Trzecia część cyklu Wiktora Zawady o okupacyjnych przygodach chłopców z ulicy Zielonej w Zamościu.
Pierwsza - Kaktusy z Zielonej ulicy
Druga - Wielka wojna z czarną flagą
O ile poprzednie tomy, zwłaszcza pierwszy, mówił rzeczywiście o przygodach, traktując je z lekka w konwencji komediowej, atmosfera w tomie trzecim robi się gęsta. To już nie wesołe harce i figle czynione Szkopom, tu rzeczywistość okupacyjna objawia się w całej pełni, a nasi bohaterowie doświadczają wielu okrutnych przeciwieństw losu. Mamy tu i konsekwencje wysiedleń na Zamojszczyźnie i czarną rzeczywistość obozu dla wysiedlonych i przymusowe rozstania matek z dziećmi (matki wysyłane do pracy w Niemczech, a dzieci przeznaczane na zniemczenie bądź eksterminację, w zależności od warunków fizycznych) i dramatyczne warunki życia "na swobodzie" chłopców pozbawionych rodziców i pacyfikacje wsi w odwecie za niewypełnianie kontyngentów czy akcje partyzanckie i wegetację wysiedlonych ludzi w ziemiankach w lesie i wreszcie sam pobyt Jaśka wśród leśnych ludzi, co jest znakomitym pretekstem dla ukazania działalności partyzantów.
Jasiek dorośleje wśród śmierci swych przyjaciół. Przechodzi ciężką zaprawę "wojskową" pod bacznym okiem sierżanta Łóżko, ucząc się, że wojsko to nie tylko bezpośrednia walka z wrogiem, ale i dyżury w kuchni i pędzenie wieprzka ze wsi dla zaopatrzenia obozu. Że nie wolno znęcać się nad wrogiem, jeśli nie chcemy być tacy jak oni. Że nie strzela się w plecy, nawet największemu nieprzyjacielowi. Że toczy się walkę z okupantem nie dla prywatnej zemsty, ale dla wyswobodzenia kraju i odzyskania wolnej ojczyzny.
(No, jak to już z tą wolną ojczyzną potem było, to inna sprawa)
Zastanawiam się, który z tomów chciałabym wybrać, gdyby miał stać się lekturą obowiązkową w szkole. Czy ten pierwszy, skupiający się na żartach i psikusach, choć też sygnalizujący, co się w kraju działo podczas wojny - czy też ten ostatni, tak dramatyczny i okrutny, tak obnażający ówczesną rzeczywistość? A Wy jak myślicie?
Nawiasem mówiąc, oddawałam wczoraj na Rajskiej poprzednie Kaktusy i niechcący pożyczyłam cykl Cezarego Leżeńskiego o dwóch bliźniakach Jarku i Marku, wspomniany przez Charliego Librariana w komentarzu do pierwszej notki. Też wojenne losy, ciekawam jak tym razem opisane.
Ilustrował Ludwik Paczyński, dokładnie w tym samym stylu, co poprzednie tomy, więc nie zamieszczam dodatkowych zdjęć.
Wydawnictwo Lubelskie, 1989, wyd. IV, 279 stron
Z biblioteki na Królewskiej
Przeczytałam 9 stycznia 2013.
Z KINA
Obejrzałam - po raz kolejny - film radziecki Osiennij marafon/Jesienny maraton, z 1979 roku, w reż. Gieorgija Danieliji.
Осенний марафон
Nosi on podtytuł "pieczalnaja komedia"/smutna komedia - i taki właśnie jest.
Przepiękny, melancholijny, polecam!
Bohaterem jest Andriej Buzykin, zdolny tłumacz, mężczyzna po czterdziestce, uwikłany w... uwikłany w życie: bo i dwie kobiety i koleżanka-tłumaczka, której ciągle pomaga i stosunki w pracy i ten profesor z Danii, z którym trzeba uprawiać jogging i córka, która źle wyszła za mąż, jego zdaniem...
Buzykin całe życie biegnie. Stąd ten tytułowy maraton (a jesienny, bo wkroczył już w jesień życia, ma zdaje się 43 lata). Od żony do kochanki, z jednej pracy do drugiej, od wydawnictwa na uczelnię. Buzykin jest uzależniony od budzika w ręcznym zegarku i od telefonu.
Ciągle goni od budki telefonicznej do innego aparatu: dzwoni od kochanki do żony, że jest jeszcze na zebraniu na uczelni, a potem z domu do kochanki, że nie da rady się już dziś wyrwać.
Żony już chyba nie kocha, ale nie potrafi jej zostawić, odejść.
Kochanka urządza sceny, jest jeszcze młoda i chciałaby ułożyć sobie z Buzykinem życie, chciałaby mieć z nim dziecko, byłoby takie inteligentne po ojcu.
Buzykin wszystko to rozumie, wie, że powinien podjąć decyzję w którąś stronę, ale nie potrafi nikomu sprawić przykrości, nikomu odmówić.
Nie odmawia koleżance, która w teorii też jest tłumaczem, ale zna się na tym jak kura na pieprzu i bezustannie wzywa pomocy Andrieja. Kończy się to tak, że zamiast poprawek - robi on całe tłumaczenie na nowo - wszystko to z przyjaźni i dlatego, że ... oczywiście, nie potrafi odmówić.
Nie potrafi odmówić profesorowi Hansenowi z Danii, który właśnie tłumaczy na swój język Dostojewskiego i dosłownie zalągł się u Buzykina, w dodatku zmusza go do codziennych porannych biegów po osiedlu. - Wy gotow? - pyta, pojawiając się o świcie. Buzykin wsiegda gotow - spełniać ludzkie prośby.
Nie potrafi wyrzucić za drzwi sąsiada (świetny Jewgienij Leonow), który poznawszy u niego profesora natychmiast proponuje wódeczkę dla wzmocnienia przyjaźni. Siedzą, piją, lulek nie palą, choroszo sidim - stwierdza w ramach konwersacji prosty sąsiad.
Następstwem wódeczki jest grzybobranie, a następstwem grzybobrania dla profesora - pewien przybytek użyteczności publicznej, dzięki któremu Hansen poznaje nowe słowo - wytrezwitiel :)
Gdy Buzykin spóźnia się na samolot, którym odlatywała na dwa lata gdzieś na Wschód córka z mężem, żona ma już serdecznie dość i postanawia odejść. Wydaje się, że jest to jakieś rozwiązanie dla Andrieja - ktoś podjął za niego decyzję, więc wszystko się ułoży, nowe życie z kochanką - choć sercem jesteśmy za żoną, ale właściwie obu kobiet żal. Koniec jednak nie wróży dobrze, żona wraca i chyba znów będzie wszystko po staremu...
Świetny Oleg Basiłaszwili jako Buzykin i Natalia Gundariewa jako żona.
Film szczególnie mi bliski, bo ja też jestem trochę buzykinowata.
Na portalu kino-teatr.ru film ma 2400 komentarzy :) chciałoby się je kiedyś wszystkie przeczytać, bo to wiele rozjaśnia i pozwala lepiej zrozumieć film... ech, czemu tego czasu ciągle w życiu mało!
NAJNOWSZE NABYTKI
Kolejna pozycja na temat Piwnicy Pod Baranami. Nie miałam pojęcia, że takie coś wyszło, a znalazłam w antykwariacie, w dodatku za przystępną cenę 36 zł (w porównaniu do księgarskiej - 55 zł).
Jak widać z zajawki na okładce, dopuszcza się możliwość kolejnych książek na temat Piwnicy... chyba jeszcze Encyklopedii brakuje :)
Przy okazji zadumałam się, że przydała by się taka strona w internecie, gdzie umieszczano by info o wszelkich wychodzących w Polsce publikacjach. No bo niby można studiować dział NOWOŚCI na stronach wydawnictw, ale ludzie, kto by to ogarnął. W dodatku są różne takie wydawnictwa, o których człek nie słyszał, choćby to właśnie - TRIO. A może taka strona istnieje, tylko ja o niej nie wiem?
Przyszła też paczka z allegro, z książkami zakupionymi jeszcze w grudniu:
Uzupełniony Wil Lipatow i cykl Siemionowa, jedna węgierska (mniam mniam) i jedna słowacka - mam straszny sentyment do tej serii Pisarzy Czeskich i Słowackich od czasów dzieciństwa, kiedy to czytałam Szwejka w tym właśnie wydaniu (zaginęło, niestety, odkupiłam sobie już inne).
A tu rezultat wczorajszego zajrzenia do antykwariatu na Jabłonowskich:
Wspomnienia aktora Leszka Piskorza z jego dzieciństwa spędzonego na Grzegórzkach - do tej pory obchodziłam z daleka, ale cenę 12 zł uznałam za "do przyjęcia" :) A ten przewodniczek obok to już w ogóle - za 2,50.
Tak, wiem, miałam się hamować - ale to cracovianów w żadnej mierze nie dotyczy. Mało tego, na jutro planuję następne zakupy. Otóż we wtorki spotykam zazwyczaj takiego luźnego znajomego, który też bywa na odczytach w Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Krakowa. No i tak się jakoś utarło, że zawsze chwalimy się nabytkami. I wczoraj pokazał mi ów znajomy pewną pozycję wydaną przez Politechnikę Krakowską. Zaraz po powrocie do domu weszłam na stronę tej uczelni, wyszukałam publikacje (tę i parę innych) oraz informację, że można je nabywać nie tylko na PK, ale również w Głównej Księgarni Naukowej na Podwalu i tamże się wybieram w czwartkowe popołudnie, w drodze na Zlot Czarownic (spotkanie kobitek), coby połączyć przyjemne z pożytecznym.
Z FRONTU NOWYCH REGAŁÓW
Dziś się obiecywał Pan Stolarz na branie miary. Oczywiście już nie będzie dziś, ale jutro - ale też nic pewnego, bo będzie dzwonił. A ja już naprawdę chcę rozkładać na półkach tę serię KIK i inne :(
środa, 9 stycznia 2013
niedziela, 6 stycznia 2013
Wiktor Zawada - Wielka wojna z czarną flagą
Druga część przygód chłopców z ulicy Zielonej w Zamościu, przezwanych niegdyś Kaktusami.
Pierwsza część tu.
