząc usługi dla starszych pań z Zachodu... chyba właśnie z Niemiec.
UsuńKwatery prywatne pamiętam z wczasów w Polsce, ale częściej chyba się jeździło do domów wczasowych, bogatsze zakłady pracy pobudowały ich mnóstwo za PRL-u. Potem się pewnie na nich uwłaszczyli różni stojący blisko władzy...