wtorek, 12 maja 2015

Antoni Czechow - Małżonka


Internet jest głupi. Usiłowałam znaleźć sobie jakiegoś ortopedę prywatnie, ale takiego, żeby był gdzieś po mojej drodze pracowo-domowej, przy czym szeroko pojętej - no ale tak, żeby się nie nachodzić. Jak mi już coś się pokazuje, to terminy w godzinach służbowych, jak po południu, to akurat w poniedziałek, kiedy pracuję do 20.00 - no nawet za własne pieniądze człek się nie da rady leczyć. A tymczasem stopa boli, kuleję jak jakiś patafian od 2 tygodni i coś nie chce samo przejść (na co oczywiście liczyłam). Ochroniarz nasz cały styczeń był na zwolnieniu z podobnej przyczyny, miał 'zmęczeniowe złamanie kości śródstopia' - czyli nie w wyniku jakiegoś urazu. Wygląda to dość podobnie, tyle że ja nie bardzo mogę sobie pozwolić na zwolnienie, kurka wodna. A tu chodzi - w charakterze leczenia - o nie forsowanie stopy po prostu. Z tego wszystkiego udało mi się - o cudzie - zarejestrować do lekarki w przychodni, zobaczymy, może jednak się będę leczyć za państwowe (czytaj - też moje, jak by nie liczyć, prawie 280 zł co miesiąc), no ale kiedy do jakiegoś ortopedy z NFZ się dostanę, to Bóg raczy wiedzieć.

Tak że z wielką przyjemnością przeczytam jakieś opowiadanko Czechowa, gdzie bohater/ka będzie chory/a. Poczuję się jak w domu. Tymczasem jednak trafiło na Małżonkę, gdzie tytułowa bohaterka, jeśli jest na coś chora, to na nudę małżeńską.
W ósmym tomie Dzieł.


Małżonka czyli supruga jest niezłe ladaco.
Nikołaj Jewgrafycz jest już mocno zmęczony jej kokieterią i ciągłymi zdradami. Oto wreszcie ma dowód: znalazł depeszę z Monte Carlo, podpisaną przez jakiegoś Michela, a zaadresowaną na nazwisko teściowej. Co prawda telegram napisany jest w języku angielskim, którego nasz bohater nie zna, ale od czego słownik w domu.
[Zawsze to mówię, że słowniki trzeba mieć!]
No i proszę, treść depeszy po żmudnym odszukaniu słówek już jest znana - nieznany Michel pije zdrowie ukochanej i całuje maleńką nóżkę. Nasz Nikołaj, który przez siedem lat pożycia małżeńskiego tak się przyzwyczaił do podejrzeń i orientowania się w poszlakach, że mógłby śmiało zmienić swój szanowany zawód lekarza na detektywa, szybko ustala, który to z młodzianów otaczających Olgę Dmitrijewną jest owym Michelem. przypomina sobie, jak małżonka od dłuższego czasu zawraca mu głowę o paszport zagraniczny. Dodaje dwa do dwóch i... czeka na powrót swej ślubnej do domu po nocnej hulance, by zaoferować jej wolność i wreszcie skończyć z tym nieznośnym życiem we troje. Ale ale.
Olga Dmitrijewna wcale nie chce rozwodu. Ona tylko chce kochanka :) Status mężatki bardzo jej odpowiada, a Michel jest młodszy od niej i pewnie prędko by się nią znudził...




Na YT (druga część filmu, od 14 minuty):



Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1959, str. 380-388
Tytuł oryginalny: Supruga /Супруга
Przełożyła: Maria Mongirdowa
Z własnej półki (nabyte przez Ojczastego 17 kwietnia 1959 roku za 16 zł - cena w subskrypcji, poza subskrypcją 26 zł)
Przeczytałam 7 maja 2015 roku



NAJNOWSZE NABYTKI
Moja córka jak zwykle stwierdziła, że w domu nie ma nic do czytania... biedaczka. Wstąpiłam więc do Taniej Jatki i nabyłam drogą kupna za całe 7,50 zł kryminał Mankella:
Rzuciłam jej na żer. Narzeka, że nudne - bo to nie Wallander już, tylko jego córka, była narkomanka, obecnie też policjantka. Sama pewnie też kiedyś przeczytam.



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film rosyjski - trzeci odcinek serialu CZECHOW I CO
TYm razem będą to opowiadania "Żenich i papieńka", "Nieostorożnost" i "Choroszij koniec".
Na YT:



2/ film polski POKOLENIE, reż. Andrzej Wajda, 1954
Na YT w całości:


"Pokolenie" jest opowieścią o grupie lewicujących młodych ludzi, zaangażowanych w konspiracyjną walkę z hitlerowskim okupantem. Główny bohater - Stach rozpoczyna pracę w stolarni Berga. Działa tam komórka AK. Stach wszakże zaprzyjaźnia się z robotnikiem, związanym z lewicową Gwardią Ludową. Sekuła wyjaśnia mu istotę wyzysku kapitalistycznego i mobilizuje do nauki. Na tajnych kompletach Stach poznaje Dorotę - aktywistkę ZWM. Pod wpływem dziewczyny postanawia wstąpić do organizacji. Składa przysięgę wojskową, stara się też pozyskać do organizacji kolegę, ale on odmawia. Wkrótce Stach zostaje niesłusznie oskarżony o kradzież drewna i pobity przez niemieckiego oficera. Kolega zmaltretowanego chłopaka wykonuje na Niemcu wyrok, czym narusza zasady konspiracji. Tymczasem wybucha powstanie w getcie. Bohaterowie otrzymują rozkaz przejęcia grupy Żydów. Jasio Krone, ścigany przez Niemców, nie znajduje wyjścia z klatki schodowej i ginie samobójczą śmiercią . . . Stach zostaje na noc u Doroty. Rankiem, kiedy wychodzi po chleb, gestapo aresztuje dziewczynę... Teraz on przejmuje jej zadanie - organizuje nową grupę chłopców.

3/ film czeski I ZNÓW SKACZĘ PRZEZ KAŁUŻE (Už zase skáču přes kaluže), reż. Karel Kachyňa, 1970
Całość:


Moravské městečko Tlumačov na přelomu století: Syn zaměstnance proslulého hřebčína sní o tom, že i on bude umět krotit ušlechtilé jezdecké koně. Ani po onemocnění obrnou není ochoten se své touhy vzdát. Působivá adaptace románu australského spisovatele Alana Marshala přenesla příběh do jiné doby a zcela jiného prostředí, ale zachovala jeho silné humanistické poslání.
Morawskie miasteczko Tlumačov na przełomie XIX i XX wieku: syn pracownika stadniny marzy, że i on będzie w stanie oswajać szlachetne rumaki. Nawet zachorowawszy na polio nie chce zrezygnować ze swoich aspiracji. Adaptacja powieści australijskiego pisarza Alana Marshalla przeniosła historię w inne czasu i inne środowisko, ale zachowała humanistyczne przesłanie.


4/ film japoński KOBIETA Z TOKIO (Tokyo no onna), reż. Yasujirô Ozu, 1933
Na YT z angielskimi napisami:


Ryoichi i Chikako są bratem i siostrą. Żyją razem. Chikako pracuje w ciągu dnia w biurze, w nocy zaś jako prostytutka. Wszystko to w celu sfinansowania studiów brata. Ryoichi nie wie o sekretnym życiu swej siostry, póki nie umawia jej na randkę z Harue, którego brat jest policjantem.

5/ z płyty EDISON - INVENTION OF THE MOVIES - filmy tej wytwórni z roku 1913, wśród nich ten:


6/ film francuski DZIEŃ ŚWIĄTECZNY (Jour de fête), reż. Jacques Tati, 1949
Fragment:


Bohaterem filmu jest François - gamoniowaty listonosz, na którego usługi mieszkańcy miasteczka narzekają od dłuższego czasu. Tymczasem w Sainte-Severe odbywa się jarmark. Znajomi François upijają go i prowadzą do namiotu, w którym wyświetlany jest film dokumentalny o pracy amerykańskich listonoszy - błyskawicznie działających i wyposażonych w zaawansowany technologicznie sprzęt. Małomiasteczkowy listonosz bierze film śmiertelnie poważnie. Nie posiada wprawdzie nowoczesnego sprzętu, ale mimo wszystko stara się naśladować amerykańskich kolegów...

sobota, 9 maja 2015

Antoni Czechow - Pisarz

Drugi odcinek serialu CZECHOW I CO wymagał zapoznania się z kolejnymi trzema opowiadaniami Czechowa. Pierwszym z nich był Pisarz.
Znalazłam go w trzecim tomie Dzieł, wśród opowiadań z 1885 roku.

Obowiązkowo półka z Czechowem, który powoli urasta do rangi Środka Pierwszej Pomocy, gdy nie wiadomo, co zrobić (czyli co czytać) - wystarczy wtedy sięgnąć po którykolwiek tom, otworzyć na chybił trafił i wio! Ma się gwarancję odkrycia kolejnej perełki.
Na wiadomych półkach z reprezentacyjną częścią zbiorów :)
Swoją drogą, jakżeż te półki rzeczywiście reprezentacyjne... nie, nie, chciałam powiedzieć reprezentatywne! Dla starszego już pokolenia (czas się oswoić z myślą o tej przynależności) natürlich. Dziś księgozbiory inaczej wyglądają i inne serie w nich królują. A więc książki jako signum temporis :)

A Pisarz? Pisarz właśnie zgłasza się do kupca Jerszakowa, handlującego herbatą, by przedstawić mu napisaną na zamówienie reklamę nowej dostawy chińskiego specjału. Staruszek jest mizerny, zaniedbany, w zrudziałym paltocie, widać, że popija. Pompatycznymi słowy wychwala firmę Jerszakowa i jej wyśmienity towar, mający tę cechę, że jednocześnie właśnie dopiero co, przed tygodniem, przybył prosto z Chin, a z drugiej strony już od trzech lat leży na składzie, dzięki czemu losy koniunktury nie podniosły jego ceny - ot, takie małe handlowe qui pro quo. Jerszakow z zadowoleniem akceptuje treść reklamy, zostaje ona przepisana na czysto i następuje niezręczny moment.
Obaj poczuli się nieswojo, jakby popełnili jakieś świństwo.
Dochodzi do rozmowy o wypłacie należności i Jerszakow ma dla pisarza propozycję nie do odrzucenia - może sobie wybrać towaru za pięć i pół rubla. Gotówką nie zwykł płacić ani stróżom ani chórzystom cerkiewnym - żeby nie popierać pijaństwa. Kupcowi bowiem nie jest obca europejska cywilizacja :) Że praca pisarza jest pracą umysłową i trudno ją porównywać z zajęciem stróża? Bzdura!
A przecież pisarz cierpiał!
Pisać i czuć, że się całą Rosję oszukuje! /.../ Ojczyznę oszukuję dla kawałka chleba!
Jerszakowowi nie pozostało nic innego, jak zaciągnąć się cygarem. W pokoju jeszcze bardziej zapachniało kulturą.

:)

No dobrze, to idę sobie zrobić herbaty, bo poczułam jej fizyczne pragnienie. Czy chińskiej? I z którego roku? Ile leżała na składzie? Kto pisał tekst na opakowaniu?


Na YT (pierwsza część filmu):

Część zatytułowana Pisatiel trwa około 10 minut. Wreszcie zobaczyłam, jak wyglądają słynne kalosze, które wyobrażałam sobie w kształcie podobnym do dzisiejszego, więc nie mogłam pojąć, jak to jest z tym zdejmowaniem kaloszy, zakładaniem ich na buty. Tymczasem na początku filmu widać, jak pisarz zostawia w sklepie te swoje kalosze, mające formę kapci z piętami :)


Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1957, str. 175-179
Tytuł oryginalny: Pisatiel /Писатель
Przełożyli: Janina i Jan Brzechwowie
Z własnej półki
Przeczytałam 7 maja 2015 roku


PS. Po raz kolejny mam przykład, jak internet nas szpieguje. Wchodzę na jakąś inną stronę, po opublikowaniu tego postu, a tam już reklama JAK PARZYĆ KAWĘ I HERBATĘ!

czwartek, 7 maja 2015

Tadeusz Breza - Uczta Baltazara

I znów lektura wywołana planem filmowym. Moje systematyczne, chronologiczne oglądanie polskiego kina skutkuje sięganiem po różne zapomniane książki i - muszę przyznać - bardzo mnie to cieszy. Bo jeśli nawet nie zawsze powieść mi się spodoba, to jednak cieszy nadrabianie zaległości i wypełnianie luk w oczytaniu :)

Tym razem pożyczyłam z biblioteki Ucztę Baltazara, powieść wydaną co prawda w małym formacie serii GŁOWY WAWELSKIE (polskiego odpowiednika serii NIKE), niemniej liczącą bitych sześćset stron, z którymi ledwie się uporałam :)


Król babiloński Baltazar sprosił tysiąc osób na wielką ucztę. Wino pito ze złotych i srebrnych naczyń liturgicznych, zabranych ze świątyni jerozolimskiej. Było to jawne ich zbeszczeszczenie, wszak naczynia te mogły być używane jedynie do wielbienia Boga. Wówczas ukazała się ręka, pisząca na ścianie słowa MANE TEKEL FARES. Żaden z mędrców babilońskich nie umiał przetłumaczyć napisu. Dopiero wezwany prorok Daniel ujawnił jego znaczenie: POLICZONO - ZWAŻONO - ROZDZIELONO, co zapowiadało kres panowaniu Baltazara. Jeszcze tej samej nocy Babilon upadł.

