środa, 14 maja 2025

No name - W podróży + PRAGA środa

Książeczka przeznaczona dla czytelników w wieku 0-3 lata czyli akuratnie dla mnie w mojej mgle mózgowej 😁

Zwrot "drogie dzieci" mnie napala, a Was?

Wyd. Aksjomat, Kraków

Ilustracje: Krzysztof Świętek

Przeczytałam 14 maja 2025 roku
 

Praga, dzień pierwszy

Pierwsza niespodzianka: zajeżdża autokar i co się okazuje - kupili nowy, dziś pierwsza jazda. Nowy jest piętrowy, śmierdzi nowością (no dobrze, dla niektórych może pachnie) i ma bagażniki na wysokości. Całe szczęście, że pan kierowca uczynny, bo w życiu bym tak nie podniosła swojej walizki 😁 Ale jest plus, bo na górze po lewej stronie czyli tam, gdzie zawsze kupuję, ma pojedyncze siedzenia 😎

 

W Ostrawie druga niespodzianka:


To na szczęście nie był mój 😁

Straszliwie się nudząc w podróży (nie mam już nerwów tak wysiadywać) ułożyłam chytry plan, że ze stacji pojadę do hotelu nie metrem, tylko tramwajem, który - tak się jakoś składa - ma przystanek przed antykwariatem z pudłami po 10 koron. Toteż jak widzicie jeszcze nie dojechałam do hotelu, a już miałam pierwszą książkę 🤣 Z tym, że znowu nieprzyjemność: pudeł na podłodze nie ma, tylko niewielki wybór na półeczce. No no, nie życzę sobie!

Toteż po błyskawicznym rozpakowaniu się i pierwszej herbatce oraz po małych zakupach spożywczych i nabyciu biletu do kina na następny czwartek - udałam się do drugiego antykwariatu, gdzie książki za grosze wystawiają razem z regalikiem przed wystawą. Nie można przecież marnować czasu!

I tu trzecia niespodzianka - w zeszłym roku książki tam były po 5 koron. Inflacja, panie! Co nie zmienia faktu, że nabyłam dwie sztuki 😂


Co to ja sobie niby obiecywałam? Że powolutku, że bez pośpiechu, że się nie będę spinać...

Taaaa. No nie da się w Pradze tak 😂 Na 18.00 leciałam na oprowadzanie po tzw. Fragmencie, przez jego architekta. Z wielkim wysiłkiem woli wysiadłam przystanek wcześniej i nawet skręciłam w bok, bo w perspektywie ulicy zobaczyłam imponujący budynek szkoły. Oraz rozgniecioną i zasuszoną żabę na jezdni. Oraz płaskorzeźby na jednym domu przedstawiające dzika goniącego za psami, a za dzikiem inny pies. Musi co jakiś zawołany myśliwy postawił tę kamienicę. 

Ale o tym już nie będzie, tylko impresje ze zwiedzania. To było w ramach Open House, które tak naprawdę odbędzie się dopiero w weekend.

To jest słynny już budynek, dostał wiele nagród, ale znany jest szeroko raczej z powodu kolejnych dzieł Davida Černýho, głównie tej Lilith podpierającej budynek z jednej strony.

 

Pan architekt na pytanie, czy artysta ingerował w sam projekt budynku, odpowiedział, że owszem: zeszli się raz w jakiejś restauracji i tam Černý za pomocą wielkiego kuchennego noża wprowadził swoje poprawki 🤣 Przy okazji dowiedziałam się, że głowa Lilith obraca się (co 15 minut) - złośliwie była nieruchoma, gdy ją fociłam (ale wtedy o tym kręceniu głową jeszcze nie wiedziałam, bo bym poczekała).

 


Obejrzeliśmy tam jedno mieszkanie, które aktualnie jest wolne (w budynku są wyłącznie mieszkania na wynajem; nie chcecie znać wysokości czynszu; głównie cudzoziemcy wynajmują, 33 narodowości mieszkają, widziałam też polskie nazwisko na skrzynce na listy) i klasyka czeska: wszyscy pozdejmowali buty i zostawili je na korytarzu (w sensie na klatce) 😁


A' propos tego korytarza. Nie na mój lęk wysokości toto. W pokojach też są takie "balkony". Żeby to jeszcze była jakaś balustrada, jakieś coś - ale szkło? O nie.


Czwarta i ostatnia niespodzianka czekała w galerii fotograficznej, do której zawitaliśmy na końcu. Cóż z tego, skoro ja aktualnie jestem wątrobiany alkoholik czy coś tam 😟 Nie dla mnie sznur samochodów...


No, a teraz to już będę odpoczywać. 


wtorek, 13 maja 2025

Zygmunt Zeydler-Zborowski - Śpiewający żółw

Nówka nieśmigana, nie wiem, skąd to mam, ale musi co z knihobudki? Wydawnictwo poleca cały szereg innych w serii Kryminał, czy również są tak niedbale przepisane z oryginalnych wydań? Bo jest tu cała masa literówek, a skoro książka pochodzi z 1968 roku, to przypuszczam, że dzieje się wówczas tak, że jakiś biedak lub biedaczka dostaje zadanie przepisania jej do wersji cyfrowej, żeby mogła pójść do druku w naszych czasach. No i fajnie, ale potem jednak przydałaby się jakaś korekta, żeby ktoś to jeszcze raz przeczytał, prawda? Niby jest tu podpisana jedna osoba, odpowiedzialna za skład komputerowy i korektę, ale podstawowa zasada higieny jest taka, że sczytuje tekst INNA osoba, bo własnych błędów się nie widzi. Cóż...


Ten znany autor kryminałów to alter ego pana Z.Z-Z, nawet na imię też ma Zygmunt. Jako pisarz z wolnej stopy co prawda narzeka, ile się musi naharować, żeby utrzymać siebie i młodą żonę, ale żyje mu się całkiem całkiem: wyjazdy a to do Zakopanego, a to nad morze, stołowanie się w Wierzynku albo innym Grand Hotelu (dopiero major Downar go przystopuje i skłoni do pójścia do zwykłej lokalnej knajpy), przypadkowy nocleg w Krakowie gdzie? w Hotelu Francuskim; spontaniczne zakupy drogiego sprzętu; rozbijanie się taksówkami. Bogatemu kto zabroni? Toteż bez problemu przyjmuje ofertę szukania zaginionej żony za parę tysiączków. Zastanawiałam się właśnie, skąd weźmie na to pieniądze będąc na Wybrzeżu, bankomatów w końcu nie było, ale chwilę później dowiedziałam się - wypłacił z książeczki. No tak, to można było chyba na poczcie załatwić? Jednakże aby podjąć pieniądze z banku, musiałby wrócić do Warszawy. 

Autor naśmiewa się ze swego bohatera, starszego pana, który ożenił się z młódką i teraz musi jej pilnować (nie żeby był zazdrosny, nieeeee), który nie może już dotrzymać jej kroku ani na stoku narciarskim ani w tangu, który tego nie je, tamtego nie je, a gdy wynajmie pokój u rybaka, skarży się, że codziennie na obiad jest krupnik i smażona ryba, a on przecież przyzwyczajony do polędwicy z borówkami, nieprawdaż 😂 O podkoszulce antyreumatycznej zmilczmy...

 

Początek:


Miałam tu wstawić zdjęcie ostatnich dwóch stron, ale w porę się zorientowałam, że one wszystko wyjaśniają 😁

Wyd. LTW, Łomianki 2013, 212 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 12 maja 2025 roku

 

Uff, dziś przyjeżdża brat zabrać do siebie Ojczastego, a ja pakuję walizkę. Mam pewne obawy, czy się ze wszystkim zmieszczę, z ubraniami na tę dziwną zimną pogodę, z jaśkiem, który obowiązkowo zabieram 😁 Czy u Was też jest taki bałagan przed wyjazdem? Wszędzie narozkładane szmaty! 

Książki w Ulubionym Antykwariacie zamówiłam (skromniutko, pięć sztuk, ale zapisałam sobie jeszcze kilka na ewentualne dokupienie, gdyby pudła po 10 koron nie dopisały), repertuar kin przejrzałam i widzę czeską komedię Morze na dworze (czyli na podwórku), którą będą grali w następny czwartek, ale jako że już część biletów jest wykupiona, chyba od razu jutro polecę nabyć dla siebie. 

Czy coś jeszcze? To chyba wszystko na dziś 😁 Jak zwykle - denerwuję się wyjazdem bardziej niż cieszę, ale gdy już będę w Pradze to ho ho ho 😍 Wszystkie drogi moje!


niedziela, 11 maja 2025

Stanisław Kowalewski - Wuj Antoni i asystenci

Takie coś. Z budki oczywiście. Trochę się obawiałam, że będzie to a' la Nienacki i Pan Samochodzik, ale tytuł mnie jednak zachęcił. Wuj Antoni jest dziennikarzem wyspecjalizowanym w reportażach interwencyjnych i właśnie rusza w długą trasę swą niezawodną Syrenką 103. Siostrzeniec, pasjonat zamków (a zwłaszcza zamieszkujących je duchów, o których ciągle pisze Przekrój), postanawia mu towarzyszyć, skoro są wakacje. Po drodze do zespołu dołącza Barbara, która nie lubi konwencjonalnie spędzanych wakacji i liczy na niesamowite przygody. 

Nazwisko autora wydawało mi się znajome, ale jako twórcy w kompletnie innym gatunku; okazało się, że pomyliłam ze Stanisławem Wasylewskim, którego mam książkę Klasztor i kobieta. Właśnie, może by tak przeczytać? Ale się teraz nie dostanę do niej, zbyt dużo wysiłku trzeba w to włożyć 😉 Więc przed wyjazdem przeczytam jeszcze jeden kryminał i szlus.

Natomiast Stanisław Kowalewski pisał dla młodzieży - i to duuużo. Książka kończy się tak dziwnie i nie wiadomo, czy ma nastąpić ciąg dalszy czy co? A teraz czytam na Wikipedii, że miał w dorobku również tytuł Strach ma wielkie oczy i Zaufajcie wujowi Antoniemu, co miałoby stanowić trylogię. No to chwilowo kryzys, chyba że gdzieś kiedyś jeszcze się trafią. Szkoda.

Książka była nagrodą na koniec roku i tym razem myślę, że dobrze wybraną: wakacje, przygody, wędrówka po kraju, pierwsza miłość.
 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1977, 197 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 10 maja 2025 roku


Po drodze z ZUS-u... Nie wiem, czy to może trzymadło na doniczkę, bo w rękach żaba koronowana ma jakąś obręcz?

 

Na osiedlu i koło osiedla ruch. Wyburzono starą pocztę i przedszkole, będą stawiać nowe, zdaje się, że żłobek i nie wiem, co jeszcze. Ciężarówki z gruzem kursowały nieustannie, teraz wożą materiały budowlane i obserwuję, jak wąską osiedlową uliczką wycofuje długaśna platforma, kierowca, drugi człowiek przed pojazdem, trzeci z tyłu i dyrygują. Ciekawe, czy do tej pory udało im się nigdy nie zawadzić o któryś z parkujących samochodów.

 

A obok osiedla rośnie apartamentowiec, ale to jeszcze nic - ktoś (nie wiadomo, czy deweloper, ale takie chodzą słuchy) wykupił większość działek tam w głębi ulicy, całą pierzeję praktycznie, i trwa wyburzanie. Ostały się dwa domki: właściciel jednego uparł się, że nie sprzeda, a drugi domek ma jakieś skomplikowane stosunki własnościowe. Ciekawe, czy ten starszy pan, który nie chce sprzedać - w ogródku uprawia warzywa, a głównie kwiaty i sprzedaje pod sklepem - nie złamie się w końcu. 

Tak czy siak, jeśli powstaną tam kolejne bloki mieszkalne (a wszystko na to wskazuje), to jakość życia nam się tu znacznie pogorszy: setki nowych samochodów, tłok w Lidlu, tłok w tramwaju, tłok na poczcie, tłok w przychodni, o szkołach nie ma co wspominać. Mało tego, chodzą plotki, że pobliska giełda też zostanie zlikwidowana i zabudowana. Tysiące nowych mieszkańców. Ale cóż, inni też chcą gdzieś mieszkać... 

W tym NOHO, które jest na zdjęciu, mówił mi młody człowiek, który rozglądał się za większym mieszkaniem, że był dopytać i takie ok. 60 metrów kosztuje 1400 tys. W rezultacie kupił 55 metrów na wtórnym rynku niedaleko i zapłacił 950 tys. Matko jedyna. W tym 600 tys. wziął za swoje poprzednie 35 metrów, a na 350 tys. kredyt na 30 lat, spłacają ok. 2400 zł miesięcznie. KREDYT NA 30 LAT na jedną trzecią mieszkania!

 


A z tym domkiem na rogu nikt nie wie, co się stanie. Teraz tam urzęduje biuro.

piątek, 9 maja 2025

Zdeněk Svěrák - Vesničko má středisková

Idealna lektura dla mnie - po czesku i cienkie 😁

Polski tytuł to Wsi moja sielska, anielska i ta wieś jest tak cudnie pokazana przez autora i ci mieszkańcy, z których nie każdy to anioł, ale generalnie w porównaniu z prażakami to prawie 😂 Otik jest zmysłowo opóźniony, jak w najlepszej wierze mówi jego sąsiadka, pracuje w spółdzielni jako pomocnik pana Pavka, ale że co raz to powoduje różne nazwijmy to nieprzyjemności (oczywiście kompletnie niechcący), Pavek ma już opieki nad nim serdecznie dość i zapowiada, że po żniwach koniec. Dla Otika to koniec świata, bo Pavek jest dla niego jak ojciec (rodzice chłopaka nie żyją), więc z rozpaczy daje się namówić na przeniesienie do Pragi - dostaje taką propozycję, bo dyrektor centrali czyni zakusy na jego chałupę. Wszyscy sobie zdają sprawę, że miasto go zniszczy, ale skoro pan Pavek upiera się, że nie będzie już z nim pracował...

