piątek, 24 maja 2013

Elio Vittorini - Sycylijska rozmowa


Najważniejsza książka włoskiego pisarza Elio Vittoriniego, uważanego za jednego z twórców neorealizmu.




Vittorini zastrzega się, że jego Sycylia jest płodem wyobraźni:

ale trudno uciec od porównań z wyobrażeniami tej magicznej wyspy. Realizm łączy się tu z liryzmem, historia z mitem, obiektywizm ze wspomnieniem. To opis podróży, jaką odbywa blisko 30-letni Silvestro, pogrążony w kryzysie egzystencjalnym. Warto tu zaznaczyć, że powieść powstała w 1938 roku i słychać w niej zgiełk bitewny hiszpańskiej wojny domowej. Silvestro nie był w domu rodzinnym od 15 lat, ogranicza się do wysłania matce co roku ósmego grudnia kartki imieninowej. Tymczasem nadchodzi list od ojca: zawiadamia on pięciu synów, że odszedł do innej kobiety i prosi Silvestra, by pojechał do matki. Tak bohater wyrusza w kilkudniową podróż z północnych Włoch do serca Sycylii, gdzie się urodził. To podróż oczyszczająca, podróż w głąb samego siebie, poszukiwanie własnej tożsamości, eksploracja własnej pamięci, odkrycie ludzkiej solidarności i początek nowego życia. Jadący na południe pociąg zatrzymuje się na kolejnych stacjach, wsiadają i wysiadają kolejni pasażerowie i wszystko tu staje się symbolem, znakiem. Ludzie dzielą się na poniżonych i poniżających, świat jest "obrażony", ludzkość zagubiona, a wyznacznikiem człowieczeństwa jest cierpienie. Jedna z kluczowych postaci to Wielki Lombardczyk, który twierdzi, że człowiek dojrzał do innych obowiązków, do nowego porządku - należy stworzyć nowe poczucie wspólnoty i nie poddawać się rozpaczy.
Ta powieść to pewien rytm oddający wewnętrzne napięcie, wewnętrzny niepokój, poprzez powtarzanie pewnych fraz czy słów... a przy tym tak prosta i tak łatwa w odbiorze i poddająca się tak wielu interpretacjom. Nie dziwię się, że Iwaszkiewicz był nią zafascynowany!

Początek powieści:

i jej koniec:




Wyd. PIW Warszawa 1984, wyd.I, 141 stron
Tytuł oryginalny: Conversazione in Sicilia
Tłumaczyła: Barbara Sieroszewska
Seria: Współczesna Proza Światowa czyli "czarna seria"
Z własnej półki (kupiona 12 sierpnia 1984 roku za 300 zł, a cena okładkowa wynosiła 130; wnioskuję z tego, że nabyliśmy ją na giełdzie na Grzegórzkach - to były czasy, gdy na książki się polowało, a gdy się nie upolowało, pozostawał tylko czarny rynek i przepłacanie...)
Przeczytałam 23 maja 2013


NAJNOWSZE NABYTKI

Przyszedł Grzesiuk z ostatniej rozdawajki u Marlowa z Galerii Kongo. Sękju :)

czwartek, 23 maja 2013

Władysław Krygowski - W moim Krakowie nad wczorajszą Wisłą


I kolejna miła krakowska lektura. Tom wspomnień sprzed stu lat
Autor, znany przede wszystkim jako popularyzator turystyki górskiej i taternictwa, wraca myślą do lat dzieciństwa spędzonych w kamienicy przy ul. Św. Marka, naprzeciw kościoła pod tym wezwaniem.



Ówczesny Kraków był oczywiście znacznie mniejszy od obecnego, praktycznie zamykał się w obrębie Plant. Młody Krygowski przyglądał się postaciom uczonych, profesorów zdążających do bliskiej Akademii Umiejętności; arystokratów zamieszkujących, głównie zimą, pałace w okolicy; przedstawicieli świata artystycznego czyli bohemy krakowskiej; kolegów ojca-prawnika; ale też jego codzienność stanowili pobliscy sklepikarze, szlifierz noży, druciarz, węglarz, praczka. Toteż wspomnienia jego są bardzo urozmaicone i mogą zadowolić zarówno poszukiwaczy faktów i anegdot na temat dawnych mieszkańców Krakowa, jak i ciekawych zwyczajów sprzed stulecia. Przyglądamy się, jak dawniej wychowywano dzieci, jak prowadzono gospodarstwo, jak wyglądało ówczesne szkolnictwo, jakim rozrywkom się oddawano, jaką wagę przywiązywano do mody i eleganckich strojów, jakie było czytelnictwo, które książki kupowano do domu, a które jedynie brano z wypożyczalni. Książka kipi od bogactwa szczegółów, jak choćby nazwisk właścicieli sklepów: niektóre znamy, inne zatarł czas. Swoją drogą, cóż nasze dzieci będą wspominać za lat pięćdziesiąt? Empik i Robana?



Wśród krakowskich oryginałów wspomina Krygowski choćby Edwarda Raczyńskiego, potomka założyciela Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, bogatego na tyle, że nic poza kolekcjonowaniem dzieł sztuki w życiu robić nie musiał. Był światowcem i smakoszem, a przepadał za pęcakiem z sosem grzybowym. Zdarzyło się, że pewnego razu pojechał na kolację do sąsiadów, a po powrocie do domu dowiedział się, że właśnie w domu był ów pęcak. Na wiadomość o tym rozpłakał się. Byłyż to zmartwienia, komentuje Krygowski.



Opowieść przepojona nutą nostalgii za światem, który odszedł w niebyt i za ludźmi, których też już nie ma...




Garść innych cracovianów z tej samej serii:



Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1980, 329 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie za 5 zł)
Przeczytałam 22 maja 2013

środa, 22 maja 2013

Aleksandra Marinina - Swietłyj lik smierti


Czyli Jasne oblicze śmierci.
Piętnasty tom z opisem śledztwa prowadzonego przez Nastię Kamieńską. Dwie dziewczyny wyjechały razem do Turcji, omamione perspektywą świetnych zarobków i zdobycia cennego doświadczenia jako manager hotelu. Na miejscu okazało się, że obiecanej pracy dla nich brak, za to mogą zajmować się masażem... Jedna szybko wykorzystała sytuację i już po miesiącu zebrała wystarczającą ilość gotówki, by móc wrócić do kraju. Druga chciała uczciwą drogą dojść do celu (no powiedzmy też, że nie umiała się zmusić do obcowania ze starymi, grubymi, obleśnymi Turkami) i została, by zarobić na bilet powrotny i prezenty dla rodziny - wszak nie można się przyznać do porażki - harówką po 12 godzin na dobę. Od czasu do czasu, kosztem obiadu, zdobywała się na telefon do ukochanego w Moskwie, ale ten nigdy nie odpowiadał. Nie odpowiedział też na list, który Luba dała Mile do przekazania mu. Gdy wreszcie nadszedł czas powrotu do Moskwy, okazało się, że Miła sprytnie zakręciła się koło narzeczonego koleżanki i... wyszła za niego za mąż. Luba jest zszokowana i życzy jej śmierci, wpada nawet w jakąś manię religijną, zamawia czary, byle tylko Miła zdechła. I tak się staje - któregoś dnia ciało Miły zostaje znalezione porzucone na wysypisku śmieci, jak pies. Luba powinna wreszcie poczuć się pomszczona, ale sama popełnia samobójstwo. Co się za tym wszystkim kryje, czy ktoś jej pomógł i jaki związek ma z tą sprawą dawna historia ze studenckich czasów byłego narzeczonego Luby?

Zanim major Kamieńska zrozumie, co się naprawdę stało, zginie jeszcze jedna ofiara. Przeszłość zbierze swoje żniwo, ale czy zostanie do końca rozszyfrowana? Nastia dalej nie ma życia prywatnego, zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, choć ma kryzys, kiedy stwierdza, że jej nienawidzi... Losza po dawnemu wspiera żonę, służy jej masażem i zawiązywaniem sznurowadeł, gdy dokucza jej kręgosłup, gotuje i zmywa oraz dostarcza inspiracji - no ideał, nie mąż :) O bracie i bratowej ani słówka, za to pojawia się ponownie śledcza z Petersburga-autorka kryminałów, która wyszła za mąż za kolegę Nastii (znamy? pamiętamy?. Za to ani słówka o barcie i bratowej.







Wyd. EKSMO Moskwa 2008, 349 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 20 maja 2013

wtorek, 21 maja 2013

Anatol Aleksin - Mój brat gra na klarnecie


Złożona niemocą sięgnęłam z kolei po coś lekkiego. Nie dosłownie, bo książkę wydrukowano na kredowym papierze i jest dość ciężka, ale za to świetnie leży w dłoni ze względu na swój wąski a wysoki format.
Anatol Aleksin był mi już znany z książki Bardzo straszna historia, zresztą jednej z najulubieńszych lektur mojej córki. Okazało się, że niedawny zakup czyli Mój brat gra na klarnecie to nie powieść, ale zbiór kilku opowiadań. Trudno się mówi i czyta się dalej :)

Tom otwiera Wielki kombinator (Необычайные похождения Севы Котлова) - już sam tytuł, mam nadzieję, znajomy P.T.Czytelnikom, a jeśli nie, to biegiem marsz czytać 12 krzeseł Ilfa i Pietrowa!
Siewa Kotłow takie właśnie przezwisko dostał od starszego brata, ale jako że książki dwóch satyryków nie czytał, przyjął je z całym dobrodziejstwem inwentarza, nawet nieco się nim szczycąc. Rzeczywiście Siewa nie umie przeżyć dnia, żeby czegoś nie wykombinować, do spółki ze swym nieodstępnym przyjacielem Witkiem. Tego akurat dnia postanowił wybrać się do kina na najnowszy film - zagraniczny, panoramiczny, człowiek ze szpadą i w czarnej masce czyli to, co może być najlepszego. Niestety w kasie już wywiesili przeklętą kartkę - film dozwolony od lat 16. Cóż jednak znaczy taka przeszkoda dla Siewy, który ma starszego brata Dimę (wzór cnót), szczęśliwego posiadacza legitymacji. Wystarczy tylko "pożyczyć" ów dokument z ósmego tomu Małej Encyklopedii (nie pytam ile tomów miała Wielka), założyć na nos mamine okulary (niestety Dima zrobił zdjęcie do legitymacji z tą wątpliwą ozdobą fizjonomii) i udać się z zaoszczędzoną na śniadaniu gotówką prosto do kina "Awangarda".


Taaaak, wszystko wydawałoby się takie proste. Któż jednak mógł przewidzieć, że od właściciela legitymacji, a więc dorosłego człowieka, żądać będą zapłacenia mandatu za przejście przez ulicę w niedozwolonym miejscu, że próba wyniesienia książki 12 krzeseł z biblioteki dla dorosłych po to tylko, żeby przeczytać najśmieszniejszy kawałek wiernemu przyjacielowi Witkowi, cierpliwie czekającemu w hallu, poskutkuje wpisaniem właściciela legitymacji czyli brata Dimy na czarną listę użytkowników biblioteki, że z kolei usiłowanie nabycia drugiego biletu na tę samą legitymację przyniesie uwięzienie tejże u kierownika kina i groźbę telefonu ze skargą do szkoły... okazuje się, że nie jest łatwo być dorosłym i ponosić odpowiedzialność za swoje czyny!


Tytułowy Mój brat gra na klarnecie to komiczna opowieść w formie pamiętnika Żeńki, która znalazła sobie następujący cel w życiu: zajmować się swoim starszym bratem, który jest studentem konserwatorium i gra na klarnecie. Lowa zostanie światowej sławy muzykiem, a Żeńka będzie się nim opiekować i usuwać mu wszelkie przeszkody sprzed nóg. Po prostu, jak to już nieraz w dziejach wybitnych twórców się zdarzało, poświęci mu całe swe życie. Nagrodą będzie dla niej uznanie dla siostry geniusza, toteż postanowiła pisać pamiętnik, który stanie się cennym źródłem informacji do późniejszych biografii wielkiego muzyka. Czy Lowa chce takiego poświęcenia i czy potrzebuje opieki siostry - to drugie pytanie...


Najdłuższe opowiadanie to Beniaminek (Поздний ребёнок). I tu przy lekturze miałam déjà vu: czytam i znam to przecież skądś. Zajrzałam do tej Bardzo strasznej historii, a tam jest - przetłumaczone dosłownie jako Późne dziecko. Dziwna zaiste polityka, wydawać dwa razy to samo opowiadanie, w różnych tłumaczeniach, podczas gdy twórczość Aleksina jest bardzo bogata i było z czego wybierać...
Jest to wzruszająca opowieść o pewnej rodzinie, gdzie wszyscy bardzo się kochają i dbają o siebie, a narrator jest tym późnym dzieckiem, wyczekanym przez 16 lat po pojawieniu się na świecie starszej siostry. Lonia jest beniaminkiem całej rodziny, ale i on stale myśli o zdrowiu rodziców, bo przecież są zaawansowani wiekowo. I oto któregoś dnia słyszy, że ojciec ma dwieście dwadzieścia na sto. Nie wie, co to oznacza, ale sąsiad-dentysta tłumaczy mu, że najważniejsze są pozytywne emocje i przeżycia. Lonia zaczyna więc operację DOSTARCZAMY OJCU POZYTYWNYCH PRZEŻYĆ...




A tutaj książka wspomnieniowa Aleksina Pierielistywaja gody.


Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1972, wyd.I, 238 stron
Tytuł oryginalny: Moj brat igrajet na klarnietie/ Мой брат играет на кларнете
Tłumaczyła: Joanna Prosińska-Giersz
Ilustrował: Waldemar Andrzejewski
Z własnej półki (kupione na allegro 8 listopada 2012 za 1 zł)
Przeczytałam 18 maja 2013

poniedziałek, 20 maja 2013

Jarosław Iwaszkiewicz - Książka o Sycylii


Z frontu czytelniczego kiepskie wieści, albowiem rozłożyłam się deczko w zeszłym tygodniu i to jak dziecko: śpię, budzę się, znowu zasypiam... zamiast wykorzystać ten czas na lekturę. Ale jakoś tak oczy same mi się zamykały. Dopiero w sobotę udało się skończyć Książkę o Sycylii, która mnie zachwyciła i porwała. Byłam przekonana, że kupił ją kiedyś mój Ojczasty - sporo w domu Iwaszkiewicza było - tymczasem okazuje się, że to ja jeszcze na studiach, zafascynowana wszelką włoszczyzną, swoje prywatne zbiory w ten tom zaopatrzyłam, po czym skazałam go na długie czekanie. Ale niektóre książki są jak wino z dobrego rocznika, warto było przeżyć w międzyczasie te trzydzieści lat, by móc teraz docenić piękny styl, szlachetność uczuć, a przede wszystkim ogrom wrażeń, jakie wybitni ludzie potrafią odnieść ze zwykłego zdawałoby się zwiedzania.

Nie takie ono zwykłe zresztą, jak dziś je pojmujemy: gdy wypadamy na majowy weekend na Sycylię i w ciągu kilku dni staramy się zobaczyć wszystko... czyli nic. Zaliczamy kolejne zabytki, martwiąc się tylko, by nie były pod słońce, by je można sfotografować; odfajkowujemy w przewodniku kolejne punkty napiętej trasy i pędzimy dalej, byle szybciej, byle więcej. O nie. Iwaszkiewicz podróżował inaczej. Inne to też były czasy, podróże były prawdziwsze - długie, spokojne, leniwe, wypełnione przede wszystkim spotkaniami z ludźmi, czy to byli inni turyści czy też miejscowi, w głębokim oderwaniu od codziennego życia, nie ponaglani przez sms-y i maile, zostawiające czas na spokojne przemyślenia, na zostawienie śladu tych przemyśleń na papierze... gdzie czas wydaje się nie istnieć albo jest zawieszony w jakiejś próżni.

Iwaszkiewicz jeździł na Sycylię wielokrotnie przed i po wojnie, a podróże te rozpoczęły się od cudownych opowieści jego wielkiego przyjaciela (i kuzyna) Karola Szymanowskiego o pomarańczowej wyspie, co później zaowocowało wspólnym dziełem - operą Król Roger, do której Iwaszkiewicz napisał libretto i o której tyle razy wspomina na kartach książki. Na Sycylii znajdował chwile intensywnych przeżyć, zarówno go zwiedzał ją po raz pierwszy, gdy wracał na nią z tym czy innym przyjacielem, czy gdy pokazywał ją swojej córce, patrząc na wyspę znów młodymi oczami. Toteż to właściwie nie tyle Książka o Sycylii co książka o Iwaszkiewiczu, jego odczuciach, jego wrażeniach, o tym, jak ta ukochana Sycylia przesiąka przez niego, jak przenika, jak filtruje, jak stwarza nowe byty jako źródło jego twórczości (oprócz kilku zacytowanych włoskich impresji-wierszy dowiadujemy się, że tu właśnie napisał Panny z Wilka, w tak odmiennym zdawałoby się środowisku).

I teraz ciekawa jestem, o ile inaczej będą wyglądały wspomnienia sycylijskie w interpretacji Eli i Andrzeja Banachów, po które też sięgnę... a jednocześnie straszną mam ochotę na kolejne podróże iwaszkiewiczowskie... Podróże do Włoch, a jeszcze bardziej chyba Podróże do Polski.





Między początkiem a końcem...
Błądzimy w mieście po ciasnych uliczkach i schodkach, pijemy jakąś kawę, oglądamy afisze zabaw porozklejane na murach starych kościołów. Tymczasem słońce zachodzi, dość prędko jak na wiosenne czasy, i robi się ciemnawo. Idziemy daleką i pustą uliczką, nie myśląc bynajmniej wracać ku hotelowi. I nagle z okien słychać muzykę: ktoś gra na fortepianie. Takie nagłe spotkanie z muzyką zawsze mnie rozczula, robi na mnie wrażenie, nawet kiedy ta muzyka jest byle jaka. Już same dźwięki, stłumione odległością, odzywające się w niezwykłym środowisku, pomagają odległym skojarzeniom, a zjawiając się, zawsze gotowe są rozmarzyć i poruszyć te warstwy duszy, które zdają się być od dawna uśpione. Przypominają się bardzo wczesne lata i rzeczy od dawna znane.
Dziewczyna za oknem gra walce Chopina. Przechodzimy na drugą stronę ulicy i widzimy ją nachyloną nad fortepianem, który zdaje się jest bardzo stary i sięga czasów autora tych walców, wygrywanych przez smukłą panienkę.
Zanim jeszcze ostatnie promienie słońca zagasną na wysokich domach Agrygentu, zwróconego twarzą ku Afryce, zanim jeszcze księżyc wzejdzie - na co czekamy niecierpliwie - zagubieni w nieładnych, samotnych uliczkach egzotycznego miasta, długo słuchamy Chopina. Panienka jak gdyby wiedziała, że gra dla kogoś, kto się tu zabłąkał i bardzo jest jej wdzięczny, gra bez przerwy wszystkie te miłe walce młodzieńcze, nie wydane za życia Chopina, pełne ukłonów i rytmów tanecznych. Cała melancholia zamyka się w tych walcach, tak smutnych, ze prawie pospolitych.
I czuję w tej chwili, uprzytamniam sobie zupełnie plastycznie - obcość świata klasycznego, świata antycznego. Świątynie, które stoją nad morzem, osamotnione i spokojne, czekające, jak co wieczora, na blask gwiazd czy księżyca, są dla mnie czymś zamkniętym i niedostępnym; ale ta muzyka, te tony świadczą dla mnie o czymś, co jest mi bliskie, drogie i moje. Jest to z innego świata.




Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1956, wyd.I, 208 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 1 lipca 1982 roku za 45 zł)
Przeczytałam 18 maja 2013

środa, 15 maja 2013

Georges Simenon - Un échec de Maigret


Czyli Porażka Maigreta. Albowiem tym razem komisarzowi od początku się nie wiodło, a sam przestępca dał nogę właściwie sprzed jego nosa.
Mój ulubiony paryski policjant właśnie biedził się nad przypadkiem pewnej starszej Angielki, która zniknęła z hotelu, gdzie ulokowano ją z resztą zorganizowanej wycieczki, gdy wezwał go szef, przekazując hiobową wieść: przyjdzie protegowany ministra. Maigret, jak każdy normalny człowiek, "uwielbia" takie przypadki, z którymi należy się cackać jak z jajkiem, żeby przypadkiem władzy nie urazić... co gorsza, tym protegowanym okazuje się stary znajomy: Ferdinand Fumal, z którym razem chodzili do szkoły jeszcze w Saint Fiacre, syn rzeźnika, sobek i tchórz. Maigret nie umie się zdobyć na okazanie mu sympatii, której nie czuje, od razu stawia kropkę nad i, odrzucając ofertę mówienia sobie, jak dawniej, na ty i przechodzi do rzeczy.

Fumal jest teraz bogaczem, co się patrzy, "królem wieprzowiny", rozbudował ojcowski interes do niebywałych rozmiarów, zaopatruje w mięso nie tylko Paryż, ale i inne departamenty - pozostał jednak tym samym grubym Fumalem, którego w szkole nazywano Boum-Boum: ogromnym, złośliwym mizoginem. Kupił sobie pałacyk i skupił w nim szereg osób od siebie zależnych: żonę, która praktycznie żyje oddzielnie na innym piętrze i zajmuje się tym, co jej pozostało czyli popijaniem w ukryciu, po utracie ojca, który powiesił się, gdy własny zięć doprowadził go do ruiny; sekretarkę, którą Fumal ciągle poniża, a która nie odchodzi, bo planuje wspólne życie z szoferem; lokaja-psa na łańcuchu, którego Fumal niegdyś wydobył z tarapatów i tym trzyma go w szachu; tajemniczego Monsieur Josepha, związanego z Fumalem ciemnymi interesami; i wreszcie resztę służby, w tym kucharkę, która nawet nie widzi swoich państwa ze swych kuchennych kazamatów...

Otoczony tym dworem, Fumal zajmuje się rozlicznymi interesami, w wolnych chwilach wpada do kochanki-utrzymanki, którą zainstalował w niedalekim pensjonacie, ale nade wszystko robi to, co lubi: dręczy ludzi, całkiem bezinteresownie, dla samej satysfakcji czerpanej z poniżania bliźniego i bezwzględności. Nie kocha nikogo i nikt go nie kocha. Właściwie wydaje się dziwne, że do tej pory nikt go nie sprzątnął, tej gnidy ludzkiej :) ale coś jest na rzeczy, albowiem stawił się u Maigreta właśnie w tej sprawie - od pewnego czasu dostaje listy z pogróżkami i teraz żąda ochrony. Komisarz, choć niechętnie, udaje się do pałacyku Fumala, żeby na miejscu zorientować się, jak sprawy wyglądają, a nawet zostawia jednego z policjantów na noc przed domem. Następne kroki ma podjąć, po uzgodnieniu z bogaczem, od jutra. Cóż, kiedy jutro zaczyna się ... odkryciem trupa Fumala, zabitego kulą z rewolweru. Maigret nie ma sobie nic do wyrzucenia, teoretycznie zrobił, co mógł, ale czy niechęć do eks-kolegi szkolnego nie spowodowała, że czegoś zaniedbał? I czy naprawdę CHCE wykryć sprawcę zbrodni? Czy nie wolałby, żeby mordercy się upiekło?





Maigret jest dodatkowo w złym humorze, bo pani Maigret cierpi na ból zębów, co przeszkadza mu spać w nocy. Uwierzycie? Ta kobieta-podnóżek proponuje, że pójdzie spać do pokoju służącej na poddaszu, który to pokój, nigdy nie wykorzystywany (wszak służącą jest Maigretowa), należy jednak do mieszkania. No ja pierdykam! Żeby tylko pan i władca mógł wypocząć!


Wyd. Presses de la Cité Paris 1967, 189 stron
Z własnej półki (kupiona w antykwariacie 8 kwietnia 1988 roku za 460 zł)
Przeczytałam 14 maja 2013



NAJNOWSZE NABYTKI
U krakowskiego sprzedawcy, a więc z odbiorem osobistym, nabyłam kolejnego Kawierina - Otwarta księga, 700 stron za 7 zł czyli po złotówce za każde sto czyli po groszu strona!

Zamyślona kobieta siedząca przy stole z mikroskopem - rozterki naukowca?

poniedziałek, 13 maja 2013

Konstanty Kurbatow - Wszystkiemu winien kozioł


Zabrałam się za tę książeczkę jeszcze gorącą - nie w sensie nowości wydawniczej, o nie, to rzecz sprzed czterdziestu lat, jak to u mnie zwykle :) ale za to ledwo do mnie dotarła z allegro. No bo sami przyznacie i tytuł niczego sobie (lepszy od oryginalnych Skrzydeł Timki) i format, tak świetnie leżący w dłoni (mam jeszcze dwie takie książeczki, oczywiście też radzieckie, i też je wkrótce przeczytam). No i miałam chęć oderwać się nieco myślą od ciężkich przeżyć z psychologicznej powieści Sveva (gdzie, nawiasem mówiąc, najbardziej przypadł mi do gustu opis agonii matki bohatera, tak bardzo prawdziwy i przez to wzruszający)...

Kurbatowa kupiłam, bo czytałam wcześniej Proroka z ósmej b - i obie te powieści są do siebie podobne w swym dydaktycznym przesłaniu, uwiarygodnionym jednak pełnokrwistymi postaciami bohaterów. Timka mieszka z rodzicami i siostrą-farmaceutką na wyspie, zajętej przez lotniczą jednostkę wojskową. Wszystko tam podporządkowane jest lotom, a sam Timka marzy o zbudowaniu ornitoptera: odradzające się marzenie Leonarda da Vinci, by człowiek mógł fruwać za pomocą ruchomych skrzydeł. Takie samo marzenie miał jeszcze przed wojną ojciec wujka Żory. Zostały po nim skomplikowane obliczenia, ktoś jednak zabrał część teoretyczną, gdy wynalazca został zestrzelony przez Niemców i zamęczony, umierając jak bohater, ale w otoczce hańby - bowiem hitlerowcy rozpowszechniali ulotki, w których ojciec wujka Żory zachęcał do przechodzenia na niemiecką stronę.
To rzeczywiście było straszniejsze niż Oświęcim. Umrzeć jak bohater ze świadomością, że swoi uważać cię będą za zdrajcę i tchórza! Dookoła szczekają hitlerowcy i nic nie można zrobić, jesteś bezsilny. Pokazują ci ulotkę z twoim zdjęciem, dowód, że i tak jesteś zdrajcą, więc możesz z całym spokojem wydawać swoich. Na przykład wystąpić w radio. A żebyś się szybciej na to zdecydował, wbijają ci parę drzazg za paznokcie.

O tym właśnie traktuje powieść, czym jest bohaterstwo, czym jest odwaga, a czym tchórzostwo.

Timka jest przekonany o własnym tchórzostwie i dopiero wujek Żora uczy go, że nie sztuką jest być odważnym, gdy się strachu nie odczuwa wcale. Ważne jest, by próbować pokonywać własny strach - zwłaszcza, gdy bohaterstwo może przynieść pożytek chociaż jednemu człowiekowi, tak jak czyn podporucznika Groma, który mógł się uratować podczas awarii samolotu, ale poświęcając własne życie wyprowadził go poza osiedle mieszkaniowe i rozbił się dopiero w wąwozie za nim. Ratując życie wielu ludzi kosztem własnego. Nie jest natomiast bohaterstwem brawurowa akcja lotnika Rusłana, absztyfikanta siostry Timki, który ratuje samolot ryzykując oprócz swojego życia również śmierć dwóch kolegów.

Zanim Timka się tego nauczy, przejdzie przez różne doświadczenia próbując pokonać własny strach: a to wyrywając zdrowy ząb u dentystki a to skacząc z dachu z przywiązanymi skrzydłami z aluminium - prosto na szefa sztabu, najgroźniejszą postać na całej wyspie. Przeżyje śmierć wujka Żory, rozczarowanie postacią Rusłana i zawód ze strony przyjaciela. Nauczy się też wybaczać cudzy brak odwagi.

Nie brak tu dobrej obserwacji obyczajowej i świetnie skreślonych charakterów. Widziałabym chętnie film nakręcony na podstawie tej powieści, ale choć kinematografia rosyjska charakteryzuje się bardzo głębokim czerpaniem z pokładów literatury, zdaje się, że Wszystkiemu winien kozioł nie został sfilmowany.





Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1974, wyd.I, 205 stron
Tytuł oryginalny: Timkiny krylja/ Тимкины крылья
Tłumaczyła: Joanna Prosińska-Giersz
Z własnej półki (kupione 10 maja 2013 za 1 zł na allegro)
Przeczytałam 12 maja 2013


NAJNOWSZE NABYTKI
Dotarła paczka z allegro, chciałam kupić Wakacje Krosza Rybakowa, a sprzedawca miał szereg innych "po linii zainteresowań".

Rybakow i Wszystkiemu winien kozioł po złotówce, Matczyne pole Ajtmatowa (we wtórnej bibliotecznej oprawie) za 3 zł (ucieszyłam się, bo tego nie znalazłam w bibliotece), Ilf i Pietrow - 5 zł (to satyryczne felietony).


Kawierin, czasem pisany Kawerin: wspomniani przez Alicję2010 Dwaj kapitanowie (mam film!) za 5 zł i Nieznany przyjaciel za 1 zł


Za dychę kupiłam gruby tom opowiadań jakiegoś satyryka o nazwisku Arkanow, wcześniej mi nieznanego.


I wreszcie 2 x NIKE po złotówce. Jabłecznik i Rosie to wspomnienia poety, spodobały mi się z tytułu :)

Zaś w niedzielne południe wybrałam się odebrać osobiście ten zakup:

Na wystawie okołopowstaniowej w Collegium Maius w jednym z podpisów była wspomniana ta książka jako opowieść o domach Moszyńskich, Pusłowskich i Rostworowskich, zapisałam do kapownika, a potem zajrzałam na allegro i była, nawet niejedna, więc wybrałam krakowskiego sprzedawcę, który prowadzi stoisko z książkami na niedzielnych Grzegórzkach - to coś w rodzaju naszego pchlego targu. Matko, jak się wymarzłam! Co za masakryczne zimno po tych upałach ostatnich! Wróciłam do domu i hyc prosto do łóżeczka, z gorącą herbatką. A w książce brakuje wkładki z tablicami genealogicznymi, się okazało :( trzeba będzie poszukać w jakiejś bibliotece i skserować...
Złotych osiem plus dwie godziny, żeby dojechać i wrócić.

niedziela, 12 maja 2013

Italo Svevo - Jedno życie


Żal mi, że książkę swego czasu zdobyłam bez obwoluty, bom ciekawa, jak ona mogła wyglądać i jak odnieść się do tematu. A jest nim życie człowieka nieprzystosowanego. Taki zresztą był oryginalny tytuł - Un inetto - zmieniony na sugestię wydawcy. Urzędnik bankowy Ettore Schmitz przybrał wiele mówiący pseudonim Italo Svevo, symbolizujący połączenie dwóch wpływów: włoskiego i niemieckiego (Svevo znaczy Szwab po włosku). Powieść została opublikowana w 1892 roku, ale bez żadnego praktycznie odzewu ze strony zarówno czytelników jak krytyki. Potem powstały kolejne, ale dopiero znajomość z Jamesem Joycem, zawarta w 1907 roku na kursie angielskiego w Berlitz School w Trieście, zaowocowała zachętą do kontynuowania twórczości i potem szerokim rozgłosem powieści Zeno Cosini. Jednak sława i uznanie przyszły zbyt późno, niewiele już zdążył Svevo napisać, zanim zmarł w wyniku obrażeń odniesionych podczas wypadku samochodowego w 1928 roku.

/zdjęcie z Wikipedii/

Powieść Jedno życie to drobiazgowa analiza postaci Alfonsa Nitti, podobnie jak autor urzędnika bankowego, wywodzącego się ze wsi, a po śmierci ojca wysłanego do miasta (którym jest oobecny we wszystkich powieściach Svevo rodzinny Triest) na posadę, uzyskaną oczywiście po znajomości. Nudną pracę bankową, polegającą na pisaniu długich i skomplikowanych listów do klientów, Alfonso urozmaica sobie pracą naukową. Jest wytrwałym samoukiem, dokształcającym się w dziedzinie literatury i filozofii - pragnie stworzyć wielkie dzieło filozoficzne i w tym celu wolne godziny spędza na lekturach i pierwszych próbach pisania w bibliotece i skromnym sublokatorskim pokoiku. Pracy swej nie znosi i najchętniej wróciłby do rodzinnego domu, do kochanej matki. Tymczasem jednak zostaje zaproszony do domu pryncypała, gdzie poznaje jego córkę Annettę. Alfonso chce olśnić zarówno Annettę jak i bywające u niej towarzystwo swoimi wiadomościami, erudycją, ale jak to często bywa, we właściwej chwili nie umie zdobyć się na błyskotliwe riposty i złote myśli, toteż wychodzi z domu bankiera Mallera z poczuciem poniesionej klęski. Jednak spotkanie w bibliotece i nieśmiało nawiązana przyjaźń z kuzynem Annetty, Macariem, owocuje powrotem do salonu Mallerów, gdzie tym razem, odpowiednio zarekomendowany przez Macaria, robi lepsze wrażenie na bogatej i zmanierowanej pannie: będą razem pisać powieść. Annetta chce po prostu stworzyć sobie modny salon literacki, sama nie mając absolutnie wyrobionego gustu. Jak się można spodziewać po długich godzinach spędzanych razem na skreślaniu i dopisywaniu fragmentów, młodzi ludzie wzajemnie się przyciągają, więcej w tym namiętności niż prawdziwej miłości, gdy jednak dochodzi do zbliżenia, Alfonso nie potrafi wykorzystać swej szansy, jaką dałby tak świetny mariaż - zamiast dopilnować sprawy na miejscu, wyjeżdża do matki, ucieka na wieś, pragnąc, aby wszystko rozegrało się poza nim - nie chce być uznany za arywistę, łowcę posagów.

