sobota, 24 października 2015

Iwan Gonczarow - Obłomow

Ledwo żyję. Wstałam skoro świt i pojechałam dowiedzieć się czegoś ciekawego o pewnym krakowskim klasztorze. Mimo globusa! Znaczy wzięłam Magiczną Tabletkę na globusa i przeszło, ale zawsze potem jestem taka skołowana. A tu dwie i pół godziny. No ale dobra, skoro okazja jest.
Więc Wam powiem tak - nie mam pojęcia, jak ONI mogą tak żyć! Oni czyli ci zakonnicy. Rany boskie, przemarzłam do szpiku kości! Ledwo się ruszałam z tego zimna... na pewno było chłodniej niż na dworze (zwanym lokalnie polem). Czterdzieści minut spędzonych nieruchomo w bibliotece zaowocowało nosem czerwonym jak muchomor... a tu jeszcze wychodzę i co się okazuje? Że ten maraton jakiś, co jest dzisiaj w Krakowie i który miał mnie absolutnie NIE dotyczyć, jednak mnie dotyka. Albowiem nic nie jeździ, komunikacja miejska wstrzymana. A tu - poza żądzą gorącej herbaty z malinami - jest jeszcze drobna sprawa toalety... wszak wyszłam z domu o 8.30, a jest już południe... Swoich myśli pod adresem włodarzy miasta - nie powtórzę :)
A teraz siedzę przy biurku, przebrana w piżamę i na nią dres - a z nosa mi kapie i kicham na potęgę. Jak już się uporam z tą notką, wyląduję prosto w łóżku. Ach nie, przecież jeszcze obiad :(
Czy ONI naprawdę muszą się tak umartwiać? Czy też chodzi o oszczędności na opale? Fakt, ogrzać takie grube, wysokie i rozległe mury to chyba trochę kosztuje. Albo ich te habity tak grzeją?
Ale ale - w łóżku wyląduję. Tu płynnie przechodzimy do clou programu czyli Obłomowa.
Albowiem - co się okazało?

OBŁOMOW TO JA.
Nie żadna tam pani Bovary, nie nie. Obłomow.
Słusznie mówiła pewna znajoma po wysłuchaniu paru moich zwierzeń. Przeczytaj Obłomowa, jesteście podobni.
I fakt, mogłabym się zapisać do klubu na Facebooku (gdyby nie moje obłomowowskie lenistwo). Istnieje taki. Jest nas, Obłomowów, więcej.

Powieść kupiłam parę lat temu i wiedziałam, że coś jest na rzeczy :)
Powinna stać koło tej serii, ale tam się już nic nie wciśnie, więc stoi byle gdzie.

Problem jednak w tym, że nie ma mi kto wkładać pończoch, nie mam własnego Zachara.
Ale jednak u mnie jak u Ilii Iljicza:
Życie przemknie jak chwila, a ty byś się położył i zasnął.
Obłomow leży - i ja się kładę. On ma dochody z folwarku, jest pan - a ja muszę chodzić do pracy, więc nie mogę leżeć cały czas, ale gdyby mi pozwolili...
Obłomow ma napisać list, wiecznie odkłada na potem. A ja? Krótki rachunek sumienia... no też zalegam.
U Obłomowa pajęczyny w kątach - ja też nie przejmuję się sprzątaniem.
Obłomowa ciągną do towarzystwa albo na koncert, ale jemu się nie chce, po co ma tam iść, czas tracić (ten czas, który mógłby przeleżeć na kanapie). Mam tak samo.
Obłomow nie czyta gazet:
Jak to? Być skazanym przez całe życie na codzienne zaśmiecanie sobie głowy nowinami z całego świata!
Mnie też to od pewnego czasu już nie interesuje.
Albo nawet taki drobiazg:
Przesiedziawszy wraz z Olgą cały ranek nie mógł nigdy powiedzieć potem, w jakiej była sukni i w jakim kapelusiku.
No przecież ja też jestem kompletnie pozbawiona zmysłu spostrzegawczości!
I też nie chcę być porównywana do innych...

Początek:
Koniec:


Wyd. PIW Warszawa 1959, 540 stron
Seria: BIBLIOTEKA ARCYDZIEŁ - NAJSŁAWNIEJSZE POWIEŚCI ŚWIATA
Tytuł oryginalny: Обломов
Przełożyła: Nadzieja Drucka
Z własnej półki (kupione na allegro 10 września 2009 roku)
Przeczytałam 22 października 2015 roku