A obok - pierwsza miłość maturzysty, nieszczęśliwie ulokowana w nauczycielce siostry, miejscowy doktor, który co i rusz powoduje wypadek, bo jadąc podziwia uroki krajobrazu i recytuje wiersze, chorobliwie zazdrosny mąż sekretarki w spółdzielni i jej romans z zootechnikiem, kamieniarz robiący nagrobek bez napisu, co wzbudza wielkie zdziwienie, że ktoś sobie szykuje grób za życia jeszcze (u nas standard od dawna, przy czym nazwisko też już zostaje wykute)... 

Svěrák ma wielki talent do tworzenia postaci jak żywe. A ja ciągle nie napisałam do niego tego listu, co to kopertę mam już od dawna naszykowaną, wraz z nieaktualnymi już znaczkami.

Oczywiście machnęłam po raz kolejny sam film i po raz kolejny się wkurzyłam: on był u nas wydany w takiej serii Złote lata filmu czeskiego i wiecie, co zrobili? Napisy polskie można sobie ustawić opcjonalnie, ale lektor jest obowiązkowy, nie da się go zdjąć 😢 Oczywiście mam też czeskie wydanie, ale włączyłam to polskie, bo myślałam, że córka da się namówić na wspólne oglądanie (nie dała, no co to za głupek z niej jest).

Początek:

Koniec: 

Na końcu jest jeszcze posłowie reżysera. Jiří Menzel opisuje, jak doszło najpierw do powstania samego pomysłu (do Svěráka zadzwonili z filmu, że katastrofa, zapłacili mu kiedyś omyłkowo dwa razy za inny film - chodziło o Na skraju lasu, a teraz będzie kontrola, więc potrzebują na jutro pomysł na film osadzony w wiejskim środowisku, tak 7-10 stron), a potem do złączenia sił scenarzysty i reżysera i powstania Wsi moja sielska, anielska.

Gdzie indziej czytałam, że długo jeździli po okolicach Pragi szukając odpowiedniej wsi (chodziło oczywiście o kasę, żeby to nie było zbyt daleko od miasta) i one wszystkie były strasznie brzydkie przez te wszystkie powojenne spółdzielnie produkcyjne, baraki ze sklepami, przystanki autobusowe.

 


Wyd. Primus, Praha 1995, 88 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 8 maja 2025 roku

 

Zajrzałam na stronę Ulubionego Antykwariatu, żeby się upewnić, że nikt mi nie podkupił tego, co mam tam w koszyku, a tu cios prosto w serce: mają teraz otwarte po odbiór osobisty jedynie od wtorku do czwartku w godzinach uwaga! od 6.00 rano !!! do 12.00. Wygląda na to, że w przyszły czwartek będę musiała się udać na wycieczkę dopołudniową z książkami w plecaku, bo przecież nie wstanę na tyle wcześnie, żeby jechać po książki, wrócić do hotelu (to jest ponad godzina w sumie) i znów jechać na miejsce spotkania z Věrą (ma mnie, na moją własną prośbę, zabrać do bagiennych łaźni Jary Cimrmana, bo nie wiem, czy bym sama trafiła), a raz, że Věra lubi bardzo wczesną porę 😁, dwa natomiast, że ja też będę teraz mocno ograniczona moją dietetyczną stołówką i muszę wcześnie wracać z wypraw. Co im strzeliło do głowy w tym antykwariacie? Czyżby właściciel stracił pracowników? On jest mocno humorzasty, czytałam w internecie różne narzekania na niego (choć sama mam z nim jedynie dobre wspomnienia, a przede wszystkim zawdzięczam mu pierwszą książkę - szłam tamtędy, wstąpiłam, oglądałam regały, w końcu coś wyciągnęłam i pytam, ile, a on na to, że nic, daruje mi ją 😍 a generalnie należał mi się ochrzan, bo to nie jest antykwariat do grzebania, tylko funkcjonuje online i cud, że miał dobry humor i nie przepędził mnie).

A jeszcze taki numer, że nagle uświadomiłam sobie, że nic nie mam dla Věry kupionego i chyba po obiedzie trzeba skoczyć do muzealnego sklepiku z pamiątkami po jakiś drobiazg. Plan na popołudnie był inny, wreszcie sprawdzić prognozę pogody na Pragę i ustalić, jakie ciuchy w związku z tym zabieram, wyciągnąć je wszystkie i przejrzeć, bo pewnie trzeba coś odświeżyć albo co.

 

Czy ktokolwiek myślał, że będzie inaczej?


Odkąd wprowadzono nowe przepisy o segregacji śmieci, stanowiące, że z parą dziurawych majtek należy jechać do PSZOK-u, tak właśnie wyglądają wszystkie pojemniki na odzież na osiedlu. Czyli zamiast na MPO wywóz szmat spada na firmy, które te pojemniki stawiają. A że mają one swój harmonogram opróżniania i pewnie nie zmienią go ot tak sobie, bo przecież należałoby zatrudnić więcej pracowników i kupić więcej samochodów, szmaty w workach i luzem stają się stałym elementem krajobrazu miasta.


 

wtorek, 6 maja 2025

Bogusław Sławomir Kunda - Charakterniak i inne opowiadania

Znów kiedyś przywleczone z budki w ramach będę czytać starocie z PRL-u. Kto bogatemu (w stare papierzyska) zabroni?

Jakoś mi niby to nazwisko Kunda było znajome, ale mizernie. Potem się okazało, że osiadł w Krakowie, dostawał jakieś tam nagrody związane z literaturą, w Dzienniku Polskim pisał na te tematy, a że było to w latach 80-tych, musiałam się zetknąć z samym nazwiskiem, bo z twórczością to już nie. W nieco obszerniejszym życiorysie, jaki znalazłam, początek jest taki:

Urodzony w 27 lipca 1943 w Teheranie (Iran); syn Romana Kundy, oficera, a po wojnie kolejno rolnika i pracownika umysłowego, oraz Julii z Linków, nauczycielki. Od września 1943 do połowy 1945 mieszkał z matką w Karaczi (Indie), a po zakończeniu II wojny światowej i powrocie ojca z frontu wyjechał z rodzicami do ówczesnej Południowej Rodezji (obecnie Zimbabwe), gdzie do lipca 1947 przebywał w obozach dla Polaków w Rusapee i Gatooma. Następnie powrócił z rodzicami do Polski i zamieszkał na Dolnym Śląsku.

To mi wyjaśniło, skąd opowiadanie o chłopcu, który przyjeżdża z matką z Afryki i po raz pierwszy widzi śnieg. Wydaje mi się zresztą, że większość tych opowiadań zawartych w tomiku jest autobiograficzna: te o młodzieży z domów poprawczych, jak choćby tytułowe (skoro autor w takim pracował), te o śląskim podłożu, to o spotkaniu po latach szkolnych kolegów. Co podkreśla użycie imienia Sławek dla niektórych bohaterów. Nie wiem tylko, jak z opowiadaniami górskimi, o wspinaczce, jednak jest tam dużo nazw, które zwykłemu człowiekowi nie są znane, więc może też. Zresztą nie lubię tych akurat opowiadań, nie lubię czytać o górach, nie pojmuję i nigdy nie pojmę pasji alpinistów (że niby do pokonywania własnej słabości).

Czy cały zbiorek wart przeczytania? Dla mnie tak, bo lubię kawałki z życia, takie uchwycone momenty, niby nie znaczące, niby czytelnik pyta się sam siebie ale o czym to jest, co autor chciał przez to powiedzieć. A może nic? Może chciał tylko taką impresję jak filmową rzucić na papier?

Początek:
 


Koniec:

Spis treści: 

Wyd. Ossolineum, Wrocław 1974, 134 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 5 maja 2025 roku

 

Nie darzy się. 

Wczoraj dowiedzieć się o wynik posiedzenia składu orzekającego w/s niepełnosprawności Ojczastego. Trzy godziny w plecy - nie dowiedziałam się. Nie jestem stroną. Zaproponowałam, że go im przywiozę i zostawię, skoro nie jestem stroną, to dlaczego mam się nim zajmować. Pan na to, patrząc w komputer:

- Zapewniam, że dostał to, co mógł.

Ja na to, że każdy dostaje to, co może dostać. Pan z naciskiem powtórzył:

- Zapewniam, że dostał to, co mógł dostać.

Zrozumiałam z tego, że chciał mi w ten sposób przekazać dobrą wiadomość o znacznej niepełnosprawności... się okaże...

W każdym razie teraz muszę jeszcze dorwać listonosza i uprosić, żeby nie zostawiał awiza, gdy przyjdzie polecony z potwierdzeniem odbioru, bo na pewno będę wtedy w Pradze, tylko za wszelką cenę doręczył go mojej córce - przecież z awiza na poczcie też mi nie wydadzą, bom nie strona 🤣

A dziś wycieczka do ZUS-u. Przypomniał mi jakiś newsletter, że do 20 maja należy rozliczyć zdrowotne za zeszły rok. I też podejście nieudane - tym razem jestem stroną, ale w komputerze nie mieli, że zamknęłam działalność 1 lipca, pani dokonała teraz operacji, ale system to musi przetworzyć, tak że dziś już nic więcej nie uda się zrobić... Czyli w tym tygodniu muszę jechać tam raz jeszcze. Matko jedyna, czy ta przeklęta DG długo jeszcze będzie mnie prześladować?

Wracając wstąpiłam do ksera, żeby chociaż jedną rzecz załatwić. Mówię kobiecie, że te dwa pliki PDF proszę wydrukować na jednej kartce czyli dwustronnie. Chodziło o rozmiar A3, to są schematy komunikacji w Pradze (ogólny i z aktualnymi zmianami), zawsze mam przy sobie tę kartkę - jedną kartkę, nie dwie, po co tyle nosić. Nie da się.

- Jak to nie da się, odwróci Pani kartkę po wydrukowaniu pierwszego pliku i już.

Nie da się. 

Zeźliłam się, zabrałam pędraka, a po obiedzie pojechałam na Fabrykę. U nas da się. Choć chciałam uniknąć pojawiania się tam w interesie 😟

Jedyne pocieszenie to książki znalezione w odwiedzonych przy okazji knihobudkach. W jednym miejscu był wysyp Siesickiej, dość sfatygowanej, więc wzięłam tylko jedną, Ludzie jak wiatr. Dalej Atlantyk - Pacyfik Wańkowicza, Opowieść o prawdziwym człowieku (dopiero mam sprawdzić, czy na pewno w domu jej nie ma) i jeszcze Godzina pąsowej róży (też do sprawdzenia) i Powróżyć, karty stawiać Marii Ziółkowskiej i Heca z Łysym Janiny Zającówny. Zaraz ten majdan powycieram, bo zakurzone takie i będę przeglądać 😍

A na pożegnanie zostawiam Smoka Malarza, nie wiem, czy przyodzianego tak od zimy jeszcze czy na aktualne ochłodzenie majowe 😉


 Jezus Maria, która godzina, kolację trzeba Ojczastemu dawać, lecę!

niedziela, 4 maja 2025

Merja Otava - Priska

Taką oto pozycję znalazłam w budce, okrężną drogą idąc do Lidla. Alem się ucieszyła! Raz, że w serii z kogutem (którą mam zamiar tak jakby kolekcjonować), dwa że fińska, trzy, że w ogóle nie znam. Włożyłam na dno wózka na zakupy. 

Jak idę do sklepu z wózkiem, wkładam zakupy po kolei do środka, a potem przy kasie wyciągam do skasowania (i znów wkładam). Więc wyciągam, a tu wszystko cholera jasna upaćkane i lepiące się - najwyraźniej butelka z sokiem malinowym była niedokręcona czy co. A na samym dnie - tak, Priska na malinowo 😢 Suszyłam ją potem w domu, więc dała się przeczytać, ale część stron od góry pozostała różowiutka. 

Tak że, prąpaństwa, z książką od razu do domu, a nie po sklepach łazić! Z tym, że ja te poranne zakupy robię z duszą na ramieniu, czy Ojczasty na pewno jeszcze śpi i nic nie wydziwia, więc honem honem czyli biegusiem...

A książka naprawdę bardzo fajna. Poznajemy nie tylko Priskę, ale i grono jej szkolnych koleżanek i kolegów* - każdy ma jakiś problem, chociaż może sprawiać wrażenie osoby, której nic nie brakuje. 

* Psiapsióła z Daleka niedawno miała spotkanie klasy ze szkoły podstawowej, same dziewczyny, bo chłopcy uczyli się osobno - a jest w moim wieku. W różnych krajach różnie ta koedukacja wyglądała. Priska wyszła w Finlandii z 1959 roku.

 

Priska z Mollą wymyśliły sobie taką zabawę, że spacerowały po mieście, oglądały wystawy i mogły sobie na każdej wybrać trzy rzeczy. Też miałam taką zabawę, ale jako całkiem dorosła: jadąc tramwajem do pracy czy z pracy, jeśli nie czytałam, patrzyłam na kobiety na ulicy i mogłam wybrać dla siebie ubranie z co piątej albo z co dziesiątej 😂 No co, zabijanie czasu dobre jak każde inne!

Priska czyta po kryjomu, zasłaniając książkę podręcznikiem do geometrii, Dzieje guwernantki Jane Eyre. Czy w Polsce w 1971 roku, kiedy Priska wyszła, nie było jeszcze tłumaczenia tej powieści? Bo znany mi od zawsze tytuł brzmi Dziwne losy Jane Eyre. To chyba niemożliwe?

