Lunchbox czyli japońskie bento. Bloga tej autorki nie znam, a książkę z półki z nowościami wzięłam, bo co prawda nie potrzebuję już nosić jedzenia do pracy, ale przecież można zjeść większość tych potraw normalnie z talerza w domu na obiad 😁
W tym tomie to głównie japońszczyzna i przyznam się, że nie przeczytałam dokładnie każdego przepisu od A do Z czyli nie wyszukiwałam typowych błędów ze składnikami, których potem nie ma w samym sposobie przyrządzania - może takich błędów zresztą nie było 😎 Przejrzałam pod kątem, co by tu można u mnie zastosować (czyli bez udziwnień i łatwe); znalazłam parę inspiracji, więc przed oddaniem książki do biblioteki wpiszę coś tam do zeszytu.
W kuchni japońskiej, jak wiadomo, bardzo ważny jest wygląd potrawy i tu trzeba oddać honor autorce za piękne zdjęcia. Daje też dużo porad, co mrozić albo suszyć w danej porze roku; mnie się to nie przyda, ale jak ktoś ma ogródek czy inne tanie możliwości, to pewnie tak. Generalnie przy czytaniu nabawiłabym się kompleksów (że są ludzie tak zdolni kulinarnie i zaradni), gdybym już dawno nie zrozumiała, że co nie dla mnie, to nie dla mnie 🤣 Urodziłam się neptkiem w tej dziedzinie i neptkiem umrę, a to, że sobie czytam te książki kucharskie, to nie tyle po to, żeby się doskonalić, ile żeby znajdować coś łatwego do ugotowania.
Shawarma z kurczaka na taką właśnie łatwiznę wygląda, tylko ta przyprawa...
Jest na nią przepis i w sumie można by się pokusić o zrobienie samemu, ale gorczycy to ja nie mam, a goździki i kolendrę zmielić też nie wiem, jak (moździerza nie posiadam i nie zamierzam posiadać w przyszłości, wystarczy mi bambetli kuchennych).
Przepisy wyglądają tak jak poniżej.
Miałabym ewentualnie uwagi co do podanego czasu przygotowania. Często analizując przepis dochodziłam do wniosku, że MNIE* w życiu by się to nie udało zrobić w 15 minut. Samo obranie i pokrojenie warzyw na przykład albo zanim się zagotuje woda na makaron itd.
*Ale przecież ja neptek jestem, tak?
Spis treści, gdyby ktoś był zainteresowany:
Wyd. ZNAK, Kraków 2022, II wydanie, 342 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 30 października 2026 roku
Skoro już jesteśmy przy gotowaniu, to moja ostatnia porażka była taka, że dałam się nabrać w Lidlu na ratowanie warzyw i owoców. Wcześniej rano można było w sklepie znaleźć torby w cenie 8 zł bodajże, gdzie popakowano te produkty, którym czas się kończy. Akurat nigdy nie korzystałam. A tu niedawno widzę nowość: teraz te torby są na wagę i w cenie 5 zł za kilogram. Wybrałam jedyną, która nie zawierała opakowania rukoli, bo córka nie przepada. I było tam to:
Torba ważyła ponad 3 kg, więc cena wyniosła ponad 16 zł. Jak dla mnie, która nie umiem w natychmiastowe wymyślenie i wykorzystanie, nie opłacało się. Córka odpakowała od razu ogórka-węża do kanapek... i był miękki i nie do uratowania. Trzy jabłuszka z gatunku leżały koło drogi - musiałam usmażyć racuchy, no bo co z tym 😉 Z kalarepy zrobiłam talarki smakosza, bo mi się na szczęście przypomniał przepis. Banana zjadłam od razu, a pietruszki i parę ziemniaczków poszły do zupy. Najlepszą miałam rozkminę, co zrobić z jednym batatem, w końcu dodałam do wymuszonego sytuacją leczo, no bo papryki były. Mini marchewki leżą w lodówce do tej pory 🤣
Wniosek z tego doświadczenia: kiepski interes kupować ziemniaki, jabłka czy banany po 5 zł/kg. Tylko te papryki ratowały sytuację. Tak że już mnie nie nabiorą na hasło ciesz się ceną, ciesz się smakiem 😂
Zawiozłam wczoraj córkę do jej roboty (czyli pilnowania kota), a dlatego wybrałam się razem z nią, że czas był również na grobing czy tam inny cmentarzing. Wspominać nawet nie warto, że za każdym razem, jak zatrzymaliśmy się w polu i stali (a było tak w obie strony), zastanawiałam się, czy jestem w dobrym wagonie, jak na nas z tyłu najedzie inny pociąg...
Tym razem będę sama miesiąc i z jednej strony mam takie poczucie Wielkiego Luzu, że nic nie muszę (w sumie to dotyczy obiadów, ale nie tylko 😂), ale z drugiej - wiadomo, już milion planów. No bo skoro jej nie będę przeszkadzać rozkładaniem betów, to porobię trochę porządków, co zawsze wiąże się z wcześniejszym nabałaganieniem. Byłoby miło, gdyby panowie ze Spółdzielni spięli się i docięli i domocowali nowe półki (mam w domu kolejne płyty, tym razem białe czyli pasujące do knihobudki; jeden pan się do mnie zgłosił i je wspólnie od niego przenieśliśmy, co oznacza, że on targał je na głowie, a ja zabawiałam go konwersacją 🤣; nie można było bezpośrednio do Spółdzielni, bo pan w tym czasie pracuje), bo mam tu chyba masę książek do wydania. Znaczy mam masę tak w ogóle, ale liczę, że części się pozbędę.
Tymczasem w czwartek takie wydarzenie. Tam koło knihobudki pani sprzedaje warzywa. Przyszło dwóch chłopców, smarkaczy z 7. klasy, i najpierw coś tam z nią normalnie rozmawiali, nawet pokazywali zeszyt od angielskiego z jakimś ćwiczeniem, a potem jeden z nich zaczął pluć na warzywa w skrzynkach na ziemi. Ta go zrugała, a on wyciągnął gaz i psiknął jej prosto w oczy. Ktoś zadzwonił po policję, ta przyjechała w towarzystwie ambulansu pogotowia i straży pożarnej, okazało się, że to samo zrobił ekspedientce ze sklepu osiedlowego i jakiemuś starszemu panu. Powiedzcie mi, co się dzieje z ludźmi... A idąc z pociągu przez centrum handlowe byłam świadkiem, jak z jednego ze sklepów wypadł młody człowiek z gaśnicą w ręce, walnął ją na ziemię i uciekł. Za chwilę pojawił się sprzedawca, pokazałam mu, w którą stronę pobiegł ten chuligan, dogonił go, złapał za fraki i zaciągnął do sklepu z powrotem. Co było dalej, nie wiem.
Ale historia z gazem to dodatkowy argument za monitoringiem na osiedlu. Kiedyś się na niego mieszkańcy nie zgodzili (dodatkowa pozycja w czynszu), może byłoby warto wrócić do dyskusji na ten temat. Tym bardziej, że wszędzie też ryją na trawnikach w poszukiwaniu dragów.
Ja tymczasem pogrążam się w świecie wyimaginowanych zbrodni, albowiem natknęłam się na wzmiankę o Kulawych koniach - kiedyś oglądałam, ale tylko pierwszy sezon. Już wtedy mi się podobał ten brytyjski serial o agentach wywiadu, więc zabrałam się za nadrabianie (jest 6 sezonów). Póki co, jestem w trzecim i ciągle są polskie napisy, nie wiem, jak w kolejnych. No, po angielsku to bym w życiu nie dała rady, z tymi wszystkimi wyzwiskami, jakimi Gary Oldman (wymiata!) darzy swoich pracowników 🤣
Chyba się prędko znowu nie spotkamy, bo założyłam, że pierwszą listopadową lekturą będzie ten drugi tom Prousta, a mam go jeszcze ho ho i trochę przed sobą. W teorii mogłabym sobie zrobić parę Dni Brudasa i zakopać się w łóżku, ale da się to? A to listonosz, jak wiecie, a to sąsiadka 😉 Właśnie, listonosz. Nie było go TRZY TYGODNIE! To już myślałam bógwico: że ciężko chory albo że stał za drzwiami, gdy ja akurat mówiłam do córki, że może listonosz przyjdzie albo że przypadkiem natknął się na siebie tu na blogu... I w końcu poszłam na pocztę o niego zapytać, żeby przestać o tym myśleć 🤣 Uspokojono mnie, że będzie po niedzieli. No i faktycznie był, miał jakieś rehabilitacje i był na L4. A potem byłam na spacerze i z daleka widzę - ktoś na mnie macha przed pocztą... to on?
A to wystawili jakiegoś pocztowca z dykty 😂













"A to wystawili jakiegoś pocztowca z dykty"
OdpowiedzUsuńAni chybi, mają braki kadrowe ;-)
@Kulawe konie
Serial (a widziałem dwie serie) zdecydowanie lepszy od książek. Obrzydliwy i cyniczny Oldman jest zwyczajnie przeboski. Wielbię.
@Co z młodzieżą?
Czy to się jakoś nie zbiega z odwykiem od smartfonów w szkołach?
Powyższy wpis jest ode mnie, pozdrawiam - Nieryba.
UsuńJuż chciałam Cię pochwalić, żeś się tak gibko uwinęła z fotką postmana, a to ino dykta była 😉
OdpowiedzUsuńNo i znalazłam w necie, że Kamis ma przyprawę kebab/shaorma. Poszukaj w sklepie 🙂
OdpowiedzUsuń