poniedziałek, 31 sierpnia 2026

John Escott - Goodbye Mr Hollywood

Nie wygrzebię się z tych lekturek dla początkujących, bo co myślę, że już zrobiłam wszystkie i przechodzę o poziom wyżej, to znów znajduję kolejne w knihobudce. Podobnie było i z tą (i jeszcze jest druga tak wydana).

Myślałam, że to będzie historia o aktorach czy innych reżyserach, ale nie, to było o córce milionera i naciągaczu bogatych panienek. Główny bohater to Nick, a travel writer. Cały czas jeździ po świecie zbierając materiały do książek podróżniczych i właśnie je śniadanie gdzieś tam w Kanadzie, gdy przysiada się do niego ładna dziewczyna, twierdząc, że poznali się na jakimś party w Toronto. Tak zaczyna się przygoda, która mogła się skończyć tragicznie, gdyby nie... 

Nieważne 😂
I tak nie będziecie tego czytać.


Początek:

Koniec: 

Notka o autorze mówi mi, że mamy podobne zainteresowania 😁 z tym, że ja wypatruję zapomnianych książek w knihobudkach, a nie w małych księgarniach w bocznych uliczkach.


Wyd. Oxford Bookworms Library, Oxford University Press 2000, 52 strony

Stage 1 (400 headwords) 

Z własnej półki

Przeczytałam 28 sierpnia 2026 roku

 

Fajnie, jak na filmach są sceny, gdy bohater musi natychmiast zmienić telefon, więc w przeciągu kilku minut kupuje nowy, kupuje do niego kartę, zakłada i już dzwoni czy co tam potrzebuje. Co ja mówię kilku minut. Załatwia to w 30 sekund.

Emerytka robi to tak:

- w piątek kupuje telefon, a skoro jest już w galerii handlowej idzie do punktu sieci, z którą rozmawiała przed kilkoma tygodniami, a która ma w ofercie kartę na miesiąc za 30 zł 

- jednakże w tym punkcie akurat te karty im się skończyły i mają tylko po 50

- w punkcie innej sieci jest kolejka, która się nic nie przesuwa (jedna osoba obsługująca), więc emerytka olewa

- wieczór spędzają z córką na studiowaniu instrukcji obsługi, żeby telefon póki co naładować 

- w sobotę jedzie do tego punktu, w którym rozmawiała w lipcu, zastaje kartkę, że dziś wyjątkowo punkt nieczynny

- w poniedziałek jedzie tam z powrotem i wtedy okazuje się, że to nie ten punkt, to jakiś serwis obok, a tamten się zwinął przed 3 tygodniami i obecnie w tym miejscu jest pierogarnia

- po powrocie do domu (klnąc w żywy kamień, bo jeszcze wysiadła niepotrzebnie z autobusu chcąc zasięgnąć innego info w oprawie obrazów, ale ta nie była czynna od 11.00, tylko od 12.00) prawie podejmuje decyzję, że jednak pojedzie do drugiej galerii handlowej, gdy córka proponuje, żeby zobaczyć w internecie ofertę innej sieci i tam czytają obie o starterze za 5 zł

- dzwoni na infolinię i dowiaduje się, że faktycznie, a sprzedają takie startery na przykład w Żabce i tam od razu zarejestrują

- udaje się więc do jednej z Żabek na osiedlu (wbrew wszelkim zasadom, dodajmy, bo Żabki omija szerokim łukiem), ogląda stojak z tymi starterami i nie wie, o co kaman, bo są 4 rodzaje za 5 zł tej sieci, a obsługujący chłopak też nie wie

- na chybił trafił emerytka wybiera jeden, ale wtedy okazuje się, że pan sprzeda (za gotówkę), ale nie zarejestruje, bo nieczynny ten, no, zapomniałam nazwy - i żeby iść do sąsiadów, tam jest pani (cokolwiek miał na myśli). Na pytanie, czy nie mogę tego zrobić sama z domu, odpowiada, że taaaaak, ale lepiej z Żabki

- emerytka idzie więc do kolejnej Żabki, gdzie bardzo miła dziewczyna studiuje opakowania tych różnych starterów (ja mam na abonament, to za bardzo się nie znam), w rezultacie wspólnie dokonujemy wyboru (bo wszystkie takie same w sumie), a dziewczyna rejestruje numer uprzedzając, że nieraz to i 24 godziny trwa, zanim to system przemieli

- no a wieczorem przystępujemy do grzebania we wnętrznościach telefonu i już po 20 minutach wahań, kogo z sąsiadów zawołać do pomocy, karta zostaje pomyślnie zainstalowana własnymi siłami i DZWONIMY! 


Matkobosko, epopeja telefoniczna.

Ale nie ma tego złego, miałam wydać 30 zł, a obeszło się piątką 🤣 I koniec nerwów, że spóźniony pociąg z powodu jej omdlenia, już będzie pod telefonem 😂

sobota, 29 sierpnia 2026

Hanna Ożogowska - Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek

Miałam jakieś inne wydanie, ale zamieniłam je na ulubioną cieniowaną serię z gratisowego stolika w bibliotece, mimo że ktoś w niej wyrwał kartkę tytułową. Trudno. I teraz czytałam chyba pierwszy raz w dorosłości. Bo tak naprawdę pamiętałam głównie film czyli serial. Fajna książka, dobrze się czytało, jestem usatysfakcjonowana. Jeszcze mi został Chłopak na opak, na kiedyś. 

Wskutek fatalnego splotu okoliczności (i strachu przed gniewem ojca) Tosia wyrusza na wakacje w leśniczówce przebrana za Tomka, więc Tomek z kolei udaje Tosię u cioci z czworgiem potomstwa. 

Ale ale. Jakaż to różnica między tamtymi czasami a obecnymi! Czas powstania książki to 1961 rok. Pomijam to, że na dziewczynki zwalone są wszystkie domowe prace (bo nie wiem, czy pod tym względem wiele się zmieniło), ale tak w ogóle - ile dzieci miały obowiązków w domu i zagrodzie. Wiadomo, że na wsi najgorzej. O, dzisiaj widziałam takiego mema z chłopczykiem, który mówi, że w lecie marzył, żeby krowa zdechła (a w zimie, żeby szkoła spłonęła 🤣).
 


A Za minutę pierwsza miłość nie mam, więc nie planuję.

