piątek, 20 listopada 2020

Ja, My, Oni. Teresa Torańska w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską

Wychodzi na to, że ja Torańskiej w ogóle nie czytałam. Znaczy reportaże gazetowe tak, ale już, żeby książkę jakąś, to nie. Po przeczytaniu tej rozmowy z nią stwierdzam, że warto się bliżej zapoznać z jej dorobkiem - właśnie, może nie znam, bo to jednak o polityce, a od tego się trzymałam z daleka do tej pory.

Nawet nie szukałam w katalogu biblioteki, co tam mają - i słusznie, bo w związku z tym, co niżej (wymiana dysku w laptopie) jest taka sprawa: najprawdopodobniej stracę wszyściutkie książki, które sobie odłożyłam na wirtualną półkę, do wypożyczenia na zaś. System biblioteczny nie przypisuje ich do konta, tylko do komputera.

Najpierw trochę (również wirtualnie) sobie popłakałam z tego powodu, a potem pomyślałam, że zgodnie z zasadą nie ma tego złego - może i lepiej. Dosyć tych bibliotek!

😀

Swoje trzeba czytać przecież!

Początek:
Koniec:

Wyd. Agora SA, Warszawa 2013, 149 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 10 listopada 2020 roku 

 

Zaniosłam laptopa do serwisu, dałam się namówić na jakiś superszybki dysk, jak mi go zainstalują, będzie ponoć komp hulać jak ta lala. W sumie nie wiem, czy mi było potrzebne to hulanie, ale niech już będzie. Tymczasem miałam przez chwilę o wiele więcej czasu, nie tracąc go w domu na internety - ale zaraz się rozszedł po kościach, ja doprawdy nie wiem, jak to robię 😓 Nawet nie czytam, ot, jedną książkę od poprzedniej niedzieli miętoszę i tyle. 

Od tygodnia męczy mnie sytuacja mojej znajomej, z którą byłam w zeszłym roku w Pradze. Nie jest to żadna przyjaciółka, dużo miałam do powiedzenia po tym wspólnym pobycie, jaka to dziwna osoba (choć - kto z nas nie jest dziwny), ale teraz dopiero widzę, że sporą część tych dziwności można przypisać chorobie, a za to już nikt nie ponosi odpowiedzialności. Ona już wtedy mówiła, że ma problemy z głową, ale narzekała raczej na pamięć tylko, że słów zapomina. 

Teraz się okazuje, że jest jak najbardziej zdiagnozowana (być może o tym nie pamiętała właśnie) - ma demencję. Ale nie to jest głównym problemem, tylko rak. W lecie mówiła, że znaleźli dwa guzy w płucach, że będzie miała radioterapię (a ma już za sobą - przed 20 laty - historię onkologiczną) i że musi sporządzić na wszelki wypadek testament na rzecz bratanka, który jej pomaga i objeździć z nim różne banki, gdzie ma poutykane lokaty i inne, żeby go do nich upoważnić.

Tydzień temu zrobiono jej operację - tym razem mówiła o guzach na kręgosłupie. Udało mi się wydębić od niej telefon bratowej i to, co usłyszałam, powaliło mnie. Właśnie demencja, ale przede wszystkim przerzuty - płuca, kręgosłup, tchawica. Ta operacja była dlatego, że guz (nieoperowalny) tak naciskał na krąg, że go złamał, umocowali ten krąg śrubami, a sam guz jedynie "odkleili". 

No i wypchnęli już ze szpitala. Ma terminy na kolejne radioterapie, ale z tego, co mówiła bratowa, sprawa jest pozamiatana w gruncie rzeczy. Gdy mieli ją wypisywać ze szpitala, trwały gorączkowe ustalenia, co zrobić, bo ona jest osobą samotną (brat nie żyje, rozwiedziony mąż mieszka za granicą, dzieci nie mieli). Najlepiej byłoby zatrudnić jakąś kobietę, która by u niej zamieszkała i się opiekowała. Pieniądze przecież ma (całe życie ściuboli i oszczędza na wszystkim; patrzyłam wtedy w Pradze na to ze zgrozą, ale wydedukowałam, że wynika ta mania sknerstwa z biednego dzieciństwa). Pytam, czy załatwiła te sprawy z upoważnieniem chłopaka, żeby można było sięgnąć do banku. A bratowa:

- Ależ skąd! 

Od lata, rozumiecie???

- Ona uważa, że wszyscy ją chcą okraść, albo i zabić. 

Jak boniadydy, myśli, że do grobu je zabierze???

Na razie stanęło na tym, że przyjechała siostra (z którą były skłócone) i się nią zajmuje od 2 dni. Wczoraj bratanek przywiózł z wypożyczalni chodzik i odbyła pierwszy spacer po mieszkaniu. 

Ciągle o tym wszystkim myślę, choć przecież nie jestem ani rodziną ani przyjaciółką, i córka mnie opieprza, żebym sobie nie brała do głowy...

sobota, 14 listopada 2020

Aleksandra Marinina - Wieczny odpoczynek

Otóż piszę dziś z pozycji dzwonię do ciebie, bo nie mogę z tobą rozmawiać.

