Kto to przy okazji notki o poprzedniej książce Trifonowa pisał w komentarzach, że Długie pożegnania świetne? Ori, na której zdjęciach w tle jej ulubieńców pojawia się piękna biblioteka... Miała rację, ech, jeszcze jak miała rację! Fascynująca historia trójkąta miłosnego na tle wczesnych lat pięćdziesiątych w Moskwie położyła mnie na łopatki. Powieść dosłownie pochłonęłam i nie umiem się z niej otrząsnąć. Przeczytałam ją w niedzielę, dziś jest piątek, a ja jeszcze nie potrafię zabrać się za co innego - to znaczy niby coś tam zaczęłam czytać, ale kompletnie bez uwagi i jakoś mnie nie wciąga... a może to różnica w jakości daje znać o sobie?
Rzecz pochodzi z ostatnich zakupów na allegro:
Wiecie, że to ostatnia półka ostatniego regału?
Tu zdjęcie zrobione, zanim jeszcze przeniosłam z podłogi najnowsze nabytki:
Jak pomyślę, że ma dopiero 21 miesięcy i miał mi wystarczyć do końca życia... tak, tak, pisałam wówczas: naprawdę nieprędko się za miejscem rozejrzę ha ha ha! Fakt, mogę zacząć stawiać w dwóch rzędach, ale to żadne rozwiązanie, gdy książki giną z oczu, to tak, jakby już ich wcale nie było...
Na okładce serii z kolibrem napisano:
Przy czym to nie Trifonow mówi, że do szczęścia potrzeba tyle samo szczęścia co nieszczęścia, to cytat z "Biesów" Dostojewskiego, muszę uściślić.
W środku informacja o autorze:
Powieść wyraźnie rozkłada się na dwie części: jedna pisana z punktu widzenia Lali, druga z pozycji jej męża-nie-męża Griszy. Każde z nich ma swoje racje, choć nikt jej do końca nie ma,a przecież trzeba będzie podjąć jakieś decyzje, jakoś przeciąć ten węzeł gordyjski... A to Grisza rwał się do tych strat, żeby wreszcie nastąpił przełom, żeby zacząć wszystko od początku. Życie jest tak ogromne!
Bardzo mi się spodobała postać ojca Lali, walczącego o uratowanie swego ogrodu przed postępującą nowoczesną zabudową uliczki. Świetnie też jest scharakteryzowana Lalina matka, obwiniająca o wszystko zięcia i stająca na głowie, by młodych skłócić, zachęcająca córkę, jak by nie było będącą w związku (Lala i Grisza nie są małżeństwem, ale mieszkają razem u jej rodziców), by poszukała sobie kogoś odpowiedniejszego. W ogóle wszystkie postaci, nawet te ledwie zarysowane, stają się dla czytelnika wyraźne i w jakiś sposób bliskie. Trifonow tak niby mimochodem wspomina o istotnych, bolesnych dla Rosjan sprawach, jak w tym fragmencie:
Niezgrabna starucha, skrzywdzona ciężko przez los - cała jej najbliższa rodzina, mąż i dzieci, zginęli przy najrozmaitszych okazjach - musiała być zameldowana na stałe w Aleksandrowie, odległym o sto kilometrów.
I już wiemy wszystko o tej postaci.
Tak sobie gdybam: czy jeszcze znajdę czas, by powieść przeczytać ponownie, w tej nieustannej gonitwie, by więcej, szybciej... warta tego.
Początek:
i koniec:
Wyd. Książka i Wiedza Warszawa 1976, wyd.II, 158 stron
Seria z kolibrem
Tytuł oryginalny: Долгое прощание
Przełożył: Ziemowit Fedecki
Z własnej półki (kupione na allegro 21 października 2014 roku za 2,90 zł)
Przeczytałam 2 listopada 2014 roku
A film? Nakręcono film według powieści, a że w 2004 roku, to trochę się go obawiałam, że to jakisiś gniot będzie (nie ma to jak kino radzieckie, niech żyje!). A tymczasem przemiłe rozczarowanie! Film absolutnie w klimatach tamtych lat i doskonale przekazujący ducha książki. Powiem Wam, że zaczęłam się bać zimy po obejrzeniu go... taki nastrój beznadziei...
W całości na YT niestety nie znalazłam, tylko fragment, gdzie bohaterka śpiewa wiersz Mariny Cwietajewej:
NAJNOWSZE NABYTKI
Przybyłam (na blog Słowem malowane), zobaczyłam i... natychmiast pognałam do Księgarni Akademickiej i kupiłam:
Nie mogłam się powstrzymać przed przejrzeniem tego samego wieczoru - dokładnym - całości. Coś mi się wydaje, że to będzie świetna lektura. Historia trzech sióstr Pareńskich oraz akolitów :)
piątek, 7 listopada 2014
wtorek, 4 listopada 2014
Daria Doncowa - Gławbuch i połcarstwa w pridacziu
Główny księgowy i pół carstwa na dokładkę, brzmi ten tytuł po naszemu. Dziewiąty tom z serii Wiola Tarakanowa w świecie przestępczych namiętności. Aktualnie zaś Wikipedia podaje, że w serii wyszło 35 tomów :) I to tak, ja czytam powolutku, jeden na miesiąc, a Doncowa w tym czasie następny skrobie - nigdy chyba nie skończę :) Ba, kolejną serię caryca rosyjskiego kryminału wydaje - Ulubienica fortuny Stiepanida Kozłowa - trzeba będzie się zaopatrzyć i zerknąć, co to też takiego.
Książka z półki, na której znalazły się pierwsze moje Doncowe i Marininy:
Rzut oka również na sąsiedni regał, gdzie znalazły się te Doncowe, które zostały wydane w twardych okładkach i z dużą czcionką:
W 2004 roku, gdy Gławbuch... wychodził, seria liczyła zaledwie 11 pozycji:
Na okładce wydawnictwo informuje, że oto Wiolę diabeł podkusił, by ulec prośbom koleżanki i odwieźć pociągiem jej syna-chuligana na wakacje do wujka, który ma z niego zrobić człowieka.
Czasu za bardzo nie ma, bo wydawnictwo domaga się kolejnej książki, a przy tym Wioli brak weny. Wszak już wiemy, że potrafi ona pisać tylko o tym, w co sama się wplątała, tymczasem na tym polu ostatnio posucha. W dodatku wszystko wskazuje na to, że Oleg ją zdradza. No ale trudno odmówić prośbie wielodzietnej Wiery, więc Wiłka zabiera łebka i rusza w podróż. Po szczęśliwym dostarczeniu go do Wiaźmy kupuje bilet powrotny do Moskwy na pociąg Praga-Moskwa i tam w przedziale kuszetki spotyka młodą kobietę jadącą z kilkuletnią dziewczynką Maszą. Rano okazuje się, że kobietę zastrzelono, a Masza zniknęła, zaś Wiłce przypadkowo milicjanci chcący się jej szybko pozbyć z przedziału włożyli do torebki zegarek leżący na stoliku. Wiłka odkrywa to dopiero w domu i wyrusza na poszukiwanie rodziny zastrzelonej kobiety, by oddać im drogocenność. Jako prywatny detektyw zostaje poproszona o znalezienie Maszy i tak zaczyna się prawdziwy kołowrót.
Jednak dużą część książki autorka poświęciła sprawom prywatnym Tarakanowej, która najpierw chce wystawić męża za drzwi, skoro ma kochankę, ale potem postanawia walczyć o niego wszelkimi sposobami i tu już mamy czystą komedię: a to za podszeptem autorki poradnika dla zdradzonych żon organizuje wieczór erotyczny, podczas którego Oleg zasypia, a to udaje się do wróżki, od której dostaje przepis na napar, który należy podać niewiernemu - w jego skład wchodzi jakaś roślina, którą trzeba zerwać o północy na cmentarzu (to, że Wiłka spotka tam "ducha" jest chyba jasne?) oraz żabia noga (żabie udka, nabyte w supermarkecie, zostają przyrządzone przez Leninida w charakterze kurzych udek i wywołują zdziwienie swym małym rozmiarem oraz dziwnym kolorem) - a to znowu kupuje od jakiegoś dziadka-rzekomego profesora wynalezione przez niego perfumy z feromonami, które wywołują u wszystkich mężczyzn w rodzinie mega reakcję alergiczną... Szaleństwo trwa!
Początek:
i koniec:
Wyd. EKSMO Moskwa 2004, 351 stron
Tytuł oryginalny: Главбух и полцарства в придачу
Z własnej półki (kupione na allegro od pana Wiktora 26 listopada 2009 roku za 5 zł)
Przeczytałam 1 listopada 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ następny film z udziałem Stanisława Lubszina - SŁOWO DLA ZASZCZITY - GŁOS MA OBRONA (Слово для защиты), reż. Wadim Abdraszitow, 1976
Tym razem nie znalazłam filmu w całości na YT:
Walentina oskarżona jest o próbę zabójstwa swego kochanka. Przyznaje się do winy, ale jej adwokatka Irina próbuje znaleźć okoliczności łagodzące i dowiaduje się, że Walentina jest ofiarą okoliczności, a prawdziwym winowajcą jest właśnie kochanek. Gorąca mowa obrończa uwalnia Walentinę z więzienia, ale Irina przekonuje się, że jej miłość do narzeczonego na tle uczuć Walentiny jawi się nieprawdziwą...
2/ kolejny polski film przedwojenny - BIAŁY MURZYN, reż. Leonard Buczkowski, 1939
Na YT w całości:
Syn leśniczego Antoni Sikorski odwiedza dom rodziny w majątku hrabiego, który łoży na jego wykształcenie medyczne. Poznaje Jadwigę, córkę hrabiego, którą obdarza uczuciem bez wzajemności. Pewnego dnia w wypadku samochodowym ginie narzeczony Jadwigi, pozostawiając ją w ciąży...
3/ czeski film JA KOCHAM, TY KOCHASZ (Ja milujem, ty miluješ), reż. Dušan Hanák, 1980
Znów tylko fragment:
Nie wiem, o czym, za to wiem, że z naszym Romanem Kłosowskim. W zeszłym tygodniu oglądałam z kolei czeski film sensacyjny z Markiem Perepeczko w roli głównej...
4/ ostatni film wietnamskiego reżysera Tran Anh Hung - NORWEGIAN WOOD z 2010 roku
Na YT cały, po angielsku:
Akcja filmu dzieje się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Para znajomych - Toru Watanabe i Naoko zbliżają się do siebie po samobójczej śmierci wspólnego przyjaciela. Ich relacja pogłębia się, ale Naoko, dziewczyna o słabej konstrukcji psychicznej, opuszcza Toru. Chłopak zaczyna spotykać się z koleżanką ze studiów - Midori i jej barwna osobowość zaczyna coraz bardziej go fascynować...
Ekranizacja powieści Haruki Murakami.
5/ dodatkowo w ramach dnia filmu radzieckiego - PROISSZESTWIE, KOTOROGO NIKTO NIE ZAMIETIŁ - ZDARZENIE, KTÓREGO NIKT NIE ZAUWAŻYŁ (Происшествие, которого никто не заметил), reż. Aleksandr Wołodin, 1967
Do obejrzenia w całości:
Baśń o Kopciuszku w realiach lat sześćdziesiątych. Nastia pracuje jako sprzedawczyni w sklepie i mieszka z matką, która nieustannie nagabuje ją o chłopców.Pewnego popołudnia Nastia wychodzi zatelefonować do znajomego, żeby go przyprowadzić do domu i uspokoić matkę. Rozpaczliwe usiłowania znalezienia adoratora kończą się spotkaniem Toli, który - choć pijany - potrafił wypowiedzieć słowa zdolne zmienić jej życie... W głównej roli fantastyczna Żanna Prochorenko.
Książka z półki, na której znalazły się pierwsze moje Doncowe i Marininy:
Rzut oka również na sąsiedni regał, gdzie znalazły się te Doncowe, które zostały wydane w twardych okładkach i z dużą czcionką:
W 2004 roku, gdy Gławbuch... wychodził, seria liczyła zaledwie 11 pozycji:
Na okładce wydawnictwo informuje, że oto Wiolę diabeł podkusił, by ulec prośbom koleżanki i odwieźć pociągiem jej syna-chuligana na wakacje do wujka, który ma z niego zrobić człowieka.
Czasu za bardzo nie ma, bo wydawnictwo domaga się kolejnej książki, a przy tym Wioli brak weny. Wszak już wiemy, że potrafi ona pisać tylko o tym, w co sama się wplątała, tymczasem na tym polu ostatnio posucha. W dodatku wszystko wskazuje na to, że Oleg ją zdradza. No ale trudno odmówić prośbie wielodzietnej Wiery, więc Wiłka zabiera łebka i rusza w podróż. Po szczęśliwym dostarczeniu go do Wiaźmy kupuje bilet powrotny do Moskwy na pociąg Praga-Moskwa i tam w przedziale kuszetki spotyka młodą kobietę jadącą z kilkuletnią dziewczynką Maszą. Rano okazuje się, że kobietę zastrzelono, a Masza zniknęła, zaś Wiłce przypadkowo milicjanci chcący się jej szybko pozbyć z przedziału włożyli do torebki zegarek leżący na stoliku. Wiłka odkrywa to dopiero w domu i wyrusza na poszukiwanie rodziny zastrzelonej kobiety, by oddać im drogocenność. Jako prywatny detektyw zostaje poproszona o znalezienie Maszy i tak zaczyna się prawdziwy kołowrót.
Jednak dużą część książki autorka poświęciła sprawom prywatnym Tarakanowej, która najpierw chce wystawić męża za drzwi, skoro ma kochankę, ale potem postanawia walczyć o niego wszelkimi sposobami i tu już mamy czystą komedię: a to za podszeptem autorki poradnika dla zdradzonych żon organizuje wieczór erotyczny, podczas którego Oleg zasypia, a to udaje się do wróżki, od której dostaje przepis na napar, który należy podać niewiernemu - w jego skład wchodzi jakaś roślina, którą trzeba zerwać o północy na cmentarzu (to, że Wiłka spotka tam "ducha" jest chyba jasne?) oraz żabia noga (żabie udka, nabyte w supermarkecie, zostają przyrządzone przez Leninida w charakterze kurzych udek i wywołują zdziwienie swym małym rozmiarem oraz dziwnym kolorem) - a to znowu kupuje od jakiegoś dziadka-rzekomego profesora wynalezione przez niego perfumy z feromonami, które wywołują u wszystkich mężczyzn w rodzinie mega reakcję alergiczną... Szaleństwo trwa!
Początek:
i koniec:
Wyd. EKSMO Moskwa 2004, 351 stron
Tytuł oryginalny: Главбух и полцарства в придачу
Z własnej półki (kupione na allegro od pana Wiktora 26 listopada 2009 roku za 5 zł)
Przeczytałam 1 listopada 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ następny film z udziałem Stanisława Lubszina - SŁOWO DLA ZASZCZITY - GŁOS MA OBRONA (Слово для защиты), reż. Wadim Abdraszitow, 1976
Tym razem nie znalazłam filmu w całości na YT:
Walentina oskarżona jest o próbę zabójstwa swego kochanka. Przyznaje się do winy, ale jej adwokatka Irina próbuje znaleźć okoliczności łagodzące i dowiaduje się, że Walentina jest ofiarą okoliczności, a prawdziwym winowajcą jest właśnie kochanek. Gorąca mowa obrończa uwalnia Walentinę z więzienia, ale Irina przekonuje się, że jej miłość do narzeczonego na tle uczuć Walentiny jawi się nieprawdziwą...
2/ kolejny polski film przedwojenny - BIAŁY MURZYN, reż. Leonard Buczkowski, 1939
Na YT w całości:
Syn leśniczego Antoni Sikorski odwiedza dom rodziny w majątku hrabiego, który łoży na jego wykształcenie medyczne. Poznaje Jadwigę, córkę hrabiego, którą obdarza uczuciem bez wzajemności. Pewnego dnia w wypadku samochodowym ginie narzeczony Jadwigi, pozostawiając ją w ciąży...
3/ czeski film JA KOCHAM, TY KOCHASZ (Ja milujem, ty miluješ), reż. Dušan Hanák, 1980
Znów tylko fragment:
Nie wiem, o czym, za to wiem, że z naszym Romanem Kłosowskim. W zeszłym tygodniu oglądałam z kolei czeski film sensacyjny z Markiem Perepeczko w roli głównej...
4/ ostatni film wietnamskiego reżysera Tran Anh Hung - NORWEGIAN WOOD z 2010 roku
Na YT cały, po angielsku:
Akcja filmu dzieje się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Para znajomych - Toru Watanabe i Naoko zbliżają się do siebie po samobójczej śmierci wspólnego przyjaciela. Ich relacja pogłębia się, ale Naoko, dziewczyna o słabej konstrukcji psychicznej, opuszcza Toru. Chłopak zaczyna spotykać się z koleżanką ze studiów - Midori i jej barwna osobowość zaczyna coraz bardziej go fascynować...
Ekranizacja powieści Haruki Murakami.
5/ dodatkowo w ramach dnia filmu radzieckiego - PROISSZESTWIE, KOTOROGO NIKTO NIE ZAMIETIŁ - ZDARZENIE, KTÓREGO NIKT NIE ZAUWAŻYŁ (Происшествие, которого никто не заметил), reż. Aleksandr Wołodin, 1967
Do obejrzenia w całości:
Baśń o Kopciuszku w realiach lat sześćdziesiątych. Nastia pracuje jako sprzedawczyni w sklepie i mieszka z matką, która nieustannie nagabuje ją o chłopców.Pewnego popołudnia Nastia wychodzi zatelefonować do znajomego, żeby go przyprowadzić do domu i uspokoić matkę. Rozpaczliwe usiłowania znalezienia adoratora kończą się spotkaniem Toli, który - choć pijany - potrafił wypowiedzieć słowa zdolne zmienić jej życie... W głównej roli fantastyczna Żanna Prochorenko.
piątek, 31 października 2014
Adam Mickiewicz - Pan Tadeusz
Znacie? To posłuchajcie!
Stęskniłam się za Panem Tadeuszem - ostatni raz czytałam go 3 lata temu i już mi brakowało tych pól malowanych zbożem rozmaitem...
Właśnie sobie uświadomiłam, że najtrudniej pisać o książkach ukochanych. No i tych powszechnie znanych. Bo cóż tu można dodać nowego, nie mówiąc o odkrywczym? Może raczej pokażę półkę:
To takie niepozorne wydanie, tom IV DZIEŁ, które w ilości 16 woluminów ukazały się w stulecie śmierci poety. Nie zdobyłam się na przywiezienie kompletu z domu, bo raz - brak miejsca, a dwa - chyba ich czytać nie będę. Mam u siebie tylko Pana Tadeusza i Dziady, jeśli kiedyś dojrzeję do reszty, to wiem, gdzie jest :)
Jestem skazana na czytanie takiego niezbyt atrakcyjnego wydania, mimo że w domu rodzinnym jest inne, dość monumentalne (dużego formatu), z pięknymi kolorowymi rozkładanymi ilustracjami - to na nim uczyłam się w dzieciństwie doceniać piękno ilustracji - do dziś pamiętam Maćka wśród królików w Dobrzynie. No ale nie mogłam zabrać do Krakowa tego właśnie wydania, bowiem nie należy ono do Ojczastego, który wszystko daje lekką rączką, tylko do Mamy - jest to jej jedyna książka poza kucharską :) W młodości była nauczycielką, skierowaną do pracy na wschodnich rubieżach i tam właśnie z jakiejś okazji dostała tego pięknego Pana Tadeusza. Ponieważ było to w latach pięćdziesiątych, przypuszczam, że również chodziło o jubileuszowe wydanie w stulecie śmierci Mickiewicza. Ach, nie myślcie, że Mama zła i nie dałaby, nie nie. To tylko ja krępuję się wyciągać rękę po jej własność :) Gdy Rodziców zabraknie, rozegra się bój między mną a bratem o to wydanie... a może nie? może brat nie będzie zainteresowany? jakoś go nie widzę wczytującego się w te strofy :)
Ja natomiast wczytuję się w nie Z ROZKOSZĄ! Jest tam wszystko, co lubię, łącznie z kryminałem i sensacją. Lubię czytać sobie półgłosem kolejne wersy, tyle że szybko chrypnę. Znam treść na pamięć, a jednak wczytuję się z ciekawością, co będzie dalej :) Jak to się dzieje? jak ten Mistrz potrafił tego dokonać? i jakim cudem ludzie tego nie lubią, poprzestają na szkolnej lekturze i NIGDY już do niej nie wracają?
Jak wspominałam poprzednim razem, książka służyła mi swego czasu za podręczny skarbczyk i zostało w niej trochę pieniędzy, szkoda, że nieaktualnych :)
Aktualnie rzadką w domu gotówkę przyklejam taśmą klejącą do tyłu lustra w przedpokoju, które jest odchylane na bok. W ten sposób zawsze mogę sięgnąć po banknocik wychodząc :) ale tak naprawdę korzystam z tej możliwości raz w miesiącu - przed wizytą w Skarbówce :) no i jak remoncik jakiś, który się opłaca gotóweczką, wiadomo. Od czasu do czasu wyciągam z bankomatu 50 zł, żeby mieć na warzywniak i to wszystko, jeśli chodzi o obrót żywymi pieniędzmi w moim domu. Tak myślę, że w razie wojny leżę i kwiczę.
Początek:
i koniec:
Oba świetnie znane, daję tu zdjęcia jeno z przyzwyczajenia :)
Wyd. Czytelnik Warszawa 1955, 473 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 28 października 2014 roku
Nie obyło się bez ponownego obejrzenia filmu Wajdy:
Tak właśnie wygląda strona tytułowa w tym jubileuszowym wydaniu Mamy...
Na YT oczywiście w całości:
Stęskniłam się za Panem Tadeuszem - ostatni raz czytałam go 3 lata temu i już mi brakowało tych pól malowanych zbożem rozmaitem...
Właśnie sobie uświadomiłam, że najtrudniej pisać o książkach ukochanych. No i tych powszechnie znanych. Bo cóż tu można dodać nowego, nie mówiąc o odkrywczym? Może raczej pokażę półkę:
To takie niepozorne wydanie, tom IV DZIEŁ, które w ilości 16 woluminów ukazały się w stulecie śmierci poety. Nie zdobyłam się na przywiezienie kompletu z domu, bo raz - brak miejsca, a dwa - chyba ich czytać nie będę. Mam u siebie tylko Pana Tadeusza i Dziady, jeśli kiedyś dojrzeję do reszty, to wiem, gdzie jest :)
Jestem skazana na czytanie takiego niezbyt atrakcyjnego wydania, mimo że w domu rodzinnym jest inne, dość monumentalne (dużego formatu), z pięknymi kolorowymi rozkładanymi ilustracjami - to na nim uczyłam się w dzieciństwie doceniać piękno ilustracji - do dziś pamiętam Maćka wśród królików w Dobrzynie. No ale nie mogłam zabrać do Krakowa tego właśnie wydania, bowiem nie należy ono do Ojczastego, który wszystko daje lekką rączką, tylko do Mamy - jest to jej jedyna książka poza kucharską :) W młodości była nauczycielką, skierowaną do pracy na wschodnich rubieżach i tam właśnie z jakiejś okazji dostała tego pięknego Pana Tadeusza. Ponieważ było to w latach pięćdziesiątych, przypuszczam, że również chodziło o jubileuszowe wydanie w stulecie śmierci Mickiewicza. Ach, nie myślcie, że Mama zła i nie dałaby, nie nie. To tylko ja krępuję się wyciągać rękę po jej własność :) Gdy Rodziców zabraknie, rozegra się bój między mną a bratem o to wydanie... a może nie? może brat nie będzie zainteresowany? jakoś go nie widzę wczytującego się w te strofy :)
Ja natomiast wczytuję się w nie Z ROZKOSZĄ! Jest tam wszystko, co lubię, łącznie z kryminałem i sensacją. Lubię czytać sobie półgłosem kolejne wersy, tyle że szybko chrypnę. Znam treść na pamięć, a jednak wczytuję się z ciekawością, co będzie dalej :) Jak to się dzieje? jak ten Mistrz potrafił tego dokonać? i jakim cudem ludzie tego nie lubią, poprzestają na szkolnej lekturze i NIGDY już do niej nie wracają?
Jak wspominałam poprzednim razem, książka służyła mi swego czasu za podręczny skarbczyk i zostało w niej trochę pieniędzy, szkoda, że nieaktualnych :)
Aktualnie rzadką w domu gotówkę przyklejam taśmą klejącą do tyłu lustra w przedpokoju, które jest odchylane na bok. W ten sposób zawsze mogę sięgnąć po banknocik wychodząc :) ale tak naprawdę korzystam z tej możliwości raz w miesiącu - przed wizytą w Skarbówce :) no i jak remoncik jakiś, który się opłaca gotóweczką, wiadomo. Od czasu do czasu wyciągam z bankomatu 50 zł, żeby mieć na warzywniak i to wszystko, jeśli chodzi o obrót żywymi pieniędzmi w moim domu. Tak myślę, że w razie wojny leżę i kwiczę.
Początek:
i koniec:
Oba świetnie znane, daję tu zdjęcia jeno z przyzwyczajenia :)
Wyd. Czytelnik Warszawa 1955, 473 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 28 października 2014 roku
Nie obyło się bez ponownego obejrzenia filmu Wajdy:
Tak właśnie wygląda strona tytułowa w tym jubileuszowym wydaniu Mamy...
Na YT oczywiście w całości:
wtorek, 28 października 2014
Andrea Löw, Marcus Roth - Krakowscy Żydzi pod okupacją niemiecką 1939-1945
Po tę pozycję, świeżo nabytą, sięgnęłam prawie od razu - na fali lektury Pankiewicza i o Pankiewiczu. Wydawnictwo Universitas pięknie mi się wstrzeliło w rytm lektur, wydając tę pracą dwojga niemieckich autorów, cytowaną już w zbiorze Apteka pod Orłem historia i pamięć, ale jeszcze w wersji niemieckiej.
Niestety książka nie znalazła godnego siebie miejsca na półce - ze względu na format... mam już tylko niskie półki, musiałam więc ją położyć, zamiast postawić, i to pod sufitem... ale może coś kiedyś przeorganizuję?
Chodzi oczywiście o "ostatni" regał, ten koło łóżka.
Przeglądając bibliografię uświadomiłam sobie, ile jeszcze przede mną lektur z tych, które mam w domu, a przecież nie kolekcjonuję książek o tej właśnie tematyce, to tylko część - jedna z wielu - cracovianów. Nazbierało się tego przez lata. Parę pozycji dorzucę też do swojej listy na allegro, może się trafi, choć przypuszczam, że niektóre rzeczy mogły już dawno zniknąć z obiegu, mimo że wydawane w latach 90-tych i 2000-nych. "Diariusz podręczny" Adama Kamińskiego wyszedł w 2001 roku, a odkąd go umieściłam na allegrowej liście nie pojawił się ANI RAZU, mimo że minęło siedem miesięcy. No ale pocieszam się, że i tak mam co czytać.
Na okładce przeczytałam:
Rzeczywiście to głównie na wspomnieniach ocalałych z Holocaustu opiera się ta praca. Oczywiście czytelnik znajdzie tu opis getta; wyliczenie kolejnych zarządzeń niemieckich ograniczających najpierw swobodę Żydów, wolność poruszania się, mieszkania, czynienia zakupów, a potem w ogóle decydujących o możliwości przeżycia, aż do likwidacji getta; liczby i fakty - ale to na tekstach pamiętnikarskich i wspomnieniowych koncentruje się narracja. Nie jest to więc praca naukowa, autorzy zresztą piszą, że adresują swoją książkę do osób o zacięciu historycznym, uczniów i studentów. Na rynku niemieckim jest to właściwie praca pionierska, jeśli chodzi o monografię krakowskich Żydów w czasie okupacji, natomiast my mamy cenne opracowanie Aleksandra Bibersteina "Zagłada Żydów w Krakowie", tak więc odbieram tłumaczenie tej pozycji na język polski jako cenne uzupełnienie, natomiast podstawowym dziełem na ten temat pozostaje jednak Biberstein. O którym pewnie niedługo.
Spis treści Krakowskich Żydów pod okupacją niemiecką przedstawia się następująco:
A zaczyna w ten sposób:
Przyznam się, że nigdy nie przyszło mi do głowy pomyśleć o Krakowie w latach wojny jako celu turystyki :) więc już początek wprowadzenia zaintrygował. Książka jest napisana bardzo sprawnie, potoczyście, czyta się lekko (jak na taką tematykę), na co wpływ mają właśnie liczne fragmenty wspomnień i pamiętników. Warto zwrócić uwagę na pamiętniki młodych dziewcząt: Haliny Nelken, Ireny Glück, w których dziewczęce strapienia mieszają się z dojrzałymi uwagami na temat czasów, w których przyszło im żyć.
Barwny obraz świata, który odszedł w rytm stukotu kół pociągów do Bełżca...
Początek:
i koniec:
Wyd. Universitas Kraków 2014, 274 strony
Tytuł oryginalny: Juden in Krakau unter deutscher Besatzung 1939-1945
Przełożyła: Ewa Kowynia
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 6 października 2014 roku za 44 zł)
Przeczytałam 25 października 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ kolejny film z udziałem Stanisława Lubszina - KSIENIA, LIUBIMAJA ŻENA FIODORA (Ксения, любимая жена Фёдора), reż. Witalij Mielnikow, 1974
Na Filmwebie brak opisu, ba! brak nawet jednej marnej oceny, będę pierwsza ;)
2/ trzeci polski film przedwojenny, a właściwie żydowski (nakręcony w jidisz, z polskimi napisami) - LIST DO MATKI (A Briwełe der Mamen), reż. Leon Trystan, Joseph Green, 1938
Debora Berdyczewska z mężem Dawidem oraz trójką dzieci wiedzie biedne życie w małym, żydowskim miasteczku. Trud utrzymania rodziny spoczywa wyłącznie na niej, gdyż jej niezaradny mąż całe dnie spędza na spacerach i wspólnym śpiewaniu z przygodnie spotkanymi znajomymi. To nie jedyne zmartwienie Debory. Jej córka Miriam, zaręczona z Judką, synem krawca Szymona, przyjaciela Dawida, spotyka się potajemnie z nauczycielem tańca, a najstarszy syn Majer żyje marzeniami i snuje nierealne plany na przyszłość. Największą pociechą jest, niebywale uzdolniony muzycznie, najmłodszy syn Aron. Pewnego dnia, po kłótni z Majerem, który wyrzuca ojcu jego próżniacze życie i obarcza winą za ich biedną egzystencję, Dawid opuszcza dom. Debora, która mimo wielu wad kocha męża nad życie, popada w rozpacz, kiedy dowiaduje się, że za otrzymane od Szymona pieniądze Dawid wyjechał do Ameryki.
3/ film czeski ŚMIERĆ AUTOSTOPOWICZEK (Smrt stopařek), reż. Jindřich Polák, 1979
Kryminał, a więc nietypowo jak na czeski film :)
Charvát wygląda z pozoru na przeciętnego obywatela. Pracuje jako kierowca ciężarówki, mieszka w wynajętym pokoiku. Pomaga swej gospodyni w ogrzewaniu domu, często bawi się z jej synem lub wykonuje jej drobne naprawy. Nierzadko zdarza mu się podwozić dziewczyny łapiące stopa, dla których jest początkowo bardzo miły i troskliwy. Pod maską zwyczajności kryją się jednak ukryte żądze, które mężczyzna zaspokaja gwałcąc i dominując nad kobietami. Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. W rolę gwałciciela i mordercy Charváta wcielił się Marek Perepeczko.
4/ czwarty film w dorobku wietnamskiego reżysera Anh Hung Tran - PRZYCHODZĘ Z DESZCZEM (I Come with the Rain), 2009
Prywatny detektyw Kline prowadzi śledztwo w sprawie zaginionego syna szefa farmaceutycznego konsorcjum, który zniknął dwadzieścia lat temu. W poszukiwaniach udaje się do Hong Kongu, gdzie wdziera się w sprawy mafii. Dodatkowo zaczynają prześladować go sny, o seryjnym mordercy Hasfordzie.
Niestety książka nie znalazła godnego siebie miejsca na półce - ze względu na format... mam już tylko niskie półki, musiałam więc ją położyć, zamiast postawić, i to pod sufitem... ale może coś kiedyś przeorganizuję?
Chodzi oczywiście o "ostatni" regał, ten koło łóżka.
Przeglądając bibliografię uświadomiłam sobie, ile jeszcze przede mną lektur z tych, które mam w domu, a przecież nie kolekcjonuję książek o tej właśnie tematyce, to tylko część - jedna z wielu - cracovianów. Nazbierało się tego przez lata. Parę pozycji dorzucę też do swojej listy na allegro, może się trafi, choć przypuszczam, że niektóre rzeczy mogły już dawno zniknąć z obiegu, mimo że wydawane w latach 90-tych i 2000-nych. "Diariusz podręczny" Adama Kamińskiego wyszedł w 2001 roku, a odkąd go umieściłam na allegrowej liście nie pojawił się ANI RAZU, mimo że minęło siedem miesięcy. No ale pocieszam się, że i tak mam co czytać.
Na okładce przeczytałam:
Rzeczywiście to głównie na wspomnieniach ocalałych z Holocaustu opiera się ta praca. Oczywiście czytelnik znajdzie tu opis getta; wyliczenie kolejnych zarządzeń niemieckich ograniczających najpierw swobodę Żydów, wolność poruszania się, mieszkania, czynienia zakupów, a potem w ogóle decydujących o możliwości przeżycia, aż do likwidacji getta; liczby i fakty - ale to na tekstach pamiętnikarskich i wspomnieniowych koncentruje się narracja. Nie jest to więc praca naukowa, autorzy zresztą piszą, że adresują swoją książkę do osób o zacięciu historycznym, uczniów i studentów. Na rynku niemieckim jest to właściwie praca pionierska, jeśli chodzi o monografię krakowskich Żydów w czasie okupacji, natomiast my mamy cenne opracowanie Aleksandra Bibersteina "Zagłada Żydów w Krakowie", tak więc odbieram tłumaczenie tej pozycji na język polski jako cenne uzupełnienie, natomiast podstawowym dziełem na ten temat pozostaje jednak Biberstein. O którym pewnie niedługo.
Spis treści Krakowskich Żydów pod okupacją niemiecką przedstawia się następująco:
A zaczyna w ten sposób:
Przyznam się, że nigdy nie przyszło mi do głowy pomyśleć o Krakowie w latach wojny jako celu turystyki :) więc już początek wprowadzenia zaintrygował. Książka jest napisana bardzo sprawnie, potoczyście, czyta się lekko (jak na taką tematykę), na co wpływ mają właśnie liczne fragmenty wspomnień i pamiętników. Warto zwrócić uwagę na pamiętniki młodych dziewcząt: Haliny Nelken, Ireny Glück, w których dziewczęce strapienia mieszają się z dojrzałymi uwagami na temat czasów, w których przyszło im żyć.
Barwny obraz świata, który odszedł w rytm stukotu kół pociągów do Bełżca...
Początek:
i koniec:
Wyd. Universitas Kraków 2014, 274 strony
Tytuł oryginalny: Juden in Krakau unter deutscher Besatzung 1939-1945
Przełożyła: Ewa Kowynia
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 6 października 2014 roku za 44 zł)
Przeczytałam 25 października 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ kolejny film z udziałem Stanisława Lubszina - KSIENIA, LIUBIMAJA ŻENA FIODORA (Ксения, любимая жена Фёдора), reż. Witalij Mielnikow, 1974
Na Filmwebie brak opisu, ba! brak nawet jednej marnej oceny, będę pierwsza ;)
2/ trzeci polski film przedwojenny, a właściwie żydowski (nakręcony w jidisz, z polskimi napisami) - LIST DO MATKI (A Briwełe der Mamen), reż. Leon Trystan, Joseph Green, 1938
Debora Berdyczewska z mężem Dawidem oraz trójką dzieci wiedzie biedne życie w małym, żydowskim miasteczku. Trud utrzymania rodziny spoczywa wyłącznie na niej, gdyż jej niezaradny mąż całe dnie spędza na spacerach i wspólnym śpiewaniu z przygodnie spotkanymi znajomymi. To nie jedyne zmartwienie Debory. Jej córka Miriam, zaręczona z Judką, synem krawca Szymona, przyjaciela Dawida, spotyka się potajemnie z nauczycielem tańca, a najstarszy syn Majer żyje marzeniami i snuje nierealne plany na przyszłość. Największą pociechą jest, niebywale uzdolniony muzycznie, najmłodszy syn Aron. Pewnego dnia, po kłótni z Majerem, który wyrzuca ojcu jego próżniacze życie i obarcza winą za ich biedną egzystencję, Dawid opuszcza dom. Debora, która mimo wielu wad kocha męża nad życie, popada w rozpacz, kiedy dowiaduje się, że za otrzymane od Szymona pieniądze Dawid wyjechał do Ameryki.
3/ film czeski ŚMIERĆ AUTOSTOPOWICZEK (Smrt stopařek), reż. Jindřich Polák, 1979
Kryminał, a więc nietypowo jak na czeski film :)
Charvát wygląda z pozoru na przeciętnego obywatela. Pracuje jako kierowca ciężarówki, mieszka w wynajętym pokoiku. Pomaga swej gospodyni w ogrzewaniu domu, często bawi się z jej synem lub wykonuje jej drobne naprawy. Nierzadko zdarza mu się podwozić dziewczyny łapiące stopa, dla których jest początkowo bardzo miły i troskliwy. Pod maską zwyczajności kryją się jednak ukryte żądze, które mężczyzna zaspokaja gwałcąc i dominując nad kobietami. Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. W rolę gwałciciela i mordercy Charváta wcielił się Marek Perepeczko.
4/ czwarty film w dorobku wietnamskiego reżysera Anh Hung Tran - PRZYCHODZĘ Z DESZCZEM (I Come with the Rain), 2009
Prywatny detektyw Kline prowadzi śledztwo w sprawie zaginionego syna szefa farmaceutycznego konsorcjum, który zniknął dwadzieścia lat temu. W poszukiwaniach udaje się do Hong Kongu, gdzie wdziera się w sprawy mafii. Dodatkowo zaczynają prześladować go sny, o seryjnym mordercy Hasfordzie.
Etykiety:
Cracoviana,
Judaica,
W tym tygodniu oglądam,
Z własnej półki
sobota, 25 października 2014
Irena Jurgielewiczowa - Niespokojne godziny
Pożyczyłam z Rajskiej kilka książek Jurgielewiczowej, ale jakoś mi się nie chciało za nie zabierać. Co prawda o Niespokojnych godzinach ktoś tu się wyrażał bardzo dobrze przy okazji poprzedniej powieści tej autorki, ale - zniechęcała mnie okładka. Nie lubię takich nowoczesnych, krzykliwie kolorowych. Jak to się gusty zmieniają. W młodości uwielbiałam jedną z książek Niziurskiego, gdzie na okładce było też zdjęcie, dżinsów, o ile pamiętam. Taka była nowoczesna :)
O, znalazłam:
No ale to było dzieści lat temu, dziś preferuję starocie i tzw. old fashion :)
Czas jednak mija nieubłaganie, przyszło ponaglenie z biblioteki, trzeba było przedłużyć, więc - myślę sobie - chociaż jedną przed następnym przedłużeniem oddam.
Nawiasem mówiąc, tak się odzwyczaiłam od korzystania z biblioteki, że zapomniałam hasła. Coś mi po głowie chodziło, że wpisuje się najpierw numer karty, a potem nazwisko bez polskich czcionek. Nieeeee. Nie wychodzi. Nie udaje się zalogować. Nie poddaję się jednak i dzwonię do działu informatyki, tłumaczę, że zapomniałam hasła. Pan mi jednak mówi, że on nie ma uprawnień i że kolega już poszedł do domu, dzwonić jutro. Termin jednak naglił, więc trudno, zadzwonię, żeby przedłużyć przy pomocy pani bibliotekarki... A pani bibliotekarka prolonguje, po czym mówi mi, że hasło to zawsze PIERWSZE CZTERY LITERY NAZWISKA - a nie całe. No tak, od razu mi się przypomniało: w dawnych czasach, gdy na potęgę korzystałam z biblioteki, ciągle to było w użytku, w różnych wersjach, bo mam trzy karty (na siebie, na córkę i na jej ojca) na różne nazwiska. I teraz powiedzcie mi - czy informatycy ZAWSZE są tacy niekumaci? Ech.
Na okładce wyczytałam niewiele:
W gruncie rzeczy nie było to zbyt zachęcające, no ale jakem się poświęciła tak i jadę, jak zwykł prześmiewczo mówić Ojczasty przy różnych okazjach.
I wiecie co?
Całkiem przyzwoita powieść dla młodzieży! Realia lat sześćdziesiątych (ech, ta okładka), Warszawa, Kasia przyjeżdżająca na dwa tygodnie do starszej siostry-lekarki, z małego prowincjonalnego miasteczka, ale bynajmniej nie zahukana nieśmiała dziewczynina, jakiej można by się spodziewać. Wręcz przeciwnie, pewna siebie, oblatana, orientująca się i w samej stolicy. A przy tym dobra, w starym rozumieniu tego słowa - pomocna ludziom, empatyczna - i myśląca, inteligentna. W pewnym momencie tego długiego kwietniowego dnia, podzielonego na dziewięć historii-rozdziałów, jej droga przecina się z wędrówką Janusza, który czuje się niekochany we własnej rodzinie, gdzie starszy brat-student gra pierwsze skrzypce, i który właśnie zdecydował się na wagary.
Ach, jakże prawdziwie pokazany jest ten poranek wagarowicza, z wszelkimi jego trudnościami: żeby nie spotkać nikogo znajomego, nie natknąć się na nauczyciela, pozbyć się gdzieś teczki i tarczy z rękawa, ukryć i przemelinować na czas niepogody (kwiecień-plecień... w istocie cała powieść wypunktowana jest ciągłymi zmianami pogody, podobnie jak nieustanne są zmiany relacji między młodymi bohaterami). Jak ja to dobrze znam z autopsji :) Nie żebym takim wagarowiczem strasznym była, nie nie, ja przecież z tych, no, prymusów raczej :) ale zdarzało się, oj, zdarzało - chcieć uniknąć jakiejś klasówki - i zazwyczaj sprawa była prosta, bo całkiem zwyczajnie zostawałam w domu, przecież rodzice już wcześniej wyszli do pracy - ale było i tak, że ja już mam zaplanowane od poprzedniego wieczoru wagary, a tu rano coś mama nie wychodzi, nie zbiera się o wpół do siódmej, co jest? Okazuje się, że wzięła sobie wolny dzień z jakiegoś tam powodu - i trzeba z domu wyjść. A tu pogoda w kratkę, całkiem jak w Niespokojnych godzinach, miasteczko małe, cały czas w strachu, że ktoś znajomy rodziców mnie dostrzeże, włóczę się po bocznych uliczkach, w końcu ląduję na dworcu kolejowym, żeby się zagrzać... ech, do dziś to pamiętam. Wagary to nie dla mięczaków sprawa!
Jak potoczy się dalej ten dzień dla naszych bohaterów, których dotknęła miłość, którym przydarzyło się to wielkie uczucie, na które każdy czeka i z którym niełatwo się uporać - przeczytajcie sami. Idźcie do biblioteki, pożyczcie, podsuńcie własnym dzieciom, którym przychodzi dokonywać pierwszych wyborów moralnych i zmagać się z nieprostymi dylematami. I pamiętajcie:
Jeżeli człowiek nie oczekuje w życiu nic takiego, co zaledwie można przeczuć, jeżeli już wszystko ma się za sobą, nie przed sobą, to musi być bardzo smutno.
Zapomniałabym: to świetna książka dla varsavianistów! Bohaterzy ciągle krążą po mieście, wydeptują ulice i dzielnice, Kasia zachwyca się trasą W-Z i "elektrycznymi schodami", jednocześnie pełno tam jeszcze ruder-pozostałości wojny. Można chodzić po Warszawie z powieścią w ręku i porównywać.
A mnie właśnie doszła tortilla na patelni, więc udaję się do stołu :) Smacznego i Wam sobotniego obiadku!
Początek:
i koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 2007, 198 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 24 października 2014 roku
O, znalazłam:
No ale to było dzieści lat temu, dziś preferuję starocie i tzw. old fashion :)
Czas jednak mija nieubłaganie, przyszło ponaglenie z biblioteki, trzeba było przedłużyć, więc - myślę sobie - chociaż jedną przed następnym przedłużeniem oddam.
Nawiasem mówiąc, tak się odzwyczaiłam od korzystania z biblioteki, że zapomniałam hasła. Coś mi po głowie chodziło, że wpisuje się najpierw numer karty, a potem nazwisko bez polskich czcionek. Nieeeee. Nie wychodzi. Nie udaje się zalogować. Nie poddaję się jednak i dzwonię do działu informatyki, tłumaczę, że zapomniałam hasła. Pan mi jednak mówi, że on nie ma uprawnień i że kolega już poszedł do domu, dzwonić jutro. Termin jednak naglił, więc trudno, zadzwonię, żeby przedłużyć przy pomocy pani bibliotekarki... A pani bibliotekarka prolonguje, po czym mówi mi, że hasło to zawsze PIERWSZE CZTERY LITERY NAZWISKA - a nie całe. No tak, od razu mi się przypomniało: w dawnych czasach, gdy na potęgę korzystałam z biblioteki, ciągle to było w użytku, w różnych wersjach, bo mam trzy karty (na siebie, na córkę i na jej ojca) na różne nazwiska. I teraz powiedzcie mi - czy informatycy ZAWSZE są tacy niekumaci? Ech.
Na okładce wyczytałam niewiele:
W gruncie rzeczy nie było to zbyt zachęcające, no ale jakem się poświęciła tak i jadę, jak zwykł prześmiewczo mówić Ojczasty przy różnych okazjach.
I wiecie co?
Całkiem przyzwoita powieść dla młodzieży! Realia lat sześćdziesiątych (ech, ta okładka), Warszawa, Kasia przyjeżdżająca na dwa tygodnie do starszej siostry-lekarki, z małego prowincjonalnego miasteczka, ale bynajmniej nie zahukana nieśmiała dziewczynina, jakiej można by się spodziewać. Wręcz przeciwnie, pewna siebie, oblatana, orientująca się i w samej stolicy. A przy tym dobra, w starym rozumieniu tego słowa - pomocna ludziom, empatyczna - i myśląca, inteligentna. W pewnym momencie tego długiego kwietniowego dnia, podzielonego na dziewięć historii-rozdziałów, jej droga przecina się z wędrówką Janusza, który czuje się niekochany we własnej rodzinie, gdzie starszy brat-student gra pierwsze skrzypce, i który właśnie zdecydował się na wagary.
Ach, jakże prawdziwie pokazany jest ten poranek wagarowicza, z wszelkimi jego trudnościami: żeby nie spotkać nikogo znajomego, nie natknąć się na nauczyciela, pozbyć się gdzieś teczki i tarczy z rękawa, ukryć i przemelinować na czas niepogody (kwiecień-plecień... w istocie cała powieść wypunktowana jest ciągłymi zmianami pogody, podobnie jak nieustanne są zmiany relacji między młodymi bohaterami). Jak ja to dobrze znam z autopsji :) Nie żebym takim wagarowiczem strasznym była, nie nie, ja przecież z tych, no, prymusów raczej :) ale zdarzało się, oj, zdarzało - chcieć uniknąć jakiejś klasówki - i zazwyczaj sprawa była prosta, bo całkiem zwyczajnie zostawałam w domu, przecież rodzice już wcześniej wyszli do pracy - ale było i tak, że ja już mam zaplanowane od poprzedniego wieczoru wagary, a tu rano coś mama nie wychodzi, nie zbiera się o wpół do siódmej, co jest? Okazuje się, że wzięła sobie wolny dzień z jakiegoś tam powodu - i trzeba z domu wyjść. A tu pogoda w kratkę, całkiem jak w Niespokojnych godzinach, miasteczko małe, cały czas w strachu, że ktoś znajomy rodziców mnie dostrzeże, włóczę się po bocznych uliczkach, w końcu ląduję na dworcu kolejowym, żeby się zagrzać... ech, do dziś to pamiętam. Wagary to nie dla mięczaków sprawa!
Jak potoczy się dalej ten dzień dla naszych bohaterów, których dotknęła miłość, którym przydarzyło się to wielkie uczucie, na które każdy czeka i z którym niełatwo się uporać - przeczytajcie sami. Idźcie do biblioteki, pożyczcie, podsuńcie własnym dzieciom, którym przychodzi dokonywać pierwszych wyborów moralnych i zmagać się z nieprostymi dylematami. I pamiętajcie:
Jeżeli człowiek nie oczekuje w życiu nic takiego, co zaledwie można przeczuć, jeżeli już wszystko ma się za sobą, nie przed sobą, to musi być bardzo smutno.
Zapomniałabym: to świetna książka dla varsavianistów! Bohaterzy ciągle krążą po mieście, wydeptują ulice i dzielnice, Kasia zachwyca się trasą W-Z i "elektrycznymi schodami", jednocześnie pełno tam jeszcze ruder-pozostałości wojny. Można chodzić po Warszawie z powieścią w ręku i porównywać.
A mnie właśnie doszła tortilla na patelni, więc udaję się do stołu :) Smacznego i Wam sobotniego obiadku!
Początek:
i koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 2007, 198 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 24 października 2014 roku
czwartek, 23 października 2014
Antoni Czechow - Moje życie
Jak to człowiek nie zna dnia ani godziny! Na Czechowa się szykuję, owszem owszem, nawet w całości - ale w jakiejś dalszej przyszłości (jeszcze Dostojewski przecież nie skończony!). A tu wypadło w tym tygodniu oglądać adaptację filmową powieści Moje życie - wyjaśniam, dlaczego wypadło: otóż po obejrzeniu filmu Kin-dza-dza! zakochałam się w aktorze Stanisławie Lubszinie i podjęłam zobowiązanie :) że zobaczę wsio wsio wsio, w czymkolwiek wziął udział. A facet jest czynny w kinie od 1959 roku do dziś! I tak sobie powolutku dłubię po jednym filmie na tydzień. Doszłam właśnie do 1972 roku i filmu Moja żizń - w porę się zorientowałam, że to ekranizacja Czechowa i zaczęłam szukać powieści o tym tytule w Dziełach. Które mój stary dobry Ojczasty nabył jeszcze za młodu i wspaniałomyślnie pozwolił mi je z domu rodzinnego wywieźć.
Żeby stanowiły trzon moich reprezentacyjnych zbiorów :)))
A' propos tego, co w dolnym lewym rogu - wczoraj czytałam dyskusję na forum aranżacji wnętrz i pojawiło się tam zdanie, że kineskopowe telewizory to już tylko u emerytów są :)
Kiedyś tam, dawno temu, sięgnęłam po jakieś opowiadanie, a to znowu którąś sztukę (pasjami lubię czytać sztuki teatralne i aż się dziwię, że to się nie odzwierciedla na moim blogu, widać zostawiam sobie pasje na później), ale w ogólności Dzieła Czechowa stoją i czekają. Przy tym jedna świętej już pamięci mymra pożyczyła ode mnie w dalekich latach 90-tych tom czwarty, łaskawie pozostawiając obwolutę, po czym wzięła i umarła. Głupio mi było zwracać się do pogrążonej w żałobie rodziny o zwrot, no i przepadło. Nawet nie wiem, co tam w tym czwartym tomie było :( Ale jak się już zabiorę za Czechowa na serio, to braki wyjdą na jaw... ciekawe, czy na allegro handlują pojedynczymi tomami?
Dziewiąty tom Dzieł (ani zebranych ani wybranych) zawiera opowieści i opowiadania z lat 1896-1903.
Są one następujące:
Jak widać z liczby stron, do miana (krótkiej, bo krótkiej, ale jednak) opowieści może pretendować jedynie właśnie Moje życie, pozostałe utwory są o wiele krótsze.
I jakież wrażenia, zapytacie?
Czechow jest stworzony dla mnie! Ta napisana w pierwszej osobie historia młodego człowieka, który pochodząc ze szlachty (ojciec jest szanowanym w mieście architektem) zapragnął żyć z pracy własnych rąk, a nie z nudnej posady polegającej na przekładaniu papierków, podbiła mnie już pierwszym akapitem. Sami spójrzcie (nieco niżej), czyż nie świetne wejście? Dole i niedole Misaiła, jego siostry Kleopatry i żony Maszy, chcących żyć po swojemu, wedle zasad, do których jeszcze nie dorosło społeczeństwo, deklarujące wszak na każdym kroku postęp i rozwój oraz walkę z ciemnotą i zabobonami, przykuwają uwagę czytelnika nie tylko samą intrygą, ale również uwagami na temat chłopów i robotników - czy Czechow mógł przeczuwać, że w dwadzieścia lat później w miejsce imperium rosyjskiego powstanie Kraj Rad?
A oglądanie filmu też było czystą rozkoszą! Podaję raz jeszcze link do You Tube, gdzie film można w całości obejrzeć (no niestety w oryginale - ale jak ktoś przeczyta powieść, to mu to nie będzie przeszkadzać, się pamięta, co kto mówi, a adaptacja jest wierna). Lubszin jest wymarzonym Misaiłem, a partnerują mu Margarita Tieriechowa i Alisa Frejndlich.
Całośc trwa trzy godziny, druga i trzecia część po kliknięciu w YT - po prawej stronie.
Za pięć tygodni będę oglądać Step Bondarczuka, więc powrót do Czechowa bliski :)
Początek:
i koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1959 rok, wyd.I, 115 stron
Tytuł oryginalny: Moja żizń / Моя жизнь
Przełożyła: Maria Dąbrowska
Z własnej półki
Przeczytałam 22 października 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Trzyma się człowiek, trzyma, a potem wioooooo i po ptokach. To przez tego Trifonowa, co to go czytałam ostatnio! Resztę się dobrało z działu rosyjskie i radzieckie u sprzedawcy Milion książek :)
Na szczęście tanie to było, ale nie o to nawet chodzi, tylko wiadomo - o miejsce na półkach. Ostatnio gdy rodzina była u mnie podziwiać (hm) mieszkanie po malowaniu, Ojczasty się zadumał - niedużo Ci miejsca zostało. Ja na to, że w ostateczności na tym "nowym" regale można książki ustawić w dwóch rzędach, bo jest głęboki. Ale u nas tak właśnie jest i nic nie pamiętam, co tam z tyłu stoi, odparł Ojczasty. I ma świętą rację, kochaniutki. Pocieszam się tym, że mając aktualnie dwie pasje: literaturę rosyjską i cracoviana, z tej pierwszej już sporo mam, więc niewielu pozycji jeszcze poszukuję. Gorzej z cracovianami - ciągle wychodzi coś nowego i z tym trzeba się liczyć.
I wiecie co? Dobrze, że na żadne Targi Książki nie jeżdżę :) powodowana co prawda czym innym: duszno, gorąco, ścisk, tłok, hałas - nie dla mnie takie warunki, ja za wielka pani hi hi hi. Idea z wielką panią przyszła mi do głowy wczoraj w tramwaju, gdy wracałam z pracy: ludzie się pchali, a ja (jako że ostatnio chodzę w sukienkach i eleganckim jasnym płaszczyku, a co!) byłam w strachu o całość moich rajstop i czystość płaszczyka - ludzie mają dziwne zwyczaje, kładą torbę czy siatę na przystanku na ziemi (dla mnie niewyobrażalne), a potem szorują nią w tramwaju po sąsiadach - i już już miałam jakąś kąśliwą uwagę wystosować, ale natychmiast zdałam sobie sprawę, że wyzwą mnie od paniuś, co niech sobie taksówkami jeżdżą:)
W każdym razie, oto ostatnie nabytki:
A tu jeszcze Paustowski osobno - zapomnieli go włożyć do paczki i przysłali dzień później:
Żeby stanowiły trzon moich reprezentacyjnych zbiorów :)))
A' propos tego, co w dolnym lewym rogu - wczoraj czytałam dyskusję na forum aranżacji wnętrz i pojawiło się tam zdanie, że kineskopowe telewizory to już tylko u emerytów są :)
Kiedyś tam, dawno temu, sięgnęłam po jakieś opowiadanie, a to znowu którąś sztukę (pasjami lubię czytać sztuki teatralne i aż się dziwię, że to się nie odzwierciedla na moim blogu, widać zostawiam sobie pasje na później), ale w ogólności Dzieła Czechowa stoją i czekają. Przy tym jedna świętej już pamięci mymra pożyczyła ode mnie w dalekich latach 90-tych tom czwarty, łaskawie pozostawiając obwolutę, po czym wzięła i umarła. Głupio mi było zwracać się do pogrążonej w żałobie rodziny o zwrot, no i przepadło. Nawet nie wiem, co tam w tym czwartym tomie było :( Ale jak się już zabiorę za Czechowa na serio, to braki wyjdą na jaw... ciekawe, czy na allegro handlują pojedynczymi tomami?
Dziewiąty tom Dzieł (ani zebranych ani wybranych) zawiera opowieści i opowiadania z lat 1896-1903.
Są one następujące:
Jak widać z liczby stron, do miana (krótkiej, bo krótkiej, ale jednak) opowieści może pretendować jedynie właśnie Moje życie, pozostałe utwory są o wiele krótsze.
I jakież wrażenia, zapytacie?
Czechow jest stworzony dla mnie! Ta napisana w pierwszej osobie historia młodego człowieka, który pochodząc ze szlachty (ojciec jest szanowanym w mieście architektem) zapragnął żyć z pracy własnych rąk, a nie z nudnej posady polegającej na przekładaniu papierków, podbiła mnie już pierwszym akapitem. Sami spójrzcie (nieco niżej), czyż nie świetne wejście? Dole i niedole Misaiła, jego siostry Kleopatry i żony Maszy, chcących żyć po swojemu, wedle zasad, do których jeszcze nie dorosło społeczeństwo, deklarujące wszak na każdym kroku postęp i rozwój oraz walkę z ciemnotą i zabobonami, przykuwają uwagę czytelnika nie tylko samą intrygą, ale również uwagami na temat chłopów i robotników - czy Czechow mógł przeczuwać, że w dwadzieścia lat później w miejsce imperium rosyjskiego powstanie Kraj Rad?
A oglądanie filmu też było czystą rozkoszą! Podaję raz jeszcze link do You Tube, gdzie film można w całości obejrzeć (no niestety w oryginale - ale jak ktoś przeczyta powieść, to mu to nie będzie przeszkadzać, się pamięta, co kto mówi, a adaptacja jest wierna). Lubszin jest wymarzonym Misaiłem, a partnerują mu Margarita Tieriechowa i Alisa Frejndlich.
Całośc trwa trzy godziny, druga i trzecia część po kliknięciu w YT - po prawej stronie.
Za pięć tygodni będę oglądać Step Bondarczuka, więc powrót do Czechowa bliski :)
Początek:
i koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1959 rok, wyd.I, 115 stron
Tytuł oryginalny: Moja żizń / Моя жизнь
Przełożyła: Maria Dąbrowska
Z własnej półki
Przeczytałam 22 października 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Trzyma się człowiek, trzyma, a potem wioooooo i po ptokach. To przez tego Trifonowa, co to go czytałam ostatnio! Resztę się dobrało z działu rosyjskie i radzieckie u sprzedawcy Milion książek :)
Na szczęście tanie to było, ale nie o to nawet chodzi, tylko wiadomo - o miejsce na półkach. Ostatnio gdy rodzina była u mnie podziwiać (hm) mieszkanie po malowaniu, Ojczasty się zadumał - niedużo Ci miejsca zostało. Ja na to, że w ostateczności na tym "nowym" regale można książki ustawić w dwóch rzędach, bo jest głęboki. Ale u nas tak właśnie jest i nic nie pamiętam, co tam z tyłu stoi, odparł Ojczasty. I ma świętą rację, kochaniutki. Pocieszam się tym, że mając aktualnie dwie pasje: literaturę rosyjską i cracoviana, z tej pierwszej już sporo mam, więc niewielu pozycji jeszcze poszukuję. Gorzej z cracovianami - ciągle wychodzi coś nowego i z tym trzeba się liczyć.
I wiecie co? Dobrze, że na żadne Targi Książki nie jeżdżę :) powodowana co prawda czym innym: duszno, gorąco, ścisk, tłok, hałas - nie dla mnie takie warunki, ja za wielka pani hi hi hi. Idea z wielką panią przyszła mi do głowy wczoraj w tramwaju, gdy wracałam z pracy: ludzie się pchali, a ja (jako że ostatnio chodzę w sukienkach i eleganckim jasnym płaszczyku, a co!) byłam w strachu o całość moich rajstop i czystość płaszczyka - ludzie mają dziwne zwyczaje, kładą torbę czy siatę na przystanku na ziemi (dla mnie niewyobrażalne), a potem szorują nią w tramwaju po sąsiadach - i już już miałam jakąś kąśliwą uwagę wystosować, ale natychmiast zdałam sobie sprawę, że wyzwą mnie od paniuś, co niech sobie taksówkami jeżdżą:)
W każdym razie, oto ostatnie nabytki:
A tu jeszcze Paustowski osobno - zapomnieli go włożyć do paczki i przysłali dzień później:
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































