Tak bowiem mówi Wikipedia, że wyszły u nas oprócz morskiej dwie powieści z cyklu Doctor.
W 1952 jako Richard Gordon wydał swoją pierwszą książkę beletrystyczną, Doctor in the House,
opowiadającą w lekki i humorystyczny sposób o przygodach grupy
studentów medycyny. W ciągu kolejnych 30 lat wydał łącznie 15 powieści z
cyklu Doctor, które zdobyły dużą popularność zarówno dzięki
wydaniom książkowym, jak i swoim ekranizacjom kinowym i telewizyjnym.
Charakterystyczną cechą twórczości Gordona jest łączenie dogłębnej
wiedzy medycznej z typowo angielskim humorem. Część jego książek zawiera
wątki związane z morzem, jako że Gordon przez pewien czas pływał jako
lekarz okrętowy.
W Polsce wydano trzy książki Richarda Gordona: Pan doktor na morzu (Doctor At Sea), w 1965 r., Przygody pana doktora (Doctor on Toast) w 1975 r. oraz Kapitański stół (The Captain’s Table) w 1971 r.
Nie wiem, jak poprzednie, ale ta ostatnia ma w stopce rok wydania 1968, więc ktoś tu coś tu poplątał.
Ten cykl Doctor, prąpaństwa, objawił się również w postaci siedmiu filmów i siedmiu seriali. Kiedyś to było fajnie 😉
No, ale dobrze, Doctora póki co nie mamy, mamy kapitana jakiejś nędznej łajby przewożącej rozmaite ładunki, który spodziewa się zwolnienia, bo za dużo krytykował armatora, a tymczasem dostaje awans na kapitana wielkiego statku pasażerskiego. Tak naprawdę nie dla zasług, ale z powodu choroby dotychczasowego dowódcy. Nieszczęsny William Ebbs ma mieszane uczucia: z jednej strony całe życie o tym marzył, ale z drugiej - czy podoła? Pomijając zwykłe kapitańskie obowiązki, ze zgrozą dowiaduje się, że będzie musiał uczestniczyć w obiadach, prezydując kapitańskiemu stołowi. Czyli prowadząc życie towarzyskie, do którego nigdy nie miał okazji przywyknąć. Jako stary kawaler staje się również celem niechcianych awansów zarówno poszukiwaczek przygód (przespać się z kapitanem - główny cel podróży) jak i chętnych na dobry ożenek. Jeśli do tego dodamy dość niechętną nowemu kapitanowi załogę i dziesiątki problemów z pasażerami wynikających podczas trzytygodniowej podróży do Australii, mamy szkic tego, co można oczekiwać od lektury 😂
A, jeszcze okładka i ilustracje bardzo fajne, autorstwa Eustachego Lecha Karłowskiego. Internety mówią, że:
Na łamach prasy stworzył wzorowaną na swoim własnym profilu postać
charakterystycznej postaci „nosatego ludzika” (w wersji męskiej,
damskiej i dziecięcej), występującego w tysiącach prasowych rysunków
satyrycznych.
I faktycznie.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Morskie, Gdynia 1968, 245 stron
Tytuł oryginalny: The Captain's Table
Przełożył: kpt ż.w. Antoni Strzelbicki (tu taka afera, że wydawnictwo zapomniało go umieścić czy to na stronie tytułowej czy którejkolwiek innej, no i w końcu wkleiło erratę z przeprosinami)
Z własnej półki
Przeczytałam 6 kwietnia 2025 roku
Co na froncie? Nic, teraz czekam na kolejne badanie krwi i wizytę w piątek. Jednakże podczas rozmowy z kuzynką (tą od świeckiego pogrzebu - ten się odbędzie w poniedziałek, zdam relację, ma przyjechać jakowyś mistrz ceremonii z Krakowa) wynikła taka sprawa. Jej jakaś koleżanka też miała usunięty woreczek żółciowy i cały czas trzyma dietę. Ja dietę trzymałam może miesiąc, może trzy, już tego nie pamiętam. A to było dziesięć lat temu...
Wygrzebałam książkę o żywieniu wówczas nabytą i co czytam:
Rozwojowi choroby sprzyjają błędy żywieniowe, jak spożywanie dużej ilości cukru, przetworów z dodatkiem cukru oraz nadużywanie tłuszczu i potraw tłustych [...] Przejście stłuszczenia w zapalenie, a następnie w marskość wątroby jest powolne i może trwać kilka lat. Bywa zwykle niezauważalne.
No, a USG wykazało stłuszczenie.
Więc może sama sobie jestem winna? Muszę to pokazać lekarce. Tyleśmy się przecież naszukały powodów wirusowego zapalenia, a może ono wcale nie wirusowe jest.
Do Poradni Chorób Zakaźnych jestem zapisana na... 1 lipca. Tak. To jest na pilne skierowanie oczywiście. Do Poradni Gastroenterologicznej nie zapisałam się wcale, bo dawali termin na 2026 rok, nie zapamiętałam nawet, na który miesiąc. Też na pilne oczywiście. Zresztą ja się tam nie palę, bo nie wyobrażam sobie gastroskopii.
Studiuję tę książkę o żywieniu, bo naprawdę nie mam pojęcia, co jeść. No i fajnie, ale tam w prawie każdym przepisie jest łyżka oleju albo łyżka masła, a przecież lekarka mi powiedziała dieta beztłuszczowa. Aktualnie gotuję dla Ojczastego krupnik, z którego sama też myślę skorzystać i generalnie to chyba zupiny jakieś tylko. Kupiłam trochę cycków, to nie wiem - na parze je gotować? Frajera chyba należy porzucić, bo jeśli mięsa nie zamarynuję wcześniej, to co z tego będzie? Suche jak diabli. Mówię Wam - jestem jak dziecko we mgle.
Jajka piszą na miękko albo omlet na parze. Naczynie do gotowania na parze ma dziurki w dnie, prawda? Jak więc te jajka tam wlać 😁
Przyjaciółka-stomatolog (znaczy z jakimś tam wykształceniem medycznym) mówi, żebym o Pradze nie myślała. Że nie wiadomo, co się może stać, że diety nie utrzymam. A ja się ciągle jeszcze łudzę, wszak został cały miesiąc. Znam tam przecież dietetyczną stołówkę: mają pięć różnych diet, w tym jedna z ograniczeniem tłuszczu, a druga oszczędzająca wątrobę. Tylko w sobotę i niedzielę nieczynna.
Czekam na tę Pragę cały rok, no nie zabierajcie mi jej!




















