Początek:

Koniec: 

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1974, 229 stron

Seria "cieniowana" czyli Biblioteka Młodych

Z własnej półki

Przeczytałam 26 sierpnia 2026 roku 

 

W związku z wyjazdem córki na ranczo czy inną tam hacjendę - znaczy do kota - przyszła mi dziś rano myśl, że może by zaprosić znowu na parę dni Czeszkę? A to dlatego, że zobaczyłam na FB jej świeży wpis o tym, że właśnie udaje się pociągiem do swojej ulubionej Polski (zdaje się jakaś jednodniowa wycieczka gdzieś na Śląsk). Córka co prawda zaprotestowała, że nikt już nie będzie spał w jej łóżku, ale kto by się tym przejmował 😁 Zaraz potem jednak porzuciłam ten pomysł, za to przypomniałam sobie o czym innym - jak to rok temu jojczyłam, że chciałabym zobaczyć od środka tę ubezpieczalnię w Pradze, co to pracownicy tam poruszają się windami z góry na dół do szufladek... I że jest taka możliwość podczas Dnia Architektury... Od myśli do czynu krótka droga - to będzie w tym roku 2 i 3 października - i ja pamiętam, och jak pamiętam ten jedyny październikowy wypad do Pragi, co to ciągle padało... ale może tym razem nie będzie? Tak że - poszedł mail do sióstr, czy by miały dla mnie pokój i teraz czekam z niecierpliwością na odpowiedź, oczywiście ma być pozytywna 😂 Żeby nie zapeszyć na razie nie robię żadnych szczegółowych planów (a na tę ubezpieczalnię to będą zapisy od 13 września, więc jest czas). Co prawda mrozi mnie myśl o podróży, takie to męczące, no ale lepiej jeździć, gdy jeszcze mogę niż odkładać na jakieś tam potem, prawda?

Tak że chwilowo, od paru godzin, żyję myślą o wyjeździe. Co prawda budżet na hotel (czyli trzynastka i czternastka) został w tym roku wykorzystany, ale z radością sięgnę do skarpety 😎 

Nabyłyśmy za stówkę telefon dla córki, coś a' la Nokia 🤣 ale wiecie, chodzi tylko o możliwość dzwonienia, będę spokojniejsza. Udałam się z nim do punktu, gdzie kiedyś obiecywano kartę za 30 zł, bo z google'a wynikało, że otwarte w soboty do 16.00. Owszem, tak, ale kartka na drzwiach oznajmiała, że akurat w tę sobotę przepraszamy, zamknięte. Uch, jak się wkurzyłam, miałam nadzieję, że będzie już z głowy wszystko. Z rozpędu pojechałam więc na stację kupić córce bilet na pociung i cóż tam odkryłam? Knihobudkę! Jest tam jakieś infocentrum i mają dwa regaliki, pełne zresztą. Cud prawdziwy, że nic dla siebie nie znalazłam i wróciłam z pustymi rękami, bo wczoraj... wczoraj przywlokłam z tej galerii, gdzie pojechałyśmy po telefon, trzy kryminały (w tym jeden po włosku) i francuską powieść Klientka... nie jest dobrze 😉 



czwartek, 27 sierpnia 2026

Przepisy czytelników - Lato. 120 przepisów

W marcu była Wiosna, teraz jest nieco spóźnione Lato. Tym razem zanotowałam jedynie 9 przepisów, ale tak bardziej na siłę. Zresztą - nic mi się teraz nie chce robić. Córki znowu nie będzie (o czym niżej) i tak, całe wakacje pod kątem kulinarnym zmarnowane, tylko dla siebie to mi się nie chce eksperymentować 😂



Oczywiście wyszukiwałam kiksy i oto pierwszy z nich. Łatwy jabłecznik - faktycznie łatwy: wymieszać wszystko i wlać do formy. Schluss 🤣 Tylko czy to będzie smaczne na drugi dzień? I czy na pewno będzie wyglądać tak, jak na zdjęciu?


Pilaw natomiast tradycyjnie, w składnikach jest coś, czego potem podczas przyrządzania nie potrzebujemy najwyraźniej (marchew, pietruszka, seler, cebula) 😏


Natomiast odkryłam, że prawdopodobnie z tego przepisu robiłam w zeszłym stuleciu babkę naleśnikową (tylko że chyba się ją jeszcze polewało sosem pomidorowym).


Takie kotlety z bryndzą smakowałyby jak pierogi ruskie, ale jest tu też ryż. Ten nam często zostaje, więc jest pomysł na wykorzystanie resztek.


No i fasola z kiełbasą - coś jak po bretońsku, ale czy wtedy dodaje się marchew, pietruszkę, seler i por? Pytam dla koleżanki (jeszcze nigdy po bretońsku nie robiłam, zasadniczo fasola mnie odstrasza z powodu długiego gotowania, ale lubię i chcę się przemóc).


Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1993, 128 stron

Seria Biblioteczka Poradnika Domowego, nr 2/1993 

Z własnej półki

Przeczytałam 23 sierpnia 2026 roku 

 


Z życia emerytki

Emerytka obudziła się dziś o 5.45 i jakoś nie zasypiała z powrotem. Wobec tego zainteresowała się hukiem przelatujących samolotów za oknem. 

Zwłaszcza, że tu jedna pani z osiedla ostatnio opowiadała, jak ona się boi tych samolotów. Wojny znaczy się.  

Emerytka aż zaczęła wyglądać na niebo. Okazało się, że pasażerskie. Co dwie minuty, jeden za drugim. I doszła do wniosku, że to widać czartery o tej porze nieludzkiej wywożą rodaków na wywczasy w Egipcie czy gdzie tam. Powspółczuła pracownikom lotniska, bo musi tam być niezły mętlik, przy takim obrocie. A mieszkańcy Balic? Ci nie potrzebują budzików (przynajmniej w sezonie).

Emerytka też (na razie) nie potrzebuje, nawet chętnie by jeszcze pospała, ale było po ptokach. Wobec tego zaczęła uprzątać po wczorajszym. Na przykład spięła gumką i schowała nabytek z Auchana - jak wiadomo, dużo pisze (codzienne notatki w kalendarzu, listy zadań etc.), ciekawe, na jak długo jej starczy 16 długopisów. Ale jeszcze ciekawsza jest ich cena... kupowane na sztuki: kolorowe droższe, niebieskie tańsze. Ogłaszam konkurs - kto poda właściwą wysokość paragonu? Specjalnie go zachowam, żeby w następnym poście udowodnić, jak było naprawdę 😂 

 

Dalej emerytka zgrupowała na stole w celu wyfocenia stos czyli

Najnowsze nabytki 

Sami widzicie, że chyba mnie porąbało!

Przy czym ta jakaś Daisy D. to podejrzewam chłam będzie, wiecie coś na ten temat? Od razu wynieść z powrotem czy jednak zostawić sobie na trudne chwile?

A te nastąpią już niedługo. Wczoraj bowiem brat znów zgłosił się z propozycją pilnowania mu dobytku we wrześniu i córka, chcąc nie chcąc (bo mówi, że za pierwszym razem to było ekscytujące, wszystko nowe, wszystko nieznane, a teraz to już nuuuuuda panie i woda za zimna na kąpanie) zgodziła się. Tak naprawdę ona tęskni za kotem! Ciągle mi opowiada jakieś historyjki i widać, że się mocno obie polubiły... a córka to zawołana psiara, która do tej pory twierdziła, że koty to dranie i w ogóle be i fuj.

Dlaczego trudne chwile? No bo już opowiadałam, jak ja się przejmuję tymi wyjazdami i przyjazdami... ujawnijmy fakty: za każdym razem dostaję rozstroju... organizmu, nazwijmy to 🤣 Kiedyś miewałam tak jedynie przed swoją Pragą czyli dwa razy w roku, teraz co i rusz. Nawet jak szłam do lekarza. Za chwilę się okaże, że z domu nie będę mogła wyjść. Do kitu z takimi nerwami. Pampersy se mam kupić czy co?

wtorek, 25 sierpnia 2026

Jerzy Edigey - Śmierć czeka przed oknem

Głupi tytuł. Wolałabym na przykład Trzy butelki mleka, bo przynajmniej powiązane z akcją 😁

Jest to kryminał milicyjny - w podwarszawskiej miejscowości Podleśna zamordowano komendanta posterunku milicji właśnie. Rzecz niesłychana, bo po pierwsze to bardzo spokojna okolica, a po drugie podnieść zbrodniczą rękę na milicjanta, ojca trójki dzieci??? Do akcji wkracza major Bronisław Niewarowny (a cóż to za nazwisko?), zwany majorem Niepotrzebnym, bo od jakiegoś czasu wysiaduje jedynie stołek w stołecznym dziale statystyki, nie nadając się już do nowych metod pracy śledczych. A kiedyś przecież był postrachem przestępców. Jednak wzywa go do siebie dawny przyjaciel, komendant wojewódzki i zleca mu wykrycie mordercy. Niewarowny ma działać niezależnie od oficjalnie prowadzącego śledztwo kapitana Lewandowskiego (absolwenta szkoły w Szczytnie i magistra prawa! - znaczy się wroga starych porządków), pełniąc obowiązki tymczasowego szefa posterunku w Podleśnej. Po początkowym krygowaniu się i żaleniu na dotychczasowe odstawienie na boczny tor major postanawia udowodnić wszystkim, że jeszcze się do czegoś nadaje i przyjmuje ofertę. Wykrycie zbrodniarza ślimaczy się jednak okrutnie, dziś winny - jest to dla mnie jasne - zostałby aresztowany i osądzony w trymiga, nieważne, że być może niesłusznie, no bo w końcu opinia społeczna czeka i się domaga. Tu co prawda góra co trochę pyta o wyniki i niecierpliwi się, ale jednak pozwala działać na spokojnie, tak że major (trochę do spółki ze znienawidzonym Lewandowskim) w końcu rozgryza całą aferę.

Mimo, że nie ma pojęcia o narkotykach (tak, nawet z okładki można wywnioskować, w czym rzecz) i dzwoni do odpowiedniej komórki, by dopytać, czy do produkcji tychże można wykorzystywać... mleko 😂


Z wymienionych mam cztery, w tym Pensjonat przeczytany, ale potem z nowszych jeszcze sześć, z których cztery czekają. W sumie warto chyba zaprowadzić tag Projekt Edigey, bo przecież pewnie więcej się w budkach trafi 😁

Chichot losu - kiedyś robiąc porządki w książkach powydawałam na Śmieciarce sporo kryminałów z tamtych czasów, dziś je zbieram. A co tam, kto bogatemu zabroni. 

Początek:

Wyd. Iskry, Warszawa 1973, 228 stron

Seria Klub Srebrnego Klucza 

Z własnej półki (pochodzenie - z knihobudki)

Przeczytałam 21 sierpnia 2026 roku
 


Na osiedlu ciekawie. W sobotę po 22.00 zobaczyłam, że pod blok naprzeciwko odjeżdża straż pożarna. Jednocześnie na tzw. Mordorze między naszymi blokami widziałam jakieś początki naparzanki - a przynajmniej tak mi się wydawało. Kilku gości okrążało jednego, wymachującego jakąś szmatą. Chwilę się zastanawiałam, czy dzwonić na policję, ale doszłam do wniosku, że nie potrzebuję mieć wybitych szyb, jak by co. I wróciłam do łóżka. Obu spraw nie powiązałam. Po jakimś czasie znów wstałam, bo ciągle widziałam na ścianie odblaski tych niebieskich świateł straży - a tam była i policja i pogotowie i na Mordorze trwała akcja osaczania gościa: jak się okazało, ci inni to byli właśnie policjanci 🤣 Fajnie, mało nie wezwałam policji na policję! 

W końcu ten osaczany rzucił się w bok do ucieczki i to był jego błąd, bo się potknął i wykopyrtnął, a wtedy już go mieli i w kaftan. Ponoć kompletnie naćpany. Sprzątali potem jakieś kłęby folii, on ją próbował wcześniej podpalać.

I teraz taka sprawa. Od jakiegoś czasu sporo słychać na osiedlu o nowym sposobie sprzedaży narkotyków - dealerzy zakopują je w foliowych torebkach na trawnikach i wysyłają klientom lokalizację. W wielu miejscach ziemia jest zryta, bo ci klienci - pod osłoną nocy - kopią czym tam mają pod ręką... Ktoś kiedyś widząc taką akcję wezwał policję czy straż, ale zanim przyjechali, to już było po ptokach.  

A innego dnia wieczorkiem wracając do domu chciałyśmy skręcić do knihobudki, ale pani idąca z naprzeciwka nas ostrzegła - jest tam duży dzik. Sąsiedzi widzieli też lisa spacerującego między zaparkowanymi samochodami, o kunie nie wspominając. 

Ja już nie wiem, gdzie mieszkam. 


 

Czymże jest wobec tego wszystkiego odkrycie, że w Pradze, gdzieś tam między blokami, stoi rzeźba zatytułowana PRASE NA PROCHÁZCE czyli Świnia na spacerze? Obiecuję, że się tam wybierzemy 🤣

sobota, 22 sierpnia 2026

Kornel Makuszyński - Szaleństwa panny Ewy

Makuszyński... specyficzny jest. To już jest w dużym stopniu autor nie na nasze czasy, nie tylko dlatego, że akcja jego powieści rozgrywa się jeszcze przed wojną - ale że jego świat jest pełen dobrych ludzi, którzy przygarniają panienkę z ulicy czy po latach spędzonych w odosobnieniu i w pewnego rodzaju nienawiści czy niechęci do reszty świata nagle odkrywają w sobie - oczywiście pod wpływem radosnej nastolatki - pokłady dobroci i finansują czy to młodych adeptów malarstwa czy chore na gruźlicę dzieci. Mnie osobiście jednak nie zachwyca ten egzaltowany styl, to po prostu baśnie z tysiąca i jednej nocy 😏

Co do treści Szaleństw Wikipedia podaje, że:

Szesnastoletnia Ewa Tyszowska, córka znanego mikrobiologa, w związku z rocznym wyjazdem ojca do Chin zostaje umieszczona w domu państwa Szymbartów. Po wielkiej awanturze z panią Szymbartową Ewcia decyduje się na ucieczkę przez okno. Na jej drodze pojawia się malarz Jerzy Zawidzki. Od tej pory życie Ewci obfitować będzie w różne szaleństwa, a ona sama pomoże napotkanym ludziom w sprawach z pozoru beznadziejnych. W szczególności pomaga Jerzemu rozwiązać jego problemy finansowe (poprzez przekonanie wierzyciela do zakupu prac malarza) i jego problemy sercowe związane z piękną córką sąsiada.

No to sami widzicie. Oczywiście ma to swój urok, a myślę, że w ciemnych czasach okupacji, gdy Makuszyński tę powieść pisał, mogło mieć szczególny wydźwięk. Jednakże po wojnie autor nie był w Polsce wydawany i dopiero po jego śmierci, już po odwilży październikowej, żona doprowadziła do publikacji.

Mam ten serial i nie wiem, czy się za niego zabierać, bo tyle mam rozbabranych (a w dodatku nie przepadam za Emilianem), ale to jedyna okazja. 

W zeszłym roku wyfasowałam gdzieś Pannę z mokrą głową, więc chciałabym ją jeszcze przeczytać, ale to już może w następne wakacje? Niewiele tych lektur na wakacje przeczytałam w tym roku, mam jeszcze w planie jedną (Dziewczyna i chłopak Ożogowskiej) i na tym będzie chwilowo kuniec.

Początek:

Koniec:


Wydawnictwo Lubelskie 1974, 263 strony

Seria "cieniowana" czyli Biblioteka Młodych

Z własnej półki (z antykwariatu za 3 zł w 2013 roku)

Przeczytałam 19 sierpnia 2026 roku



Skoro o książkach młodzieżowych, taki filmik mi się wyświetlił na YT: 

 

Też mam to wydanie Kapelusza za 100 tysięcy 😍

Obejrzałam też filmik o książkach na wakacje:

 

Ja to pamiętam trochę inaczej - nie tyle kupowanie w kioskach czy przywożenie z domu, co natychmiastowe po przyjeździe na wczasy zapisywanie się do miejscowej biblioteki. Zdaje się, że wpłacało się jakąś kaucję, ale to było jedyne ograniczenie. Owszem, jeśli gdzieś w księgarni trafiło się na coś ciekawego, to też się brało - wiadomo, w PRL-u było nieustanne polowanie na książki 😁 I tak właśnie w księgarni (bodajże w Gdańsku) znalazłam pierwszy podręcznik do włoskiego, który przez sentyment zachowałam do dziś.


Wpisuję do katalogu nowe czeskie nabytki i cóż odkrywam? Że jeden z przywiezionych w sierpniu kryminałów już w domu jest - przytargany w maju 🙄 Ale żeby nie było, ja przecież do każdego kolejnego zeszytu praskiego wklejam uaktualnioną listę:

Tylko wiecie, trzeba mieć podejrzenie, że kto wie, ta książkę może już mam - żeby na liście sprawdzić... Całe szczęście, że w obu przypadkach książki z knihobudki 😁 Tylko co ja mam z nią teraz zrobić.

W ogóle co mam z nimi wszystkimi zrobić. W katalogu brak najważniejszej informacji czyli gdzie się książka znajduje (znaczy znajdzie w jakiejś tam przyszłości)), bo póki co ułożyłam je na podłodze w tej wnęce pod filmami, ale jasna sprawa, że tam nie mogą być, choćby z tego powodu, że raz na tydzień jednak zdarza mi się umyć podłogę i za każdym razem musiałabym to najpierw uprzątnąć.

  

czwartek, 20 sierpnia 2026

Alice Herdan-Zuckmayer - Pokraka. Dzieje osobliwego spadku

Stałyśmy z Grażynką (tą, która przychodziła do Ojczastego jeszcze w Dżendżejowie i która wpadła mnie odwiedzić, gdy było wolne łóżko z powodu nieobecności córki) przed knihobudką ("moją"), przeglądając ofertę. Wzięłam ten drobiazg do ręki, a Grażynka - o, to jest fajne, czytałam kilka razy.

Nie wiem, czemu zapamiętałam, że to będzie z gatunku humor i satyra. Nie było. To znaczy tak, poczucia humoru autorce odmówić nie sposób, ale jednak więcej tam było dramatu. Otóż bowiem po humorystycznych opisach umierającej regularnie ciotki i odwiedzającej ją siostrzenicy nadchodzi moment prawdziwej śmierci. A w spadku bohaterka/autorka dostaje nie tylko brylanty i futro, ale również przepaskudnego psa. Zaopiekowanie się nim jest warunkiem sine qua non objęcia schedy. Pies jest stary, ślepy i tak brzydki, że wszyscy zgodnie twierdzą, iż nigdy w życiu nie widzieli takiej pokraki. Ale cóż zrobić, to była jedyna miłość zmarłej ciotki (jak się okazuje, zawołanej nazistki). Bohaterka i jej rodzina powoli przyzwyczajają się do paskudy, uczą wspólnego życia. Nadchodzi jednak ten moment, gdy trzeba uciekać przed Hitlerem - bo gdy zostaną, mąż trafi do obozu. A więc spakować w kilka walizek całe życie, zabrać dziecko - i psa - i w drogę. Z psem nie będzie łatwo...

Szkoda, że nic więcej tej autorki u nas nie przełożono. 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1976, 181 stron

Tytuł oryginalny: Das Scheusal 

Przełożył z niemieckiego: Feliks Przybylak 

Seria z kotem 

Z własnej półki (z knihobudki 22 lipca 2026 roku)

Przeczytałam 15 sierpnia 2026 roku 

 

Z życia emerytki

Emerytka została zaproszona na obiad na działkę. 

Wizyta trwała w sumie sześć godzin, bo jak to na działce: owoce pozbierać, liście wygrabić, robota się zawsze znajdzie. Emerytka większość czasu spędziła na leżaku pod drzewem i czuła się tak trochę jak stara baba (którą w sumie już jest) albo jak jakaś rekonwalescentka; po prostu nie oparła się pokusie zlegnięcia w okolicznościach przyrody. Było jednak bardzo miło, ale cóż to zobaczyła na girach swoich po powrocie?


A im bardziej się wykręcała przed lustrem tym więcej tego było. Córka zaraz znalazła, że to pogryzienie przez meszki. W komentarzach w internecie a to maść a to przykładać sodę a to lekarz przepisał antybiotyk. Hm. Nie swędziało, nie szczypało, nic. Ale było, całe nogi upstrzone. Tak się szczęśliwie złożyło, że następnego dnia po południu miałam wizytę w przychodni, bo chcę skierowanie do dermatologa. To pokazałam przy okazji. Tak, maść, a raczej krople o tej samej nazwie, ale gdyby po 2-3 dniach nie przeszło to wrócić po antybiotyk, bo wtedy to może być zakaźna róża. No nie uradował mnie taką perspektywą pan doktor (nowy w przychodni, był pierwszy dzień i ma na imię uwaga Roger - ciekawe, jak się to czyta). Wygląda jednak na to, że Fenistil pomógł, tylko w jednym miejscu, tam gdzie ta czerwona kropka na zdjęciu, dalej czerwona kropka jest. 

Wnioski? Żadnej więcej działki 🤣 Lepiej siedzieć w domu i filmy oglądać!

A właśnie! Jakim cudem oglądać czyli skąd znowu internet w laptopie? Otóż po powrocie z Pragi już się szykowałam na wyjście do serwisu, gdy mi przyszło do głowy poszukać, jak to było poprzednim razem, gdy padła karta sieciowa. I okazało się, że ona wtedy nie padła tak całkowicie, tylko sterowników nie miała uaktualnionych*. Co mnie wówczas kosztowało 100 zł. Mówię więc do córki, że może by ściągnęła te sterowniki na swoim laptopie, dała je na pędraka i zainstalowała u mnie. Coż uczyniła i wyciągnęła rękę po stówę (żarcik).

* jak to dobrze wszystko zapisywać w kalendarzu...

Wobec tego dalej pracuję nad listami filmów do obejrzenia. Nr 20 to są same włoskie, nastąpił jakiś wysyp na wiadomej stronce i tam zazwyczaj nie ma żadnych napisów, sorry. 

Tymczasem obejrzałam pierwszy film w ogóle otwierający cały projekt czyli islandzkie road movie Matka siedzi z tyłu z 2022 roku; matka i syn mieszkają na jakimś straszliwym zadupiu, a gdy ona umiera syn chce spełnić jej ostatnie życzenie i pochować ją w rodzinnej miejscowości, więc wystrojoną i umalowaną sadza na tylnym siedzeniu auta, zabiera również psa Breżniewa i rusza w drogę. Jeszcze nie wie, że ta podróż zmieni całe jego życie. A więc Driving Mum. Oglądałam z rosyjskimi napisami, ale są i angielskie, jak by co.

A następnego dnia zapodałam Bezmiar sprawiedliwości, o którym wspomniał u siebie Dariusz. To z okazji śmierci Jana Frycza. Wcześniej nie widziałam, ale miałam na płycie. Historia pewnego procesu oglądanego z trzech punktów widzenia - oskarżyciela, obrońcy i wreszcie sędziego. Tytuł mówi wiele, jeśli nie wszystko: najpierw pojawia się napis Bez sprawiedliwości, a potem do bez dołącza miar... Jeszcze Englert tam jest dobry. Polecam.





sobota, 15 sierpnia 2026

Wiesław Łuka - Nie oświadczam się

O zbrodni połanieckiej i słynnej zmowie milczenia pewnie większość z Was słyszała...


Czytało się dość ciężko, nie tylko ze względu na temat. Książka to głównie wypowiedzi: uczestników zbrodni, świadków, innych mieszkańców, którzy przy samej zbrodni nie byli, ale w ten czy inny sposób zostali w nią zamieszani, sędziów, milicjantów, biegłych. Nazwisk (częściowo zmienionych) jest mnóstwo i trochę się to miesza, zwłaszcza że czy to oskarżeni czy świadkowie (którzy również stawali się oskarżonymi - za fałszywe zeznania) ciągle motali, zmieniali zeznania i czytelnik łatwo się w tym może pogubić. Dodatkowo język tych mieszkańców wsi - bywało, że mało zrozumiały. Jak choćby tytułowe nie oświadczam się, powtarzane w sądzie jako odpowiednik odmowy zeznań. Mało zrozumiały język, jeszcze mniej zrozumiała ich moralność. Choć... to wieś przecież, i to w latach 70-tych, pół wieku temu, trudno się tu spodziewać sielskich obrazków, ktoś jeden ma ciągnik i rządzi, każdy się boi mu podpaść, każdy jest od niego zależny, więc w głowie mu tkwi, że lepiej siedzieć cicho. Bo w końcu zamordowane Kalitowe dzieci i tak nie wrócą...

Nowe wydanie reportażu z początku lat 80-tych zawiera dodany rozdział po 35 latach. Czy coś się zmieniło w ludzkiej mentalności? Niekoniecznie, matka pomordowanych woli spotkać się z reporterem na cmentarzu, bo nie chce rozdrażniać dzieci morderców widokiem samochodu z warszawską rejestracją przed swoim domem...  

Okropna to lektura, dająca tak przerażającą świadomość, że potwory są wśród nas. Holoubek kręci serial, nie wiem, czy będę oglądać. 

Początek: 


Koniec:



Wyd. Dowody, Warszawa 2025, 245 stron

Z biblioteki (zapisałam się do kolejki chyba pół roku temu czyli było spore zainteresowanie, a teraz za mną jest tylko jedna osoba, a w innych filiach książka czeka)

Przeczytałam 12 sierpnia 2026 roku


Z przygód emerytki

Noc przed wyjazdem do Pragi

Wróćmy jeszcze do chwil przed wyjazdem, który następował w piątek. W czwartek wieczorem przypomniałam sobie, że Osoba Towarzysząca pytała mnie kiedyś, czy dostałam potwierdzenie z hotelu. Nie dostałam, więc mnie naszły wątpliwości i zaczęłam szukać w poczcie, czy poprzednim razem takie potwierdzenie przysyłali. Owszem, tak. A wiecie, jak byłam tam w maju i usiłowałam się doprosić o swój stały pokój na I piętrze (bez rezultatu), to mówiłam do siostry, że się wobec tego zastanowię. I potem się już do nich nie odezwałam.

Czyli co? Czyli sprawa jasna - uznali, że pokoju na III piętrze nie biorę!

I na próżno sobie powtarzałam, że przecież przysłali by wiadomość o anulowaniu rezerwacji... Ziarno niepewności zostało zasiane i już wiedziałam, że przyjadę, a pokoju dla mnie w ogóle nie będzie (przecież raz się tak zdarzyło). Oczywiście nie było mowy o zaśnięciu. Szybciutko napisałam do nich, niby że zamelduję się między 17.00 a 18.00, z nadzieją, że mi odpiszą COKOLWIEK w piątek rano, jeszcze przed wyjściem na pociąg. Przewracałam się na łóżku gdzieś do 4.00... a potem, o 6.00, zadzwonił budzik. Co chwilę sprawdzałam pocztę, ciągle nic, w końcu koło 9.00, kiedy trzeba było już wychodzić, więc w te albo we wte, zadzwoniłam. I mnie zapewniono, że tak, jak najbardziej, czekają. Tak że ruszałam w podróż co prawda szczęśliwa, że nie wyląduję pod mostem, ale skonana do granic wytrzymałości. 

Dzień przed odjazdem z Pragi

Niedzielny poranek. Siedzę na schodach przed pobliskim kościołem, czekając na koniec mszy, że może nie pogaszą świateł i nie zamkną natychmiast, jak to jest w zwyczaju i że zdążę zrobić jakieś zdjęcia. Rozkoszuję się porannym chłodkiem i pustką na ulicy, gdy wtem przychodzi wiadomość od brata. Czy by moja córka nie przyjechała popilnować znów domu i kota na 2 tygodnie. Kiedy? We wtorek. W sumie mógł w poniedziałek wieczorem zapytać, więc nie ma co narzekać... No nic, napiszę do córki.

/bo to jest tak, że z nią kontakt jest przez Messengera, a brat go nie ma, więc zawsze okrężną drogą przeze mnie/

Córka odpisuje mi TAAAAAAK 😁 Ło matko, kiedy pranie, kiedy co. Przecież przyjadę w poniedziałek wieczorem. Pranie niepotrzebne, dowiaduję się, wszystko ma gotowe i już zaraz się spakuje. Poszukaj tej listy, co ją robiłyśmy przed poprzednim wyjazdem, radzę. Nie, żadna lista jej niepotrzebna, wszystko wie. Szczęściara, ja tam robię listę nawet, gdy wychodzę do miasta załatwić dwie sprawy. Ale już mam cały dzień zepsuty przez nerwy z tym jej wyjazdem nagłym a niespodziewanym.

Poniedziałkowy ranek, w dniu odjazdu z Pragi 

Budzik nastawiony na 6:45 - dzwoni - idę pod prysznic - wracam, jest nadal 6:45. Zepsuł się! Słuchajcie, a gdyby się zepsuł kwadrans wcześniej i nie zadzwonił? I właśnie wtedy przez złośliwość losu spałabym do 9.00?

Tak, wiem, że jest budzik w telefonie, ale do tej pory nie próbowałam. Chyba trzeba zrobić któregoś dnia eksperyment... 

Odjazd córki we wtorek 

Towarzyszę jej na stację, gdzie stwierdzamy, że w charakterze Regio występuje antyczny strup, o klimatyzacji oczywiście nie ma mowy, a przed odjazdem (myśmy były z zapasem) było już tyle ludzi, że stali napakowani jak sardynki. Czyli i gorąc łamane przez zaduch jak cholera. Gdy wyszłam z powrotem na peron aaaaaach jak odetchnęłam świeżym powietrzem...

I oczywiście zaraz zaczęłam się bać, zaraz zaczęłam sobie kręcić film - że w tym gorącu córka zemdleje etc. Co to dla mnie tak sobie wyobrazić... i przyjąć już za pewnik. W drodze do domu, sztucznie wydłużanej (chodzę nawet z jedną panią i jej pieskiem po osiedlu), sprawdzam spóźnienia na stronie PKP i - jasne, pojawia się! I rośnie! Dochodząc do 38 minut. To już wiem, że: zemdlała - wezwano pogotowie do najbliższej stacji - i tam pociąg stoi, stąd opóźnienie. Zanim brat mi napisze, że dojechała i że nie zemdlała, przybywa mi kolejnych siwych włosów (do kolekcji tych, co to się pojawiły, gdy brat "miał zawał"). 

Powiedzcie sami, jak można być tak głupim i tak się nakręcać. A gdy lata temu mama prosiła napisz/zadzwoń, jak dojedziesz, to się człowiek z tego śmiał...

Po raz pierwszy od dość dawna obejrzałam film (nie licząc kina w Pradze). Wybrałam z którejś wcześniejszej listy i trafiłam szczęśliwie - japońska opowieść o zwykłej/niezwykłej rodzinie i jej codziennym życiu. Uwodzi jak rzadko, polecam. Nazywa się The Taste of Tea i ma polskie napisy - klik.

To było wczoraj, a dziś wyświetlił mi się na YT stary polski film - urok: czarno-biały - Wielka, większa i największa. Nie żeby nie wiadomo jakie cudo, powiedzmy 6/10, ale zawsze miło popatrzeć na aktorów, których znamy, prawda? Na te wnętrza, na kostiumy. Ciekawam, czy ktoś rozpozna warszawski (chyba?) dworzec (około piętnastej minuty)? Może powinnam przeczytać również książkę? W ramach lektur wakacyjnych? Ale to by była zła kolejność, skoro już obejrzałam ekranizację 😉

 


środa, 12 sierpnia 2026

Hans Gruhl - 5 mrtvých starých dam + PRAGA, wtorek - poniedziałek

Wyciągnęłam z pudła po 10 koron, bo sam tytuł był więcej niż zachęcający, i taki klimat a' la Agata Christie. I się nie zawiodłam, przeczytałam w dwa dni - nie mając co ze sobą robić w największy skwar. Bardzo bardzo przyjemna lektura. Pan młody doktor z prywatną praktyką - rzecz dzieje się w RFN w latach 60-tych - przejmuje gabinet po innym lekarzu wraz z jego pacjentami oraz z asystentką, ale ta odchodzi na emeryturę i trzeba znaleźć nową. Gdy zgłasza się pewna świeża absolwentka kursów pielęgniarskich, dr Klein przyjmuje ją bez wahania, nie zważając na absolutny brak doświadczenia oraz pewną ekscentryczność w zachowaniu (wynikającą z młodości), za to zauważając inne, bardziej fizyczne atuty. No, krótko mówiąc, pan doktor poczuł miętę i to nie bez wzajemności. To jeden wątek, który mi każe myśleć, że co prawda lubię kryminały, ale najbardziej takie z historią miłosną w tle, choć romansów jako takich raczej nie czytuję. Czyli najlepsze jest dwa w jednym 😁

A co z wątkiem kryminalnym? No, wszystko zaczyna się od wezwania do jednej z odziedziczonych pacjentek, już tylko po to, by skonstatować jej śmierć. Cóż, nie była najmłodsza i chorowała na serce. Na stoliku przy łóżku jest oprawione w ramkę zdjęcie pięciu dziewcząt ze szkolnych czasów i oto dwie z tych przyjaciółek już nie żyją, a wygląda na to, że ze świata zejdą kolejne, choć ich śmierć niby wypada jak najbardziej naturalnie. Doktor Klein zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, do którego wciąga zaprzyjaźnionego komisarza policji.

Nie widzę śladu w polskim internecie po tym autorze, więc pozostaje mi nadzieja, że kiedyś znajdę jeszcze jego drugi kryminał przetłumaczony na czeski. Będę zachwycona! 


Zaintrygowała mnie ta informacja o zastrzeleniu się niechcący, więc wrzuciłam tekst z niemieckiej Wiki do translatora:

Hans Gruhl zginął w wyniku – prawdopodobnie niezamierzonego – samobójstwa. Chcąc zapewne wczuć się w sytuację opisywaną w nowej powieści, przystawił sobie do głowy pistolet z wcześniej opróżnionym magazynkiem i pociągnął za spust. Najwyraźniej nie wziął przy tym pod uwagę naboju znajdującego się w komorze nabojowej.

No coś takiego! Jaka szkoda! Jeszcze większa szkoda, że nie ma nic po polsku nieszczęsnego pana Gruhla. Pisze z humorem i jest to naprawdę taka wypoczynkowa lektura.

Początek:


Koniec:


Wyd. ORBIS, Praha 1970, 134 strony

Tytuł oryginalny: Fünf tote alte Damen

Przełożyła na czeski: Karla Kvasničková

Z własnej półki (kupiona 8 sierpnia 2026 roku z pudła po 10 koron)

Przeczytałam 9 sierpnia 2026 roku 

 

Praga, dzień piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty, dziesiąty i jedenasty

😁😁😁 

Tak, wiem, wystarczyło napisać dzień piąty - jedenasty, ale co sobie będę żałować 😂 W sumie nawet nie wiem, od czego zacząć. Mówię sobie: wezmę po dwa-trzy zdjęcia z każdego dnia... i nagle jest ich 88! Teraz muszę ciąć. Jednak relacje z kolejnych dni są lepsze. Ale dobrze, lećmy z tym koksem.


To był najbardziej męczący pobyt z dotychczasowych, przez ten upał oczywiście. Dlatego muszę dobrze pomyśleć, co dalej (młodsza nie będę). Oczywiście maj, to nie podlega dyskusji, ale czy również sierpień? A jeśli nie sierpień, to co? Wrzesień? Postanowiłam się przyglądać temperaturom i generalnie pogodzie praskiej po wakacjach i dopiero podjąć decyzję. Ale dzień już wtedy taki krótki...

Mimo cholernie niesprzyjającej pogody czyli 35 stopni (bo dlaczego nie) sporo jednak zobaczyłam - widzę to teraz dopiero po zdjęciach. Mogę określić tegoroczny sierpień jako kościółkowy, bo wypisałam sobie ich sporo - spośród tych, gdzie odbywają się msze również w wakacje (tak, bo w części kościołów jest urlop... albo mają mszę o 8.00 rano, a wiadomo, że jeśli chce się wejść do środka i pofocić, to trzeba to zrobić przed nabożeństwem, a nie po, bo prędziutko zamykają interes; często jest zresztą tak, że ksiądz pędzi odprawić mszę jeszcze w innym kościele w parafii). W kilku przypadkach i tak zastałam na drzwiach kartkę, że przepraszamy, ale nic z tego; oj, to boli, jak się już w ten gorąc pojedzie na próżno.




 

 

Zebrałam też do kolekcji kilka zegarów słonecznych, w tym taki na osiedlu, gdzie kicają również zające.



Za to wyprawa na żubry powiodła się średnio na jeża (pozostając w kręgu zwierząt) - jedyny, jakiego ujrzałam, to był ten koło stacji 😂 A tyle mnie to kosztowało potu (i kroków). A' propos kroków, wyszło mi, że zrobiłam 134,6 km w te upały, normalnie jestem gieroj.

W nagrodę z platformy widokowej zrobiłam sobie kolejne selfie: 

Ja się tym żubrom nie dziwię, jak bym była taka kudłata, też bym siedziała w gorąc w mateczniku.

A cóż to poniżej, spytacie. A to najwęższy dom mieszkalny w Pradze 😂 Bodajże 14 pięter, ale mieszkań mniej, bo na parterze nie ma, a na górze jest dwupoziomowe czy może nawet trzy.

 

Dojechałam tramwajem na przystanek pociągu, a tu takie coś. Peron jeden, tor się skończył. Dobrze, że przyszedł jakiś młodzieniec i mi wyjaśnił, że pociąg jeździ wahadłowo, tak że tu przyjedzie z przeciwnego kierunku i z powrotem w nim pojedzie. Tak też się stało i w dodatku trzeba było pilnować przycisku, bo moja stacja była na żądanie.


A wszystko to po to, żeby obejrzeć dom pod skałą, ponoć inspirowany Hundertwasserhausem. Zamieszkała w nim para artystów, która po powrocie z Wiednia tak go sobie wymalowała, że stał się lokalną atrakcją.

A skoro już o domach artystów mowa, to ZNALAZŁAM! Kiedyś oglądałam wywiad z panią B., w którym aktorka narzekała na tę budowę hotelu (co to ją miałam za oknem), z czego wywnioskowałam, że gdzieś tu w pobliżu musi mieszkać. Cóż więc prostszego, niż przyjrzeć się domofonom w przyległych ulicach. 

Oprócz nazwiska na domofonie, moje znalezisko potwierdza godło na kamienicy 😁 Panią B. znacie ze Szpitala na peryferiach 😁


Z Osobą Towarzyszącą wstąpiłyśmy na Pocztę Główną, bo jej chciałam pokazać jedno z najpiękniejszych miejsc tego typu - a tu okazało się, że najwyraźniej w obliczu rychłej sprzedaży (tak, chcą się pozbyć tego budynku, całkiem jak w Krakowie) przestali tam dyżurować ochroniarze, łapiący za rękę każdego, kto chce zrobić zdjęcie - teraz można focić skolko ugodno.


Przypadkiem wstąpiłyśmy też na podwórko z kawiarnią i tak odkryłyśmy, że od poniedziałku do piątku działa tam również stołówka gazowni, która pracownikom wydaje obiady od 11.00 (no wiecie, Czesi, oni masowo o 11.00 idą na przerwę obiadową), ale od 12.00 również obcym, więc jak najbardziej wybrałyśmy się tam któregoś dnia. To jest moje czwarte miejsce obiadowe w centrum...

A potem zyskałam piąte, bo w akademiku Arnoszta z Pardubic też obcy mogą zjeść, nie tylko studenci i nawet w wakacje. Jestem zabezpieczona obiadowo na wszystkie strony 😁

 

Za to gdy chcecie prawdziwej austro-węgierskiej kawiarni, to wybierzcie się do Cafe' Louvre.

Wszak to tam Jara Cimrman pisał swoją sztukę Czeskie niebo

W hallu jest wielka mapa Pragi z wypisaną listą kawiarń, naciśniesz guziczek, zapali się żaróweczka wskazując lokalizację.

Mówiłam, że pojadę obejrzeć najnowszy pomnik i pojechałam. Możecie zgadywać, czego.

 

A niżej to nie pomnik, ale ni to rzeźba ni to reklama - autorka twierdzi, że wszyscy przechodzący pasażem próbują tak ułożyć palce (ja też próbowałam, bez rezultatu).


A tu sobie łódka płynie ulicą.


Na ulicy można też długo iść wzdłuż najnowszego muralu - liczy sobie 700 metrów długości, są i praskie motywy.


A ja w ostatni wieczór w Pradze przyłączyłam się do tłumów fotografujących oryginał. Zapiszę sobie... żeby może kiedyś wjechać tam na górę.


Łatwo w tych dniach nie było.


Tęskniło się za chłodkiem, oj tęskniło.


Najlepiej wtedy - do metra!

 

Albo - do fontanny!


Bo inaczej wygląda się tak:

Wszystko dobre, co się dobrze kończy... i tak tradycyjnie Věra przychodzi odprowadzić mnie na stację, wyrywając mi z ręki łowicką siatkę z książkami...


Tak że na koń!


 

Aha, ale właśnie, z książkami.  

Spytałam córkę, co jej przywieźć.

- Głównie nie przywoź książek. 

- Too late.

- To wobec tego nic.

Mówisz i masz. 

😂 


A te książki? Cóż.


Miało być mniej i jest mniej. Ale jedynie wydanych na nie pieniędzy 😄😄😄 Sztuk 32, centymetrów 52, waga nieznana. Zaopatrzenie przebiegało albo z wystawek po 5 i 10 koron albo w knihobudkach. No, pięć zamówiłam w Ulubionym Antykwariacie i tak się cieszyłam, że mało... a potem gdzie nie poszłam, tam coś kusiło. Są to oczywiście detektivky czyli kryminały (w tym zagraniczne na spróbę, na przykład ten jakiś Gil Ribeiro), jakieś dla dzieci czy młodzieży, trochę humoru (tu liczę na niejakiego Gordona z samego dołu stosu) i jakieś czytadła. Ach, raz się żyje! Widać tam również polskie nazwisko! Nic mi nie mówi, teraz dopiero czytam, że zmarła w tym roku. 

No jak można przejść obojętnie... 

 

Albo koło tych książek po 5 koron, wystawionych na parapecie czy w kartonach przed antykwariatem, o rzut beretem od hotelu? No przecież kilka razy dziennie tamtędy przechodzę 😉
 

No to jeszcze mój widok z okna (nigdy więcej!)


Widok z kościoła...


Widok z muzeum...

 

Widok z urzędu dzielnicowego... 


Widok z ulicy (na semafor w klatce)...


 Widok z przejścia pod torami...


Widok z kolumbarium...


Widok z ubezpieczalni (na węgorza Pepika, który żyje w fontannie, ale zabronili go fotografować)...

Widok z parku (gdzie można wziąć sobie leżak, tylko pamiętać, żeby dać go z powrotem pod daszek na wypadek niepogody)... 

Widok z trawnika między blokami...


Widok na remont torów, złośliwie kończący się w ostatnim dniu mego pobytu (a tak utrudnił życie)...

 

Widok na nie takie już złe czasy, skoro stać nas na świecącą się w dzień lampę...


I widok na czasy wręcz złote...


Ale pamiętajcie, że nie wolno się przemęczać!



 A jeśli już...


... to kończę 😁