NAJNOWSZE NABYTKI
Będzie tego trochę. Październik miesiącem zapychania domu książkami!
Najpierw przybyła Małopolska po włosku - ta, co już ją mam w polskiej wersji, ale we włoskiej się może przydać :)
Tyle przynajmniej, że za darmo :)
Potem odebrałam z Bonito.pl nową Olczak-Ronikier, tę, co to niektórzy (nie będę wytykać palcem) już zdążyli przeczytać,a ja jeszcze nawet dla niej miejsca nie znalazłam - melduję, że półki opróżnione z folderów o Włoszech są już zapełnione...
I w ogóle rozczarowało mnie, że format nie ten sam, co W ogrodzie pamięci.
Potem był taki dzień: w drodze do pracy wstąpiłam kontrolnie do Księgarni Językowej, coby sprawdzić, czy wrócił słownik polsko-czeski. Wrócił... ale kosztuje 189 zł! Myślę sobie, na allegro poszukam, ale dużych nadziei sobie nie robiłam, bo to czeskie wydawnictwo i zapewne raczej nieobecne na polskim rynku, a GKN pewnie bezpośrednio od nich sprowadza. I faktycznie nie ma, ale o tym potem.
Więc tak przeglądam czeską półkę i oto rzucił się na mnie podręcznik kolejny - wydał mi się najfajniejszy z dotychczasowych, więc jak było nie wziąć? No jak?? Wzięłam.
Sakramencko drogi, chciałam zauważyć.
Przyszłam do pracy. Przeglądam to allegro, a tam jest słownik polsko-czeski w 2 tomach, za to w 1 egzemplarzu: 99,90zł. Chwilę pobiłam się z myślami, a potem stwierdziłam: raz się żyje, brać! No ale to dopiero będzie.
Na razie pan z ochrony wręczył mi taką ulotkę:
Idea mi się spodobała. Zawsze chciałam pojechać do Pragi, ale nocny pociąg mnie odstraszał. A tu w dzień, część trasy autokarem, potem w jakowymś tam Bohuminie przesiadka na pociąg, więc i rozrywka jest po drodze, a całość w 6 godzin. Hm... a może by tak? Rozmówiłam się ze Starym, czy będziemy mieli jakichś stażystów w przyszłym roku, żeby mnie zastąpili na tydzień, na przykład w maju (bo wicie rozumicie, ja mam wolne obowiązkowo w sierpniu, a wtedy nigdzie nie jeżdżę, bo za gorąco). Stary zapewnił, że i owszem. No to mnie zaczęło dosłownie rozbierać.
Ale dobra, w międzyczasie listonosz przywlókł paczuszkę:
To wina niejakiego Vatnsberi z Filmwebu, który widząc, że szukam czegoś o Japonii, polecił mi niejakiego Bruczkowskiego. A na allegro był w trójpaku za 18 zet. No to co będę szukać w bibliotekach...
Następnego dnia od rana siedziałam na Bonito. Zanim jeszcze poszłam do pracy, wyczekiwałam wybicia ósmej, żeby móc zadzwonić na infolinię i zamówić nowego Jakubowskiego, który właśnie wyszedł:
Cóż tu ukrywać - to cudo! Już na wstępie rozwiązał mi pewną zagadkę :)
No ale. Ledwie dotarłam do roboty i odwaliłam małe conieco, zasiadłam znów przed otwartą stroną Bonito i wynalazłam kryminał Świetlickiego - oczywiście z akcją w Krakowie. Zadzwoniłam ponownie na infolinię i poprosiłam o dorzucenie do Jakubowskiego. OK.
Siedzę dalej, Praga buzuje, a tu piękny przewodnik:
I jeszcze przewodnik po Kubie, a mój brat właśnie się wybiera, to mu zrobię prezent. Dzwonię TRZECI raz. I obiecuję, że już się odczepię, że zamknę stronę :)
Ale! Bogać tam! Tyle, że już nie dzwoniłam, tylko zakładki sobie porobiłam. Pełno tam reportaży, z Rosji, z Azji. Ja to wszystko chcę. A rabaty - 33%! Zrobiłam plik ze wszystkim, co mnie interesowało i myślę sobie - poślę to braciszkowi, zawsze pyta, co chcę pod choinkę, to masz, brać, wybierać, możesz mi kupić bądź ile.
A tu tymczasem wczoraj co odkrywam? Że te rabaty do tylko do końca października, jakieś tam wietrzenie magazynów :( Aj aj aj. I co teraz? No przecież nie wykupię pół księgarni?

A tu psiapsióła mi pisze, że właśnie dostała maila z booking.com z jakimiś okazjami w Pradze.
Zaglądam ci ja... i po 10 minutach mam już zrobioną rezerwację hotelu na majowy tydzień (ale nie ten na początku).
Yyy.
Wymachuję wydrukiem do Starego, że teraz to już na pewno muszę dostać to wolne. On na to:
- Nie na 100%...
Ja - omdlenie lub prawie.
On:
- Ale na 1000%!
No i co? Ni z gruchy ni z pietruchy JADĘ DO PRAGI!!!!
(oczywiście, jeśli ten przewoźnik nie padnie do maja... w każdym razie rezerwacji na tak odległy termin nie można zrobić)

W piątkowy wieczór rzuciłam się na rekonesans po własnych półkach.
Coś tam się znalazło:
A nawet takie cudne wydawnictwo większego formatu z czarno-białymi zdjęciami:
I wieczór spędziłam w czeskim internecie, szukając tramwajów itd. Taka jestem podekscytowana, że nie macie pojęcia. Faktem jest, że już ładnych parę lat nie wyjeżdżałam, przez ten durny sierpień, więc i moim emocjom nie ma się co dziwić. Córka się tylko upewniła, że ona nie jedzie (a na co mi ten garb, skoro jej nie interesuje zwiedzanie) :)




W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ nr 22 z listy TOP 250 portalu IMDB - MATRIX - reż. bracia Wachowscy, USA 1999
Fragment:


Haker komputerowy Neo dowiaduje się od tajemniczych rebeliantów, że świat, w którym żyje, jest tylko obrazem przesyłanym do jego mózgu przez roboty.
7/10

2/ film japoński DZIEŃ DOBRY (Ohayô), reż. Yasujirô Ozu, 1959
Trailer:


Dwóch młodych chłopców pokłóciło się z rodzicami. Chcieli, żeby kupili im telewizor. Kiedy wreszcie zdenerwowani rodzice kazali im się zamknąć, chłopcy postanowili od tej pory nie rozmawiać z nikim. Tymczasem ich sąsiedzi spotykają chłopców. Kiedy nie otrzymują od nich grzecznościowego powitania na dzień dobry (Ohayo). Sąsiedzi dochodzą do wniosku, że ich rodzice się na nich pogniewali. W ten sposób zaczynają się sąsiedzkie nieporozumienia...
8/10

3/ pierwsze dwa odcinku serialu rosyjskiego SZACHMATIST, 2004
Kryminalny. Ale ze Stanisławem Liubszinem, tylko dlatego oglądam.



4/ film polski EWA CHCE SPAĆ, reż. Tadeusz Chmielewski, 1957
Na YT w całości:


Ewa przyjechała do szkoły na dzień przed rozpoczęciem zajęć i nie została wpuszczona przez woźnego do internatu. Dziewczyna błąka się więc przez całą noc po ulicach w poszukiwaniu noclegu.
7/10

5/ film radziecki KILKA DNI Z ŻYCIA OBŁOMOWA (Nieskolko dniej iz żizni I.I.Obłomowa - Несколько дней из жизни И. И. Обломова), reż. Nikita Michałkow, 1979
Część pierwsza:

Część druga:


8/10

6/ film włoski Max e Hélène, reż. Giacomo Battiato, 2015
Zajawka:


Znów wałkują Holocaust.
6/10

niedziela, 18 października 2015

Georges Simenon - Maigret et le voleur paresseux

Rany boskie, nie wiem kiedy mi ten tydzień przeleciał i nic prawie nie przeczytałam. Simenona machnęłam w ubiegłą niedzielę i od tej pory męczę Obłomowa i jestem dopiero na 200-ej stronie. I nawet nie to, że MĘCZĘ... to jest świetna książka... tylko czasu jakoś nie starcza :( Wygląda na to, że absolutnie NIE zrealizuję planu na październik.
A wczoraj, wyobraźcie sobie, po raz pierwszy od lat nie wzięłam w podróż przenośnego odtwarzacza DVD. Tak się rozbestwiłam oglądając filmy z projektora, że szkoda mi ich na taki mały ekranik. Za to słówek się uczyłam z fiszek, choć to w pociągu też trudne, bo jednak lubię powtarzać na głos :) I tu taka zagwozdka: nijak nie mogę zapamiętać zwrotu salon fryzjerski - kadeřnický salon - z niczym mi się to kadeřnický nie kojarzy. Próbowałam z nożyczkami, że niby kadeřnický - nożnicki, ale nejde to :(
Nic to, jakoś ten próg pokonam :)

Tymczasem melduję, że kolejny Simenon nawet niezły.


Maigret i leniwy złodziej. Komisarz ma już tylko dwa lata do emerytury, ale nie będą to spokojne dwa lata. Nowe przepisy stanowią, że policja kryminalna ma coraz mniej do powiedzenia w kwestii śledztwa, wszystko przechodzi w ręce prokuratury. Gdy w Lasku Bulońskim zostają znalezione zwłoki mężczyzny, ewidentnie zamordowanego gdzie indziej i tutaj tylko wyrzuconego z samochodu, ze zmasakrowaną twarzą, Maigret zostaje o tym zawiadomiony jedynie po znajomości z dzielnicowym policjantem. I wszczyna na poły prywatne śledztwo, musząc się z nim właściwie ukrywać - ale zamordowany to jego stary znajomy. Fakt, złodziej, ale złodziej szczególny, nie przyłapany na gorącym uczynku, nie wiążący się z żadną bandą, pracujący spokojnie i żyjący spokojnie u starej matki. Cuendet kupował dużo luksusowych czasopism, gdzie pokazywano ekskluzywne wnętrza pałaców i hôtels particuliers. Z tej lektury czerpał inspirację do kolejnych kradzieży. Wynajmował pokój czy mieszkanie naprzeciwko i tygodniami obserwował zwyczaje domu, aż wreszcie zakradał się do wnętrza, ale zawsze w obecności właścicieli! Musiało go podniecać to uczucie wdzierania się w czyjąś prywatność, działania, gdy obok oddychał spokojnie pogrążony we śnie pan domu. Nosił wilk... aż któregoś razu jednak go przyłapano i ukarano. Kto zabił Cuendeta? Gdzie tym razem działał stary złodziej? Jaka arystokratyczna rodzina pozbyła się go w tak okrutny sposób? Gdzie podziały się złodziejskie łupy?

Początek:
Koniec:

Wyd. Presses de la Cité Paris 1983, 192 strony
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 16 maja 1988 roku za 600 zł)
Przeczytałam 11 października 2015 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
W związku z nową Olczak-Ronikier (której tylko patrzeć) trzeba było postarać się o poprzednią :) Wyszło tanio, bo 7,99 zł (w twardej oprawie).

Tak sobie czytałam jednego włoskiego bloga, pisanego przez dziewczynę pracującą w księgarni, z zabawnymi notkami na temat klientów. Zajrzałam do komentarzy pod tekstem o tym, jak zachowują się kupujący, gdy przyjdzie im stać w kolejce... a tam ktoś wspomniał o książce Sorokina na ten temat. No cóż, MUSIAŁAM kupić. Tanio nie było, 2 dychy, równie dobrze można było wziąć w kiosku, gdy tę serię tam sprzedawali.


Skoro postanowiłam uzupełnić serię Krakowskiem szlakiem, nabyłam Wyczóła za jedyne 12 zł. Kosztem ukrytym była dwukrotna wycieczka po odbiór osobisty, umówiony gdziesik w Podgórzu w miejscu publicznym, gdzie stałam jak ten palant czekając 23 minuty, aż się wreszcie wkurzyłam i poszłam do tramwaju. No, jak bym miała komórkę, to by mnie powiadomiono, że to czy tamto, ale nie mam, i nie namawiajcie, nie chcę dalej mieć :) Kontakt mailowy zaowocował kolejnym rendez-vous w tym samym miejscu, tym razem uwieńczonym powodzeniem.
To było w czwartek.
A w piątek przywlokłam z pracy prezent od dyrektora. Dwujęzyczne wydanie Boskiej Komedii:
Grube, do torby się nie zmieściło, piastowałam na rękach :)
To edycja z okazji 750-lecia urodzin Dantego. Tłumaczenie Porębowicza.

A teraz - gdzie ja to mam postawić?


W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film japoński KWIAT RÓWNONOCY (Higanbana), reż. Yasujirô Ozu, 1958
Na YT fragment:


Pierwszy film Ozu w technice kolorowej. Wataru Hirayama jest tokijskim biznesmenem, który pośredniczy między parami pragnącymi małżeństwa. Pewnego dnia zwraca się do niego stary przyjaciel z dzieciństwa z prośbą o pomoc w sprawie córki Fumiko, która uciekła z domu. Do jego biura przychodzi również młody mężczyzna o imieniu Taniguchi, prosząc o rękę jego córki Setsuko. Doprowadza to do konfrontacji dziewczyny z ojcem, który nie jest zadowolony z tego, że próbuje ona sobie ułożyć życie bez jego pomocy.
8/10
To trzydziesty film tego reżysera, jaki obejrzałam. Zostało mi tylko pięć i już tęsknię. Co ja będę oglądać, gdy Ozu nie stanie?

2/ film rosyjski NA TIEBIA UPOWAJU (На тебя уповаю, zdaje się, że coś w rodzaju W TOBIE UFNOŚĆ POKŁADAM), reż. Jelena Cypłakowa, 1992
Cały film:


Niby melodramat. Rosjanie nazywają jednak ten typ filmu czernuchą - to filmy o życiu na dnie, zwłaszcza na prowincji, gdzie tylko chandra, beznadzieja i alkohol.
Tu bohaterką jest Ałła, która urodziła dziecko na dworcu kolejowym i tam je zostawiła. Potem jednak nie może sobie dać rady sama ze sobą, próbuje samobójstwa, trafia do psychiatryka. W końcu pop w cerkwi daje jej radę, jak odkupić grzech...
8/10

3/ film polski EROICA, reż. Andrzej Munk, 1957
Na YT w całości:


Jedno z czołowych osiągnięć "szkoły polskiej", będące swoistym rozrachunkiem z mitologizowaniem wojennej przeszłości. Film należy do rzadko spotykanego gatunku - składa się z dwóch luźno ze sobą związanych tematycznie nowel. Część pierwsza opowiada o warszawskim cwaniaku Dzidziusiu, który przypadkowo wciągnięty w Powstanie Warszawskie zdobywa się na czyn bohaterski, choć właściwie niepotrzebny. Akcja drugiego opowiadania rozgrywa się w niemieckim oflagu i po raz pierwszy przedstawiono w niej życie polskich oficerów w obozie jenieckim w czasie ostatniej wojny. Do legendy urasta tu ucieczka por. Zawistowskiego. Tylko najbardziej wtajemniczeni wiedzą, że cały czas jest on w obozie - ukryty w przewodzie wentylacyjnym. Mimo starań i opieki kolegów bohater umiera - z zimna i samotności. A wszystko po to, by zachować legendę, która podtrzymywała na duchu wszystkich stłoczonych w obozie żołnierzy.
9/10

4/ film włoski UN NATALE STUPEFACENTE, reż. Volfango De Biasi, 2014
Trailer:


Komedia z gatunku cinepanettone czyli lekkich filmów wchodzących na ekrany w okolicach Bożego Narodzenia. Tym razem rodzice ośmiolatka zostają aresztowani pod zarzutem uprawy i sprzedaży środków odurzających, a opieki nad chłopcem podejmują się dwaj wujkowie, którzy chcą mu mimo wszystko urządzić wspaniałe święta.
5/10

5/ film czeski WYCHOWANIE PANIEN W CZECHACH (Výchova dívek v Čechách), reż. Petr Koliha, 1997
Tylko ten fragment znalazłam na YT:


Prywatne lekcje twórczego pisania z Beatą (w tej roli Anna Geislerová) - pogrążoną w depresji piękną córką bogatego mafioza z założenia nie mogą skończyć się dobrze. Zwłaszcza jeśli młody (i na dokładkę żonaty) nauczyciel jest ambitnym czeskim pisarzem, prowadzącym na kartach powieści przewrotną grę w literaturę i z literaturą. W tle pikantnej, niejednoznacznej historii romansowej autor szkicuje smakowite obrazki obyczajowe, wpisując się w bogatą literacką tradycję sarkastycznych obserwatorów czeskiej rzeczywistości.
6/10

niedziela, 11 października 2015

Bolesław Prus - Anielka

Tak mi przyszło do głowy, że nie należy uciekać od korzeni i raz na miesiąc TRZA przeczytać coś z literatury polskiej. No, szeroko rozumianej, aż do czasów nam współczesnych. Ale oczywiście gdy przyszło co do czego czyli do wyboru na październik, wątpliwości nie było - Prus! Jak ja lubię tego gościa! Pomyśleć, że szkolne lektury mi go nie obrzydziły... no ale w gruncie rzeczy dla mnie lektury szkolne nie były przymusem, wszystko czytałam chętnie :)

Z rodzinnego domu zabrałam, przeprowadzając się na swoje, 10-tomowe wydanie Prusa, z którego jednakże do tej pory korzystałam wybiórczo: albo Lalka albo Emancypantki. Mam nadzieję to nadrobić i nawet - uwaga! - przeczytać kiedyś Faraona, co do którego mam pewne obawy, bo mnie ten starożytno-egipski kostium nie pociąga. Ale zobaczymy.


No to sobie odświeżyłam Anielkę. I tak się cieszyłam z czytania. Ja mam gusta tradycyjne, drobnomieszczańskie, więc pozytywizm mi bardzo leży :) bardziej niż jakieś tam postmodernizmy :)
Plusem odczytywania lektur szkolnych w dojrzałym wieku jest to, że wreszcie zauważamy rozmaite smaczki, które młodemu człowiekowi na pewno uciekały. Można się nieźle obchichotać, czytając opisy zachowania chłopów. Tak, ja wiem, ta ciemnota nie przez nich zawiniona, ale kto by się nie uśmiał, wyczytawszy taki passus - gdy chłop zdumiony zobaczył swoje powykręcane odbicie we wklęsłej powierzchni tyłu karety:
- Nieczysty interes! - myślał karbowy przeczuwając nieszczęście.
Od razu wierzymy, że sam autor był człowiekiem "wesołym aż niekiedy do pustoty", jak go wspominano.
I dlatego dziwno mi czytać gdzieś tam w internecie, że lektura "Anielki" była mordęgą. I nie są to słowa ucznia zmuszonego do ślęczenia nad powieścią.

