sobota, 28 lutego 2026

Philip Roth - Dziedzictwo. Historia prawdziwa


 Cała ta sytuacja z nałożeniem się remontu na śmierć Ojczastego i perturbacje z pogrzebem spowodowały, że nie sposób normalnie przejść przez żałobę. A przecież - aczkolwiek spodziewaliśmy się - szok jest zawsze. Dopiero teraz, po 2 tygodniach, zaczyna to ze mnie schodzić i jest tak, jak po śmierci mamy, kiedy ni z tego ni z owego zaczynałam płakać w tramwaju czy na ulicy. Jakaś myśl, jakieś skojarzenie i leci. Nawet nie chodzi o to, że odszedł, bo to już i tak od dłuższego czasu była jedynie wegetacja - chodzi o to, że odeszła w ten sposób cała rodzinna przeszłość. Jest to tak nieodwołalne i tak straszna jest ta świadomość. Że ktoś żył, był i koniec, i już nigdy.

I teraz nagle znajduję w knihobudce tę książkę, czy ktoś mi ją specjalnie podrzucił?


Philip Roth to wiadomo - Kompleks Portnoya i słynna wątróbka 😁 Ciekawe, co się z nim stało, bo w domu nie ma. Może Ślubny zabrał. Mam jakieś Wzburzenie w serii Nike. W każdym razie nagle coś tak kompletnie różne. Tak osobiste (choć zawsze pisał o sobie). Tak brutalnie szczere. Tak intymne. Tak wzruszające. I tak blisko tego, przez co ja przeszłam. Przyszło do mnie nie wiem od kogo i już zostanie. 

Początek:


 Koniec:


Wyd. Czytelnik, Warszawa 2007, 212 stron

Tytuł oryginalny: Patrimony. A True Story

Przełożył: Jerzy Jarniewicz

Z własnej półki

Przeczytałam 27 lutego 2026 roku 

 

Najnowsze nabytki

Nazbierało się nowych nabytków. Ostatni raz o nich pisałam 8 lutego, więc minęły trzy tygodnie. Jak widać, sporo tego, aczkolwiek ani głowy nie miałam do przeglądania, więc nie jest powiedziane, broń Boże, że one wszystkie zostają. I dziś też ich nie przejrzę, bo ciągle sprzątam. Ot, brałam, co w rękę wpadło i tyle. Nawet jedna czeska była. Hołowni oczywiście nie poważam, ale może tam ciekawie ludzie będą coś mówić? Bo z okładki wiem, że chodzi o reakcje na ból i stratę.

 

Z boku stoją Ekspresy Reporterów, których już trochę nazbierałam i tak, będę czytać, zobaczymy, o czym się w PRL-u pisało.

A poniżej osobno książeczki, które nie mają tytułu na grzbiecie. 


Ale na dziś to nie mam pojęcia, co teraz wziąć do czytania, tak jestem okrutnie wymęczona. 


Skończyło się.  

Wcześniej było tak:



A jest tak:

Czyli co, tu zaszła zmiana? Tak, dwie:

1/ narzędzie widać spadło na podłogę, bo jest poharatana jedna płytka, więc będę już miała do końca pamiątkę po wymianie pionu

2/ u góry po lewej stronie widnieje KRATKA. Mianowicie kominiarz podczas kontroli zadysponował, że ma tam być. Otóż 35 lat nie było ani kratki w WC ani mowy o tym, że miałaby być - a nagle niezbędna. 

Tak więc mogłabym powiedzieć, że zapłaciłam 2 koła za kratkę w WC. Bo przecież reszta jest tak, jak była przed dwoma tygodniami.

Znaczy prawie, bo dekoru sprzed lat nie ma. Pies z nim tańcował.



No i teraz można by uznać, że cisza, spokój, odpoczynek. Ale nie - przecież ja jestem żaba gotowana w coraz gorętszej wodzie! Nastawiłam rano pranie i sięgam po nowe ręczniki na zmianę, na półkę w łazience. A tam - jedne tylko mokre okazują się, inne dodatkowo śmierdzą taką wstrętną stęchlizną. Kuźwa, te trzy półki też były zalane!!! I nie wiem, kiedy? Być może w zeszłą sobotę, co to sąsiadce z góry puściła uszczelka pod brodzikiem i lało się u mnie w pokoju. A być może jeszcze wcześniej?