Pisałam sobie w środę poprzednią notkę, pisałam, a gdy kliknęłam opublikuj, dostałam komunikat, że nie ma internetu. Poleciałam z pretensją do córki (zawsze jest dobrze na kogoś zwalić winę) - a ona ma. W końcu po paru godzinach odnalazłam hasło do bloga i puściłam post z jej laptopa - ale internet do mojego nie wrócił.

Być może karta sieciowa padła? Być może jest już tak kompletnie zawirusiony, że...

No, w każdym razie mam teraz dużo wolnego czasu. 

Pan w serwisie powiedział, że 5-7 dni ROBOCZYCH na zdiagnozowanie, potem wycena i ewentualnie przyjęcie do naprawy.

Pan w następnym serwisie powiedział, że jest zarobiony. 

Pan w trzecim serwisie powiedział... nie wiem, co, bowiem nie rozumiałam jego bełkotu.

Pan w czwartym serwisie zaproponował, żeby przynieść we wtorek, ale uprzedził, że trzeba będzie w celu odwirusienia postawić na nowo system. Borze szumiący! Moje programy! Moje linki! Moje HASŁA!!! 

Nie wiem, co robić.

No, ale jak wspomniałam, mam teraz mnóstwo czasu (tyle, że nie wiem, co się na świecie dzieje). Przeczytałam pięć książek - zrobią mi się piękne zaległości na blogu, chyba, że córka pozwoli mi częściej skorzystać ze swego laptopa, tak jak teraz). 

Uruchomiłam dwa nowe projekty: 

1/ codziennie wysłuchać jakiejś audycji z czeskiego radia - mam tego ponagrywane na kopy

2/ uzupełniać SYSTEMATYCZNIE (o matko) katalog filmów, co jest równie nudne, jak było uzupełnianie katalogu książek, ale też ważne

Projekt pierwszy niestety generuje masę notatek - czego poszukać w internecie, a przecież w pracy nie zdołam tego wszystkiego zrobić 😂

Gdy przeczytałam blurba, wydało mi się to cokolwiek znajomym... Ale książka wyszła w zeszłym roku dopiero. Poszukiwania na blogu wykazały, że czytałam kiedyś, tylko w rosyjskim wydaniu 😄 Ach, co tam, skleroza nie boli, prawie nie pamiętałam, kto zabił...

Paczpan niżej, nie chce go rujnować korzystaniem z komórki. Jak to jeszcze niedawno było, gdy taki telefon był drogą, ekskluzywną nowinką. Ja pamiętam taką cegłę u dawnego znajomego - właściciela sklepu, więc leciało w koszty, a przy tym podnosiło prestiż, to były lata 90-te.

Początek:

Koniec:

Wyd. CZWARTA STRONA, Poznań 2019, 363 strony

Przełożyła: Aleksandra Stronka

Tytuł oryginalny: Реквием

Z biblioteki

Przeczytałam 9 listopada 2020 roku

 

A poza tym mam napisać na kurs wypracowanie na temat Jak się według ciebie zmieniły role mężczyzn i kobiet w ostatnich stu latach? Czy to według ciebie dobrze czy źle?

I tak mi się nie chce, ale to tak nie chce... 

Więc jeśli ktoś by miał chęć  wyprodukować 220 słów na ten temat, to bardzo proszę w komentarzu 😎 W ostateczności może być jakaś zajawka, jakiś pomysł. Wiadomo, że najgorzej zacząć.

Hm... chyba że zacznę od tego, że sto lat temu w ogóle bym tego problemu nie miała, tylko zmywała po obiedzie i zabierała się za cerowanie skarpetek...

środa, 11 listopada 2020

Stanisław Łubieński - Książka o śmieciach

Jak mnie wkurza to okładanie książek w grubą folię! I to jakoś tak niekonsekwentnie, nawet z jednej filii niektóre książki mają tę ozdóbkę wątpliwą, inne nie. Tak, ja wiem, że to dla ochrony, no ale co z tego. Dobrymi chęciami...
Nie jestem nawet w stanie nic napisać o tej książce, ekscytacja tym, co się dzieje w Polsce sięga u mnie zenitu, o czym niżej...
Więc tylko króciutko: od tej pory będę oddzielać aluminiowe wieczko od pudełka ze śmietany etc., bo dotychczas nie wiedziałam, że się na tym linie sortujące zatrzymują. A poza tym - nic to całe sortowanie śmieci nam nie pomoże, to już wiedziałam; ale z kolei nic innego poza segregacją nie możemy zrobić, my - szarzy ludzie. No, i poza rezygnacją z kupowania tego czy owego, na tyle, na ile nas na ten heroizm stać 😓
Jednak Planecie to już nie pomoże. To tylko dla naszego lepszego samopoczucia.

Kilka uwag z książki:
* Człowiek, który dojeżdża ze wsi do pracy stopem, a w zimie pali śmieciami i tak zostawia mniejszy ślad węglowy, niż wielu znerwicowanych ekologicznie mieszkańców Mokotowa, którzy zimą latają do Azji, żeby się wygrzać.
* Szwedzki termin Flygskam to wstyd wynikający z podróżowania samolotami i generowania długiego śladu węglowego. W opozycji pojawił się Tagskryt, duma z jeżdżenia koleją. Ale kolej to zabawa dla uprzywilejowanych! Samoloty są często tańsze, a zawsze szybsze.
* Ekologicznie nastawiona dziewczyna pyta, gdzie może kupić wodę utlenioną w butelce. Może zamówić przez internet oczywiście. Tak, chce uniknąć plastiku - dlatego ten ekologiczny zakup pokona setki, tysiące kilometrów odległości ze sklepów wysyłkowych.
* Mąkę kupujemy w opakowaniu z papieru. I nie zauważamy często, że w środku to opakowanie jest wysłane cienką warstwą plastiku. I już można zapomnieć o segregacji. A torebki z papieru z foliowym okienkiem?
* W wielu restauracjach można dostać tylko zagraniczną wodę mineralną. Zwykła woda, która jedzie półtora tysiąca kilometrów!
* Światła miast... Zanieczyszczenie świetlne uważa się za najszybciej rosnącą formę zanieczyszczenia na świecie. A powoduje wielkie zaburzenia ekosystemów.
Początek:
Koniec:
Wyd. Agora SA, Warszawa 2020, 286 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 7 listopada 2020 roku


Tyle się dzieje, tyle się ciągle dzieje!
Obejrzałam oczywiście Don Stanislao, jest na CDA, gdzie weszłam pierwszy raz w życiu 😉 Znajoma, która ma w wielkim poważaniu Naszego Papieża, też by chciała zobaczyć i właśnie kombinuję, jak by jej to umożliwić (u mnie w domu nie da się, raz, że córka nikogo nie wpuści (no...), a dwa, że sama też nie mam ochoty na wizyty w pandemicznym czasie), czekam teraz, aż wstanie (siedzi po nocach), żeby jej zapytać, czy ma możliwość podłączenia pendrive'a do swojego TV. I bardzom ciekawa, co powie po obejrzeniu, czy dalej będzie pałać tym szacunkiem...
Z samego dokumentu dla mnie niewiele nowego wynikało, bo te rzeczy od dłuższego czasu są już znane - choć raczej tym, którzy chcieli znać. Ale jednak robią wrażenie wypowiedzi zagranicznych dziennikarzy, którzy zajmują się tematem, a także to szczurze umykanie przed rozmową, przed podjęciem decyzji - wziąć na siebie odpowiedzialność czy zrzucić na nieboszczyka. Międzynarodowy skandal... ale tu chodzi o własną skórę.
Robi też wrażenie skala reakcji na reportaż. Już wnoszą o odebranie Dziwiszowi honorowego obywatelstwa Krakowa, już się dowiadujemy, że ten młody człowiek, który zasłaniał Dziwisza przy wsiadaniu do samochodu, to syn byłego wojewody małopolskiego, zatrudniony w kurii... Jak tu wszędzie rączka rączkę myje.

Wczoraj wieczorem chyba kwadrans w kółko słuchałam (z wielką satysfakcją) skandowania z demonstracji pod kurią i w drodze na Kanoniczą, z krótkim, ale treściwym dwuwyrazowym hasłem 😎
Skończyły się gładkie słówka, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy!

sobota, 7 listopada 2020

Mira Lobe - Babcia na jabłoni

To wydanie jest identyczne z dawnym z moich lat dziecinnych, tyle że format nieco większy. Ale ilustracje te same :)
Nazwisko pana Pokory - gdyby mi ktoś kazał je sobie przypomnieć - niewiele by mi mówiło. Ale jego rysunki jak najbardziej pamiętam. I lubię. Wydaje mi się nawet, że jakieś podręczniki, czy to do angielskiego czy do francuskiego, też ilustrował. Te charakterystyczne nosy - spiczaste u kobiet, kulfonowate i ozdobione piegami u mężczyzn 😍
Sympatyczna to opowiastka (trochę smutna) o tym, jak dzieci tęsknią za dziadkami. Gdy przeczytałam na okładce, że Mira Lobe napisała prawie sto książek dla dzieci i młodzieży, zaraz chciałam znaleźć inne. A tu - nie ma. Znaczy - u nas w Polsce nie ma. Ach, pomyślałam, zaraz zobaczymy, jak się ma sprawa u Czechów. Nijak się nie ma. Tak że wszelkie szanse na poznanie innych dzieł tej autorki zniknęły za horyzontem języka niemieckiego.

A' propos niemieckiego. Wczoraj obejrzałam film Donna Leon - Dowód, to właściwie odcinek niemieckiego serialu o komisarzu Brunettim, zdecydowałam się na ten desperacki krok, żeby sobie na Wenecję popatrzeć 😘 Ale nie w tym rzecz. Film był z lektorem, który skutecznie zagłuszał niemieckie dialogi, ale od czasu do czasu coś tam wychwyciłam i tak sobie marzyłam, że może kiedyś faktycznie wrócę do niemieckich podręczników... Jak widać, nadzieja ciągle umiera ostatnia. Mimo, że czasu przede mną coraz mniej.

Początek:
Koniec:
Wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2009, 161 stron 
Tytuł oryginalny: Die Omama im Apfelbaum 
Przełożyła: Maria Kurecka 
Z biblioteki 
Przeczytałam 4 listopada 2020 roku 


Pierwszy dzień jesiennej pandemii. 
Żeby już całkiem wejść w atmosferę pandemicznego zamknięcia, umyłam dziś okno w kuchni. No bo przecież tyle porządków się wtedy, na wiosnę, zrobiło. Tyle że wówczas faktycznie byłam zamknięta, teraz ciągle jeżdżę do pracy. U nas się raczej nic nie da zrobić zdalnie, więc albo albo - albo mnie odeślą do domu, jak wtedy (ale nikt nic nie mówi na ten temat NA RAZIE) albo nie 😉
Co do reszty wychodzenia z domu, to nic się dla mnie nie zmieniło, cały ten czas przecież nigdzie nie łażę w ramach samoizolacji (strachu). Praca, sklep, biblioteka (to ostatnie odpadło). 
To jest moja strategia, a jaką powinno mieć państwo, to nie mam zdania (poza tym, że nasze nie ma żadnej, to wiadomo już chyba wszystkim... albo ewentualnie można ją nazwać strategią co będzie, to będzie). 

W wiosennym zamknięciu porządkowałam też książki i dziś, spojrzawszy jakimś świeżym okiem, znalazłam miejsce na dwa czeskie tomiki z wrześniowego jeszcze zakupu, które leżały na stercie czasopism na podłodze. Więc też rodzaj déjà vu
Do kompletu Wielkich Sobotnich Porządków wyniosłam z domu ten nieszczęsny materac z gryki, co to ma pomagać na milion schorzeń, a który po wymianie zwykłego materaca na bardzo wysoki stracił rację bytu. Chciałam się go pozbyć na OLX, ale się nie udało (nie dałam się namówić na wysyłkę do Szczecina). Teraz zerkam, czy się nim ktoś zaopiekuje, bo mi szkoda go trochę tak po prostu do śmieci (szkoda wysiłku i dobrych intencji mojej mamy, która go kupiła). 
Mam jeszcze jedno do wyniesienia - zarażony tarcznikiem ficus benjamina, który tak pięknie się odbił po całkowitym prawie opitoleniu nożyczkami - ale cóż z tego, skoro chory. Tak bym chciała, żeby się nim zajął ktoś, kto miałby chęć go odrobaczyć, biedaka... 

Tymczasem do codziennych czynności przybyło pranie maseczek, więc trzeba było skończyć z prowizorką i znaleźć miejsce dla nich do schnięcia na dłużej 😏 Na wieczną rzeczy pamiątkę zrobiłam zdjęcie dokumentalne i przy okazji pożałowałam, że od marca prawie nie używam aparatu poza domem i nie będę miała zbioru fot pandemicznych ulic (jeśli przeżyję)...
A Wy co? Jak się macie? Co robicie? 
Jakieś plany na listopad? 
😜

O! Setna książka w tym roku, powiedział blogspot. Nie żeby coś z tego wynikało 😁

czwartek, 5 listopada 2020

Karel Čapek - Povídky z druhé kapsy

Już się nie mogłam doczekać listopada (ha ha), żeby przeczytać drugi tom opowiadań Čapka. No bo pierwszy machnęłam w październiku, a założyłam sobie kaganiec, żeby tylko jedną miesięcznie po czesku czytać. Nie pytajcie dlaczego, przecież nie chodzi o to, że mi zabraknie, naprawdę mam spory zapas. Może to takie podświadome myślenie, żeby systematyzować jakoś to moje czytanie? Kiedyś, przed paroma laty, robiłam sobie nawet co miesiąc plan, żeby zawierał a to jedną po francusku, a to jedną po rosyjsku, a to jedno cracovianum - i takie tam głupotki. Teraz idę raczej na żywioł, taki żywioł z lekka tylko kontrolowany (a może mi się tylko wydaje, że jakąś kontrolę mam).
To są obie kieszenie (bo kapsa to kieszeń). Żal, że ich więcej Čapek nie napełnił, wszak panowie miewają sporo kieszeni. Ale napisał różne inne powiastki, na szczęście. Tyle że te się tak świetnie czytało, bo to opowiadania z wątkiem kryminalnym. Kryminalno-psychologicznym. Każde snuje inny pan - to wyłącznie męskie towarzystwo, które zebrało się na pogawędce i płynnie przechodzi od jednej opowieści do drugiej. Pierwsza kieszeń była tutaj.
A dzięki blogowi wiem, że to już 47. pozycja, którą przeczytałam po czesku, doprawdy chyba powinnam się zastanowić, co epokowego wybrać na jubileusz 😁
Początek:
Koniec:
Wyd. Nakladatelství František Borový, Praha 1947, 214 stron
Z własnej półki (kupione 29 listopada 2019 roku za 19 koron w Ulubionym Praskim Antykwariacie) 
Przeczytałam 3 listopada 2020 roku 


No, jak tylko Pinokio wygłosił orędzie wczoraj, rzuciłam się do kompa zamawiać książki. 
Na siebie mogłam tylko jedną, bo czternaście już było w domu 😉 
No to na córkę. Pięć na osiedlu, cztery na Królewskiej. 
Panie szybciutko zrealizowały, więc od razu się udałam do siedzib odebrać (co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, zwłaszcza gdy nikt nic nie wie). Na Królewskiej czekając na swoją kolej zobaczyłam jeszcze na półce tytuł Jak być szczęśliwym i kompletnie nie wiedząc, co to za dzieło, spytałam panią, czy mogłaby mi to dołożyć do zamówionych. Mogła. Dalej nie wiem, co to też takiego będzie, bo przecież teraz mają knigi kwarantannę, ale zobaczymy. Ja w każdym razie zamierzam być szczęśliwa (dopóki żyję), choć nie byłam w Pradze już CZTERYSTA CZTERDZIEŚCI DWA dni! 
No, a gdy wróciłam do domu domówiłam jeszcze pięć na Sienkiewicza, odebrałam dziś w drodze z pracy i fertig.
Tym razem skupiłam się na bibliotekach w zasięgu roweru, jak by co 🚲 
W sumie jest w domu 30 sztuk, w tym jedna wczoraj przeczytana. 
Ogłosili dziś, że zamykają do 29 listopada, ale co my tam wiemy, jak się sprawy potoczą. 
A dziś jeszcze, trochę przypadkiem, przeczytałam rekomendacje dla bibliotekarzy na czas pandemii na stronie Biblioteki Narodowej i w punkcie 38. była mowa o wypożyczaniu z czytelni. Że można, jeśli to nie wielka rzadkość, ale oczywiście decyduje dyrektor danej placówki. 
No to lu go na czat z Rajską, bo tam jest tak miło, że w godzinach otwarcia zawsze można z kimś pogadać :) 
Po konsultacjach wyszło, że ichni dyrektor jednak nie pozwala na taką rozpustę :) 
 A o co mi szło? O tego Čapka właśnie, tyle że po polsku, nazywa się to Opowieści z różnych kieszeni. Pewnie na allegro też można dostać, ale PRZECIEŻ NIC NIE KUPUJĘ!!!

Gdy dziś odbierałam książki strasznie długo to trwało, najpierw stanie w kolejce, a potem sama realizacja - ponieważ system był tak przeciążony, że załadowanie wypożyczenia książki zabierało mu parę minut. Jasne, wszyscy się rzucili pożyczać na zapas 😜 Akuratnie dali na stronę informację, że zamykają.
A ja wczoraj od razu zadzwoniłam do ciotki w Warszawie, która już miała pecha w marcu, bo nie wiedziała, że trzeba migiem lecieć i została bez swoich czytadeł. Teraz mówi, że ma w domu osiem, ale jeszcze nie przeczytanych, dopiero pierwszą zaczęła. Więcej pożyczyć nie może z jednej filii, a chodzi tylko do osiedlowej na Bródnie. Na szczęście jest u niej akurat kuzynka, która ma wyrobioną kartę, więc miały się z wózkiem potoczyć 😎
Twierdzą, że na tę warszawską kartę mogą pożyczać wszędzie, w całej Polsce.
???
Dziwne mi się to wydaje... w Krakowie pożyczą na warszawską kartę biblioteczną?

PS. Rany julek, znowu coś pochrzaniło z czcionkami, ja nic z tego nie rozumiem.

PS 2. Ktoś z moich znajomych ma chyba wtyki w gazecie. Bo ja przedwczoraj wyśledziłam detektywistycznie i dedukcyjnie jedną sprawę, po czym opowiedziałam o niej tu i ówdzie, a teraz się ukazał artykuł na ten temat! Ukradli mi moje śledztwo!
Otóż ja, ponieważ już jestem stara, to od ładnych paru lat studiuję stronę z porządkiem pogrzebów w Krakowie (oj tam oj tam, po prostu sprawdzam, kto mi już nie odda piniendzy). No i przedwczoraj co wykrywam. 
Że pogrzeby są już pozamawiane na 2 tygodnie naprzód. Na przykład na takim Rakowickim dziennie robią 9 pogrzebów (jeśli w kaplicy, bo jeśli pogrzeb świecki albo tzw. od bramy to może ich być więcej w jednym czasie). I już są wypełnione do przodu na 2 tygodnie i - uwaga! - również w soboty, czego do tej pory nie było!
Zauważyłam też taki drobiazg - znakomita większość pochówków dotyczy ludzi starych (tak co najmniej 85%). Dotychczas to było bardziej zróżnicowane, wiadomo: raki, wypadki. Teraz głównie 80-tki, 90-tki, prawie setki. 
Ja nie twierdzę, że to wszystko covid - nie. Nie bezpośrednio. Twierdzę natomiast, że umiera bardzo dużo starych ludzi, którzy dawniej by jeszcze chwilę pożyli, ale teraz mają cholernie utrudniony dostęp do opieki zdrowotnej.
A w artykule piszą jeszcze, że szukają dodatkowych grabarzy oraz że zwiększyli zatrudnienie w spopielarni.

wtorek, 3 listopada 2020

Paweł Piotr Reszka - Diabeł i tabliczka czekolady

Dobry reportaż czyta się migiem. Więc to właśnie są dobre reportaże.
Ale jakie, cholera jasna, smutne.
Przy niektórych miałam wrażenie Déjà vu, ale to dlatego, że spora część z nich ukazała się pierwotnie w Dużym Formacie. Pamiętałam zwłaszcza Łazienkę, tekst o ludziach z Lubelszczyzny, którzy są tego cymesu pozbawieni. 
I tu taka ciekawostka na końcu reportażu:
W 2013 roku 18% mieszkań na wsi i niecałe 5% w mieście nie ma łazienek.
U kresu komuny było to odpowiednio: 45% i 13%.
Ale jeszcze w 1960 roku było tak: 98,6% na wsi i 74% w mieście.
Pomyślcie, jaki skok cywilizacyjny!

Moi rodzice przez dwa lata po ślubie mieszkali u babci, był to mały domek dwuizbowy: kuchnia i pokój. I oczywiście żadnej łazienki. Gdy poszłam do podstawówki, w tygodniu mieszkałam u babci, która mnie zaprowadzała i przyprowadzała ze szkoły (nie trwało to długo, bo babcia zmarła jeszcze przed moją komunią). I pamiętam, że w zimie sikało się do wiadra w korytarzu, no bo toaleta/sławojka była oczywiście na zewnątrz. Więc to były lata 60-te.
Ale teraz druga sytuacja. Lata 90-te. Pradziadkowie mojej córki (ze strony ojca). Dom na wsi czy też to może takie małe miasteczko, kilkupokojowy, łazienka też była, a w niej wanna etc. Ale w wannie nie mówię, że od razu ziemniaki 😏, za to sterta jakichś rupieci. Myli się po dawnemu w kuchni, na misce.

Tak jak bohaterowie tego reportażu. Niektórzy mieszkają w komunalnej kamienicy, jest wspólna toaleta, gdzie nawet nie ma siedzenia, tylko odpływ w podłodze. Nadmieniam - reportaż jest z 2014 roku.

Cóż, mówią, że do wszystkiego się można przyzwyczaić. Jeden z tekstów opowiada o małżeństwie, któremu urodziło się chore dziecko. Coś na czasie. Więc małogłowie, porażenie mózgowe, padaczka, nie mówi, nie rusza się, nie przełyka. Ale oni nie zgodzili się na zostawienie go w szpitalu. Mieszkają biednie, nie stać ich też na odpowiedni sprzęt, na przykład ssak. Więc mąż, który nie ma dwóch lewych rąk, robi odsysacz ze starego odkurzacza. Prądu często na wsi nie było, a oni nie mają na agregat. Na to też znaleźli sposób, jak w tej sytuacji odkrztusić chłopaka. Naprawdę robią, co mogą. Tyle że Krystian w wieku 16 lat ważył siedem i pół kilo. Kalorii nie było skąd wziąć.

Nie ma tam szczęśliwych ludzi (choć niektórzy to swoje szczęście deklarują, ale to raczej myślenie życzeniowe jest). Straszne jest pogubienie w tym świecie. Nawet Sprawiedliwi wśród Narodów Świata nie chcą się do tego przyznać przed sąsiadami. Bo zaraz ich okradną, no bo pewnie dostali od Żydów pieniądze. Nieszczęśliwa jest ta dziewica konsekrowana, która przed samą sobą nie potrafi się przyznać do swych zwykłych ludzkich pragnień. Nieszczęśliwe te pogubione betanki, zamknięte szczelnie przed światem. Nieszczęśliwi ci mężczyźni w domu opieki społecznej, którzy mają potrzeby seksualne, a odmawia im się nawet internetu. Nieszczęśliwi ci rodzice, którzy zgodzili się na oddanie organów swych zmarłych dzieci, a teraz słyszą naokoło, że się na tym musieli wzbogacić.
Suma nieszczęść.
Co to za kraj, w którym my żyjemy?
Co to za ludzie, wśród których my żyjemy?
Byłam w konfuzji, szczerze mówiąc, bo zamawiając to w bibliotece myślałam, że chodzi o dziennikarza od Czarnych, Małych bogów etc.
Tymczasem okazuje się, że jest dwóch dziennikarzy Pawłów Reszków!
To jakiś obłęd 😃
Moim zdaniem ten, który zaczynał później, powinien był sobie obrać pseudonim raczej... No nic, dzisiejszy pan Reszka używa dodatkowo drugiego imienia... ale jak się w tym nie pogubić?

Początek:
Koniec:
Wyd. AGORA, Warszawa 2015, 218 stron
Z biblioteki 
Przeczytałam 1 listopada 2020 roku


Jaka jestem zamotana tym wszystkim, co się dzieje, świadczy następująca sytuacja. 
Stoję w kolejce, żeby kupić kartę MPK na następny miesiąc. Przychodzi pan ze sprzętem do dezynfekcji - okazuje się, że robią codziennie przerwę w tym celu i właśnie zbliża się ta godzina. Na szczęście jestem już w środku, więc liczę na to, że nas nie wyrzucą. Istotnie, pan czeka przy drzwiach, żebyśmy sprawę załatwili i wyszli.
Nadchodzi moja kolej.
- Proszę kontynuację na jeden miesiąc na jedną linię: na czwórkę. I będę prosić fakturę.
Płacę oczywiście kartą. Przybliżam ją, oddalam, przybliżam - nic się nie dzieje.
Konsultuję tą z panią z okienka. Sprawa się wyjaśnia - próbuję użyć do zapłacenia... karty bibliotecznej.
Matko, co za obciach.
Dobra, zapłaciłam, pani drukuje fakturę... i wtedy cosik błyska mi w tym pustym (ciągle bolącym ostatnio) łbie: rany boskie, przecież ja na ósemkę potrzebuję do roboty! Czwórka to była na kurs, ale ten jest przecież teraz online!
Wiecie, że tak mi było wstyd, że przez moment rozważałam pomysł, że przyjdę wymienić kiedy indziej? Wstyd przed kobitą i wstyd przed facetem czekającym przy drzwiach, że przedłużam.
No ale trudno i darmo, zdobyłam się na odwagę i poprosiłam panią o przebukowanie, bełkocząc coś o ciągłych zmianach w pracy 😂
Jak to dobrze, że są teraz te maseczki! Może mnie nikt nie rozpozna następnym razem!

sobota, 31 października 2020

Krystyna Kurczab-Redlich - Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina

Straszny miałam czwartek i całe szczęście, że przypadło to w mój niepracujący dzień, ta migrena jak za dawnych dobrych czasów. Spędziłam w łóżku w sumie 31 godzin i jedyna korzyść, jaką z tego wyniosłam (niektórzy twierdzą, że cierpienie uszlachetnia, borze szumiący, co ci ludzie mają w głowach) to ta, że skończyłam czytać biografię Putina, bo od czasu do czasy się "przecykałam" z tego półsnu i wówczas jedyne, co mogłam zrobić, to zatrzymać wzrok na książce.
A książka to obszerna, prawie 800 stron. Dawno już nie zabierałam się za nic tak angażującego - bo przede wszystkim to lektura strasznie ciężka. Nie w sensie trudności ze zrozumieniem 😜 ale w tym emocjonalnym. Co chwilę zostawia cię w stuporze - czy to w ogóle możliwe??? 
Wiadomo, polityka to brudna sprawa, a Rosja jeszcze brudniejsza. Ale to, co jest tam opisane, kariera tego *** - nie mieści się w głowie.
Mam obie te książki wymienione na końcu notki o autorce, ale doprawdy nie wiem, kiedy się zdobędę na ich przeczytanie. Bo to, czego się dowiedziałam z Wowy, wystarczająco mnie ubrudziło. Wiem, że to naiwne, ale nie wyobrażałam sobie, że można aż tak... Rosjan zawsze było dużo, więc siłą rzeczy jednostka niczym, i satrapowie ichniejsi zawsze wiedzieli, że mogą wszystko. No a Putin, cóż, ma jeszcze większe możliwości niż jakiś tam car, prawda?
Zawsze, odkąd tylko odkryłam w sobie sentyment do Rosji/Związku Radzieckiego (hm... no tak... ale wtedy, gdy już nie istniał), fascynowała mnie, ale ze świadomością, że nigdy tam nie pojadę - bo bym się po prostu bała. Co ciekawe jednak, bałam się raczej tego, że padnę przypadkową ofiarą gangsterskich porachunków na ulicy. Tymczasem prędzej bym zginęła w wyniku gangsterskich porachunków na górze lub po prostu taktycznych posunięć tejże góry... takich na przykład, jak wysadzenie w powietrze budynku mieszkalnego z kilkudziesięcioma lokatorami, żeby mieć pretekst do wojny z Czeczenią (nie jeden raz!).
A będąc Rosjanką NIGDY W ŻYCIU bym nie protestowała przeciwko władzy. Bohaterstwo tam nie jest tanie. Płaci się życiem, ale wcześniej jeszcze płaci się oceną tego życia przez współczesnych. Władza może wszystko. Tym bardziej teraz podziwiam takich ludzi jak Boris Niemcow czy Aleksiej Nawalny. Czy Anna Politkowska.

A jeszcze taka ciekawostka. Wiele, naprawdę wiele razy przy lekturze miałam skojarzenia z działaniami naszej partii wszechmogącej (do czasu?). Czy prezes jest tak dobrym obserwatorem rosyjskiej sceny politycznej czy też dostaje instrukcje na piśmie? A pewnie jest po prostu tak, że polityczne myki są uniwersalne 😡
To tylko początek listy. 
Zastanawiam się nad kupnem książki, żeby móc wrócić w razie potrzeby do pewnych historii...


Początek:
Koniec:
Wyd. WAB Warszawa 2016, 780 stron 
Z biblioteki 
Przeczytałam 29 października 2020 roku

piątek, 30 października 2020

Åke Holmberg - Ture Sventon i Izabella

Wśród nowości bibliotecznych był Ture Sventon, a to jeden z moich ulubionych bohaterów literackich z czasów dzieciństwa przecież, więc musiałam się zapoznać. Książka wyszła w serii Mistrzowie światowej ilustracji, u Dwóch Sióstr.
Mam trzy stare książeczki pana Holmberga i wiecie co? Chyba je wolę 😀 Albo przemawia przez mnie sentyment do dawnych czasów? Takie bidne w porównaniu z tym wydawnictwem, w miękkich okładkach - ale wyobraźcie sobie, że w Izabelli tłumaczka postanowiła naprawić wymowę prywatnego detektywa Ture Sventona i on już nie sepleni!!! No to nie!!! 
Przy okazji sprawdziłam, że całkiem niedawno, bo w maju 2014 roku je sobie wszystkie znowu przeczytałam:
i ja tam piszę, że obejrzałam film. Krucafuks, jaki film? I po jakiemu ja go oglądałam???
Ilustracje też wolałam te stare, człowiek to jest jakiś dziwny, nic nowego mu się nie podoba.
Akcja toczy się w cyrku i siłą rzeczy przypomniałam sobie inną książkę z dzieciństwa cyrkową - Z Czarką w cyrku. Nawet mi przemknęła myśl przeczytam znowu - ale się opamiętałam, to zbyt smutne jest.
Za to zastanawiałam się - na głos, angażując w to córkę - gdzie ja w dzieciństwie w cyrku bywałam. Czy gdzieś na wyjeździe tylko, czy też przyjeżdżał cyrk do Dżendżejowa, a jeśli tak, to gdzie stawał? Córka mówi, że mógłby na starym boisku koło klasztoru, ale czy ja wiem? Jeżeli to był teren klasztorny, to nie wydaje mi się, żeby państwowe przedsiębiorstwo mogło zawierać jakieś umowy i wypłacać należność kościołowi... Hm. Na fejsie jak bym zapytała, to by mi zaraz dżendżejowiacy powiedzieli 😁
No, ale dowiedziałam się, że wyszły jeszcze dwie inne przygody pana Sventona i biegusiem udałam się po nie do biblioteki (że to niby nic nie wiadomo i może zaraz znowu zamkną). 
W ogóle już cały piękny stos się zebrał w przedpokoju na kwarantannie, bo zaciekawił mnie też ten Mały pokój z książkami - wcale nie taki mały, grube książczydło - i jeszcze chciałam sobie przypomnieć Babcię na jabłoni, i wzięłam jeszcze jednego Jaśka od Paluch Rogalskiej - ja to nie wiem, czy się zdecyduję na czytanie, ale córka chciała - i naturalnie dobrałam też coś "dla dorosłych", Książkę o śmieciach i sama już nie wiem, co. 
Znaczy się - piętnaście sztuk w domu, maksimum na jedną kartę, a na córki karcie czyściutko tym razem (wtedy w marcu obie były zapełnione, ale ledwo co niedawno skończyłam to przerabiać, basta).
Bardzo bym chciała co prawda Tato, ta ci się udała, ale jest gdzieś na końcu świata, nie wiem, czy się w to pakować - a jak znowu zamkną dział? Wycieczka rowerem do Nowej Huty, żeby oddać, com nieopatrznie pożyczyła przed pandemią, była fajna 😎😜, ale drugi raz bym się nie pisała...
Początek:
Koniec:
Wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020, 191 stron 
Tytuł oryginalny: Ture Sventon och Isabella 
Przełożyła: Justyna Czechowska 
Z biblioteki 
Przeczytałam 24 października 2020 roku


Cóż ja mogę? Niewiele. Nie pójdę na demonstrację, bo się boję, po prostu. Ostatni nerwowy tydzień pod tytułem mam tego wirusa czy nie mam wystarczy mi na długo. 
Więc kibicuję przed ekranem laptopa i tyle. Jeżdżę do pracy z wieszakiem w ręku, ale kogo to... żałosne w sumie... W środę strajkowałam, szef-ludzki pan 😉
Obkleiłam okna.
Sąsiad mnie ostrzegł:
- Lepiej to zdejmij, bo przyjdzie jakiś [tu użył brzydkiego słowa] i ci okno wybije.
Hm.
Mimo wszystko mam nadzieję, że nie.
I tak kosztuje mnie to masę nerwów, to czytanie o wszystkim, co się dzieje. A może jednak? Może jednak początek końca?