niedziela, 8 lutego 2026

Giuliano Amici - Giancarlo wkracza do akcji

Tak być nie musi, ale może - że ta książka czekała u mnie 45 lat. W sensie takim, że ją kupiłam w okresie, gdy brałam wszystko, co włoskie. Z drugiej strony wtedy kupowało się w antykwariacie, więc byłaby w niej cena ołówkiem i numerek czy coś, a tego nie ma, więc nie wiem. Więc może jednak zakup późniejszy, już z czasów allegro? To się u mnie zaczyna w 2009 roku dopiero, taki przynajmniej mam zachowany najstarszy mail w sprawie jakiegoś zakupu. A sprawdzając to, zobaczyłam, że dziś jest rocznica - 8 lutego 2002 roku założyłam sobie pierwszy prywatny adres mailowy, któremu zresztą do dziś jestem wierna. W międzyczasie powstawały inne i na przykład blog jest powiązany z adresem na gazeta.pl - który już od dawna nie istnieje, bo zapominałam tam się logować. Zaraz zaraz, to znaczy, że za rok o tej porze powinna być imprezka z okazji ćwierćwiecza posługiwania się pocztą elektroniczną 🤣 A jak tam Wasze adresy, zmieniały się po drodze?

Wracając do Giancarla, odkryłam przed paroma dniami, że on jest w serii Klub Siedmiu Przygód, która to seria została przez mnie niedawno zgrupowana na jednej półce, a tylko ten biedak był osobno, więc został przetransferowany i teraz ich stoi dziewięć koło siebie. Aczkolwiek nie dam głowy, że jakiś Niziurski czy Nienacki też nie jest w takim wydaniu, a ci dwaj panowie mają gdzie indziej miejsce i nie będziemy ich mieszać.  

Giancarlo jest świeżym absolwentem prawa i najwyraźniej nie miał innych możliwości znalezienia sensownej roboty, skoro zatrudnił się jako detektyw czy tam wywiadowca, a i to po znajomości, bo w agencji detektywistycznej swego stryja, zwanego Wielkim Szefem. Praca ta, niby fascynująca i pełna przygód, okazuje się nudna jak flaki z olejem, większość czasu bowiem spędza się wystając godzinami po bramach i czekając, czy śledzona osoba wyjdzie z domu czy nie. W dodatku Giancarlo tak się popisał śledząc modelkę z renomowanego domu mody, z którego skradziono najnowszą kolekcję, że ta szybciutko się zorientowała: blamaż kompletny. Swoją drogą bystra dziewczyna...

Stryj wobec tego odkomenderował Giancarla do innej sprawy, ale tylko jako pomocnika innego wywiadowcy, co młody i ambitny człowiek mocno przeżywa. I oczywiście postanawia sam wykryć złodzieja cennych obrazów z willi polskiej arystokratki pod Rzymem. Tak, hrabina nazywa się Sbolenslawski 😁  

Gdy spojrzycie na pierwszą stronę, możecie odnieść wrażenie, że jesteśmy w środku filmu Dolce vita. Coś w tym jest. Czas boomu gospodarczego, czasy wielkiej konsumpcji, samochód dla każdego (lub prawie), kino włoskie triumfujące na ekranach świata, turyści, Via Veneto... a w tym wszystkim Agencja Detektywistyczna Meroniego jak rodem z amerykańskiego kryminału, a nawet jeszcze bardziej: zatrudnia dziesiątki pracowników, ma najnowocześniejsze wyposażenie i wszelkie nowinki techniczne, opancerzone samochody i archiwum, jakiego pozazdrościłaby jej policja - czyli mokry sen autora 🤣

Co ciekawe, nie znalazłam ani słowa we włoskim internecie o autorze - i tylko okładkę książki na ebayu. Giuliano Amici wkroczył do akcji w 1973 roku i zniknął? Czy został przetłumaczony w Polsce ze względu na polski wątek?  



Początek:


Koniec:


Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1976, 241 stron

Seria: Klub Siedmiu Przygód

Tytuł oryginalny: Qui detective R 3: Missione compiuta!

Przełożyła: Janina Zielonko

Z własnej półki

Przeczytałam 6 lutego 2026 roku 



Najnowsze nabytki

Tygodniowy urobek prawie do ostatniej chwili prezentował się następująco: gry (bo dlaczego nie), Chłopcy z Placu Broni na podmiankę (miałam wydanie z Biblioteki Pisarzy Polskich i Obcych, kompletnie nijakie, więc z radością zamieniłam na takie z ilustracjami) oraz trzy Agaty Christie, z których jedna okazała się do wyniesienia z powrotem, mianowicie Morderstwo odbędzie się, bowiem mój egzemplarz jest w sumie lepszy /większy). Więc tak naprawdę trzy nowe. 