Chodzi teraz trzecie pranie, więcej dzisiaj już nie zrobię. Modlę się tylko, żeby te ręczniki nadawały się do użytku, jak tak się kisiły tydzień... Zakup nowych raczej nie wchodzi w grę w obliczu sytuacji (od teraz zostaję na gołej emeryturze czyli zaczyna się sięganie do kupki). Ale o finansach to może kiedy indziej.

Był taki piękny dzień i tak bym sobie gdzieś poszła... no to nie, muszę pilnować pralki i suszarki.  

piątek, 27 lutego 2026

Irena Gumowska - Elementarz gotowania

Po Kuchni dla początkujących - Elementarz gotowania. Irenę Gumowską pewnie zna wiele osób z mojej generacji, opublikowała wiele książek z zakresu kuchni i zdrowego żywienia. Ja sama mam jeszcze Czy wiesz, co jesz i Bądź zdrów, smacznego i Te wspaniałe dyniowate. Tyle mówi katalog, ale jeszcze nie spisałam kuchennych półek, więc coś tam może - w czasach knihobudki - przybyło. 


Siedem filarów, ale nie ma się co łudzić, że wszystkie sobie dostarczam. Ociężałość umysłu mam na pewno 😉 Trudno, żyje się dalej. Tak naprawdę nie szukam w książkach kulinarnych recepty na to, jak żyć sto lat, tylko prostych przepisów do włączenia do codziennego menu. Prostych i niedrogich, dodam. Generalnie chodzi o to, żebym nie musiała za dużo myśleć co jutro na obiad. Plan jest taki, żeby mieć listę (ach, jak ja uwielbiam listy): takie zupy, takie drugie dania. Zaglądam na listę i wybieram według tego, co jest w domu. I szlus. A od czasu do czasu poszukać czegoś nowego.


Wykorzystałam na razie jeden przepis, na tartę z brokułami, którą podjęłam przyjaciółkę. Smakowała, nawet został jeszcze zabrany kawałek na kolację. Tyle że cebuli nie gotowałam, ino podsmażyłam. Na ten sam obiad dla przyjaciółki podałam zupę-krem z pora i ziemniaków i nie wiem teraz, skąd był przepis, coby powtórzyć 🙄 Kiedy ja wreszcie zacznę być systematyczna i wszystko od razu zapisywać! OD RAZU!




 


Zadziwił mnie przepis na kotlety z selera. W sensie, że robiło się kiedyś takowe (bez kiełbasy, same plastry selera opanierowane), ale seler się najpierw podgotowało, a nie że surowy się smaży, przecież to nie ma szans?

 

O zadziwieniu trudno mówić w tym przypadku, tu występuje ogromne zdumienie, szok i niedowierzanie. Spaghetti gotować 30-40 minut 😂

 

Że nie był to błąd w druku, świadczy inny przepis:

Czy za tych staropolskich czasów komuny sprzedawano makaron spaghetti (jakiegoś rodzimego chowu, że tak powiem), który rzeczywiście wymagał gotowania przez pół godziny? No naprawdę nie rozumiem!

Ale co tam spaghetti, można przecież pizzę polać mlekiem z jajkami 😁
 


Skoro już jesteśmy przy kuchni włoskiej, zawsze mnie zastanawia taka nomenklatura - skoro już francuskie a' la to Bolonia też powinna być po francusku czyli a' la Bologne. A jak po włosku to alla bolognese, kurde mol! I tak, spaghetti dalej gotujemy 30 minut, żeby pozostało jędrne 🤣

 

Z porad ogólnych lubię tę, jak ściągnąć skórę z dużej ryby - przywiązać rybę za głowę do haka wbitego w ścianę 😂 Więc wiecie, wiertarka do ręki, hak do ściany i do roboty!

 

I pamiętajcie o czymś do popicia, żeby się nie zadławić 😂


No dobra, pożartowaliśmy, pośmialiśmy się, ale znajdźmy coś na obiad. Może ta babka naleśnikowa? 


Kusi mnie kulebiak. Są dwie wersje: z brukselką i z kapustą, obie będą śmierdzące podczas przygotowywania nadzienia 😂 ale z kapustą więcej roboty, więc chyba wybiorę brukselkę.

Mamy też parę zup z gatunku coś z niczego. O wodziance to słyszałam, a ta ciapraka to przecież jest parzybroda z naszego repertuaru, tylko bez kiełbasy. No i parzybroda jest jednogarnkowa.

 

W następnych miesiącach pewnie ABC sztuki kulinarnej i Nastolatki gotują 😁 

Wyd. Watra, Warszawa 1987, 172 strony

Z własnej półki (kupione 19 listopada 1987 roku za 210 zł)

Przeczytałam 26 lutego 2026 roku 

środa, 25 lutego 2026

Lucille Fletcher - Sorry, Wrong Number + Daphne du Maurier - Don't Look Now

Lucille Fletcher - Sorry, Wrong Number

Taką książkę znalazłam w knihobudce przed paroma dniami i przeglądając spis treści zobaczyłam znajomy tytuł - albo kiedyś widziałam film albo był jakiś Teatr Telewizji czy inna Kobra. No to wzięłam. 


Przepraszam, pomyłka - tak brzmi polski tytuł filmu. Lucille Fletcher jest określana jako scenarzystka, ale widzę na Lubimy czytać, że wyszedł u nas jeden jej jamnik, pod tytułem Krzyk w nocy. Może się kiedyś trafi w knihobudce? 😉  

Pewna unieruchomiona w łóżku kobieta czeka na późny powrót męża z pracy. Próbując się do niego dodzwonić, jest przypadkowym świadkiem rozmowy dwóch mężczyzn, którzy planują zbrodnię - jakiejś kobiety mieszkającej obok wiaduktu kolejowego: o 23.15 będzie tamtędy przejeżdżał pociąg, więc ewentualnie zagłuszy krzyk. Bohaterka bezskutecznie próbuje zainteresować tym faktem najpierw centralę telefoniczną, a potem policję i w końcu zdaje sobie sprawę, że to ona ma być ofiarą morderstwa, zaplanowanego przez jej małżonka...

Wiecie, znacie, co nie?

Film w każdym razie jest - z polskimi napisami - na wiadomej stronce. 

Początek: 

Koniec: 

Moja głowina już nic nie rejestruje, nawet, gdy poszukam znaczenia jakiegoś słówka, to go nie zapamiętuję... Ale te dwa zwroty powinnam wykuć na pamięć: going out of my mind + driving me crazy. Mam oczywiście na myśli remont.



Wyd. American Book Company, New York 1961, 10 stron

Z własnej półki (? - miałam tylko to przeczytać i odnieść, ale może też poczytam kiedyś inne opowiadania, więc na razie zostawiam)

We wstępie napisano, że jest to a collection of American prose and poetry selected for the advanced student of English as a second language, ale że trudność wzrasta z każdym rozdziałem, to w pierwszym mam jeszcze opowiadanie Saroyana (hm hm) i Jacka Londona i jeszcze jakichś nieznanych autorów. 

Przeczytałam 23 lutego 2026 roku

 

Daphne du Maurier - Don't Look Now 


Kolejna książeczka to już tradycyjnie skrót prawdziwej, podają na okładce poziom 2 - Elementary (500 words). I znów tytuł znany z filmu, a ja patrzę na okładkę i zastanawiam się, jak też się nazywa ten aktor, on przecież grał Casanovę u Felliniego. I nic, nie przypomniałam sobie bez pomocy internetu. Mojej (bez)pamięci już nic nie pomoże.

O dziwo, ta lekturka nie pochodzi z knihobudki, skąd tyle ich naprzynosiłam, tylko swego czasu ją nabyłam drogą kupna. Moje plany względem angielskiego nie datują się od wczoraj 🤣

Historia jaka jest, każdy widzi. Pewne małżeństwo przyjeżdża na urlop do Wenecji, po stracie córki. Tam spotykają jakieś dwie dziwne starsze siostry, które wmawiają nieszczęsnej matce, że zmarła córka jest tu z nimi. I że córka ta ostrzega, żeby natychmiast wyjechali. Mąż jest oczywiście sceptyczny, ale gdy nadchodzi wiadomość, że młodszy syn w szkole w Anglii jest poważnie chory, oboje podejmują decyzję o wyjeździe. Nie wszystko jednak pójdzie zgodnie z planem. To horror jest, a ja za tym gatunkiem nie przepadam, więc cieszę się, że było krótko 😉
 


Początek:


Wyd. Penguin Books 1992, 43 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 24 lutego 2026 roku


Może powstać pytanie ale o co chodzi, dlaczego są dwie książeczki razem. Ano chodzi o moją obsesję, że jeden post = jedna przeczytana książka, a jako że osobny poświęciłam Ojczastemu, więc teraz muszę nadrobić, żeby się ilość przeczytanych w miesiącu książek zgadzała z ilością postów 😁 Możecie się śmiać, ale ja tego pilnuję - czego najlepszym dowodem są posty z Pragi z tymi dziecinnymi książeczkami.

Wyobrażałam sobie, że po skończonym remoncie pionu kanalizacyjnego i po pogrzebie nastąpią dni ciszy i spokoju. Nie nastąpiły, bo rekonstrukcja tylnej ścianki w WC to nie przelewki: w poniedziałek zdemontowano przechodni sedes, zainstalowano z powrotem stelaż od geberitu i pan przystąpił do obudowy, oflizował* dół i tak nas zostawił na noc i drugi dzień, bo sedesu na razie nie mógł zawiesić, musi wyschnąć. Czyli było gorzej niż w trakcie remontu, gdzie kibelka nie miałyśmy tylko od 7.00 do 15.00. Co nas nie zabije... ale ja na drugi dzień obudziłam się z migreną, więc prawie mogę uznać, że mnie zabiło.

* okleił płytkami znaczy się 


Jakież to jest wszystko poniżające.

Następnego dnia już około 20.00 sedes był do użytku. Teraz znów zdjęty, bo pan robi górę i by przeszkadzał. Ludzie, kiedy to się skończy. Osiwiałam, wyłysiałam, będę następna w kolejce do zakładu pogrzebowego. 

A najlepsze, że nakurzyło się na sam koniec, bo to i folie już ponadrywane, podziurawione. W kuchni wszystko pokryte białą warstewką. Tymczasem dziś zjadłyśmy ostatnie zupy ze słoików.
 

Dodajmy, że całe to cierpienie jest NA NIC - to tylko odtworzenie stanu wyjściowego, a nie remont, który ma coś odnowić, ulepszyć. Ten dopiero mnie czeka 🤣


 

Druga sprawa - pomór w klatce. W czwartek przyjechały dwie karetki do sąsiadki z I piętra, biegali z tlenem etc., ale nic nie zdziałali (atak serca, już miała wcześniej zawał). W piątek zaś zmarła (nie w domu, w hospicjum, galopujący rak) sąsiadka z II piętra. Samotna bezdzietna pani, bardzo skromna, wyciszona, codziennie rano chodziła do kościoła. Latami opiekowała się swym leżącym mężem, dopóki siły nie odmówiły jej posłuszeństwa i wtedy umieściła go w ZOL-u (tym samym, w którym my czekaliśmy na miejsce dla Ojczastego; ona go poleciła). To była ta pani, która mi tak bardzo pomogła, gdy córka miała operację i chciałam być z nią w szpitalu - zgodziła się zająć w tym czasie Ojczastym i robiła to z wielkim oddaniem, widać było, że ma podejście do niedołężnych osób. Na początku lutego widziałam, jak ją zabierała karetka, więc po południu zadzwoniłam zapytać, w którym jest szpitalu i czy jej czegoś nie potrzeba, czy coś przywieźć. Okazało się, że jest już z powrotem w domu i że dziękuje, ale nic nie potrzeba, zajmuje się nią siostrzenica. Aniśmy nie wiedzieli o istnieniu takowej. No, a dwa tygodnie później przyszła wiadomość, że pani jest w hospicjum. Bardzo mi żal. 

Więc teraz dwa pogrzeby. 

I wniosek do ZUS trzeba wysłać o wypłatę emerytury i świadczenia jeszcze.

I do spółdzielni iść napisać wniosek o odszkodowanie za zalanie kuchni w poprzednią niedzielę.

I kontrola gazowa. Na osiedlu zmarła w zeszłym tygodniu 14-letnia dziewczynka, od piecyka.

I kontrola kominiarska.

I wystawić opinię pensjonatowi.

I za nic się nie mogę zabrać. 

poniedziałek, 23 lutego 2026

James Joyce - Listy 1920-1941

Drugi tom korespondencji Joyce'a był mniej obszerny od pierwszego, więc szybciej mi poszedł. Podczas lektury wróciła chętka na dokładniejsze zapoznanie się z życiorysem pisarza, wyjaśniające pewne fakty wspominane w listach. Wpisałam do google'a "biografia Joyce'a" i wyszedł jakiś komiks (eee) i co gorsza "Joyce Girl. Pasja i upadek" inspirowana historią jego córki Lucii (a fuj). AI podpowiada, że jest "James Joyce" Ellmanna z 1984 roku, ale to mnie przeraża - 700 stron. Tak że być może zostanę z niczym, a szkoda. 

 
Ogólne zarysy tego, co się działo w latach 1920-1941, zamieścił we wstępie Maciej Słomczyński (któż by inny). A potem listy, ukazujące w dalszym ciągu walkę z wydawcami, walkę o wzrok, walkę o pieniądze, walkę z twórczością - dziełem całego życia czyli Finnegans Wake (choć najbardziej znany jest z Ulissesa, a u nas w domu tego Finnegans nie było, nigdy nie miałam w ręku - sprawdziłam: wyszedł po polsku dopiero w 2012 roku, więc nic dziwnego). Ale z humorem, jak pokazują poniższe fragmenty.

Tu namawia przyjaciela na przyjazd.


Prośba do Italo Svevo (kolor brzucha zakonnicy 😁): 

  

Co czytał dla odprężenia 🤣 A wyobraźcie sobie, że ja mam po francusku kontynuację tej powieści, pod tytułem Mais ils épousent les brunes! Też przeczytam kiedyś dla odprężenia!


Wiosna nie każdemu się podoba...


 

Opinia w pierwszym akapicie dotyczy Kiepury: 



Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1986, 383 strony

Wybór i przekład: Michał Ronikier

Komentarz: Maciej Słomczyński 

Z własnej półki (przyniesione z knihobudki 15 sierpnia 2025 roku)

Przeczytałam 21 lutego 2026 roku


Z pogrzebem było tak. Ojczasty dwukrotnie do mnie wyraził życzenie, że ma zostać skremowany i na tym koniec. Kategorycznie mówił żadnego pogrzebu, żadnych ceremonii. Po prawdzie to wyobrażał sobie, że prochy spoczną na terenie posiadłości mojego brata, z której był bardzo dumny. A jak wiadomo, u nas nie jest to jeszcze możliwe. Tak więc myślałam, że po prostu w wybrany przez nas dzień i w naszej obecności urna zostanie schowana do grobu, gdzie spoczywają mama i babcia.

Mój brat jednakże musiał zrobić po swojemu. Bo ja tak chcę. Czyli, że ma być pogrzeb.  Świecki oczywiście, ale jednak. Miałam moment buntu, ale po zastanowieniu się (czy warto obrazić się na śmierć, nie odzywać się etc.) postanowiłam odpuścić, trudno. Po co kłótnie nad grobem. Choć oczywiście widzę wyraźnie, że jeśli to ja umrę pierwsza, mojej woli też nie uszanuje 😢

Stanęło więc na tym, że jakaś ceremonia będzie, dla najbliższych. Skoro miało nas być parę osób, podjęłam się wygłoszenia pożegnania. W zeszłym roku mieliśmy w rodzinie pogrzeb z mistrzem ceremonii i kuzynka nie była jakoś specjalnie zadowolona (ja na nim nie byłam, bo przecież uwiązana przy Ojczastym), więc co mi tu będzie obcy człowiek prawił frazesy i okrągłe zdania. Z każdym dniem jednak przybywały kolejne nazwiska, do tego trzeba zadzwonić, tego zaprosić (bo i stypa miała być). Nawet znajomi brata mieli być. Czyli pogrzeb pełną gębą. Byłam coraz bardziej przerażona, bo publiczne wystąpienia to nie jest moja domena...

Wreszcie w piątek usiadłam i rzuciłam na papier jakiś konspekt, spisałam trochę wspomnień. Wyszło mi, że ma to ręce i nogi. Potem mówiłam do córki, że następnym razem (jakim następnym razem???) jeszcze lepiej to sobie zorganizuję, bo miałam zapisane cztery kartki, które kurczowo ściskałam w ręku, na podkładce, więc gdybym chciała do nich zerknąć w trakcie przemowy widziałabym tylko pierwszą stronę, a przecież nie będę grzebać i przewracać kartek. Tak że - gdyby ktoś chciał skorzystać z Wuja Dobrej Rady, to jedna kartka z punktami, żeby o niczym nie zapomnieć i żadnego nie przeoczyć.

Ludzi było w rezultacie huk - sama nie wiem, czy Ojczasty byłby bardziej zły czy raczej zadziwiony i zadowolony - ale jakoś to poszło. Staliśmy nie przy grobie, gdzie nie ma miejsca, tylko w głównej alejce, było nagłośnienie, więc nie musiałam zdzierać głosu, tylko spokojnie opowiedziałam jego życie, co pamiętam z dzieciństwa czyli życie rodzinne, ostatnie lata, co lubił, a czego nie lubił, jakieś anegdotki. Niestety zapomniałam o kilku historyjkach, które były w programie, na przykład wspomnienia mojej córki z przyjazdów na wakacje do dziadków, gdybym miała te punkty to bym nie przeoczyła, ale to już detal. Przed pogrzebem zgłosił się też mąż kuzynki, który często z Ojczastym rozmawiał (jak się teraz dowiedziałam, Ojczasty chadzał do niego na małe piwko - to mnie dopiero zdziwiło 😁) z chęcią wygłoszenia paru słów, więc mówił jeszcze po mnie. No, ten to jest urodzony mówca, po części z tego żyje, więc kartki w ręku nie miał i być może nawet sobie tej przemowy nie przygotowywał, tylko mówił ad hoc.   

Wiele osób mi potem mówiło*, że dowiedzieli się o Ojczastym z tej mojej przemowy rzeczy, o których nie mieli pojęcia (na przykład widzieli, że miał bliznę na twarzy, ale nie wiedzieli, skąd się wzięła). Oraz że mam drugi fach w ręku. No, co to, to nie. 

* nawet mój brat powiedział, że jest pod wrażeniem, a kiedy on mnie niby pochwalił 

Tak że - wszystko się odbyło bez zgrzytów, tylko szkoda, że pani Krysia (sąsiadka, która przychodziła zrobić Ojczastemu kolację, gdy już był leżący) uciekła z cmentarza do domu. Gdy ją zapraszałam wcześniej telefonicznie na obiad, nie mówiła, że nie przyjdzie, a gdy zorientowałam się, że jej nie ma zaraz po pogrzebie i zadzwoniłam, wykręciła się, że to rodzinna uroczystość. Rozumiem oczywiście, że mogła się krępować, że siedziałaby obok nieznanych sobie ludzi, ale jednak było mi przykro, bo wiele dla nas zrobiła i chciałam jej jeszcze podziękować (w trakcie przemowy też to zrobiłam). Ja też tak nie umiem namawiać, naciskać (bo sama nie lubię, jak mnie namawiają), więc trudno.

 

Skończył się dla nas pewien etap w życiu, ten najdłuższy, kiedy mieliśmy rodziców.

sobota, 21 lutego 2026

Alice Lungen - ZATO. Miasta zamknięte w Związku Radzieckim i Rosji

Człowiekowi żyjącemu w normalnym kraju trudno sobie to wyobrazić, ale w Związku Radzieckim istniały (i dalej istnieją w Rosji) miasta nie tylko zamknięte, gdzie nikt z zewnątrz nie mógł się przedostać, ale nawet nie istniejące na mapie. Ich mieszkańcy, wcale liczni, bo w szczytowym okresie tych miast była ponad setka, ani nie mieli w dokumentach wpisanego prawdziwego miejsca zamieszkania ani nie mogli go wyjawić nawet rodzinie (tej mieszkającej poza strefą). Owszem, żyło im się tam nieźle, zaopatrzenie sklepów było na poziomie niespotykanym w reszcie Kraju, zarabiali też przyzwoicie, dzieci miały zajęcia sportowe z wybitnymi trenerami - ale po pierwsze jednak żyli za płotem czyli jak w więzieniu, a po drugie ich praca dotyczyła szeroko pojętej obronności i nie dość, że była szalenie absorbująca, to jeszcze w wielu przypadkach niszcząca zdrowie. Ich zdrowie, bo co tu mówić o zdrowiu tych, na których przygotowywali broń biologiczną czy jądrową. 

Historia tych ZATO jest niesamowita i jeśli chcecie poczytać o tym, czym był ZSRR i czym jest Rosja, to polecam. 

W pamięci utkwiły mi trzy rzeczy: 

* jak Gagarin spieszący w dniu swej śmierci na kosmodrom zmienił marynarkę wychodząc z domu i jego przepustka (czyli święty dokument, który mieszkańcy ZATO musieli mieć zawsze przy sobie) została w innej kieszeni, więc musiał po nią wrócić. Powiedział spotkanej sąsiadce, że mu się to zdarzyło po raz pierwszy w życiu. Gagarin, którego twarz znał wtedy cały świat - bez przepustki by nie przeszedł.

* historia 10-letniej dziewczynki, która rozpłynęła się w powietrzu w drodze ze szkoły. Przepadła bez wieści w najeżonym kamerami mieście zamkniętym o ostrym reżimie. To było w 2009 roku. Zrobiono wszystko, sprawdzono każdy trop, przeszukano wszystkie budynki, piwnice itd. i nigdy jej nie odnaleziono, a był to w końcu punkt honoru służb specjalnych. Psy tropiące gubiły ślad przy jezdni, więc powstały też plotki o tym, że zdarzył się wypadek, a samochodem jechała jakaś gruba ryba i dlatego władze zatuszowały sprawę. No, ale zbadano też oczywiście wszystkie samochody i garaże w mieście, zresztą każdy centymetr ziemi. Zagadka dziewczynki z atomowego miasta.

* ZATO żyły z wojen, więc oczywiście popierały Putina czy w przypadku Czeczenii czy teraz Ukrainy. Gdy tylko robił się pod tym względem spokój, traciły źródła finansowania. Zimna wojna była rajem. Mieszkańcy zacierają rączki, gdy państwo/armia zamawiają nowe dostawy broni takiej czy innej. I dziwicie się, że wielu Rosjan patrzy z uwielbieniem na swojego prezydenta?...


Początek: 

Koniec:


Wyd. Czarne, Wołowiec 2025, 309 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 18 lutego 2026 roku

 

Wczoraj ekipa zakończyła prace (mimo takich wrednych lokatorów jak ja, co to nie chcieli się wyprowadzić do hotelu 😂) i sąsiedzi sobie ładnie sprzątają. Niektórzy przy okazji szarpnęli się na nowe sedesy. My niestety musimy teraz czekać, aż przyjdzie pan, który nam odbuduje tylną ściankę w WC i założy nasz kibelek. Tak że folii nie ściągam, bo nie wiadomo, czy jeszcze się nie będzie kurzyć. 


Schodziłam z góry, gdzie zamykałam powierzone mi mieszkanie, robiąc przy okazji obchód wszystkich innych, które były jeszcze otwarte i w mieszkaniu jakiejś młodej pary, która od niedawna tu jest, zobaczyłam na własne oczy (bo wcześniej tylko w internecie) folię z otworem zamykanym na suwak. Jest to genialny wynalazek, tylko nie wiem, czy jak będą to zdejmować, nie odklei im się razem z farbą ze ściany. Tych państwa nie było, więc nie mogłam zapytać, ale może się do nich przejdę któregoś dnia (bo przecież czeka mnie jeszcze kiedyś remont pokoju koło łazienki, wymiana ościeżnic etc.). W każdym razie pan z ekipy mówił, że w Action widział takie kurtyny po 10 zł!

I tak tu sobie siedziałam dziś i pisałam, gdy usłyszałam za plecami... no co... to co zwykle... ciurkanie wody z sufitu. 


Ja mam wrażenie, że dostanę jakiegoś udaru. 

Pomijając WSZYSTKO INNE - przecież jak my mamy jutro wyjechać na cały dzień na pogrzeb?!? Póki jestem, to szybko interweniuję, a tak?

Pan z Awarii przyjechał już po godzinie (szybko interweniuję). Okazało się, że to nie z pionu, tylko spod brodzika u sąsiadki na górze. Ma nie używać łazienki i zawołać kogoś, żeby jej ten brodzik rozebrał i naprawił.

Ale co użyłam nerwów przez tę godzinę czekania, to moje.

Sąsiadka sobie zamówiła hydraulika na dziś na 15.00, miejmy nadzieję, że zrobi, co trzeba i przynajmniej niedziela będzie spokojna. Naprawdę wolałabym nie myśleć, co się w domu dzieje, podczas pogrzebu.

Gdzie jest ta melisa?