Taka jest treść starotestamentowej historii, przedstawionej na obrazie pędzla Veronese, należącym do rodziny fabrykantów Lewartów. Obraz w czasie wojny został zabezpieczony w metalowej puszce i ukryty - zamurowany - w piwnicy na terenie zakładów. Główny bohater powieści, Andrzej Uriaszewicz, wraca z zagranicy do kraju w towarzystwie swej ciotki, znanej tancerki Joanny. Ona myśli pracować nad stworzeniem polskiego baletu. On - chce jedynie wydobyć ze schowka obraz, wywieźć go za granicę i korzystnie sprzedać - prawowity właściciel Uczty Fanio Lewart obiecał mu 10 tys. dolarów od tej transakcji. Uriaszewicz, choć jeszcze młody, ale rozczarowany życiem po klęsce powstania warszawskiego i ruinie stolicy, zamierza osiąść w małym domku na południu Francji i tam wieść spokojny żywot.

Okazuje się jednak, że obraz zniknął ze skrytki. Uriaszewicz nie chce się łatwo poddać i rozpoczyna poszukiwania, które prowadzą go do wiejskiej szkoły na posadę nauczyciela przedmiotów ścisłych. Powoli oswaja się z niełatwą powojenną rzeczywistością i zaczyna doceniać kierunek, w którym dąży kraj. Tak, tak, to jak najbardziej powieść polityczna, aprobująca nową rzeczywistość, a dyskredytująca pogrobowców dawnego systemu: żołnierzy AK, przedstawianych jako złodziei i morderców, księży prowadzących podejrzaną aktywność i zamieszanych w tajemnicze sprawki, zagranicznych dyplomatów gotowych wspierać nielegalne akcje czy wreszcie, już z cieńszej rury, ciotki żyjące z dobroczynności Kościoła i innych instytucji, zamiast zabrać się do uczciwej pracy.

Naturalnie nie obyło się bez wątku miłosnego - Uriaszewicz zakochuje się w uczennicy swej ciotki i dzięki obopólnemu uczuciu młoda para decyduje się pozostać w kraju, by budować nowy świat. Nie zabrakło też wątku polskiego morza i jego powrotu do Macierzy - tam właśnie, w porcie w Oliksnie, podnoszonym z wojennych gruzów, następuje ostateczne ZWAŻENIE i ROZLICZENIE.

Powiem tak - rozczarował mnie Breza, do którego miałam od dzieciństwa dość nabożny stosunek. Mianowicie był w domu szereg jego utworów i z tego szeregu upodobałam sobie jeden, zatytułowany Adam Grywałd. Jest to powieść psychologiczna, do której zabierałam się kilkakrotnie, dziecięciem będąc i za każdym razem przerastała ona moje możliwości, tak więc nigdy jej nie skończyłam i do dziś nie wiem, o co tam chodziło :) ale zawsze sobie obiecywałam, że do niej wrócę. Przypominam też sobie, że zabrałam się kiedyś za Nelly, mając nadzieję, że to dalszy ciąg W pustyni i w puszczy :) rozpaczliwie szukałam czegoś dla dzieci w ojcowskiej bibliotece :)


Breza prezentował się w niej bogato i dziś, po Uczcie Baltazara, widzę dlaczego - był autorem hołubionym przez komunę, która wybaczyła mu jego sanacyjną dyplomatyczną przeszłość i wydawała w dużych nakładach, bo też i miała powody ku temu. Breza kadził władzy i lał wodę na jej młyn, nie da się ukryć!
Oczywiście cenię Urząd, który przeczytałam już "za dorosłości" i chciałabym jeszcze kiedyś sięgnąć też po Spiżową bramę. Może też wrócę do tego nieszczęsnego Adama Grywałda, kto wie? Może to właśnie z niego ostało się coś w omawianej powieści Brezy... bo jest tam jeden wątek coś wart, wątek tancerki Joanny, córki marnotrawnej, która niegdyś, przed wojną, uciekła z domu, przynosząc hańbę rodzinie i teraz chce pogodzić się z matką, jeśli już nie da się z siostrami, zapiekłymi w swej nienawiści starymi pannami, które winą za swój los obciążają właśnie Joannę. I może ten psychologiczny rys jest jedynym usprawiedliwieniem tej lektury?

Początek:
i koniec:

Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1968, wyd. V, 601 stron
Przeczytałam 7 maja 2015 roku

Na YT do obejrzenia film z 1954 roku nakręcony według powieści:

ale ograniczony jedynie do wątku przygodowo-sensacyjnego i dość nachalnie propagandowy.

wtorek, 5 maja 2015

Antoni Czechow - Święta naiwność

Śledzenie filmografii Stanisława Liubszina po raz kolejno przywiodło mnie ku półce z Dziełami Czechowa. Tak będzie przez najbliższe 10 tygodni, tyle bowiem odcinków liczy serial CZECHOW I CO, a w każdym odcinku po trzy zekranizowane opowiadania. Na czytanie wystarczy mi czasu, bo to wszak drobiazgi... gorzej z opisywaniem ich tutaj, jeśli znajdę wszystkie wypada 30 notek :) no, właściwie 29, bo już pierwszego opowiadania pod tytułem ZABYŁ (Zapomniałem) w swoich tomach nie stwierdziłam. A szkoda. Zagrane pierwszorzędnie, to wręcz niewiarygodne, ile dobry aktor może wycisnąć z czechowowskiego bohatera.

Dzisiejsze opowiadanie znalazłam w trzecim tomie:


O święta naiwności rodzicielska! Albo wierzysz we wszystko, co podaje ci do wierzenia twoje dziecię - albo w nic. Łże najwyraźniej ten synek, który po wielu latach przypomniał sobie o ojcu i zawitał do niego w gościnę. Opowiada jakieś niestworzone historie o tym, ile zarabia i jak te pieniądze, które łatwo przyszły, przepuszcza garściami. Ojczulek śmieje się do łez z takich facecji, ani na chwilę nie wierząc w ich prawdziwość. No bo jakże to, on przez 40 lat oszczędzał każdą kopiejkę i ma tu dla swojego Saszy uciułane półtora tysiąca rubli, a Sasza opowiada, że kupił dom za 60 tysięcy i jeszcze szybciej go przeputał w karty, na konie i na kobietki. Stary ociera łzy uciechy, spogląda z ukontentowaniem na syna, który tak go chce zabawić, dumnie zerka na kucharkę, jedynego świadka spotkania po latach, ale przede wszystkim dumny jest, że może z synem tak porozmawiać inteligentnie, uczenie, wszak obaj to "uniwersanci". Syn jednak szybko przerywa rozmowę, bo musi jeszcze przygotować się do jutrzejszej obrony w sądzie - jest adwokatem i zawitał do rodzinnego miasteczka wyłącznie służbowo. Staremu nie pozostaje nic innego, jak głaskać i przytulać futro syna wiszące w przedpokoju...



Dzieła w pełnej krasie:
wśród innych:



Na YT jako druga część pierwszego odcinka serialu CZECHOW I CO; od 13 minuty:




Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1957, str. 428-434
Tytuł oryginalny: Swiataja prostota /Святая простота
Przełożyła: Zofia Kaczorowska
Z własnej półki
Przeczytałam 1 maja 2015 roku



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film rosyjski - drugi odcinek serialu CZECHOW I CO
TYm razem będą to opowiadania "Pisatiel", "Supruga" i "W pansionie".
Na YT:


2/ film polski UCZTA BALTAZARA, reż. Jerzy Zarzycki, 1954
Na YT w całości:


Do Polski wraca po wojnie inżynier Andrzej Uriaszewicz, ale tylko po to, by przemycić za granicę obraz Veronese "Uczta Baltazara". Wraz ze swym dawnym znajomym, Hazą, stwierdzają jednak, że w skrytce obrazu nie ma . . . Z Andrzejem wróciła do kraju także jego kuzynka, Joanna, utalentowana tancerka. W jej uczennicy, Halinie, Andrzej się zakochuje . . . By ułatwić sobie dalsze poszukiwania obrazu, podejmuje on pracę jako nauczyciel...

3/ film czeski ŚMIESZNY PAN (Směšný pán), reż. Karel Kachyňa, 1969
Fragment:


I znów muszę się posiłkować czeską bazą fimową:
Významný, niterně zklidnělý film Karla Kachyni (natočený podle scénáře Jana Procházky) se sice odehrává v nemocnici, avšak vztahuje se k obecnějším problémům - pojednává o vůli člověka žít všemu navzdory, překonávat vážné zdravotní potíže. Hlavního hrdinu, skvěle ztvárněného Vladimírem Šmeralem, zlomily stalinistické represe, jichž se jako průkopník kybernetiky stal obětí, dokonce i dcera se jej kdysi zřekla. Přesto se vzepne k namáhavé činnosti, když dívku, kterou čas od času vídá z okna nemocničního pokoje, začne podezírat, že chce spáchat sebevraždu. Ačkoli mu nikdo nevěří, starý muž se na vlastní pěst a s doslovným nasazením vlastního života pokusí o její záchranu...
Bohater jest ofiarą stalinowskich represji, niegdyś wyrzekła się go własna córka. Leży w szpitalu i przez okno podgląda dziewczynę, która chce popełnić samobójstwo. Z narażeniem własnego życia postara się ją uratować.

4/ film japoński KOBIETA Z OBŁAWY (Hijosen no onna), reż. Yasujirô Ozu, 1933
Na YT z angielskimi napisami:


Tokiko prowadzi podwójne życie. Pracuje jako maszynistka w biurze, będąc z jednej strony kochanką byłego zawodowego boksera i równocześnie przywódcy gangu Jyoji. Nowy członek grupy Hiroshi wielbi Jyoji’ego i stara się pracować dla niego jak najlepiej, przez co zaniedbuje studia. Jego siostra Kazuko, błaga przywódcę by trzymał chłopaka z daleka od ciemnych interesów prowadzonych przez gang. Jyoji jest pod urokiem dziewczyny, lecz wkrótce wraca do Tokiko. Oboje postanawiają sobie wyjawić prawdę, jednak dopiero po wykonaniu ostatniego zlecenia, które ma pomóc Hiroshiemu i Kazuko.

5/ z płyty EDISON - INVENTION OF THE MOVIES - filmy tej wytwórni z roku 1912, wśród nich ten:


6/ film włoski PANIE I PANOWIE (Signore & signori), reż. Pietro Germi, 1965
Fragment:


Po sukcesach "Rozwodu po włosku" oraz "Uwiedzionej i porzuconej" Germi postanowił zrealizować satyrę filmową obnażającą obyczaje i mentalność włoskiej prowincji. Film jest trzynowelową opowieścią o ludzkich przywarach i słabościach charakterów, a na cel swoich ataków reżyser upatrzył sobie włoską burżuazję – klasę średnią. Mówiąc o genezie swojego filmu reżyser stwierdzał: "Film przedstawia w formie tragikomicznej, farsowej i satyrycznej pewien układ stosunków, który zasadza się na hipokryzji. Wenecka prowincja obfituje w hipokrytów. W tym stwierdzeniu nie ma nic z oskarżenia, bowiem hipokryzja jest pewną formą współżycia, niejako cementem społecznym, koniecznym przy współżyciu obywateli. Gdyby ludzie mówili zawsze prawdę, dawno byśmy się nawzajem pozabijali. Prowincja wenecka jest regionem o bardzo rozwiniętych tradycjach życia społecznego (...) To społeczeństwo respektuje w najwyższym stopniu formy, gdyż formy są niezbędne prze współżyciu. Takie są właśnie motywy, które skłoniły mnie do zainteresowania się tą właśnie prowincją".

7/ francuski film krótkometrażowy z 1956 roku CZERWONY BALONIK (Le ballon rouge), reż. Albert Lamorisse
Na YT w całości:


Pewnego dnia, w drodze do szkoły, Pascal natyka się na czerwony balonik. Pomiędzy chłopcem, a czerwonym przedmiotem, tworzy się silna więź oparta na sympatii, zaufaniu, opiece. Spędzają ze sobą kilka dni, pełnych uroczych, zabawnych i refleksyjnych przygód.
Oscar i Złota Palma w Cannes!


sobota, 2 maja 2015

Antoni Czechow - Gość

Śledzenie filmografii Stanisława Liubszina po raz kolejno przywiodło mnie ku półce z Dziełami Czechowa. Tak będzie przez najbliższe 10 tygodni, tyle bowiem odcinków liczy serial CZECHOW I CO, a w każdym odcinku po trzy zekranizowane opowiadania. Na czytanie wystarczy mi czasu, bo to wszak drobiazgi... gorzej z opisywaniem ich tutaj, jeśli znajdę wszystkie wypada 30 notek :) no, właściwie 29, bo już pierwszego opowiadania pod tytułem ZABYŁ (Zapomniałem) w swoich tomach nie stwierdziłam. A szkoda. Zagrane pierwszorzędnie, to wręcz niewiarygodne, ile dobry aktor może wycisnąć z czechowowskiego bohatera.

Dzisiejsze (i jutrzejsze, jak Bóg da i lenistwo pozwoli) opowiadanie znalazłam w trzecim tomie:



Fajnie jest na daczy. Można tu prowadzić regularny tryb życia, na który trudno sobie pozwolić w mieście: wstawać o dziewiątej, jeść obiad o trzeciej, kolację o dziesiątej, a o dwunastej kłaść się spać.
W teorii. Co bowiem zrobić, gdy na kolację przylezie sąsiad, samotny a gadatliwy i nijak nie udaje się go pozbyć? Nieszczęsny gospodarz próbuje wszelkich sposobów, najpierw delikatnych, ledwie ledwie aluzyjnych, potem bardziej ordynarnych, opowiada, że zaraził się dyfterytem, że zawsze ma migrenę, jak nie pójdzie wcześnie spać, że grozi mu atak nerwowy, niebezpieczny dla otoczenia... Posuwa się nawet do tego, że zaczyna mu czytać z rękopisu powieść, popełnioną w młodości. Nic jednak nie wystrasza dymisjonowanego pułkownika Pieriegarina, powieści słucha i chwali, zarazy się nie boi i na wszystko znajduje odpowiednią opowiastkę ze swego długiego życia, którą snuje z odpowiednim namaszczeniem. Wybiła pierwsza godzina, minęła druga, gospodarz jest w prawdziwej rozpaczy, gdy wreszcie wpada na pomysł...

No? Jak dumacie, co wymyślił wreszcie skutecznego, by przepłoszyć sąsiada?
Okazuje się, że najprostsze rozwiązania są najlepsze :)
Cudownie podpatrzony obrazek z życia.



Obowiązkowo zdjęcie całości Dzieł:
wśród innych klasyków:



Na YT jako trzecia część pierwszego odcinka serialu CZECHOW I CO; od 31 minuty:




Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1957, str. 328-333
Tytuł oryginalny: Gost
Przełożyła: Zofia Kaczorowska
Z własnej półki (na okładce Ojczasty zanotował ołówkiem, że kupił ten tom 21 marca 1957 roku - jeszcze mu się wówczas nie śniło, że będzie miał córkę, która mu większość księgozbioru podbierze)
Przeczytałam 1 maja 2015 roku

czwartek, 30 kwietnia 2015

Tadeusz Sobolewski - Za duży blask

Myślałam, że tylko przeglądnę, a tymczasem wciągnęło...

Na okładce - kadr z filmu Edi.

Przywlokłam toto z biblioteki na Rajskiej, razem z wiekopomną pozycją na temat twórców kina radzieckiego:
Wzięłam z półki, bo pomyślałam sobie - wieki już nic o kinie nie czytałam (poza Teoplitzem i Historią filmu polskiego). A kiedyś... kiedyś, w studenckich czasach, jak napadłam na DKF w Rotundzie, tak prawie z niego nie wychodziłam - jeszcze zachowałam parę miesięcznych karnetów z tamtego okresu, szkoda, że nie wpadłam na to wcześniej, nie odszukałam, nie zeskanowałam i tu nie zamieszczam, ku pamięci. To przez to, że nie cyzeluję notek, nie przemyśliwuję, tylko nawijam, co mi do tego głupiego łba przyjdzie, na bieżąco :)
W tych to uniwersyteckich czasach więc - interesowałam się bardzo-bardzo, zaniedbywałam swe macierzyste studia medytując wręcz nad filmoznawstwem jako drugim kierunkiem, popołudnia i wieczory, na tyle na ile to nie kolidowało z zajęciami, spędzałam w kinie (ach, niezapomniana "Młoda Gwardia" koło dworca PKP, z jej specyficzną publiką), powolutku gromadziłam księgozbiór filmowy, no bo o gromadzeniu filmów wówczas nie było mowy, co bogatsi byli posiadaczami video i to wszystko (był to wtedy jakiś wyznacznik statusu majątkowego, wyobraźcie sobie), filmy można było gromadzić jedynie w głowie. A jak ktoś ma taką dziurawą głowę jak moja, to musi je co i rusz oglądać na nowo, tyle że dziś ze znalezieniem ich jest już o wiele łatwiej. A i własne domowe kino można sobie urządzić, o czym wiedzą moi Wierni Czytelnicy... to już trzy bite miesiące, jak się nim rozkoszuję :)

I znów, jak z książkami, jest l'embarras du choix, wszystkich nazbieranych nie zdołam obejrzeć, co tu wybrać pierwsze, co drugie, a co zostawić na za dziesięć lat... sześć i pół tysiąca filmów czeka i nie jest przecież tak, że część kiedyś widziałam, to już je mogę odhaczyć... chce się do nich przecież wracać :)
Moje wybory chadzają różnymi drogami, czasem jest to przypadek, czasem czyjaś sugestia, czasem ocena film obejrzanego przez któregoś ze "znajomych" na Filmwebie...
A czasem - jak w tym przypadku - lektura esejów czy recenzji poświęconych kinu.
Tadeusza Sobolewskiego znam od lat, choć jednostronnie :) jeszcze w liceum namiętnie wertowałam tygodnik FILM, potem był poważniejszy miesięcznik KINO, aczkolwiek w czasie, gdy autor był tam naczelnym, ja niańczyłam dziecko i na parę lat wypadłam z kursu.

Fajnie było znów wpaść w ten specyficzny język, w te intelektualne gry skojarzeń (widać rękę polonisty), do jakich sama nie jestem zdolna, uświadomić sobie pewne rzeczy, których się oglądając film nie dostrzegło, zatęsknić za młodością w kinie spędzaną... I nabrać ochoty na wiele filmów, o których się jedynie kiedyś słyszało, ale nie złożyło się na tyle, by je obejrzeć... Czasem podzielać opinie autora, czasem się z nimi nie zgadzać, czasem myśleć, że TO na pewno jest dla mnie za trudne, zbyt przeintelektualizowane, a czasem nie opędzić się od myśli, że TO na pewno mi się spodoba, jak z filmami perskiego reżysera Abbasa Kiarostamiego, którego cztery dzieła postanowiłam natychmiast obejrzeć :)

Fajnie było, panie Sobolewski! Napisał Pan coś jeszcze?

Najpierw wstęp:

Początek:
i koniec:


Wyd. ZNAK Kraków 2004, 275 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 28 kwietnia 2015 roku

wtorek, 28 kwietnia 2015

Daria Doncowa - Keks w bolszom gorodie

Ustaliłam, jaki tytuł Doncowej czytam w tym miesiącu... i szukaj wiatru w polu. Porozłaziły mi się te 'ironiczne kryminały' po całym domu... a, jak Bóg da, będzie jeszcze lepiej (gorzej), bo zorientowałam się, że autorka wydała już około dziesięciu tomików kolejnej serii, szóstej z kolei, i zaraz napisałam maila do Nadwornego Dostawcy czyli pana Wiktora, z żądaniem przysłania tychże plus brakujących innych :)

Tymczasem żeby się dokopać do Keksa w bolszom gorodie należało najpierw zlokalizować półkę dwurzędową na "nowym" regale:
A następnie wyjąć pierwszy rząd i wówczas ukazało się kilka tomików:
Tak że - sprytnie, acz niezamierzenie ukryte - w całości regału raczej nikną:

Zastanowiło mnie, że z jednej strony czytam te Doncowe i opowiadam o tym, z drugiej trochę się tego wstydzę (zwłaszcza ich okładek w tramwaju). Że to taka lektura dla kucharek, a może nawet dla podkuchennych :) Myślę, że gdybym była Rosjanką, to bym ich nie czytała i w ogóle z obrzydzeniem patrzyła na nie na ulicznych straganach. Do tych myśli natchnął mnie nakład wyczytany w stopce - 400 tys. egzemplarzy! Najpierw zadałam sobie pytanie, ile też osób w tym samym momencie co ja czyta tę samą książkę... a potem pomyślałam - a cóż to za osoby, co to za target jest, z kim mam łączność duchową w tej chwili :)
Więc - co MNIE rajcuje w tych kryminałkach? Głównie - język. Współczesny, żywy język rosyjski, z którym udaje mi się mieć stały kontakt jedynie w ten sposób. Pewnie, że mogłabym poszukać na allegro Dostojewskiego czy nawet Tołstoja w oryginale, ale czy dałabym radę? Czy nie usnęłabym nad tą lekturą? Co prawda przeczytałam już - i to dwukrotnie - Mistrza i Małgorzatę, ale tu się nakłada moje uwielbienie dla powieści Bułhakowa. Uwielbienie, któremu nigdy nie dorówna podziw dla rosyjskich klasyków.
A po drugie - szczegóły życia Rosjan, zarówno tych dzisiejszych (choć w przypadku Doncowej oczywiście ograniczonych do mieszkańców Moskwy i okolic) jak i tych z czasów Związku Radzieckiego, bo autorka często sięga wspomnieniami bohaterów do tamtych czasów. Powiedzmy więc, że rys obyczajowy i socjologiczny :)

W ten chytry sposób udało mi się usprawiedliwić comiesięczne serwowanie Wam kotletów à la Doncowa. W dzisiejszym przypadku jest to kotlet odgrzewany, albowiem od początku towarzyszyło mi poczucie, że skądś to znam, zarówno tytuł jak i fabułę.

No oczywiście! Czytałam! Na samym początku mej przygody z Rosją i rosyjskim! Była to jedna z pierwszych książek, pożyczonych w Dziale Obcojęzycznym biblioteki na Rajskiej, w czasach, gdy nie miałam pojęcia jeszcze o czymś takim jak serie, różne bohaterki i po prostu wzięłam, co stało na półce, na chybił trafił i mozoliłam się potem ciężko nad bukwami :) Nie przypuszczając, że kiedyś tam, w nie tak odległej przyszłości, będę czytać Doncową systematycznie całymi seriami. I tak oto przyszło mi powtórzyć lekturę, ale co, co mnie czytają od dawna, doskonale wiedzą, że szybciutko wszystko zapominam, jestem więc - dla kryminałów - czytelnikiem doskonałym, bo wielokrotnym :)

Tak więc - na razie dopiero po raz drugi - przeczytałam Keks w wielkim mieście (tytuł jak zwykle od czapy), jako czternasty odcinek cyklu o przygodach Wioli Tarakanowej.
Mój osobisty przyjaciel czyli (nieukończony) katalog księgozbioru podpowiada, że Doncowych mam w sumie - stan na dziś, przed ewentualną dosyłką pana Wiktora - dziewięćdziesiąt osiem. A jeszcze Marininy, jeszcze różne Ustinowy, Kulikowy, Abdułłajewy, Kalininy... oj, wystarczy mi do końca :)

A teraz z kronikarskiego obowiązku: Wiłka znów jest sama w domu, ma wkrótce dostarczyć rękopis nowego kryminału, a tu jak na złość nic nie przychodzi do głowy, za to pada propozycja nakręcenia serialu TV według jej poprzedniej książki i nawet Leninid dostaje tam jedną z głównych ról. Tymczasem do auta Wiłki, zaparkowanego koło metra, wsiada drobna dziewczynka i błaga, by szybko odjechać, bo uciekła od pedofila. Naiwna Wiłka wierzy jej oczywiście i zabiera Olę do domu. Potem jest świadkiem nagłej śmierci pewnego małżeństwa i w poszukiwaniu prawdy wędruje do klasztoru, słynnego z... ze zmartwychwstań! Oczywiście to, jak wszystko przebiegało w istocie, wyjaśni dopiero Oleg, wróciwszy z delegacji. Czyli wszystko tak kak wsiegda :)

Zerknęłam do pierwszego mojego tutaj wpisu i znalazłam tam listę lektur z poprzednich lat, okazuje się, że Keks czytałam w 2009 roku, a pierwszą moją rosyjską lekturą było Hobby gadkogo utionka w 2008. A więc to już siedem lat będzie na jesieni!


Początek:
i koniec:


Wyd. EKSMO Moskwa 2006, 380 stron
Tytuł oryginalny: Кекс в большом городе
Z własnej półki (kupione 3 lipca 2014 roku za 8,50 od zacnego pana Wiktora w ramach uzupełniania luk w zbiorach)
Przeczytałam 26 kwietnia 2015 roku



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ zaczynam serial rosyjski CZECHOW I CO, 1998
Pierwotnie myślałam, że to taki długi, 10-odcinkowy, serial o samym Czechowie :) a tu okazuje się, że jest to ekranizacja jego 30 opowiadań, po 3 w każdym odcinku, zrealizowana w 1998 roku w stulecie teatru MCHAT im. Czechowa
Pierwszy odcinek zawiera nowele "Zabył", "Swiataja prostota" i "Gost". Obszukałam się po Dziełach Czechowa, a mimo to pierwszej nowelki nie znalazłam, przeczytam więc drugą i trzecią, a potem obejrzę film. No chyba, że tytuł polski tej pierwszej znacznie odbiega od oryginalnego (Zapomniałem)?
Na YT w całości:



2/ film polski POD GWIAZDĄ FRYGIJSKĄ, reż. Jerzy Kawalerowicz, 1954
W całości:


Dalszy ciąg CELULOZY. Na akcję składa się kilka epizodów walk komunistów z reżimem sanacyjnym, m. in. uruchomienie tajnej drukarni, zdemaskowanie prowokatora (którego samowolnie zabija Szczęsny) i wreszcie wielkie manifestacje uliczne zakończone starciem strajkujących robotników z atakującą brygady policją. Drugi równoległy wątek stanowią dzieje miłości Szczęsnego i działaczki partyjnej Madzi. Szczęsny, któremu grozi aresztowanie, wyjeżdża do Hiszpanii, by wziąć udział w wojnie domowej.


3/ film czeski DZIKA ELŻBIETA (Vánoce s Alžbětou), reż. Karel Kachyňa, 1968
Na YT fragment:


Znów muszę się posiłkować opisem z czeskiej bazy filmów:
Alzbětu Tomajdesovou (21) propustili na podmínku z nápravného zařízení. Ihned nastoupila do zaměstnání jako závoznice. Padesátiletý řidič, s nímř rozváží potravinářské zboží po venkovských prodejnách, dlouho hledá k uzavřené dívce osobnější vztah... Snímek vznikl jako náhrada za odložený společensky ožehavější projekt a nepatří ve filmografii režiséra Karla Kachyni k těm zásadním dílům.
Usiłuję to zrozumieć i wychodzi mi, że tytułowa Elżbieta została warunkowo zwolniona z zakładu karnego czy jakiegoś poprawczaka i pracuje jako pomocnik kierowcy, rozwożącego artykuły spożywcze do wiejskich sklepów. Tenże 50-letni szofer długo próbuje nawiązać z dziewczyną osobiste relacje.

4/ film japoński GDZIE SIĘ PODZIAŁY MARZENIA MŁODOŚCI (Seishun no yume imaizuko), reż. Yasujirô Ozu, 1932
Na YT w całości:


Przyjaźń czterech chłopców z bractwa studenckiego zostaje wystawiona na próbę, po tym jak jeden z nich, Horino (Ureo Egawa), odziedzicza rodzinny interes. Pozostała trójka ma trudności ze znalezieniem pracy, więc chłopak pomaga im oszukiwać na teście rekrutacyjnym. Sam przestaje zabiegać o względy kelnerki Shigeko (Kinuyo Tanaka), o której marzą pozostali studenci. Dziewczyna, myśląc, że nie jest odpowiednią partią dla Horino, zgadza się zostać żoną biedaka Saiki’ego (Tatsuo Saito). Ten jednak uważa, że nie zasługuje na jej uczucie.

5/ z płyty EDISON - INVENTION OF THE MOVIES - filmy tej wytwórni z lat 1909 i 1910, wśród nich ten:


6/ z nowości - włoski film SALVO.OCALONY, reż. Antonio Piazza, Fabio Grassadonia, 2013
Na YT trailer:


Samotny, pozbawiony uczuć i bezwzględny trzydziestolatek Salvo należy do sycylijskiej mafii. W akcie zemsty zakrada się do domu innego mafioza, który zorganizował na niego nieudany zamach. Przez przypadek spotyka tam jego siostrę Ritę – piękną, niewidomą dziewczynę, która mimowolnie jest świadkiem, jak Salvo zabija jej brata. Gdy ten z niewiadomych dla siebie przyczyn decyduje się ją porwać, w ich życiu zaczyna dziać się coś wyjątkowego – w Salvo nieoczekiwanie rodzi się miłość. "Salvo" to filmowy debiut reżyserskiego duetu dwóch włoskich reżyserów – Fabio Grassadonii i Antonio Piazzy, który okazuje się ciekawym połączeniem filmowego realizmu z kinem noir. Film otrzymał Grand Prix Międzynarodowego Tygodnia Krytyki na MFF Cannes 2013.



NAJNOWSZE NABYTKI
Dzięki Magdzie-podgórzance, która doniosła o sprzedaży ostatniego Nowaka w podgórskim domu kultury, udało się go nabyć.
Boh trojcu lubit, będę czytać. Czas pomyśleć, co w maju będzie na tapecie. Na pewno Czechow z serialu, na pewno Uczta Baltazara Brezy też do filmu i takoż Pokolenie Czeszki.

piątek, 24 kwietnia 2015

Andrzej Nowak - Listy podgórskie

Ludziska kochane, jak mi się nic nie chce! Od niedzieli czytam kolejną kniżkę pa ruski i pewnie dopiero w kolejną niedzielę ją skończę. Tylko bym spała. Ewentualnie jakiś film obejrzała. Choć gdy wczoraj przyszła kolej na rosyjski film historyczny o carewiczu Aleksieju, to słyszałam jakieś szepty, szumy, zlepy, ciągi, że niby może jutro albo kiedy indziej, że to straszne nudy będą, że lepiej się zdrzemnąć... za oknami (na polu, jak mówią w Krakowie) wiosna w pełnym rozkwicie, rano na lustrze w łazience znalazłam pierwszą muchę, a ja tu w sen zimowy zapadam... oznaka depresji, której jakoś specjalnie poza tym nie odczuwam...
Tak że do projekcji zmusiłam się właściwie (no, albo przemogłam) i nie pożałowałam, bo film świetny i jakiś tam kawałek historii Rosji poznałam (a niewiele o niej wiem), same DODATNIE plusy :) no ale rano znów walka z budzikiem, on dzwoni, ja go przesuwam o 15 minut, on dzwoni, ja go przesuwam... i tak się bawimy, aż jest wpół do ósmej i zgroza i najwyższy czas! W rezultacie nawet do pracy zdążam lub jak mawiają powszechnie - zdanżam :) Tu otrzeźwiam się kawą jako prawdziwa biurwa, ale to krótko działa i jeśli nie spadnie na mnie nagle huk roboty (a ostatnio nie spada), to znów przysypiam, łażę po internetach jak ta głupia, żeby żywcem głowy nie położyć na biurku i nie chrapnąć.
Wiecie, jaki mam feler? Nie umiem czytać w robocie. Wszystko mogę robić, kiedyś nawet film obejrzałam, ale skupić się na książce "niepracowniczej" nie potrafię. Ile się nieraz czasu marnuje! A tak go lubię (w pracy) optymalizować :)
Jeszcze parę lat temu miałam inny przydział obowiązków i z tychże nadmiaru nie mogłam sobie palcem trafić. Potem przejęłam dział koleżanki, która odeszła i na własnej skórze przekonałam się, jak to prawda była, to jej wieczne narzekanie na huk roboty, ha ha ha. Jeśli za rok z hakiem poszczęści mi się i przejmę jeszcze inny dział po koleżance, która odchodzi na emeryturę, to pewnie się znowu nie pozbieram, bo kolejne dyrekcje narzekają, że jest źle prowadzony i trzeba go będzie wyprowadzić na prostą. Ale póki co - leżę i kwiczę... z nudów, prawie bym napisała, gdyby nie to, że nigdy się nie nudzę :)
No, tośmy sobie pobałtali, jak mówią Rosjanie, a teraz do ad remu, jak mówili starożytni Rzymianie.
Oto półeczka z dziełem dzisiejszym. Od Sasa do lasa, no ale tam się udało upchać.
Regał, jak widać, szczelnie wypełniony i kurka wodna mam już trzy kupki w różnych miejscach, czas pomyśleć, co dalej.

Listy podgórskie są kontynuacją Tego podgórskiego ludwinowskiego tanga:
Czyli wspomnienia z dzieciństwa w latach 50-tych i 60-tych, spędzonego w Podgórzu. Andrzej Nowak napisał je w formie listów adresowanych do przyjaciół, z którymi niejako wspólnie przywraca pamięci dawno zapomniane historie, miejsca, ludzi, wydarzenia, smaki.
Tym razem wydawnictwo poświęciło autorowi notkę biograficzną:
i dzięki temu dowiedziałam się, że Andrzej Nowak to współtwórca serii prozy iberoamerykańskiej, brawo więc dla tego pana za kultowe książki w czasach mej młodości! Może kiedyś jeszcze przeczytam Grę w klasy...

Notkę z poprzedniej książeczki zakończyłam słowami:
Ech, chciałoby się jeszcze!
No to dostałam :) Zarówno konkretne sprawozdanie z powrotu w rodzinne strony (autor wyemigrował bowiem z Podgórza na Olszę), jak i migawki - próby smakowania tego nieuchwytnego czegoś, co towarzyszyło chłopackim wyprawom na Krzemionki: smaku? zapachu? smużki wspomnienia? nagrzewanych z wolna przez słońce desek w tyle balkonu, dotkniętych tuż przed niedzielnym wyjściem na szkolną mszę...
Nostalgiczna opowieść o czasach dzieciństwa z Podgórzem w tle, snuta w odcinkach, tak jak zwodnicza ludzka pamięć wynosi je na powierzchnię i często znów szybko chowa, trzeba je chwytać i ocalać zapisując.
Szkolne końce i początki roku z nieodzowną recytacją durnych propagandowych wierszyków; bilety tramwajowe kupowane u konduktora i dziurkowane; Głupi Wacek ze Smolki, twierdzący, że jest milicjantem; pośpiech w maglu przed godziną nadawania Matysiaków; wędrówki z wielkim cynkowym wiadrem do studzienki przy placu Serkowskiego, gdy Wisła została skażona fenolem; wędrówki karkołomną ścieżką na urwisku Krzemionek; pajda "nałęczowskiego" z pasztetówką na drugie śniadanie w szkole; opowieść Irka o spotkanym na Sokolskiej chłopaku z paromiesięcznym lwem, którego dalszych losów nie udało się już nigdy wyjaśnić; etymologia słowa krachla czyli oranżada (od slangowowiedeńskiego das Kracherl /lemoniada); meksykańskie i brazylijskie filmy w kinie "Wrzos"; tabory cygańskie koczujące pod Borkowską Górą; strachy wyłażące zza szafy w wielu postaciach :)
No to teraz powiem - szkoda, że już więcej nie ma!

Początek:
i koniec:


Wyd. Oficyna Konfraterni Poetów i Towarzystwo Słowaków w Krakowie, Kraków 2007, 201 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie przy Stolarskiej 3 kwietnia 2014 roku za 10 zł)
Przeczytałam 19 kwietnia 2015 roku

Trafiłam (ciągle w ramach optymalizacji czasu pracy) na taki artykulik (do przeczytania tylko, jeśli jeszcze nie wykorzystaliście limitu Wybiórczej na ten miesiąc).

Ale o co chodzi. W komentarzach piszą, że po co książki wyrzucać na śmietnik, skoro je można oddać do biblioteki. Ha ha ha! Jak to widać, że ludzie w ogóle z tematem nie mają nic wspólnego, a chcą się pokazać jako kulturalni :) Do biblioteki! Stare rupiecie! Taaaa... biblioteki tylko na nie czekają. To ciekawe, skąd na allegro tyle książek po złotówce z pieczątkami bibliotecznymi...
Albo ten idiota (bo tu już trzeba użyć dosadnego słowa), który twierdzi, że po co papierowe książki, lepiej e-booki i że CAŁA BIBLIOTEKA PROF. MARKIEWICZA ZMIEŚCI SIĘ NA JEDNYM CZYTNIKU. Jak można się odzywać, skoro nie ma się zielonego pojęcia o niczym! Gość sobie wyobraża, że unikalne pozycje z byłego księgozbioru Profesora znajdzie na e-bookach :) To pewnie czytelnik "50 twarzy Greya"...