Początek:


Koniec:

Wyd. Iskry, Warszawa 1971, 174 strony

Tytuł oryginalny: Priska

Przełożyła: Cecylia Lewandowska

Z własnej półki (z knihobudki 29 kwietnia 2025 roku)

Przeczytałam 3 maja 2025 roku


Tak aktualnie wygląda moja półka z serią z kogutem. Większość wymęczona przez życie, wszystkie z drugiej ręki. Oczywiście szykuję się na następne - przynoście, ludzie, do biblioteczek plenerowych, a ja, zamiast je przeczytać i odnieść z powrotem, zatrzymam je dla siebie 🤣 Ale nic to, po mojej śmierci znów tam trafią (chyba, że córka uzna je za godne przeczytania).



Złośliwce w Pradze w tym samym czasie, co będzie Open House, organizują oczywiście różne swoje dni otwarte. I tak na przykład Dni Otwarte Budowy Metra D. Tego nie chciałam przegapić (i mam nadzieję, że jeszcze będę w stanie jeździć tą linią, gdy powstanie - w teorii tylko 4 lata czekania, może dożyję). Na Dniach Otwartych można będzie skorzystać z trasy podziemnej i powierzchniowej. Oczywistym jest, że chciałam zobaczyć to, co w głębi. Ale jak się wczytałam, jak to będzie i co to będzie i że nie polecają osobom z lękiem wysokości czy klaustrofobią i że się będzie schodzić w praktyce po drabinach - no to jednak nie, wykazałam się rozsądkiem i zarejestrowałam tylko na powierzchnię. Ale mi szkoda. W dodatku stracę przez to jakiś jeden czy dwa obiekty na Open House, no ale trudno. 

A potem przyszedł newsletter, że w związku z ogromnym zainteresowaniem wydłużają rejestrację jeszcze na trzeci dzień, na poniedziałek -  to ja hyc! Ale okazało się, że to dotyczy tylko trasy podziemnej (widać zainteresowanie tym, co na wierzchu, nie było tak ogromne). 

Z pobieżnego planu wynika, że prawie każdy dzień zajęty 😉 Ledwo przyjadę w środę i zatacham walizę do hotelu, jadę na jakieś oprowadzanie. W czwartek to samo, w piątek to samo, w sobotę i w niedzielę Open House, w poniedziałek przeprowadzka buuuu, we wtorek coś tam w teatrze, zostaje środa i czwartek (w piątek wracam). Kiedy ja do kina pójdę, pytam się??? Kiedy obskoczę knihobudki? Sierpnie są luźniejsze, bo nie ma Open House i wszystkiego, co naokoło.

A jeszcze taka ciekawostka. Przeczytałam w jednej mądrej książce o znanych budowlach w którejś dzielnicy, że jest tam hotel Praha z ciekawą historią, bo budowany przez partię po kryjomu (nie wolno było o tym pisać), a wielki jak cholera i z daleka widoczny, z takimi tarasami. Luksusy dla swoich to miały być. Zapisałam do zeszyciku. Dzień później wyświetlił mi się na YT filmik, wcale nie najnowszy, gdzie gość pokazuje miniatury różnych praskich budowli umieszczone w parku i nagle słyszę:

- Niektórych z tych budowli już nie ma, na przykład hotel Praha został zburzony.

No czy to nie cud, że akurat na ten filmik trafiłam? Zmarnowałabym kupę czasu na dojazd (bo to nie w centrum) i szukanie czegoś, czego już nie ma 😂 Książka z 2009 roku, więc cóż, mogło się wydarzyć... ileż to już budynków od tej pory wyburzono...


Również przypadkiem znalazłam karteczkę z instrukcją sprzed lat dla córki, jak ma zrobić pranie podczas mojej Pragi. Ciekawe, czy dziś końcówka byłaby aktualna 🤣

 

piątek, 2 maja 2025

Agata Christie - Morderstwo odbędzie się

Gdy zaczynałam czytać jakoś mnie nudziło. Ach, znowu ta angielska prowincja, ta miejscowa śmietanka towarzyska etc. A potem tak się wciągnęłam, że nie mogłam się oderwać i Ojczasty wczoraj jadł śniadanie po 11.00, bo ja leżałam i czytałam 😂 

W moim Ulubionym Antykwariacie - przeglądam już na wypadek, gdybym coś miała zamówić przed wyjazdem - widziałam zestaw 15 tomów w twardej oprawie z obwolutami, że niby dzieła wszystkie, za 666 koron, diabelska cena jakaś (115 zł); dopiero po chwili zwróciłam uwagę, że oferta jest opisana jako Oeuvres complètes czyli jest to Christie po francusku. Jest też Simenon w oryginale, 49 tomów, tu już cena jest ho ho 5999 koron (1037 zł). Ale pięknie oprawione.

Tak tylko wspominam 😂 Na razie mam w koszyku osiem sztuk, same kryminały ofkors i modlę się, żeby mi nikt nie podkupił zwłaszcza dwóch: jest tam Mika Waltari z tej trylogii i jeden Per Wahlöö. 

Początek:

Wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie 2018, 303 strony

Tytuł oryginalny: A Murder is Announced

Przełożył: Tadeusz Jan Dehnel

Z własnej półki

Przeczytałam 1 maja 2025 roku


 

JAK SIĘ ODBYWA POSIEDZENIE SKŁADU ORZEKAJĄCEGO O NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI

Więc tak. Jak rozumiecie to sformułowanie obecność nie jest obowiązkowa?


Bo siedziałam w poczekalni DWIE GODZINY i nikogo nie było nawet jak zapytać, urzędowała tam jedynie w gabinecie lekarskim pani od dzieci (dzieci było mnóstwo) i zainterpelowana przez starszą panią (która też nie w swojej sprawie, tylko męża), czy ktoś się tu pojawi, odrzekła, żeby czekać, że na pewno przyjdzie, tylko korki są... Starsza pani po godzinie musiała wracać do męża, ja siedziałam dalej.

A za zamkniętymi drzwiami prowadzącymi do jakiegoś korytarza jednak jacyś ludzie byli, albowiem... po 2 godzinach, gdy już składałam książkę z myślą, że w poniedziałek zrobię tu rozpierduchę (brat pisał, żeby podać adres, to wpadnie z kałachem, co w świetle ostatnich wydarzeń nie było najlepszym dowcipem), wyszła jedna pani urzędniczka, więc ją zapytałam, co z posiedzeniem komisji, a ona najpierw oczywiście, czy Ojczasty jest ubezwłasnowolniony, potem zażądała okazania zawiadomienia, poszła się konsultować z tą od dzieci, wróciła i lekko spłoszona rzuciła, że komisja się odbyła ZAOCZNIE, przecież jest napisane, że obecność nie jest obowiązkowa. Cóż, ja myślę, że nie oznacza to jednak, że jest NIEPOŻĄDANA!  Tym bardziej, że podaje się, w których pokojach się ma odbyć. Mało mnie tam szlag nie trafił. 

Mogę zadzwonić w poniedziałek, tyle że przez telefon i tak nie udzielają żadnych informacji, bo przecież nie wiadomo, kto dzwoni. Po 14 dniach od komisji sporządzają i wysyłają zawiadomienie. Ale jak się upieram, żeby wiedzieć wcześniej, to mogę przyjechać znów w poniedziałek z dowodem Ojczastego (może mi powiedzą o wyniku, a może nie). Tak, ja przecież jestem wolny człowiek i mogę sobie jeździć i wysiadywać w kolejkach, kiedy chcę i ile chcę. W ogóle to zaczęłam podejrzewać, że żadna komisja 30 kwietnia po południu przed samą majówką nie urzędowała... Co to była za gadka o tych korkach???

Istotne było dla mnie, żeby udzielić dodatkowych informacji, może pokazać nagrania z telefonu (dokumentacja medyczna Ojczastego jest prawie żadna, bo przecież nie chodzi po lekarzach) - a rzecz w tym, że jeśli dostanie orzeczenie o znacznej niepełnosprawności, będzie się można ubiegać o opiekę wytchnieniową, zanim nadejdzie jego kolej w ZOL-u. Po to poświęciłam cztery godziny (łącznie z dojazdem w obie strony) i po to cały czas drżałam, czy nic się w tym czasie w domu nie dzieje. 

****!!!

 

A przechodząc do spraw lżejszego kalibru - udałam się też któregoś dnia do pobliskiego serwisu srajfonów, coby dopytać o wymianę baterii. Bo mi bardzo słabo trzyma i w Pradze mogę mieć duży, jeśli nie wielki problem, że pojadę gdzieś, a tu ZONK wyładował się i nie zrobię zdjęć. O wracaniu do hotelu po obiedzie i czekaniu, aż się naładuje nie wspominając, bo to już standard. Przyjaciółka mówiła, że ona też wymieniła w swoim telefonie baterię, ale nie widzi dużej różnicy 😢 No to pytam pana, co on na to. Pan potwierdza, że tak mogło być, jak telefon stary to i tak nowa bateria nie uniesie wszystkiego (cokolwiek to oznacza). I teraz nie wiem, co robić, bo to wydatek 300 zł. Jeśli pomoże, to i tak warto, a co, jeśli nie? Czasu na decyzję nie zostało wiele z tymi wszystkimi świętami...