/okładki egzemplarz nie posiada, jakąs wtórną,biblioteczną, ale przepaskudną; więc reprodukuję stronę tytułową/
Mamy już rok 1942, trzeci rok okupacji. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna i chłopcy - w teorii - rezygnują z kaktusowych wybryków. W praktyce jednak nie mogą przejść obojętnie wobec zaczepek i prowokacji w wykonaniu młodzieńców z Hitlerjugend, dowodzonych przez demonicznego Hansa Teufla czyli Diabła.
Do grona chłopców z Zielonej dołącza Nikodem Kokoszka przezwany Kogutem, wraz z rodzicami wysiedlony z poznańskiego. Nikuś ma zwyczaj mówić wierszem i rozsądnie nie pakować się w kolejne przygody bandy, ale często nad jego rozsądkiem bierze górę dar wymowy Jędrka Szybkiego. Chłopcy zaprzyjaźniają się z jednym z Niemców-kucharzy stacjonujących w podwórku kamienicy: okazuje się, że są też "dobrzy Niemcy" - a właściwie to Austriacy, siłą wcieleni do niemieckiego wojska. Knippidoldi był kiedyś czołowym piłkarzem wiedeńskiej Astorii i udziela chłopcom lekcji gry w nogę, dzięki czemu zwyciężają w pojedynku z czarną flagą czyli Niemcami z HJ.
Tymczasem Teufel ma pod ręką idealną ofiarę dla wyżycia się - jest nim Romek Modrak, syn właściciela sklepu, który podpisał lojalkę, żeby nie stracić dorobku życia - czyli po prostu został folksdojczem. Romek czuje się Polakiem i jest mu wstyd przed dawnymi kolegami z Zielonej, a zwłaszcza przed Milką (coś tam między nimi się zaczynało w dawnych dobrych czasach), ale nacisk z dwóch stron: ojca, który chce z niego za wszelką cenę zrobić prawdziwego Niemca, przeniósł go do niemieckiej szkoły i zapisał do HJ oraz Hansa, który szantażuje Romka i zmusza do udziału w kolejnych niecnych poczynaniach faszystowskiej organizacji młodzieżowej - to wszystko powoduje, że Romek załamuje się i na żądanie Hansa truje ukochanego przez chłopców psa Asa.
Dopiero gdy Hans chce strzelać do naszych łapserdaków z Zielonej, Romek zdobywa się na bohaterski czyn i zasłania ich własnym ciałem. Czy przeżyje - pewnie dowiem się w trzeciej części cyklu. W każdym razie matka ślubuje nad jego łóżkiem w szpitalu, że jeśli Romek wyjdzie z tego żywy, ona zabierze chłopca i ucieknie z nim od wyrodnego ojca, tak więc są pewne widoki na polepszenie sytuacji chłopca i jestem dobrej myśli.
Gorzej z rodzinami z ulicy Zielonej - najpierw aresztowano pana Centa i za odmowę podpisania folkslisty zesłano go do Majdanka, potem zniknął wuj Hipolit, zamieszany w partyzantkę i oto Niemcy wysiedlają pozostałych mieszkańców z ich domów i prowadzą do obozu. Tylko Jasiek ucieka.
- No, Dzidek, nos do góry - szepcze Kogut. - Daliśmy radę czarnej fladze, to i tu sobie poradzimy.
- Jasiek też obiecał pomoc - mówi Dziedek z iskierką nadziei w głosie.
- Jasne, na nim można polegać. A my musimy trzymać się razem i nie trząść portkami na widok byle Szwaba z wykrzywioną gębą. My tu nie pierwsi i chyba nie ostatni.
Ilustracje ponownie wykonał Ludwik Paczyński, bardzo ciekawa postać - sam autor książek dla dzieci, nie tylko ilustrator, a poza tym aktor teatralny i filmowy.
Ojciec Romka Modraka pasem przyucza syna do miłości nowej ojczyzny.
Romek próbuje uzyskać pomoc na spowiedzi u księdza...
Przyjaźń z kucharzem zaczęła się od niewinnego kawału... zatkania szmatami komina.
Hans Teufel "trenuje" Romka.
Wydawnictwo Lubelskie, 1988, wyd. IV, 289 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 5 stycznia 2013.
W ramach wyzwania Styczniowa Trójka e-pik:
- Książka, która jest częścią serii
Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.3
Dziś reprinty.
Półeczka.
A teraz szczegółowo jej zawartość. Pominęłam niektóre, bo nie dotyczą bezpośrednio Krakowa albo też należą do serii Biblioteka Krakowska, którą przedstawię osobno.
Ambroży Grabowski - Starożytnicze wiadomości o Krakowie, z 1852 roku.
