poniedziałek, 12 października 2026

100 pomysłów na małe mieszkanie. Koncepcja i tekst: Maria Tyniec

Tag Z knihobudki oznacza, że coś stamtąd przyniosłam i to coś z powrotem odnoszę 😂 Wiem, jest to mylące, bo mam już setki książek przytarganych z takich miejsc i nawet je od czasu do czasu czytam, ale zostają u mnie (póki co), więc tego tagu tam nie daję. Trzeba było na samym początku inaczej to wymyślić, teraz za późno. 

Tę (po)pierdółkę jak z budki brałam od razu wiedziałam, że nie ma co się szykować na fajerwerki pomysłów. Ani na ciekawe ROZWIZANIA 🤣

Pomysł nr 3 na przykład to zestaw tych dwóch zdjęć, z informacją, że i małe mieszkanie można urządzić jak się chce 😂


W pomyśle nr 4 autorka radzi, żeby rzeczy rzadko używane schować, żeby nie zawadzały. Toż to genialne! Jest tam więcej takich przemyśleń: w MAŁYM mieszkaniu przydadzą się zapasowe krzesła albo drabinka, wszystko to przecież bez problemu schowacie.


Czytelnik może sobie nie zdawać sprawy z tego, że drzwi szafy potrzebują miejsca na otwarcie, więc całe szczęście, że w książce znajdą tę informację! Przy okazji - często widujecie w małych mieszkaniach szezlongi?


A tu taka ciekawostka wymiarowa - chodzi o to, ile miejsca potrzebujecie w przedpokoju na poszczególne czynności: wkładanie butów, wkładanie płaszcza samemu i z pomocą drugiej osoby - jak widać poniżej tyle samo. 

A wśród ilustracji takie oto urokliwe małe mieszkanko. Mogłoby być - wyczerpana przy garach osuwam się na kanapę bez zbędnych kroków. Że słup? Jaki słup?!


Pomysł nr 100 - wybierz lampy, które pełnią więcej niż jedną funkcję.

Szczerze gdybym miała powiedzieć, że jest tu jakaś dobra rada, to tak, jedną znalazłam - żeby wybrać uchwyty wpuszczane w drzwi szafek (to głównie w kuchni). Komuś to faktycznie może nie przyjść do głowy, a w ciasnej kuchni wystające uchwyty też zabierają miejsce. Nie zgodzę się natomiast z twierdzeniem, że przed szafą należy zostawić 120 cm wolnego miejsca - mówię to z doświadczenia, mam w sypialni odstęp między szafą a łóżkiem 60 cm - i wystarcza. Co innego, gdyby tam były szuflady, oczywiście. Tak samo nie musicie mieć w małej łazience minimalnie 110 cm na wytarcie się po kąpieli - mamy 80 cm i jakoś obywa się bez wygibasów...

Taka to publikacja. 

Przeczytałam 7 października 2026 roku 


W piątkowy wieczór córka wpada do domu z wiadomością, że jakiś facet ładuje pełno książek do naszej budki. Rzucam wszystko i lecę, wiadomo 😁 


Wszędzie podwójne rzędy! Ciężko było przejrzeć nawet, no bo jak. Ale jakoś to poukładałam. Połowę z tych książek znałam z domu... nie żeby od razu przeczytane, ale same okładki towarzyszyły mi przez tyle lat... Ktoś likwidował inteligencką bibliotekę. Szkoda, że już go nie było, gdy przyszłyśmy, dopytałabym o dzieje.
Teraz jest już trochę przebrane i dokopałam się do dwóch książeczek w moim ulubionym formacie - małe i cienkie 🤣 Wtedy w piątek wzięłam jeszcze pięć innych, tylko zdjęcia nie zrobiłam. Ale wszystkie takie mikrusy, słowo daję!


Wczoraj seans z gatunku na ostatnią chwilę: film jugosłowiański z 1967 roku Nóż - kryminalny, czarno-biały, z elementami humoru, mniam mniam. A gdyby ktoś przez przypadek znał Belgrad z tamtych czasów, to już w ogóle.

Belgrad, lata 60. XX w. Kiedy popularny piosenkarz, Aleksandar Kiš, zostaje zamordowany w swoim mieszkaniu, śledztwo obejmuje komisarz Marko i jego asystent. Szybko okazuje się, że powszechnie lubiany gwiazdor nie był tak kryształową postacią, za jaką uchodził, a krąg podejrzanych coraz bardziej się poszerza.

Tutaj do zobaczenia jeszcze dziś lub jutro. Oni tam na Arte wiecznie ściemniają: pod filmem piszą dostępny do 14 X do 5:00, a gdy się klika na info u góry po prawej to jest do 15 X. Jeśli wierzyć pierwszej opcji, oznacza to dokładnie to, co napisałam - dziś i jutro, więc się pospieszcie! Mało chyba kina tamtejszego można u nas zobaczyć. Kusturica wiadomo, znany, a tak to Jugosławia słynęła z filmów wojennych (partyzanckich), no i z koprodukcji, bo plenery jugosłowiańskie były dość popularne, choćby filmy o Winnetou. Zajrzałam do tomiszcza Kino epoki nowofalowej i znalazłam tam nazwisko aktora, który w Nożu grał komisarza, piszą, że miał na koncie liczne występy w dziełach czarnej fali, ale to role bohaterskich partyzantów przyniosły mu status gwiazdy.

 

W piątek mam wizytę u zakaźnego (wiecie, ta ciągle niezdiagnozowana historia wątrobowa), więc dziś rano udałam się na pobranie krwi. Wchodzę i cóż moje kaprawe o tej nieludzkiej porze oczy widzą? Ale to nie że ja tylko mało nie zemdlałam, każdy patrzył z niedowierzaniem na to, co widział w korytarzu czyli na kolejkę ciągnącą się do końca, a tam zakręcającą w bok. Upewniłam się, że to ta (pod drugą ścianą stała kolejka do EKG czy coś) i potulnie zajęłam miejsce, ale po kilku minutach poszłam przeliczyć wszystkich. Byłam wówczas 41., z tym, że w dalszej części korytarza siedzieli jeszcze ludzie przemieszani z obu kolejek, więc w sumie nie wiadomo. Przez cały ten czas przesunęliśmy się o jakieś 30 cm do przodu, co jeden z panów skomentował:

- Pewnie ktoś schudł, no bo bez jedzenia...

Chętnie bym schudła, ale nie za tę cenę, więc w końcu poszłam precz. Fajna wycieczka była. Jutro niestety powtórka z rozrywki, bo nie chcę zostawiać na środę, nie wiem, czy wyniki by były na piątek... Z tym, że nastawię budzik, żeby pojechać jeszcze wcześniej (jak pomyślę o pielęgniarce, która próbuje mi się wbić w żyłę już ledwo widząc na oczy przy setnym pacjencie...). Matko jedyna, a obiecywałam przecież budzikom śmierć 🙄

 

Ale może dość użalania się, wróćmy do początku października. Przeczytałam na FB (bo gdzie niby indziej), że będzie otwarcie bronowickiej filii bibliotecznej, więc się wybrałam. I teraz zapraszam na mały fotoreportaż 😁











Biblioteka malutka, kompaktowa, jak to mawiają, część dla dzieciaków i druga dla dorosłych, ale uwaga! jest też toaleta! To się tak często nie zdarza. Może w tych nowo remontowanych? 

Kiedyś miałam pomysł, żeby odwiedzić wszystkie filie, że niby co tydzień jedna, ale tego się nie da zrobić... w sensie, że z każdej miałam pożyczyć książkę i przeczytać, no to gdzie tam. Zwłaszcza, gdy NIE CHCĘ przecież pożyczać 😂 W bibliotece bronowickiej cóż, pożyczyłam - Spacerownik po Prądniku. Po czym wpadłam na pomysł, że taki Spacerownik to trzeba w domu mieć, a nie pożyczać z biblio (mam dwa: Stare Miasto i Bronowice), więc zadzwoniłam do Rady Dzielnicy ichniej, gdzie mi powiedziano, że były na stoliku do wzięcia, ale już nie ma, niemniej jednak żeby napisać maila. Napisałam. Przyszła odpowiedź, że fakt, mieli 20 czy 30 egzemplarzy od autorki i rozdali, ale żeby pytać jeszcze w trzech miejscach - na razie się nie zebrałam w sobie i nie wiem, na co czekam 🤣

No, a idąc sobie spacerkiem z Bronowic do domu usłyszałam, że nadeszła wiadomość na Messengerze. I oto pyta się znajomy sprzed 35 lat, czy ja to ja, bo mnie znalazł na FB, a szuka kontaktu do mojego Ślubnego. Jak zaczęliśmy gadać, to końca nie było. Że właśnie były obchody stulecia Żaczka i nikt nawet się nie zająknął o Ślubnym, który tam rozwinął niespotykaną wcześniej działalność i on, ten znajomy, chce o tym ważnym epizodzie napisać, ale chciał to trochę ze Ślubnym uzgodnić. Obiecałam, że po powrocie do domu odnajdę numer telefonu i dam znać. Odnalazłam, ale usłyszałam, że nie ma takiego numeru. A ten znajomy mówił, że gdy Ślubnego szukali po internetach, to znaleźli nagrobek w Bolesławcu z jego imieniem i nazwiskiem oraz jego rokiem urodzenia. Hm. A cóż by on robił akurat w Bolesławcu? Ostatni kontakt z nim miałam parę lat wcześniej, gdy Ojczasty prosił, żeby do niego zadzwonić i dowiedzieć się, co słychać (Ojczasty pozostawał z nim w kontakcie listownym, ale już nie dawał rady czytać/pisać). Odnalazłam zdjęcie tego nagrobka - na szczęście dzień i miesiąc urodzin były inne 😀 Nie żebym pamiętała, ale akurat córka mi przecież przywiozła akt naszego ślubu, który brat zabrał z likwidowanego mieszkania rodziców, więc był pod ręką.

Dzwonię więc do znajomego i mówię, żeby kupił sobie znaczek i napisał list, bo mam tylko adres na jakiejś wsi tarnowskiej. A jaka to wieś, pyta. Mówię. 

- O, to ja znam, tamtędy jeżdżę, gdy muszę coś tam...

Kurde, jaki ten świat jest mały 😂

Obiecał, że pojedzie i da mi znać, więc czekałam trochę w nerwach, co z tym Ślubnym. Jestem wdową czy nie? Ale chłop ma dopiero 68 lat...

No i pojechał i znalazł go! Ślubny się mocno zdziwił, jak go zobaczył po 30 latach z okładem - ale miło sobie pogadali i powspominali Żaczkowe czasy (byli współpracownikami). 

Ślubny dawno temu pozwijał wszystkie swoje interesy i kupił jakąś gospodarkę czy co i sobie żyje powolutku: ma kury, kaczki, 2 psy i 7 kotów 😂 Jak z nim wtedy rozmawiałam, wspominał, że robi też nalewki. Jak to się w życiu dziwnie plecie, człowiek tak aktywny, zawsze z milionem pomysłów. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz