środa, 28 stycznia 2026

Petr Šabach - Putování mořského koně

Brakowało mi drugiej książki przeczytanej po czesku w tym miesiącu, wybrałam oczywiście coś cienkiego 😉 i miało to być rozrywkowe, co nazwisko autora jakby gwarantuje.

Książka wyszła zresztą po polsku (Podróże konika morskiego).

W internecie możemy przeczytać:

Konik morski to jedyny przedstawiciel fauny, u którego to samiec nie samica wydaje na świat młode. Bohater tej książki to jedyny (a przynajmniej jedyny, którego sam zna) mężczyzna w Pradze, który w końcu betonowych lat osiemdziesiątych nie chce stać żonie na drodze do kariery naukowej i nie bardzo wiedząc w co się pakuje, bierze na siebie opiekę nad trzyletnim synkiem.

Podróże konika morskiego to wielokrotnie wznawiany w Czechach pamiętnik młodego ojca na „urlopie tacierzyńskim”. Czy kiedy w roli taty występuje czołowy czeski humorysta Petr Šabach możemy oczekiwać tylko tego, że założy pieluchę na lewą stronę, przypali mleko i zgubi dziecko w monopolowym? Jak się okazuje- niekoniecznie. Ta niezwykle ciepła, zabawna i -co ciekawe- bardzo autobiograficzna książka to lektura obowiązkowa dla każdego rodzica i miłośnika czeskiej (lub po prostu dobrej ) prozy. 

I tak, humorystyczna, ale i smutna. Społeczeństwo jeszcze (wówczas) nie dojrzało, by widzieć coś NORMALNEGO w sytuacji, że to tata opiekuje się dzieckiem, a mama poświęca się karierze naukowej. Sama mama zresztą zaczyna postrzegać męża jako mało męskiego i wdaje się w romans z kolegą z pracy. Tak jak ta samica konika morskiego...  

Jeśli traficie na polskie tłumaczenie, czytajcie. Spoza opisu rozmaitych tragikomicznych przygód (Pepino z głową za piecem) wyłania się wielka miłość do dziecka. I szacunek. Pepino nie bawi się w piaskownicy, on tam pracuje

Niezłe ilustracje Vladimíra Jiránka. 




 Początek:

Koniec: 

Wyd. PASEKA, Praha 1999 (wydanie IV), 116 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 26 stycznia 2026 roku

 


Jak wiadomo, lubię kolor róziowy. A tu kubki mi się zasyfiły od osadu herbacianego. Nabyłam wczoraj w Pepco nowy, skoro akuratnie w pasującym (do mnie) kolorze był. Ale pod wieczór naszła mnie chętka na porządki. Mam taki punkt nawet w dziennym regulaminie - ordnung się nazywa i bardzo rzadko się tam pojawia krzyżyk, że niby zrobione tego dnia COŚ. Wczoraj jednak zapytałam AI, jak można taki kubek wyczyścić. No bo to przecież ceramika, musi się dać odskrobać! Jedna z odpowiedzi sugerowała kwasek cytrynowy (to było to prostsze, choć nie najlepsze, rozwiązanie: wsypać łyżeczkę kwasku, zalać wrzątkiem, zostawić na pół godziny). Gdyby ktoś jednak spodziewał się potem efektu ŁAŁ czyli że kwasek wyżre cały osad i zastanę cudownie biały kubek, to jednak nie (a miałam taką małą nadzieję)  😂 Potem to wymagało wysiłku czyli szorowania i jako że mnie w końcu ręka rozbolała, a nawet obie, prawa od trzymania, lewa od czyszczenia, więc coś tam jeszcze bliżej dna zostało, ale już jest lepiej i dziś będzie kontynuacja akcji PUTZEN PUTZEN. Na razie kolekcja moich i tylko moich róziowych kubeczków przedstawia się tak 😂

Przy okazji kubeczka napatoczył mi się też taki oto bambusowy organizer z rączką, który wzięłam z myślą o kuchni, ale w domu zmieniłam zdanie - będzie dobry w pokoju na piloty etc. 😉

 

Miałam na kolacji koleżanki z fabryki i oprócz sporej porcji plotek wzbogaciłam się o takie dzwoneczki. Jeśli dożyją do wiosny, to je przesadzę do większej doniczki. 


Donoszę, iż eksperyment kulinarny pod tytułem zupa cebulowa został wykonany, wspólnymi siłami (ja musiałam pokroić cebulę, bo córka twierdzi, że swoją złamaną ręką nie daje rady). 

Przypominam, że według przepisu miała wyglądać tak:

 Z czego wniosek, że nie należy się słuchać tak we wszystkim - żadne ZESZKLIĆ, tylko zrumienić cebulę trzeba. Aczkolwiek w smaku było to dobre i wchodzi do repertuaru (zwłaszcza, że wystarczy mieć w domu cebulę czyli to takie awaryjne danie). Zgodnie z radą Józefiny ser do grzanek przyszpiliłam wykałaczkami we frajerze 😂 Kuchnia francuska zakłada dodatek białego wina i zapiekanie w kokilkach* w piekarniku, ale weźcie się... to jest wersja alla polacca i good 🤣 Co się zgadzało z książką? Rzeczywiście wyszło 6 porcji, czyli jadłyśmy 3 dni.

Następna w kolejce jest ta selerowa. 

* kokilek nie posiadam i o ile ktoś nie przyniesie do knihobudki, posiadać nie będę 😂 

Skoro o knihobudce i rozmaitych łupach, to oto one, jeszcze z zeszłego roku. Jakoś nie potrafiłam się tej latarni oprzeć, mimo że nie jestem maniaczką morza 😁 Zegar też nie z mojej bajki, jakieś prowansalskie klimaty, ale no co. Zawsze przecież mogę wynieść z powrotem! I pewnie tak się skończy, gdy wrócę z kanapą do obecnego "gabinetu", bo on za głośno tyka i nie mogłabym spać chyba.

  

1 komentarz:

  1. Te dzwoneczki miałam dwa razy, śliczne są, ale krótko wytrzymały, może u ciebie dłużej...
    Zabrudzenia od herbaty czyściłam solą , mokry kubek, sól na gąbce i szorowałam, puściło.
    Ja mam problem z zagęszczaniem zup, zasmażki nie lubię, a czym zagęścić?

    OdpowiedzUsuń