Człowiek powinien mieć dwa życia: jedno dla siebie, drugie dla innych - dochodzi do wniosku w swych rozmyślaniach i nieustannych analizach postępowania własnego i cudzego. Alfonso Nitti nie umie przystosować się do życia nie z powodów społecznych, ale czysto własnych, wewnętrznych, nie tyle żyje, co analizuje swoje stany duszy, obserwuje się. Monolog wewnętrzny bohatera nieustannie podkreśla podziw dla cudzych umiejętności zwykłego, codziennego bytowania, które dla niego jest tak bolesne.
Jak to określił Macario:
Kto nie urodził się ze skrzydłami, nigdy mu one nie wyrosną. Kto nie przyniósł na świat daru, żeby w porę schwycić zdobycz, nigdy się tego nie nauczy i na próżno podpatruje, jak to robią inni, bo nie będzie umiał ich naśladować. Każdy umiera taki, jaki się rodzi, z rękami przeznaczonymi do chwytania zdobyczy albo z takimi, które nic nie umieją utrzymać.




Wyd. PIW Warszawa 1960, wyd.I, 423 strony
Tytuł oryginalny: Una vita
Tłumaczyła: Zofia Ernstowa
Z własnej półki (kiedy, za ile - ginie w mroku dziejów, najpewniej na początku lat 80-tych)
Przeczytałam 12 maja 2013



Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.11
Tzw. małe cracoviana Wydawnictwa Literackiego


Michał Rożek - Groby królewskie w Krakowie
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1977, wyd.I, 303 strony)


Michał Rożek - Uroczystości w barokowym Krakowie
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1976, wyd.I, 308 stron)


Alicja Piekiełko-Zemanek - Egzotyczny ogród na Wesołej
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1986, wyd.I, 195 stron)


Karolina Grodziska-Ozóg - Cmentarz Rakowicki w Krakowie
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1983, wyd.I, 456 stron)


Stanisław Gawęda - Uniwersytet Jagielloński w okresie II wojny światowej 1939-1945
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1986, wyd.II, 328 stron)


Henryk Barycz - Józef Ignacy Kraszewski czterokrotny kandydat do katedry uniwersyteckiej
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1979, wyd.I, 162 strony)


Irena Homola - Kraków za prezydentury Mikołaja Zyblikiewicza
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1976, wyd.I, 361 stron)


Barbara Stępniewska - Ogrody Krakowa
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1977, wyd.I, 265 stron)


Jan Adamczewski - Ech, mój Krakowie
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1980, wyd.I, 307 stron)


Władysław Krygowski - W moim Krakowie nad wczorajszą Wisłą
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1980, wyd.I, 329 stron)


Stanisław Broniewski - Spotkania z Krakowem
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1975, wyd.I, 190 stron)


Józef St. Jamroz - Mieszczańska kamienica krakowska
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1983, wyd.I, 218 stron)


Jan Adamczewski - Lenin na polskiej ziemi
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1975, wyd. I, 265 stron)


Ryszard Sławecki - Manewr, który ocalił Kraków
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1975, wyd.III, 390 stron)


Michał Rożek - Kopiec Kościuszki w Krakowie
(Wydawnictwo Literackie Kraków 198 wyd. I, 201 stron)


Mieczysław Tobiasz - Fortyfikacje dawnego Krakowa
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1973, wyd.I, 217 stron)


Władysław Bodnicki - Muzy na Krupniczej
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1982, wyd.I, 358 stron)


Kraków za Stanisława Augusta
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1979, wyd.I, 203 strony)


Andrzej Urbańczyk - Pomnik Grunwaldzki w Krakowie
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1974, wyd. I, 153 strony)


Tadeusz Pankiewicz - Apteka w getcie krakowskim
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1982, wyd.II, 310 stron)


Stefan Świszczowski - Miasto Kazimierz pod Krakowem
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1981, wyd.I, 339 stron)


Jan Adamczewski - S.O.S. dla Krakowa
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1977, wyd.I, 281 stron)
niestety mam egzemplarz bez obwoluty, w ramach rekompensaty daję zdjęcie ze spisem treści :)



Stefan Otwinowski - Notes krakowski
(Wydawnictwo Literackie Kraków 1975, wyd.I, 354 strony)