środa, 28 października 2026

Zbigniew Kiwka - Araukarie pana Crolla

Takiego rupiecia zgarnęłam z osiedlowej knihobudki miesiąc temu, z zamiarem szybkiego przeczytania - ciągle sobie mówię w takich niejasnych przypadkach (dziwne książki o nigdy nie słyszanych tytułach i autorach), że raz-dwa przeczytam i być może odniosę... po czym na podłodze gromadzą się stosy. Toteż w listopadzie chyba zabiorę się ZNOWU (po dwóch latach) za odkurzanie i ponowną segregację. W listopadzie, bo córka znów jedzie pilnować kota i będę mogła swobodnie robić bałagan, a co! 😂


Znaleźć coś w internecie o tej pozycji to ciężka sprawa. Owszem, autor ma swoje hasło na Wiki, ale to tylko parę podstawowych faktów: gdzie się urodził, gdzie mieszkał (w Słupsku, Goooosia może powinna coś wiedzieć na ten temat 😁), kiedy debiutował, tytuły kilku wydanych powieści, reszta pozostała w rękopisie. Tematyka - wojna. Trochę tego jakby dość... ale to książka pisana pod koniec lat 60-tych, więc sprawa była ciągle jeszcze żywa (dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem). Co prawda Kiwka miał zaledwie 13 lat, gdy wojna się skończyła, ale niewątpliwie wpłynęła na jego życie - rodzina była repatriowana do Polski. 

Narrator Araukarii pana Crolla jest literatem i z grupą pisarzy znalazł się w Berlinie, gdzie urywa się z oficjalnych uroczystości, by spełnić prośbę starca nad grobem, poszukującego syna zaginionego w czasie wojny. Twierdzi, że ten syn jest teraz sławnym śpiewakiem o zmienionym nazwisku, funkcjonującym na Zachodzie, więc pisarz obiecał mu, że znajdzie na to dowody. W tym celu odwiedza w Berlinie Zachodnim dawnego komendanta lagru, przypuszczając, że to on wywiózł i przekazał niemieckiej rodzinie zdolnego chłopca. To właśnie Johann Croll, który - jak wielu innych hitlerowców - nie poniósł po wojnie żadnej odpowiedzialności, a teraz świetnie prosperuje. Tenże Croll jest opiekunem czy też przybranym ojcem Gerdy, z którą narrator miał jeszcze w Polsce romans, a teraz dziewczyna szykuje się do zamążpójścia za... syna Crolla (ale tak naprawdę kocha jego, narratora, ha ha). Cała historia jest tak pogmatwana, a to jesteśmy w Berlinie wcześniej, a to później, a to czas wojny, też poplątany, jakieś rozgrywki partyzanckie, jakaś Xymena przyjmująca w swym domu Niemców, ale szpiegująca dla Polaków, karuzela różnych nazwisk - gubiłam się w tym, być może i dlatego, że nie czytałam jednym ciągiem, tylko po kawałku, bo - szczerze - niezbyt byłam zachwycona tą lekturą i doczytałam z jakiegoś dziwnego obowiązku 😏 Elementem humorystycznym (żeby nie powiedzieć baśniowym) było kilkukrotne wspomnienie o tym, że Gerda jest znudzona dobrobytem, znużona i rozczarowana, że chciałaby z nim wrócić do Polski, że w Polsce życie byłoby może interesujące, dalekie od tego toczącego się ponad próżnią. Tylko to życie miałoby godność i sens 😉

A na koniec muszę wspomnieć o kiepskiej pracy redaktora i korekty w Wydawnictwie Poznańskim, no nie przyłożyli się w tym wypadku, dużo błędów językowych, niezręczności. Stangreci ubrani są w czarnych liberiach. Z oczu Marthy wysunęło się parę łez. Popadałem w długie fazy milczenia. 

Bez żalu odnoszę do  budki. 

Początek:

Koniec:


Wyd. Wydawnictwo Poznańskie 1970, 180 stron

Z knihobudki (czyli do niej wraca)

Przeczytałam 25 października 2026 roku


Z życia emerytki 

Wczoraj migrenowo i choć po paru godzinach zelżało (nie żeby samo, tabletka pomogła) to już mi się nie chciało wyłazić z łóżka. Czytałam drugi tom Prousta (ale ma 600 stron, a dałam radę 125, więc jeszcze droga daleka) zerkając co chwilę na Waszą ulubioną ścianę 😂

Migrena nie wzięła się znikąd. Poprzedniego wieczora będąc w toalecie zwróciłam uwagę na nieustannie lejącą się wodę słyszalną w pionie kanalizacyjnym. Przy tej nowej rurze plastikowej  doprawdy nie jestem w stanie stwierdzić, czy to dźwięk z rury czy nie-daj-boże leje się z góry gdzieś w pionie. Nawet odkręciłam płytkę w zabudowie i świeciłam telefonem, ale wody nie widziałam. Jednak było to w cholerę niepokojące - że tak cały czas słychać, a nie zrywami, gdy ktoś spuszcza wodę w toalecie. Było po 22.00, ale poszłam do sąsiadki wyżej. Pukania oczywiście nie słyszała (podwójne drzwi, telewizor głośno, bo niedosłyszy), ale na szczęście odebrała telefon, więc mnie wpuściła. I szerokim gestem ukazała na ławę w dużym pokoju, zastawioną bukietami. Miała 80-te urodziny. Ładnie pięknie, gratulacje, ale czy mogę zajrzeć do ubikacji. Tam nic się nie dzieje. Jednak słyszę jakiś jednostajny szum z łazienki. Pralka? Ale pralkę ona ma przecież w kuchni. Mogę zajrzeć? Proszbardzo.

Otwieram drzwi i bucha na mnie gorąc. W brodziku leży słuchawka od prysznica i leje się z niej woda. Spływa sobie, więc OK, ale na co po co. Puściła, żeby spłukać brodzik... i zapomniała. Trzy godziny temu. Ten szum to nie był szum wody, tylko - piecyka gazowego! Który chodził od 3 godzin!

Nosz k. 

- Znowu mnie Pani uratowała!

Taaa? Chyba siebie. I innych sąsiadów. Przecież ten piecyk mógł wybuchnąć albo co. Dostała prikaz, żeby go do następnego dnia nie używać, niech ostygnie. 

Ale coraz bardziej się martwię. Ostatnio sama wspomniała, że myśli o likwidacji tego cholernego piecyka i przyłączeniu ciepłej wody, toteż nawet będąc w Spółdzielni w Wiadomej Sprawie Knihobudki zapytałam i o to. Bez problemu, wpłaca 3800 i robią. Przekazuję jej info.

- Nie jestem na to gotowa psychicznie.

Aha. Ja jestem gotowa już od dłuższego czasu, bo ten jej piecyk nie daje mi spokoju. Że też się nie da zmusić administracyjnie do wymiany...

Tak że kogo by zdziwił globus następnego ranka?  

3 komentarze:

  1. Nie dziwię że masz globusa. Szczerze mówiąc, ja nie mam cierpliwości do starych ludzi. I tak, powinien być nakaz wymiany piecyków.
    Pozdrawiam
    Józefina

    OdpowiedzUsuń
  2. A sąsiadka nie ma dzwonka, tylko pukać trzeba? 🤔

    Może mogliby jej tę kwotę na raty rozłożyć i psychika lepiej by to zniosła? 😉

    Ściana nadal ulubiona. Teraz wygląda tak jakby jakiś pająk Pragę oplatał swymi nóżkami 😜😁

    OdpowiedzUsuń
  3. Niefajna sytuacja. Sąsiadka nie ma żadnej rodziny, żeby móc z nią porozmawiać o tym jej roztargnieniu?

    OdpowiedzUsuń