Walerya Szalayówna - Nasze warownie i grody. Opowiadania z dalekiej przeszłości, z 1907 roku
Ambroży Grabowski - Dawne zabytki miasta Krakowa, z roku 1850
Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego z ilustracyami, tomy 1-2, z roku 1909
Karol Estreicher - Kraków. Przewodnik dla zwiedzających miasto i jego okolice, z roku 1938
Majer Bałaban - Przewodnik po żydowskich zabytkach Krakowa, z 1935 roku
Przechadzka kronikarza po Rynku krakowskim, z 1890 roku
Kleynoty Stołecznego Miasta Krakowa albo kościoły, y co w nich iest widzenia godnego y znacznego, przez Piotra Hiacyntha Pruszcza krotko opisane, z roku 1745
Stanisław Cyrankiewicz - Przewodnik po cmentarzach rzeczowo spisany, z roku 1908
Z kapitalną historią, jak to młodego czeladnika z drukarni Czasu zainteresowały trumny i cmentarze :)
Walery Eljasz-Radzikowski - Kraków (z 64 ilustracjami), z roku mi nieznanego
Józef Mączyński - Pamiątka z Krakowa, tomy 1-3, z roku 1845
24 widoków miasta Krakowa i jego okolic zdjętych podług natury przez J.N.Głowackiego, z roku 1836
I na koniec coś, co cracovianum nie jest, ale bardzo się przydaje w wędrówkach po mieście, gdy oglądamy godła kamienic czy nagrobki w kościołach:
Herby rycerstwa polskiego, tomy 1-2, z zamku w Kórniku
Zauważcie, że nie wdaję się w żadne opisy prezentowanych pozycji: chyba bym do jutra nie skończyła, a już tu godzinę siedzę i ładuję :) Deskrypcje bardziej szczegółowe rezerwuję sobie na chwilę przedstawiania konkretnej książki jako przeczytanej.
Ha ha, pierwsze zakupy. Właściwie jeszcze zeszłoroczne, ale teraz dotarły (z allegro).
Znowu same ruskie (z jednym wyjątkiem). Ten Siemionow z dołu to... uwaga!... Stirlitz :) Może mnie to zmobilizuje do obejrzenia serialu.
Pierwsza część tu.
/okładki egzemplarz nie posiada, jakąs wtórną,biblioteczną, ale przepaskudną; więc reprodukuję stronę tytułową/
Mamy już rok 1942, trzeci rok okupacji. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna i chłopcy - w teorii - rezygnują z kaktusowych wybryków. W praktyce jednak nie mogą przejść obojętnie wobec zaczepek i prowokacji w wykonaniu młodzieńców z Hitlerjugend, dowodzonych przez demonicznego Hansa Teufla czyli Diabła.
Do grona chłopców z Zielonej dołącza Nikodem Kokoszka przezwany Kogutem, wraz z rodzicami wysiedlony z poznańskiego. Nikuś ma zwyczaj mówić wierszem i rozsądnie nie pakować się w kolejne przygody bandy, ale często nad jego rozsądkiem bierze górę dar wymowy Jędrka Szybkiego. Chłopcy zaprzyjaźniają się z jednym z Niemców-kucharzy stacjonujących w podwórku kamienicy: okazuje się, że są też "dobrzy Niemcy" - a właściwie to Austriacy, siłą wcieleni do niemieckiego wojska. Knippidoldi był kiedyś czołowym piłkarzem wiedeńskiej Astorii i udziela chłopcom lekcji gry w nogę, dzięki czemu zwyciężają w pojedynku z czarną flagą czyli Niemcami z HJ.
Tymczasem Teufel ma pod ręką idealną ofiarę dla wyżycia się - jest nim Romek Modrak, syn właściciela sklepu, który podpisał lojalkę, żeby nie stracić dorobku życia - czyli po prostu został folksdojczem. Romek czuje się Polakiem i jest mu wstyd przed dawnymi kolegami z Zielonej, a zwłaszcza przed Milką (coś tam między nimi się zaczynało w dawnych dobrych czasach), ale nacisk z dwóch stron: ojca, który chce z niego za wszelką cenę zrobić prawdziwego Niemca, przeniósł go do niemieckiej szkoły i zapisał do HJ oraz Hansa, który szantażuje Romka i zmusza do udziału w kolejnych niecnych poczynaniach faszystowskiej organizacji młodzieżowej - to wszystko powoduje, że Romek załamuje się i na żądanie Hansa truje ukochanego przez chłopców psa Asa.
Dopiero gdy Hans chce strzelać do naszych łapserdaków z Zielonej, Romek zdobywa się na bohaterski czyn i zasłania ich własnym ciałem. Czy przeżyje - pewnie dowiem się w trzeciej części cyklu. W każdym razie matka ślubuje nad jego łóżkiem w szpitalu, że jeśli Romek wyjdzie z tego żywy, ona zabierze chłopca i ucieknie z nim od wyrodnego ojca, tak więc są pewne widoki na polepszenie sytuacji chłopca i jestem dobrej myśli.
Gorzej z rodzinami z ulicy Zielonej - najpierw aresztowano pana Centa i za odmowę podpisania folkslisty zesłano go do Majdanka, potem zniknął wuj Hipolit, zamieszany w partyzantkę i oto Niemcy wysiedlają pozostałych mieszkańców z ich domów i prowadzą do obozu. Tylko Jasiek ucieka.
- No, Dzidek, nos do góry - szepcze Kogut. - Daliśmy radę czarnej fladze, to i tu sobie poradzimy.
- Jasiek też obiecał pomoc - mówi Dziedek z iskierką nadziei w głosie.
- Jasne, na nim można polegać. A my musimy trzymać się razem i nie trząść portkami na widok byle Szwaba z wykrzywioną gębą. My tu nie pierwsi i chyba nie ostatni.
Ilustracje ponownie wykonał Ludwik Paczyński, bardzo ciekawa postać - sam autor książek dla dzieci, nie tylko ilustrator, a poza tym aktor teatralny i filmowy.
Ojciec Romka Modraka pasem przyucza syna do miłości nowej ojczyzny.
Romek próbuje uzyskać pomoc na spowiedzi u księdza...
Przyjaźń z kucharzem zaczęła się od niewinnego kawału... zatkania szmatami komina.
Hans Teufel "trenuje" Romka.
Wydawnictwo Lubelskie, 1988, wyd. IV, 289 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 5 stycznia 2013.
W ramach wyzwania Styczniowa Trójka e-pik:
- Książka, która jest częścią serii
Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.3
Dziś reprinty.
Półeczka.
A teraz szczegółowo jej zawartość. Pominęłam niektóre, bo nie dotyczą bezpośrednio Krakowa albo też należą do serii Biblioteka Krakowska, którą przedstawię osobno.
Ambroży Grabowski - Starożytnicze wiadomości o Krakowie, z 1852 roku.
Walerya Szalayówna - Nasze warownie i grody. Opowiadania z dalekiej przeszłości, z 1907 roku
Ambroży Grabowski - Dawne zabytki miasta Krakowa, z roku 1850
Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego z ilustracyami, tomy 1-2, z roku 1909
Karol Estreicher - Kraków. Przewodnik dla zwiedzających miasto i jego okolice, z roku 1938
Majer Bałaban - Przewodnik po żydowskich zabytkach Krakowa, z 1935 roku
Przechadzka kronikarza po Rynku krakowskim, z 1890 roku
Kleynoty Stołecznego Miasta Krakowa albo kościoły, y co w nich iest widzenia godnego y znacznego, przez Piotra Hiacyntha Pruszcza krotko opisane, z roku 1745
Stanisław Cyrankiewicz - Przewodnik po cmentarzach rzeczowo spisany, z roku 1908
Z kapitalną historią, jak to młodego czeladnika z drukarni Czasu zainteresowały trumny i cmentarze :)
Walery Eljasz-Radzikowski - Kraków (z 64 ilustracjami), z roku mi nieznanego
Józef Mączyński - Pamiątka z Krakowa, tomy 1-3, z roku 1845
24 widoków miasta Krakowa i jego okolic zdjętych podług natury przez J.N.Głowackiego, z roku 1836
I na koniec coś, co cracovianum nie jest, ale bardzo się przydaje w wędrówkach po mieście, gdy oglądamy godła kamienic czy nagrobki w kościołach:
Herby rycerstwa polskiego, tomy 1-2, z zamku w Kórniku
Zauważcie, że nie wdaję się w żadne opisy prezentowanych pozycji: chyba bym do jutra nie skończyła, a już tu godzinę siedzę i ładuję :) Deskrypcje bardziej szczegółowe rezerwuję sobie na chwilę przedstawiania konkretnej książki jako przeczytanej.
Ha ha, pierwsze zakupy. Właściwie jeszcze zeszłoroczne, ale teraz dotarły (z allegro).
Znowu same ruskie (z jednym wyjątkiem). Ten Siemionow z dołu to... uwaga!... Stirlitz :) Może mnie to zmobilizuje do obejrzenia serialu.
piątek, 4 stycznia 2013
Wiktor Zawada - Kaktusy z Zielonej ulicy
Pierwsza część cyklu o przygodach chłopców z Zamościa w czasie II wojny światowej. Tak, o przygodach, bo jest to wspaniała przygodówka właśnie.
Wiktor Zawada to pseudonim dziennikarza i pisarza Witolda Eugeniusza Welcza, zmarłego 6 lat temu. W młodości Welcz był lekkoatletą, a potem zajmował się dziennikarstwem sportowym. Cykl powstał w drugiej połowie lat 60-tych i najwyraźniej cieszył się wielką popularnością, skoro egzemplarz przeze mnie czytany to było V wydanie.
Kończy się lato 1939 roku i chłopcy z ulicy Zielonej szaleją do upadłego, wykorzystując resztki wolnego od nauki czasu. Oprócz ulubionej zabawy w Indian Delawarów pojawiają się inne, niecodzienne: oto pan Bronisław Cent, ojciec Dzidka, przynosi z pracy do domu maskę gazową. Chłopcy puszczają więc "gazy" z rozpalonej puszki z dziurkami i pławią się w kłębach dymu, dopóki nie zostaną posądzeni o chęć puszczenia z dymem zabudowań. Wkrótce mają jeszcze lepszą zabawę - na podwórku będzie się budować schron przeciwlotniczy. Sami przyznacie, że takim 10- czy 12-letnim urwipołciom więcej do szczęścia nie potrzeba. Chłopcom dzielnie towarzyszy Milka, młodsza siostra jednego z nich, która już nieraz sprawdziła się w akcji, chociaż dziewczyna.
Cóż, kiedy któregoś poranka, gdy schron został już urządzony, naszych bohaterów zbudziła straszna nowina: podchorąży Mietek Czupryna zdradził. Odjechał nie zostawiając żadnej wiadomości, choć tak dobrymi byli dla niego żołnierzami, pięknie pucowali mu konia i uprząż. Nieporozumienie szybko się wyjaśnia, podchorąży został zmobilizowany. W karteczce, którą nie od razu zauważyli, obiecał, że wróci na swoim Wichrze z samego Berlina. Tymczasem dzieciaki mają kolejną zabawę: przyklejanie pasków papieru na szyby okienne, co miało je chronić przed wypadaniem wskutek detonacji bomb. Władczyni domowego gospodarstwa państwa Centów (czyli po prostu służąca) Polcia zwana Kapelusik robi pośpiesznie olbrzymie zapasy żywności. I właśnie podczas wyprawy z Polcią na targ po kaszę gryczaną Dzidek pierwszy raz jest świadkiem bombardowania lotniczego i pierwszy raz doświadcza, co to prawdziwy strach.
Mieszkańcy Zamościa w popłochu uciekają na wieś, ale szybko wrócą do swych zdemolowanych i obrabowanych z wszelkich mniej lub bardziej cennych rzeczy domów. Zacznie się inne, wojenne życie. U Centów pojawi się niechciany lokator - Herr Pacurek. Szkoły zostaną zamknięte. Dzieci będą świadkami rozbrajania polskich żołnierzy i odbierania im orzełków. Same zapragną zorganizować się w wojsko, a nazwę Kaktusy zyskają dzięki śmiałemu gestowi rozeźlonej Polci Kapelusik, która zrzuca na głowę Herr Pacurka doniczkę z tą właśnie rośliną. Kaktusy będą organizować psikusy w rodzaju przestawienia budki wartowniczej Niemcowi, ale spróbują też pomóc Żydowi doktorowi Goldowi, gdy ten będzie krył się przed szantażystą-Niemcem, czy pójdą pocieszać wdowę po bohaterskim żołnierzu Września. Nie zabraknie dramatycznych momentów, gdy Jasiek wpadnie w łapy żandarmów po godzinie policyjnej czy gdy gestapo uprowadzi głupiego Franka.
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Styczniowa Trójka e-pik" - pierwszy to raz uczestniczę w jakowymś i nie wiem, czy powinnam tu umieścić jakiś baner czy co :) w każdym razie chodzi o powieść, której akcja dzieje się w polskim mieście. Zamość właściwie jest tu tylko bladym tłem, ulicą Zieloną, Lwowską czy Zdanowską, ale pod koniec książki autor jakby się ocknął i zaproponował spacer po mieście w towarzystwie wuja Hipolita (ojca dwójki bohaterów), gdzie mówi się co nieco o założeniu miasta, o warowni, o Ormianach i innych narodowościach licznych niegdyś w Zamościu.
O, znalazłam i tu daję banerek, żeby wymogom wyzwania stało się zadość:
Ilustrował w bardzo charakterystyczny sposób Ludwik Paczyński:
Wydawnictwo Lubelskie 1987, wyd. V, 221 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 3 stycznia 2013.
Obejrzałam film włoski Nessun messaggio in segreteria (Żadnych wiadomości na sekretarce) z 2005 roku, w reżyserii duetu Paolo Genovese i Luca Miniero.
Trailer (paskudnej jakości):
Bohaterem filmu jest 70-letni samotny jak palec emerytowany urzędnik Walter, który jak sam mówi, ni cholery nie ma do roboty, a garnie się do ludzi. Toteż podejmuje się rozmaitych czynności, na przykład któregoś wieczoru postanawia zastąpić zaprzyjaźnioną z nim striptizerkę, która właśnie się przeziębiła, w peepshow:
Nie, nie proponuje rozbieranki, ma za to dużo do opowiadania :)
Kandyduje na zebraniu lokatorów na darmowego administratora kondominium, zyskując tylko jeden głos "za" - Franceski, która niedawno sprowadziła się do kamienicy wraz z 10-letnią córką Sarą. To właśnie Sara, namiętnie pragnąca znaleźć matce jakiegoś mężczyznę, który będzie brudził w domu, zostanie wierną przyjaciółką Waltera i wspólniczką w słusznej sprawie: otóż któregoś dnia Walter przeczytał w gazecie, że według najnowszych badań statystycznych na każdego młodego pracującego człowieka przypada jeden starzec, który siedzi w domu.
Wpada więc na pomysł, by odnaleźć "swojego" młodzieńca i zaopiekować się nim, pomagać mu - bo to wielka odpowiedzialność, gdy ktoś pracuje na ciebie.
Sara dzielnie asystuje w poszukiwaniach i wreszcie wybór pada na Piero, mającego co prawda dobrą pozycję zawodową, ale chorobliwie nieśmiałego. Głównym pragnieniem Piera jest zacząć żyć niebezpiecznie, to sobie codziennie pisze obok listy zakupów :)
Ich dziwna przyjaźń ma swoje wzloty i upadki, ale ryzykuje zakończeniem, gdy Piero przyznaje się Walterowi, że zakochał się. Jego wybranką jest pewna "operatorka ekologiczna" czyli po prostu śmieciarka (hm, chyba nie ma po polsku słowa na żeńską odmianę tego zawodu), którą widuje ze swego okna, gdy ta wieczorem wraz z koleżanką zbiera siatki ze śmieciami na jego ulicy i dyskutuje na temat mężczyzn, oceniając ich po zawartości śmieci.
Walter najpierw oburza się na projekty miłosne Piera, ale w końcu zgadza się mu pomóc w zdobyciu ukochanej, instruując go szczegółowo, jak ma postępować z partnerką w łóżku na przykładzie manekina (Piero pilnie robi notatki).
Co z tego wyniknie? Czy Piero przemoże swą nieśmiałość i podbije serce ukochanej? Czy matka Sary znajdzie swego mężczyznę? I co na koniec z Walterem?
Bardzo zabawna komedia ze świetną rolą Carlo Delle Piane jako staruszka, aktora baaaardzo charakterystycznego (zobaczcie jego nos!), który grał w wielu filmach mojego ulubionego Pupiego Avati. A przy tym gorzki głos na temat starości i samotności.
I jeszcze fragment filmu, gdzie Piero chce popełnić samobójstwo, ale przeszkadza mu w tym psychopatyczny właściciel wypożyczalni kaset wideo, domagający się natychmiastowego zwrotu Poszukiwaczy zaginionej arki:
Świetna wiadomość na początek roku to ta, że chłopak, który robił mi wcześniej regały na książki, zgodził się zrobić kolejne. Ma przyjść mierzyć w przyszłym tygodniu, a zrobić na około 20-tego stycznia. Z jednej strony jestem zachwycona i nie mogę się doczekać układania książek na nowych półkach, a z drugiej znam ja go już dobrze, przecherę, i wiem, jak wiecznie odkłada na później, przekłada, zmienia umówione terminy. Więc pytanie, czy się w styczniu wyrobi :)
Tymczasem ułożyłam książki - te moje nabytki zeszłoroczne nigdzie jeszcze nie rozparcelowane - na podłodze i przynajmniej ich tytuły mogę widzieć i się nimi cieszyć. Zamiast czytać - przyglądam się :)
Wiktor Zawada to pseudonim dziennikarza i pisarza Witolda Eugeniusza Welcza, zmarłego 6 lat temu. W młodości Welcz był lekkoatletą, a potem zajmował się dziennikarstwem sportowym. Cykl powstał w drugiej połowie lat 60-tych i najwyraźniej cieszył się wielką popularnością, skoro egzemplarz przeze mnie czytany to było V wydanie.
Kończy się lato 1939 roku i chłopcy z ulicy Zielonej szaleją do upadłego, wykorzystując resztki wolnego od nauki czasu. Oprócz ulubionej zabawy w Indian Delawarów pojawiają się inne, niecodzienne: oto pan Bronisław Cent, ojciec Dzidka, przynosi z pracy do domu maskę gazową. Chłopcy puszczają więc "gazy" z rozpalonej puszki z dziurkami i pławią się w kłębach dymu, dopóki nie zostaną posądzeni o chęć puszczenia z dymem zabudowań. Wkrótce mają jeszcze lepszą zabawę - na podwórku będzie się budować schron przeciwlotniczy. Sami przyznacie, że takim 10- czy 12-letnim urwipołciom więcej do szczęścia nie potrzeba. Chłopcom dzielnie towarzyszy Milka, młodsza siostra jednego z nich, która już nieraz sprawdziła się w akcji, chociaż dziewczyna.
Cóż, kiedy któregoś poranka, gdy schron został już urządzony, naszych bohaterów zbudziła straszna nowina: podchorąży Mietek Czupryna zdradził. Odjechał nie zostawiając żadnej wiadomości, choć tak dobrymi byli dla niego żołnierzami, pięknie pucowali mu konia i uprząż. Nieporozumienie szybko się wyjaśnia, podchorąży został zmobilizowany. W karteczce, którą nie od razu zauważyli, obiecał, że wróci na swoim Wichrze z samego Berlina. Tymczasem dzieciaki mają kolejną zabawę: przyklejanie pasków papieru na szyby okienne, co miało je chronić przed wypadaniem wskutek detonacji bomb. Władczyni domowego gospodarstwa państwa Centów (czyli po prostu służąca) Polcia zwana Kapelusik robi pośpiesznie olbrzymie zapasy żywności. I właśnie podczas wyprawy z Polcią na targ po kaszę gryczaną Dzidek pierwszy raz jest świadkiem bombardowania lotniczego i pierwszy raz doświadcza, co to prawdziwy strach.
Mieszkańcy Zamościa w popłochu uciekają na wieś, ale szybko wrócą do swych zdemolowanych i obrabowanych z wszelkich mniej lub bardziej cennych rzeczy domów. Zacznie się inne, wojenne życie. U Centów pojawi się niechciany lokator - Herr Pacurek. Szkoły zostaną zamknięte. Dzieci będą świadkami rozbrajania polskich żołnierzy i odbierania im orzełków. Same zapragną zorganizować się w wojsko, a nazwę Kaktusy zyskają dzięki śmiałemu gestowi rozeźlonej Polci Kapelusik, która zrzuca na głowę Herr Pacurka doniczkę z tą właśnie rośliną. Kaktusy będą organizować psikusy w rodzaju przestawienia budki wartowniczej Niemcowi, ale spróbują też pomóc Żydowi doktorowi Goldowi, gdy ten będzie krył się przed szantażystą-Niemcem, czy pójdą pocieszać wdowę po bohaterskim żołnierzu Września. Nie zabraknie dramatycznych momentów, gdy Jasiek wpadnie w łapy żandarmów po godzinie policyjnej czy gdy gestapo uprowadzi głupiego Franka.
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Styczniowa Trójka e-pik" - pierwszy to raz uczestniczę w jakowymś i nie wiem, czy powinnam tu umieścić jakiś baner czy co :) w każdym razie chodzi o powieść, której akcja dzieje się w polskim mieście. Zamość właściwie jest tu tylko bladym tłem, ulicą Zieloną, Lwowską czy Zdanowską, ale pod koniec książki autor jakby się ocknął i zaproponował spacer po mieście w towarzystwie wuja Hipolita (ojca dwójki bohaterów), gdzie mówi się co nieco o założeniu miasta, o warowni, o Ormianach i innych narodowościach licznych niegdyś w Zamościu.
O, znalazłam i tu daję banerek, żeby wymogom wyzwania stało się zadość:
Ilustrował w bardzo charakterystyczny sposób Ludwik Paczyński:
Wydawnictwo Lubelskie 1987, wyd. V, 221 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 3 stycznia 2013.
Obejrzałam film włoski Nessun messaggio in segreteria (Żadnych wiadomości na sekretarce) z 2005 roku, w reżyserii duetu Paolo Genovese i Luca Miniero.
Trailer (paskudnej jakości):
Bohaterem filmu jest 70-letni samotny jak palec emerytowany urzędnik Walter, który jak sam mówi, ni cholery nie ma do roboty, a garnie się do ludzi. Toteż podejmuje się rozmaitych czynności, na przykład któregoś wieczoru postanawia zastąpić zaprzyjaźnioną z nim striptizerkę, która właśnie się przeziębiła, w peepshow:
Nie, nie proponuje rozbieranki, ma za to dużo do opowiadania :)
Kandyduje na zebraniu lokatorów na darmowego administratora kondominium, zyskując tylko jeden głos "za" - Franceski, która niedawno sprowadziła się do kamienicy wraz z 10-letnią córką Sarą. To właśnie Sara, namiętnie pragnąca znaleźć matce jakiegoś mężczyznę, który będzie brudził w domu, zostanie wierną przyjaciółką Waltera i wspólniczką w słusznej sprawie: otóż któregoś dnia Walter przeczytał w gazecie, że według najnowszych badań statystycznych na każdego młodego pracującego człowieka przypada jeden starzec, który siedzi w domu.
Wpada więc na pomysł, by odnaleźć "swojego" młodzieńca i zaopiekować się nim, pomagać mu - bo to wielka odpowiedzialność, gdy ktoś pracuje na ciebie.
Sara dzielnie asystuje w poszukiwaniach i wreszcie wybór pada na Piero, mającego co prawda dobrą pozycję zawodową, ale chorobliwie nieśmiałego. Głównym pragnieniem Piera jest zacząć żyć niebezpiecznie, to sobie codziennie pisze obok listy zakupów :)
Ich dziwna przyjaźń ma swoje wzloty i upadki, ale ryzykuje zakończeniem, gdy Piero przyznaje się Walterowi, że zakochał się. Jego wybranką jest pewna "operatorka ekologiczna" czyli po prostu śmieciarka (hm, chyba nie ma po polsku słowa na żeńską odmianę tego zawodu), którą widuje ze swego okna, gdy ta wieczorem wraz z koleżanką zbiera siatki ze śmieciami na jego ulicy i dyskutuje na temat mężczyzn, oceniając ich po zawartości śmieci.
Walter najpierw oburza się na projekty miłosne Piera, ale w końcu zgadza się mu pomóc w zdobyciu ukochanej, instruując go szczegółowo, jak ma postępować z partnerką w łóżku na przykładzie manekina (Piero pilnie robi notatki).
Co z tego wyniknie? Czy Piero przemoże swą nieśmiałość i podbije serce ukochanej? Czy matka Sary znajdzie swego mężczyznę? I co na koniec z Walterem?
Bardzo zabawna komedia ze świetną rolą Carlo Delle Piane jako staruszka, aktora baaaardzo charakterystycznego (zobaczcie jego nos!), który grał w wielu filmach mojego ulubionego Pupiego Avati. A przy tym gorzki głos na temat starości i samotności.
I jeszcze fragment filmu, gdzie Piero chce popełnić samobójstwo, ale przeszkadza mu w tym psychopatyczny właściciel wypożyczalni kaset wideo, domagający się natychmiastowego zwrotu Poszukiwaczy zaginionej arki:
Świetna wiadomość na początek roku to ta, że chłopak, który robił mi wcześniej regały na książki, zgodził się zrobić kolejne. Ma przyjść mierzyć w przyszłym tygodniu, a zrobić na około 20-tego stycznia. Z jednej strony jestem zachwycona i nie mogę się doczekać układania książek na nowych półkach, a z drugiej znam ja go już dobrze, przecherę, i wiem, jak wiecznie odkłada na później, przekłada, zmienia umówione terminy. Więc pytanie, czy się w styczniu wyrobi :)
Tymczasem ułożyłam książki - te moje nabytki zeszłoroczne nigdzie jeszcze nie rozparcelowane - na podłodze i przynajmniej ich tytuły mogę widzieć i się nimi cieszyć. Zamiast czytać - przyglądam się :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