Ale oto w sobotni poranek udałam się na kroki do sześciu knihobudek. Wszystkie były zapełnione, nic więc dziwnego, że wygrzebałam dla siebie kolejne trzy sztuki. Konik garbusek z ilustracjami Szancera 😍 no a szczegółowe instrukcje książki kucharskiej to już w ogóle cud miód. To znaczy z tytułu i założenia, bo jak wstępnie zajrzałam do środka, to znalazłam tam zbyt wiele przepisów na egzotyczne zupy grzybowe, małże a' la Shaller i grzanki z krewetkami, ale tak to już jest w przypadku książek tłumaczonych z obcych, zachodnich języków, nieprawdaż. O ostatnich sukcesach kulinarnych będzie w następnym wpisie 🤣 

Mama dookoła świata do przeczytania w jak najkrótszym terminie, żeby szybko odnieść z powrotem, a jak nie, to odnieść od razu 😁 Bardzo bardzo bardzo bym chciała wdrożyć się do tego, żeby za książki przynoszone tylko do przeczytania, a nie zachowania, brać się natychmiast. Trzeba myśleć o biednej podłodze.

Miało wystarczyć na ten tydzień, ale w osiedlowej budce pojawiły się Małe kobietki w oryginale i porządnie wydane, okiem ludzkim nietknięte, tom wzięła, bo co prawda mocno wątpliwe, żebym kiedyś przeczytała, ale zawsze można wynieść z powrotem. Dek.


 


Urobek filmowy

Na bogato.

- radziecki familijny Kaplia w morie (polski tytuł Żółtodziób) z 1973 roku. Pierwszy dzień w szkole Witii. Zakochuje się w jednej z dziewczynek, zostaje przez nauczycielkę wyrzucony za drzwi, bo kolega z ławki uczył go gwizdać, babcia wkłada głowę do garnka (powtarzając błąd Witii) - takie tam zwykłe codzienne historyjki. Nic nadzwyczajnego, ale i tak 7/10, a co! W komentarzach tęsknota za ZSRR oczywiście, gdzie wszystko było tak bezpieczne i ludzie tacy życzliwi etc.

  


- francuski Valentin Valentin z 2015 roku. Obejrzane z francuskimi napisami na wiadomej stronie. Niby kryminał: szereg mieszkańców dwóch paryskich kamienic z przecinającymi się ścieżkami, tytułowy bohater zaplątany w niechciany romans z nimfomanką (której mąż obiecuje go zabić) i zafascynowany postacią młodej Chinki z naprzeciwka w końcu pada ofiarą morderstwa. Policja nie wyjaśnia zagadki, ale... 

- amerykański The Mad Miss Manton z 1938 roku. Taka komedia kryminalna z romansem w tle. Polski tytuł Panieńskie szaleństwa 😂 bo też i o tym rzecz: bogata dziedziczka ze swoimi kumplówami wplątują się w co tylko można, a konkretnie w morderstwa. Miss Manton znajduje ciało w opuszczonym domu i wzywa policję, ale gdy ta przyjeżdża, ciała już nie ma - a to kolejny raz, gdy sierżant Jakiśtam zostaje zrobiony w konia, panienki bowiem są pranksterami (myślałam, że to nowe słowo, a okazuje się, że bynajmniej) i teraz nikt im nie wierzy. Obejrzane z angielskimi napisami nr 4, jako że innych nie było, ale co się namęczyłam, to moje. Za dużo /za szybko gadali jak na moje językowe możliwości! Niemniej daję 7/10 - Henry Fonda i Barbara Stanwyck. A jak te panienki poubierane!

-  australijski animowany Mary and Max z 2009 roku, obejrzany z polskimi napisami nr 1. Cudny, mocne 8/10. Jeszcze jeden film tego twórcy jest do obejrzenia.

A tale of friendship between two unlikely pen pals: Mary, a lonely, eight-year-old girl living in the suburbs of Melbourne, and Max, a forty-four-year old, severely obese man living in New York. 

 


- chińskie Szanghajskie sny z 2005 roku, które odkryłam na półce, nigdy nieoglądane. I dałam 7/10 za tę całą melancholię. 


Na zachętę wklejam trailera, ale nie wiem, czy jest gdzieś do obejrzenia cały film online. 

- fiński snuj 2 noce do rana z 2015 roku. Szukałam płytki z filmem Polowanie na muchy, a trafiłam na to. Całkiem zbędnie, okazało się. Spotkanie dojrzałej francuskiej architektki z fińskim DJ-em w stolicy Litwy. Każde ma swoje problemy w związkach, więc snują się i przynudzają, gdy chmura wulkaniczna zatrzymała wszelkie loty. 

 

- no i byłam w kinie na nowym Jarmuschu czyli Father Mother Sister Brother, polecam. Rodziny się nie wybiera. Smutne, ale jakże komiczne. Ta wizyta u biednego starego ojca, ta obowiązkowa coroczna herbatka u mamuśki, ten kompletny brak czegokolwiek  do powiedzenia sobie...

Cosik pozmieniali na YT w kwestii udostępniania na blogu i próbuję inaczej, sama nie wiem, co wyjdzie.

Tymczasem jutro do Ojczastego, a we wtorek na zebranie w Spółdzielni w sprawie wymiany pionu. Zajrzałam do piwnicy i ze zdumieniem i wielką radością stwierdziłam, że jest tam na półce 16 płytek, więc wystarczy na odbudowę po demolce. A teraz naszły mnie wątpliwości, czy to nie są aby płytki podłogowe, nieco innych rozmiarów... więc muszę się wybrać ponownie z centymetrem. Taki jest mój gryplan na niedzielę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz