środa, 24 marca 2021

Felicja Uniechowska - Moje hobby to mieszkanie

Gdy mi tak łeb dokuczał w sobotę, zabrałam do łóżka - wspomnienie. To była pierwsza książka w moim posiadaniu, mówiąca o urządzaniu wnętrz. Wcześniej oglądałam tylko zdjęcia w mamy babskich czasopismach (wówczas były to Kobieta i Życie oraz Przyjaciółka) oraz w Ameryce, gdzie był zupełnie inny świat. Skąd wzięłam 130 zł (cena okładkowa) na zakup tej pozycji, będąc w liceum, nie mam pojęcia. Jakoś też ciężko mi uwierzyć, że kupił mi ją Ojczasty - już czym jak czym, ale taką tematyką nie był nigdy zainteresowany 😄
Znałam ją na pamięć. Ba, wpłynęła na moje życie, o czym będzie niżej. W każdym razie większość pokazanych tam autentycznych polskich mieszkań mnie zachwycała. To było coś kompletnie odmiennego od wnętrz, które widywałam na co dzień, urządzonych kompletami segmentów, wersalek i foteli. Nic dziwnego, autorka uprzedzała, że właścicielami tych mieszkań w większości byli artyści, architekci, twórcy.

Jednym z wiodących tematów były meble skrzynkowe, z których można sobie dowolnie zestawić to, co jest akurat potrzebne. Naturalnie nigdy w życiu nie widziałam w naszym sklepie meblowych takich skrzynek, szafek czekających na nabywcę - to był pewnie przywilej dużych miast, jeśli nie wyłącznie Warszawy.
Albo to wnętrze, którego właściciele mieszkali wcześniej w Japonii i chcieli przywołać u siebie tamtejszy klimat. Rzecz kompletnie niewyobrażalna w naszych prowincjonalnych blokach😏
No, a teraz clou. Nie w sensie, że to miałoby być jakieś najbardziej imponujące, ale że zainspirowało mnie do wyburzenia ściany między kuchnią a małym pokojem, gdy już się wprowadziłam na swoje. Postanowiłam zrobić dokładnie tak samo (no, tylko żadnych łuków Karwowskiego nie planowałam). Wyszło jak wyszło, bo żadnego stolarza nie znałam 😓 Czyli taka konstrukcja w ogóle nie powstała i skończyło się na w miarę normalnym stole (tyle że na nogach od maszyny do szycia). No cóż. Czy żal? Je ne regrette rien 😜 Może by jeszcze bardziej zaciemniło mi mieszkanie? Nie ma tego złego...

Jednak do dziś podziwiam odwagę lokatorów tego mieszkania. Bo spójrzcie na plan. To były zaledwie dwa pokoje z kuchnią, i to wcale nie duże. W drugim jest sypialnia, czyli ten kuchnio-pokój (przepraszam, dziś to się nazywa SALON z aneksem kuchennym) służy do wszystkich innych celów, choćby przyjmowania gości. I właściciele nie uważali za konieczne zaopatrzyć się w kanapę i fotele, zagracając kompletnie wnętrze 😉

Moja mama bardzo protestowała przeciwko temu wyburzaniu ściany - że się pozbywamy pokoju etc. Dziś sobie nie wyobrażam, żeby miało być inaczej, choć pokoju faktycznie brakuje... A potem nastąpiła w mojej klatce (i nie tylko) pandemia wyburzania😄 Ale myślę, że to się bardziej wiązało ze starzeniem się lokatorów - wyprowadzaniem się dzieci - powrotem do jedzenia przy stole (na który wcześniej nie było miejsca), a nie przy ławie.

A gdy sobie w tamtych czasach, gdy jeszcze byłam w domu, snułam plany, jak też będzie wyglądać moje mieszkanie, zawsze miało być PUSTE. Żadnych zbędnych mebli, jasno, przestrzennie.

Nie przewidziałam, że skończę zawalona książkami, prawie jak tutaj. 

O, a to był pokój nastolatki. Moje niespełnione marzenie, bo dzieliłam swój z bratem. A tu w dodatku na mansardzie. I jeszcze płyta Beatlesów leży tam na stosie innych. Gdzież by mi się śniło mieć 😎
To mieszkanie zobaczyłam potem jako miejsce akcji w jednym z seriali. Właśnie nie mogę sobie przypomnieć, jak on się nazywał. Sensacyjny był, a głównym bohaterem był dziennikarz... Czy to nie był Teleszyński przypadkiem?

Już wiem, doszłam po tym Teleszyńskim - ten serial nazywał się Życie na gorąco.

W środku znalazłam też liścik od Ślubnego 😁 Słuchajcie, ten gość ciągle mi robił takie numery - owszem, ugotował, ale zostawił po sobie taki Armageddon, że głowa mała (taaa, trzy talerzyki)!

Książka już była mocno sfatygowana, a podczas czytania rozleciała się dokumentnie, każda kartka jest oddzielnie, a grzbiet ... lepiej nie mówmy. Dobrze, że zrobiłam zdjęcie półki wcześniej.

Wyd. Arkady, Warszawa 1978, 140 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 20 marca 2021 roku

 

Wstałam dziś wcześniej, wyszłam na tramwaj wcześniej, a wszystko po to, żeby jeszcze przed pracą oddać tę japońską książkę do biblioteki na Królewskiej. Chwilę poczekałam pod drzwiami, bo jeszcze było zamknięte, oddałam książkę i podążyłam z powrotem na przystanek. Właśnie czekałam przed przejściem na zielone, gdy nadbiegła pani bibliotekarka ze zgrozą w oczach. I moją książką w ręku.

Ona nie była z Królewskiej, tylko z osiedla. 

Książka znaczy.

No to sobie powoziłam w tę i z powrotem.

Ale za to miałam okazję natknąć się na ogłoszenie mojego życia (może?).

Tylko, że całkiem niedawno rozmawiałam ze Ślubnym, więc póki co wdową nie jestem, to nie wiem, czy się kwalifikuję. 

Tymczasem obejrzałam Lekarstwo na miłość, 1966 - reż. Jan Batory

Rozkoszne! A jakie cudowne sukienki i pantofelki obu bohaterek! Lata 60-te to jednak coś pięknego było (pod pewnymi względami). Niestety na YT film w całości jest w wersji... rosyjskiej. I z tego, co słyszę, nie podoba mi się ten dubbing, jednak głosy Kaliny Jędrusik i Krystyny Sienkiewicz, tak charakterystyczne, robiły klimat.

Ale zastanawiam się, czy sobie jeszcze raz nie obejrzeć, dla treningu w języku 😎

 

Zajrzałam do kalendarza sprzed roku. Rano 24 marca 2020 podawali, że zmarło już u nas 8 osób na covid, potem, że dziewiąta, wieczorem dziesiąta. Było 901 osób zakażonych. We Włoszech tego samego dnia zmarło 743 chorych. Wprowadzono w Polsce do 11 kwietnia zakaz wychodzenia z domu, z wyjątkiem załatwiania najważniejszych spraw. Wieczorem miałam pierwszą lekcję czeskiego online (od tej pory nie wróciliśmy do szkoły). 

Za to na wczorajszej lekcji jedna z koleżanek pochwaliła się, że po złamaniu ręki już jest dobrze i mogła wrócić na siłownię - jako członek reprezentacji Polskiego Związku Przeciągania Liny. I co powiesz na coś takiego? Nic nie powiesz 😕 Do usranej śmierci się będziemy bawić z tym covidem, przy takim podejściu obywateli.

31 komentarzy:

  1. Ha, ha. Musiałabyś zobaczyć, co potrafił zrobić z kuchnią mój mąż, który tylko miał smażyć wątróbka z cebulką. Obraz kuchni wolał o pomstę do nieba. I tak było zawsze, ilekroć miała być wątróbka. Całe szczęście, że nie była jadana jakoś często.
    Książka ciekawa,ja nieraz poczytuje "Cztery kąty", które często kupowałam - tak że też wspomnienia.
    Ogloszenie cudne. ��. Sądząc po oderwanych karteluszkach,facet ma branie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze - złe wiersze.
      Tfu, jeszcze raz.
      Po pierwsze - kto pisze :)
      Po drugie - bo wątróbka to jest cholera złośliwa, która pryska.
      Po trzecie - Cztery Kąty to osobne wspomnienie i w ogóle wszystkie wnętrzarskie czasopisma potem. Będzie kiedy indziej, jak znajdę kolejną okazję. Ale cieszę się, że nie jestem jedyna, która do tych starych gazet ciągle zagląda. I je trzyma, mimo braku miejsca!
      Po czwarte - trochę dalej wisiało takie samo - ale miało już oderwane wszystkie karteluszki! Tak że tego, chyba sobie gość znajdzie lokum z wesołą wdówką bardzo szybko :)

      Usuń
  2. To pisałam Ja-Teresa. Właśnie zobaczyłam, że się nie podpisalam. Dziś mam trochę zakręcony dzień.
    A jak chodzi o tę wątróbka, to pryskanie pryskaniem,ale ta mąka i resztki cebuli to jakiś horror był. Teresa.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tę kartkę z ofertą matrymonialną wrxuć koniecznie na fb, co się ma marnować facet !)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby nie to, że już na FB nie działam - na pewno bym tak zrobiła :)

      Usuń
    2. Może byłoby lepiej usunąć część z numerem telefonu? Albo zamazać przynajmniej?
      ;)

      Usuń
    3. Zastanawialam się, ale panu chyba chodzilo o to, żeby dotrzeć do ludzi....:)

      Usuń
  4. Jak wchodzę do przestronnego, jasnego mieszkania z niewielką ilością mebli i białymi ścianami, to pierwszą moją myślą jest "O! Jak tu ładnie.". A za chwile zaczynam się zastanawiać, gdzie bym poustawiał regały na książki, donice z fikusami i jakimi obrazkami zawiesiłbym ściany :D

    Klejone albumy z PRLL-u mają niestety tendencję do rozsypywania się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Přesně tak!
      Jak widać, ja muszę po czesku do rana :)
      Ale fakt, niby to byśmy chcieli takie puste mieszkania, po czym natychmiast planujemy, jak je zagracić.
      Ja osobiście na każde mieszkanie patrzę pod kątem, ile się da ustawić regałów. Czasem widzę (w jakimś czasopiśmie) plan na przykład 70-metrowego 'apatrmą' i okazuje się, że nie zmieściłabym się z tym, co już mam, bo tak ściany źle rozstawione. No, a ściany w przypadku książek to podstawa :) Córka mi wczoraj zaproponowała, żebym sobie ustawiła półki jak w bibliotece, pośrodku pokoju, i labirynt do przejścia :)

      Usuń
    2. Jakie dobre, mądre dziecko. Może trzeba posłuchać jej rady? :D

      Usuń
    3. Nie zapominaj jednak o ograniczonej wytrzymałości płyt podłogowo-sufitowych. Lepiej, jak je obciążasz pod ścianami :)

      Usuń
    4. Wiesz, że ja też czasem o tym myślę z obawą? :D Kiedyś było w prasie czy tv, że strop się zarwał pod obciążeniem nadmiernie rozrośniętego domowego księgozbioru. Ale to było w starym budownictwie, w kamienicy z drewnianymi stropami.

      Usuń
    5. Jak jeszcze siedziałam na FB, to mi jeden tamtejszy znajomy napisał, że się to komuś zdarzyło... w bloku! Mieszkam co prawda na parterze, ale i tak mnie to nie pociesza.

      Usuń
  5. Ogłoszenie rewelacyjne. Myślę że facet będzie miał duże powodzenie.:-))
    Moje mieszkanie jest z tych książkowo-bałaganiarsko-kwiatowych...
    A jeśli chodzi o covid to .... ręce opadają.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęśliwi właściciele czytników! Ci mogą się nie przejmować małym metrażem!
      Pytanie, kiedy wymyślą wirtualne rośliny doniczkowe :)

      Usuń
  6. Małgosiu, kilka z tych książek mam, zawsze lubiłam oglądać, wymyślać, meblować w wyobraźni. Zdjęcia pamiętam, wyburzoną ścianę ze zdjęcia też, miałam w planie zrobić tak samo jak się dzieci wyprowadzą, ale to ja się wyprowadziłam :) Mieszkanie bez książek jest jak martwe.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To przybij piątkę!
      Ja już w czasach szkolnych, odsiadując swoje w kościele (a raczej odstoiwując) rozglądałam się wokół i planowałam, jak ten kościół przerobić na mieszkanie :) A jeszcze wcześniej, w podstawówce, rysowałam plany swojego przyszłego domu: oczywiście miało tam być mnóstwo pokoi (pokój do zabaw z lalkami, pokój do gier planszowych etc,), więc dzieliłam wielki prostokąt na mniejsze, absolutnie nie przejmując się tym, że większość z nich nie miała okien :)

      Usuń
    2. Hi hi, przybijam !!!

      Usuń
  7. A "ślubny" ma jakieś hobby oprócz gotowania i tworzenie Armagedonu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ślubnego widziałam ostatni raz co najmniej 20 lat temu, od tej pory wiele się zmieniło w jego życiu i prywatnym i zawodowym. Był niezwykle aktywny, wiecznie rozkręcał interesy. A potem wyprowadził się z miasta, kupił dom gdzieś na wsi, hoduje kury, mnoży psy i koty, robi nalewki, doprawdy nie wiem, z czego żyje, a raczej, jak przeżywa z dnia na dzień. Teraz w pandemii zamieszkała u niego siostrzenica z rodziną (pracują zdalnie) i przyjechała mama z Niemiec, to przynajmniej płacą za prąd... Jest nieubezpieczony, a przecież lata lecą. Przeraża mnie to.
      Dzwonię czasem do niego, mówi, że teraz je małą łyżką i tyle.

      Usuń
  8. Sentymentalnie się zrobiło:-)
    Takim wydaniom już dawno podziękowałam, zostawiłam tylko robótkowe wzory, dość mam staroci w pracy, wiecznie naprawiam...
    Pamiętam wyjazdy do Bydgoszczy , do antykwariatów i kupowanie albumów, Burdy - jedyny kontakt z zachodnim światem, a tnie to było jak barszcz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tanie? Nie wiem... pamiętam, że jeśli jakaś krawcowa - szyło się wtedy u krawcowej - miała Burdy, to była gościówa. Chyba nie było łatwo zdobyć. No, ale to prowincja była :)

      Pamiętam też, że studiowało się dokładnie taki grubaśny katalog Quelle, nie żeby coś zamówić, bo przecież nie było takich możliwości - tylko żeby dać krawcowej właśnie do odszycia jakiś model bluzki czy sukienki.

      Usuń
    2. Nawet bardzo tanie, jechałam raz, dwa razy w miesiącu i przywoziłam całą torbę książek i czasopism z wykrojami, teraz wydałabym chyba majątek.
      Nauczyłam się szyć, więc i kreacje wynosiły mnie tylko koszt tkanin i dodatków, czasem cos dorobiłam szyciem nawet.
      Czasopisma z wykrojami można było dostać w Empiku, jeśli miało się znajomości:-)

      Usuń
    3. W Empiku... no weź... gdzie ja widziałam Empik :)

      Usuń
  9. Minimalizm w urządzaniu mieszkań nigdy mi się specjalnie nie podobał. Surowizna mnie usztywniała, czułam się jak w muzeum. Myślę, że dobrze jest, gdy mieszkanie w jakiś sposób odzwierciedla charakter właściciela= właściciel czuje się w nim dobrze, "u siebie"- i tego się trzymam. Co prawda od czasu do czasu zdarza się awantura o durnostojki, ale da się to przetrwać! ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście - minimalizm dla osób, które się w tym dobrze czują i nie mają potrzeby gromadzenia rzeczy. Czyli tak, jak piszesz: gdy odzwierciedla mieszkanie charakter właściciela.

      Usuń