Początek:
Koniec:


Wyd. PIW Warszawa 1975, wyd. V, 192 strony
Seria: Bolesław Prus - Wybór pism w dziesięciu tomach ze wstępem Marii Dąbrowskiej, tom czwarty
Z własnej półki
Przeczytałam 10 października 2015 roku


W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film włoski E FUORI NEVICA! (Na dworze pada śnieg), reż. Vincenzo Salemme, 2014
Trailer:


Było sobie trzech braci. Jeden z nich już od 30 lat nie był w domu, śpiewając (kiepsko) na statkach. Jednak gdy zmarła matka, musiał udać się do Neapolu na odczytanie testamentu. Okazało się, że bracia odziedziczą rodzinny dom tylko wtedy, gdy zamieszkają razem...
5/10

2/ film czeski KOLA (Kolja), reż. Jan Svěrák, 1996
Kilka scen:


Czechy, ostatnie lata socjalizmu. Bohaterem jest wiolonczelistą: wyrzucony przed laty z filharmonii - zarabia na życie grą w domach pogrzebowych i kościołach. Przyciśnięty biedą decyduje się zawrzeć fikcyjne ( i płatne ) małżeństwo z Rosjanką. Rosjanka wyjeżdża na zachód, zostawia kilkuletniego syna.
10/10

3/ film nr 21 z listy TOP 250 portalu IMDB - OKNO NA PODWÓRZE (Rear Window), reż. Alfred Hitchcock, 1954
Trailer:


Kiedy fotograf L.B. 'Jeff' Jeffries (James Stewart) łamie nogę i zostaje przykuty do wózka inwalidzkiego, jego obsesją staje się obserwowanie życia prywatnego sąsiadów. Podejrzewając pewnego sprzedawcę o zamordowanie żony, Jeffries prosi swoją przyjaciółkę - bywającą w towarzystwie, elegancką kobietę (Grace Kelly) - aby pomogła mu ustalić rzeczywisty bieg wydarzeń. Wydarzeń, które doprowadzą do jednego z najbardziej emocjonujących zakończeń w historii filmu.
9/10

czwartek, 8 października 2015

Małgorzata i Michał Kuźmińscy - Klątwa Konstantyna

Ależ mnie wymęczyła ta książka. Drugiego by tak zmordował Ulisses :)
Oddawałam coś w Jordanówce i przy tej okazji wypatrzyłam toto. Jako że KRAKÓW, AGENCI, MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ już na okładce - to wzięłam. Ale z tego wszystkiego - wiadomo - pociągał mnie tylko Kraków. Lubię czytać kryminały, ale takie po bożemu - jest morderstwo i jest śledztwo, obojętnie, czy je prowadzi skacowany policjant czy stara panna Marple. Natomiast sensacja nęci mnie o wiele mniej, by nie powiedzieć wcale (mimo, że widnieje w połączonym tagu kryminał i sensacja). Jakoś się nigdy nie wczuwam, zaraz zresztą gubię się w akcji :)

No a po przeczytaniu info z okładki tym bardziej mnie odpychało:

Jednak zawzięłam się: w Krakowie to w Krakowie, trzeba przeczytać. Przez pierwsze 150 czy 200 stron ledwo przebrnęłam i dopiero dzisiaj, korzystając z wolnego dnia, zmordowałam już w szybszym tempie resztę.
No tak, jest tam Kraków... ale jaki! Sami autorzy piszą o nim: miasto pogromów, smrodu, sowieckich kazamatów i wszechobecnej biedy. Tak jawi się dawna stolica Polski latem 1945 roku. Na porządku dziennym (a zwłaszcza nocnym) są strzelaniny, lejący się wszędzie bimber, ojcowie handlujący córkami za kotarą w zapyziałych mordowniach. Na tym tle rozgrywa się sensacyjny wątek poszukiwań domniemanego Testamentu Konstantyna, na który poluje kilka wywiadów. Nie mogę nawet powiedzieć, że ani mnie on ziębi ani grzeje - bo nie, nie zostawia mnie obojętną, odrzuca mnie i tyle :) stanowczo do sensacji się nie nadaję, a jeszcze okraszonych miłością... błeeeeee.
Rozpaczą napawa mnie fakt, że - jak się okazuje - jest to rodzaj kontynuacji poprzedniej książki Kuźmińskich - "Sekret Kroke". Rozpaczą dlatego, że ja tę książkę kiedyś kupiłam - no i trzeba ją będzie przeczytać, żeby się pieniądze nie zmarnowały hi hi. Dobrze, że "Klątwa" była z biblioteki.

Wszystko mnie tu denerwuje! I maniera pisarska autorów i ich bogato rozsiane, jak to określili, "tropy" dla czytelników, w rodzaju tego z końca powieści, ze sceną na lotnisku i dosłownym cytatem z wiadomo-jakiego-filmu, denerwuje mnie Palestyna, Luizjana, żydowskie pieśni i konspiracja spod znaku koloratki, a już najbardziej mnie wkurza ten śmierdzący, ohydny Kraków, na który się NIE ZGADZAM, choćby Kuźmińscy rozmawiali na ten temat z setkami osób pamiętających tamte czasy, jak piszą w posłowiu.

Najgorsze jest to, że może powieść nie jest wcale taka zła (a na pewno wymagała dużego przygotowania topograficzno-historycznego). I w dodatku ma sensowną końcówkę - zaskakuje. Tyle że MNIE nie podoba. I co z tym zrobisz?


O autorach z okładki:

Początek:
Koniec:

Wyd. Świat Książki Warszawa 2011, 445 stron
Z biblioteki w Jordanówce
Przeczytałam 8 października 2015 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Najpierw zajrzałam do redakcji ALMA MATER po najnowszy numer miesięcznika. A tu się okazało, że nie miałam dwóch poprzednich... i czekał też bonus w postaci jubileuszowego wydawnictwa:
Ja nie wiem, na co jestem chora, ale mam autentycznego hopla na punkcie ulicy Kopernika i tamtejszych klinik. Z nadzieją jednakże, że nigdy tam nie trafię w charakterze pacjenta... właściwie to bywam często, na neurologii, w związku z moimi migrenami, ale w przychodni to co innego :)

Potem nadszedł słowniczek. Ten, co to zapłaciłam za niego stówkę, zamiast 170,- śpiewanych przez księgarnię. No to się podwójnie cieszę.
Porządna rzecz, 80 tys. haseł, 1118 stron, oj przyda się.
Szkoda tylko, że w drugą stronę nie ma na allegro, a ten w księgarni kosztuje... no sami już wiecie. Czy wypada mi tyle inwestować w hobby? Jak widać, jak się za coś zabieram to alla grande :)
Oto moja czeska półka koło łóżka:
A' propos hobby. Odkryłam, jak się uczyć z fiszek w tramwaju! Okazało się, że jedno z pudełeczek śniadaniowych idealnie pasuje :)

Następnie udałam się na odczyt w Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Krakowa. A tam już pod piecem siedziała (pamiętam, że w pierwszym roku mego uczęszczania na odczyty to było moje miejsce, właśnie pod piecem zawsze siadałam) Dziopa z Podgórza czyli Magda, czytelniczka tego tu pamiętniczka, która zrobiła porządki w swoich zbiorach i przytargała siatkę z książkami - dla mnie :)
Sama siatka też zresztą dla mnie!

Młodzieżówka i dzieciówka:

Czeska, ruska i francuska:

O tej pierwszej to chyba Moje zaczytanie kiedyś pisała:
A mnie kojarzy się ze spektaklem teatralnym z czasów młodości, ciekawam, czy to to samo.

Jeszcze Konwicki:

A te pójdą do Jordanówki na półeczkę, bo mi się dublują:

Spotkanie z Magdą miało zresztą ciąg dalszy w moich nabytkach, bowiem doniosła mi, że na stronie księgarni internetowej (obecnej również na allegro) Bonito jest w zapowiedziach dzieło Joanny Olczak-Ronikier Wtedy. O powojennym Krakowie. Natychmiast po powrocie do domu zajrzałam i zapisałam się na maila powiadamiającego, jak już zaczną sprzedawać (19 października) - z 25% rabatu. Wydał to Znak.
Ze strony Bonito:

Wiosną 1945 roku matka i babka Joanny Olczak Ronikier - bohaterki bestsellerowej i nagradzanej książki W ogrodzie pamięci - po latach wojennej tułaczki trafiają do Krakowa. Od tamtego czasu nie wyrzucają ani jednego zapisanego kawałka papieru. Listy, rachunki i notatniki towarzyszą pisarce przez całe życie. Są udręką i wyrzutem sumienia. Na początku XXI wieku niespodziewanie każą jej na nowo spojrzeć na czas tuż po wojnie.

Dla dziesięcioletniej Joasi tamten Kraków to tętniąca życiem wyspa: zapachy ze sklepiku z „towarami kolonialnymi”, najlepsze w życiu lody i spacery z Leopoldem Staffem. Dla jej bliskich to schronienie w słynnym później Domu Literatów przy Krupniczej, próba wskrzeszenia rodzinnego wydawnictwa i trud budowania życia od nowa. Pisarka w mistrzowski sposób pokazuje, jak wyglądał świat w tym wyjątkowym czasie, między jednym kataklizmem a drugim. Wtedy.

Joanna Olczak-Ronikier (ur. 1934) − pisarka i scenarzystka, laureatka Nagrody Literackiej Nike 2002 oraz współzałożycielka Piwnicy pod Baranami. Autorka m.in. W ogrodzie pamięci (2001), książki przetłumaczonej na wiele języków, którą w Polsce kupiło już ponad 50 tys. czytelników.


Ale ale. W ogrodzie pamięci czytałam jeno z biblioteki i właściwie to skandal nie mieć. Weszłam więc na allegro... i znalazłam za 7,99 zł!
Tak więc w październiku czekają mnie jeszcze co najmniej dwie książki.
A nie, przepraszam, trzy, bo w piątek mam odebrać Krakowskim szlakiem Leona Wyczółkowskiego.
Ja nie wiem, kupuję i kupuję i kupuję i ciągle mam zaległości, sakra!

I jeszcze napisałam list żebraczy do jednego autora o książkę, której nie ma na rynku... zobaczymy, czy się wzruszy i odpali :)



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film czeski DZIĘKI ZA KAŻDE NOWE RANO (Díky za každé nové ráno), reż. Milan Šteindler, 1993, z fenomenalną rolą Franciszka Pieczki
Na YT można znaleźć kilka fragmentów, oto jeden z nich:


Humorystyczna podróż po paradoksach komunistycznej Czechosłowacji wzbogacona rodzinnymi i obyczajowymi perypetiami młodej dziewczyny. Olga ma szalonego ojca poetę pochodzącego z Ukrainy, pragnienia prawdziwej miłości oraz cel, by zostać znaną pisarką. Marzenia to jedno, natomiast rzeczywistość nie zawsze bywa przychylna Oldze.
7/10

2/ ostatnie dwa odcinki rosyjskiego serialu FORMUŁA z 2004 roku, z epizodycznym udziałem Stanisława Liubszina
Z życia redakcji kilku czasopism, gdzie kłębią się emocje, zazdrość, miłość i nienawiść. A także rywalizacja o miejsce nowego szefa.

3/ nr 20 z listy TOP 250 portalu IMDB - PEWNEGO RAZU NA DZIKIM ZACHODZIE (C'era una volta il West), reż. Sergio Leone, 1968
Trailer:


Brett McBain szykuje wspaniałą ucztę ku czci mającej właśnie przyjechać, świeżo poślubionej żonie. Jednakże zdesperowani bandyci zabijają jego oraz trójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa. Jak się okazuje za tym wszystkim stoi niejaki Frank, jeden z bandziorów związanych z koleją, która zamierzała zbudować tutaj swój trakt. Pomocy wdowie Jill udziela tajemniczy człowiek zwany Harmonijką.
9/10

4/ film polski DESZCZOWY LIPIEC, reż. Leonard Buczkowski, 1957
Tak, właśnie wkroczyłam w 1957 rok, ale że zabierało mi zbyt wiele czasu wyszukiwanie dat premier i układanie listy według nich, oglądam alfabetycznie :)
Na YT film w całości:


Mąż zdradza żonę. Ta, przebywając na wczasach, chce mu odpłacić pięknym za nadobne. Nie ulega jednak zakochanemu w niej Andrzejowi, bo przekonuje się, że tylko męża darzy prawdziwym uczuciem. Kiedy wychodzi po niego na dworzec, dowiaduje się, że nie przyjechał on do niej, ani nawet do swojej kochanki, lecz do jeszcze innej kobiety...
Reżyserowi trudno się było zdecydować między filmem psychologicznym, obyczajowym a komedią, ale warto obejrzeć choćby dla Zakopanego w latach 50-tych. No i dla ślicznej Urszuli Modrzyńskiej!
6/10

niedziela, 4 października 2015

Alain Robbe-Grillet - Dom schadzek

Nowa powieść francuska. Przy czym nowa to ona była sześćdziesiąt lat temu, kiedy uznano, że wyczerpała się dawna formuła powieści i czas na eksperymenty. Jakie? Nie ma tu uporządkowanej fabuły i sensownego następstwa zdarzeń, a bohaterowie są jacyś niedookreśleni. Autor koncentruje się na sposobach odwzorowania rzeczywistości, a nie na niej samej. Głównymi przedstawicielami nouveau roman byli Michel Butor, Nathalie Sarraute, Alain Robbe-Grillet i Claude Simon. To ostatnie nazwisko nic mi nie mówi, Sarraute coś tam czytałam, a dwie powieści Butora kojarzę bardzo dobrze, bo towarzyszyły mej młodości, stojąc na jednej z półek koło wersalki, na której spałam.
Nawiasem mówiąc, strasznie się wściekałam o tę wersalkę, chciałam mieć nowoczesny tapczan :) ale mama się upierała przy wersalkach zarówno dla mnie, jak i dla brata, żeby było zapasowe spanie dla gości.
Tak więc i Przemiana i Odmiany czasu gdzieś tam są w domu rodzicielskim i właściwie chętnie bym do nich zajrzała...

Półki z NIKE pod parapetem:
Półki były robione przed wymianą okien i parapetów i teraz nie są dopasowane, ale nie jestem perfekcyjna pani domu i nie zmieniam ich już.

Ze skrzydełka:
Na drugim skrzydełku fragment posłowia:

I na to posłowie bardzo liczyłam w trakcie lektury - że mi wyjaśni, o co tu chodzi... ale się przeliczyłam. Ważyk jeszcze bardziej wszystko zagmatwał :)
Ja odebrałam powieść jako eksperymentalny sposób zrelacjonowania pewnych wydarzeń w Hongkongu, dziwny, bo nieustannie zmieniający i tworzący rozmaite wersje. Jest tytułowy dom schadzek, Niebieska Willa należąca do starej lady Awy, są jej "pupilki", jest mniej lub bardziej eleganckie towarzystwo z europejskiej kolonii schodzące się tam na przyjęcia, połączone z ekskluzywnymi spektaklami teatralnymi dla wybranych, jest historia sir Ralpha, wplątanego w uzależnienie od jednej z utrzymanek lady Awy, jest lichwiarz, w sprawie śmierci którego policja prowadzi śledztwo, są tajemnicze służące spacerujące z wielkim czarnym psem po alejach zarosłych figowcami...
Prawie zaraz przypomniał mi się dziwny świat Eschera:
Dziwny świat, w którym nic nie jest takie, jak się wydaje.
Ważyk natomiast przytacza wstęgę Möbiusa:

Uderzyło mnie na samym początku lektury, jak filmowe są przedstawiane przez narratora sceny. Takie zatrzymanie akcji albo zwolnienie tempa, zbliżenie, plan średni. Wracająca jak refren sylwetka służącej w obcisłej jedwabnej sukni prowadzącej na skórzanej plecionej smyczy wielkiego czarnego psa i zatrzymującej się przed wystawą eleganckiego magazynu mód, taki prawdziwy filmowy leitmotiv. Nic dziwnego, wszak Robbe-Grillet był też scenarzystą i reżyserem, to on był twórcą scenariusza Zeszłego roku w Marienbadzie, który co prawda dostał Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji, ale mocno podzielił krytykę.

Rozwiązania kryminalnej zagadki w Domu schadzek nie spodziewajcie się - ale jest czytable!
Chętnie przeczytałabym jeszcze Żaluzję i Gumy, cóż, kiedy nie posiadywam. A z biblioteki jakoś mnie nie nęci, no bo kiedy w końcu przeczytam swoje :)

Początek:
Koniec:

Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1967, 198 stron
Seria: NIKE
Tytuł oryginalny: La maison de rendez-vous
Przełożyła: Wiera Bieńkowska
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 3 kwietnia 1985 roku za 120 zł)
Przeczytałam 3 października 2015 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Odebrałam moją czeszczyznę z allegro.

Korzystając z soboty, rozmieściłam wszystko na półkach:
Oczywiście zaraz przy łóżku, żebym sobie mogła sięgnąć w każdej chwili. Jeszcze czekam na nadejście słownika.

Nieraz już widziałam te fiszki gdzieś na blogach, ale się nie interesowałam specjalnie, dopiero gdy mi w oko wpadły czeskie :) Zobaczymy, jak to zda egzamin, ale - jak mówią - wszystko co jest pomocne do nauki - jest pomocne :) Na razie bardzo mi się podoba.

Składa się z pudełka z 600 fiszkami, trzech przegródek i minipłytki CD.

Fiszki są ponumerowane, ale też oznaczone symbolem kategorii tematycznej. Bierzemy taką fiszkę, odczytujemy wyraz czeski i przykład jego użycia w zdaniu:
Odwracamy fiszkę i sprawdzamy, czy zgadliśmy znaczenie wyrazu:
Sprawdzamy wymowę na płytce. Staramy się zapamiętać. Przekładamy fiszkę za zakładkę DO NAUKI. I następna. I następna. Co dwa dni powtarzamy słówka z tej przegródki.
Gdy już na pewno pamiętamy, co one znaczą, przekładamy fiszkę za przegródkę UCZĘ SIĘ. Słówka z tej przegródki powtarzamy co cztery dni. Uczymy się zdań przykładowych i staramy się tworzyć własne.
Jak już je znamy na pamięć - przekładamy fiszki za przegródkę UMIEM. Ale to nie koniec! Codziennie losujemy stamtąd kilka fiszek i sprawdzamy, czy nadal pamiętamy :) Jeśli zapomnieliśmy, cofamy fiszkę do poprzedniej przegródki.
Cel - umieścić wszystkie 600 fiszek za przegródką UMIEM.

W międzyczasie urządzamy sobie gry i zabawy ludu polskiego z fiszkami. Na przykład bierzemy 10 fiszek ze słówkami, których się właśnie uczymy i układamy historyjkę, która zawrze wszystkie te słówka. Albo układamy węża literowego (następne słówko musi zaczynać się od ostatniej litery poprzedniego), utrwalając sobie przy tym pisownię.
Moc zabawy.
Na płytce jest ponoć jakiś program komputerowy jeszcze... ale bałam się ją włożyć do kompa, że niby jest taka mini i nie wiem, co się wydarzy :) może się dziś zdobędę na odwagę :)

Na forach językowych przeczytałam, że ludzie sobie sami tworzą własne fiszki, ba, nawet jest jakiś program do tego, ba, nawet są aplikacje na telefon (którego nie posiadam). Niektórzy dziurkują fiszki i nawlekają je na kółko od kluczy i nawet czekając na autobus na przystanku wyciągają zestaw i powtarzają słówka :)


W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film włoski OGNI MALEDETTO NATALE (W każde przeklęte Boże Narodzenie), reż.
Głupiutka komedia z gatunku popularnych we Włoszech tzw. cinepanettone czyli komedii wchodzących na ekrany przed świętami.
Na YT trailer:


5/10

2/ film polski ZIMOWY ZMIERZCH, reż. Stanisław Lenartowicz, 1956
Fragment:


Stary kolejarz staje wobec konfliktów, zrodzonych z nieoczekiwanego ożenku syna z obcą kobietą, nie zaś z kochającą go miejscową dziewczyną. Małe kresowe miasteczko. Z wojny wraca do domu syn starego zawiadowcy stacji, niespodziewanie przywożąc ze sobą żonę. Dramat kochającej go i czekającej na niego córki sąsiada, Celinki, oraz ojca, który w niej widział swą synową...
7/10

O nowatorstwie filmu opowiada prof. Tadeusz Lubelski:


3/ film japoński ZMIERZCH NAD TOKIO (Tokyo boshoku), reż. Yasujirô Ozu, 1957
Fragment:


Akiko Sugiyama jest młodą dziewczyną, która dopiero ukończyła studia. Jej związek z kolegą ze studiów kończy się niechcianą ciążą. Takako, aby uciec od nieszczęśliwego małżeństwa, przeprowadza się wraz ze swoją małą córeczką do domu ojca i siostry w Tokio. Niespodziewanie w życie sióstr wraca ich matka, którą od dawna uważały za zmarłą.
8/10

czwartek, 1 października 2015

Piotr Kraśko - Japonia

Ło matko i córko! Ale zaczęłam miesiąc!
A było to tak. Byłam na Rajskiej po Niziurskiego i podeszłam do działu 91, znaczy się krajoznawczego. Tak sobie naiwnie myślałam, że książki będą tam poustawiane alfabetycznie KRAJAMI i znajdę coś ciekawego o Japonii. Tymczasem owszem, jest alfabetycznie, ale AUTORAMI. A ja nie wiem, kogo mam szukać, tak coś chciałam poczytać... a tu rzucił mi się w oczy ten Kraśko, wiem, że to jakiś dziennikarz TV, ale nic więcej (TV szczęśliwie nie oglądam od wielu lat), no to niech będzie, spróbujemy.
Bodaj to wciurności! A może wciórności?
Takiego giewna to już dawno nie "czytałam". W cudzysłowiu, bo tekstu tam tyle, co kot napłakał. Ogólnie okazało się, że pan autor Kraśko popełnił cała serię nazwaną Świat według reportera, myślę, że z tydzień mu to zajęło. Wszystko. Bez ładu i składu zresztą.
W tomiku o Japonii skupił się głównie na tsunami (w dodatku część tekstu poświęcając Stanom Zjednoczonym), trochę na bożyszczu Japończyków Beckhamie i jeszcze skrobnął rozdzialik o sushi.

Co prawda na okładce obiecywał nieco więcej:

Ale kto by tam liczył na rzetelne odpowiedzi. Za to dowiadujemy się, o której chodzi spać reporter i co wcześniej może zjeść.
Ostrzegam: broń Was panie Boże przed kontaktem z produkcją pana Kraśko. A kysz!

Początek:
Koniec:


Wyd. G+J RBA Sp. z o.o. & Co. 2011, 93 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 1 października 2015