Jako że w kwestii literatury węgierskiej zatrzymałam się na etapie Tibora Déry, oko moje, a nawet oba, spoczęły na tym tomiku, leżącym wśród innych świeżo oddanych w bibliotece. Przede mną miał już czterech czytelników (od lipca zeszłego roku). Czyli ktoś na osiedlu też chciał się uaktualnić w węgierskich klimatach!
No, albo jakaś feministka czytała.
Jak się tak zastanowię, to w gruncie rzeczy nie mam szczególnego zapału do literatury kobiecej... coś mi się wydaje, że może nie tylko, ale głównie jednak mężczyźni potrafią pisać :)
W dodatku jest lekko wnerwiające takie zdjęcie autorki, niewiele przecież młodszej ode mnie, a wyglądającej jak jakaś aktorka czy modelka. No czy można poważnie kogoś takiego traktować?
:)
I właściwie po pierwszych dwóch czy trzech opowiadaniach byłam zawiedziona (czy też utwierdzona w opinii)... ale potem przyszły następne i już coś drgnęło, coś zaskoczyło. Bardzo mi się spodobała umiejętność pani Tóth wejścia w dziecięcą czy nastolatkową skórę. Tak, przecież tak było, a jej proza wydobyła z tyłu głowy zapomniane myśli i uczucia.
Początek:
Koniec:
Wyd. Książkowe klimaty, Wrocław 2016, 224 strony
Tytuł oryginalny: Vonalkód: tizenöt történet
Przełożyła: Anna Butrym
Z biblioteki
Przeczytałam 2 kwietnia 2019 roku
czwartek, 4 kwietnia 2019
środa, 3 kwietnia 2019
Josef Škvorecký - Wszyscy ci wspaniali chłopcy i dziewczyny
Ja sobie tę książkę kupiłam razem z innymi czeskimi w oryginale, ale odłożyłam ad acta, że kiedyś tam może przeczytam. Właściwie to nawet jej nie przyniosłam do domu (paczka przyszła do pracy), tylko zostawiłam sobie gdzieś tam pod biurkiem, że w wolnej chwili mogę podczytywać, jakby mnie nagła tęsknota za czeskim wzięła, a internety wyłączyli :)
Tymczasem w bibliotece na Rajskiej znalazłam polskie tłumaczenie! Trzeba sobie życie ułatwiać, więc wzięłam. Oryginał zostawiam na następne lata :)
Książka nosi podtytuł Osobista historia czeskiego kina, ale przyznam się, że oczekiwałam więcej tej nuty osobistej. No dobrze, powiem wprost - za mało było anegdotek :) A przy tym wydanie czeskie, a przynajmniej to, które posiadam, z 1991 roku, jest bardziej czytable ze względu na to, że ilustracje ma w tekście, w miejscu, gdzie się o danym filmie, reżyserze, aktorze mówi. No i jest ich o wiele więcej. Tymczasem w wydaniu polskim ilustracje są zgrupowane na końcu książki i w mniejszej ilości. To minus. Na plus można zapisać, że dodano tu jeszcze trochę tekstów o Menzlu, których u Czechów nie ma (może są w późniejszych wydaniach). Oraz aneks opracowany przez tłumacza, opisujący pokrótce losy reżyserów Nowej Fali po 1968 roku.
No a poza tym znalazłam tu sporo filmów, które jeszcze trzeba zobaczyć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Pogranicze, Sejny 2018, 380 stron
Tytuł oryginalny: Všichni ti bystří mladí muži a ženy
Przełożył: Andrzej S.Jagodziński
Z biblioteki
Przeczytałam 1 kwietnia 2019 roku
Tymczasem w bibliotece na Rajskiej znalazłam polskie tłumaczenie! Trzeba sobie życie ułatwiać, więc wzięłam. Oryginał zostawiam na następne lata :)
Książka nosi podtytuł Osobista historia czeskiego kina, ale przyznam się, że oczekiwałam więcej tej nuty osobistej. No dobrze, powiem wprost - za mało było anegdotek :) A przy tym wydanie czeskie, a przynajmniej to, które posiadam, z 1991 roku, jest bardziej czytable ze względu na to, że ilustracje ma w tekście, w miejscu, gdzie się o danym filmie, reżyserze, aktorze mówi. No i jest ich o wiele więcej. Tymczasem w wydaniu polskim ilustracje są zgrupowane na końcu książki i w mniejszej ilości. To minus. Na plus można zapisać, że dodano tu jeszcze trochę tekstów o Menzlu, których u Czechów nie ma (może są w późniejszych wydaniach). Oraz aneks opracowany przez tłumacza, opisujący pokrótce losy reżyserów Nowej Fali po 1968 roku.
No a poza tym znalazłam tu sporo filmów, które jeszcze trzeba zobaczyć :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Pogranicze, Sejny 2018, 380 stron
Tytuł oryginalny: Všichni ti bystří mladí muži a ženy
Przełożył: Andrzej S.Jagodziński
Z biblioteki
Przeczytałam 1 kwietnia 2019 roku
Etykiety:
Czeski film,
Wspomnienia i memuary,
Wspomnień czar,
Z biblioteki
sobota, 30 marca 2019
Jacek Hugo-Bader - Audyt
Dalej wojuję z biblioteką. A właściwie już się poddałam, oddaję poprzednią książkę i bez zbędnych ceregieli i wahań biorę następną. Aktualnie mam na stanie sześć sztuk. Zauważam dobre strony - poza oczywiście dostępem do tego, czego nie mam w domu - mianowicie w zwykłych warunkach, gdy kończę czytać jedno, następuje dłuuuugi moment wahania, myślenia, wybierania następnej pozycji. Tymczasem, gdy na stoliku obok łóżka czeka stos biblioteczny, który ma przecież swą datę przydatności czyli zwrotu, pozostaje tylko wybór jednej z kilku książek, co już tyle czasu nie zabiera :) Czyli - oszczędność tego, czego mamy coraz mniej, a i tak nigdy nie wiemy, ile konkretnie nam go zostało, prąpaństwa.
Audyt mnie wciągnął na maksa, jak to mawiają. Zdecydowanie reportaże to jest coś, co mnie obecnie najbardziej kręci. Mimo jej rozmiarów, ciągnęłam tę książkę ze sobą codziennie do pracy, żeby w nieszczęsnym autobusie 704 wykorzystać choćby te pół godziny, gdy się wleczemy, czy to rano, czy po południu.
I teraz taka ciekawa historia. Ten tom (pierwszy z zamierzonej trylogii, mającej sportretować współczesną Polskę) traktuje głównie, choć nie jedynie, o ludziach z szeroko pojętego marginesu. Są tam menele i alkoholicy (wstrząsający obraz ulicy Brzeskiej z warszawskiej Pragi), czyli ludzie, od których jestem jak najdalej, którzy są dla mnie wielką egzotyką, ale gdy o nich czytam i o ich pokręconych losach, ogarnia mnie współczucie (nie mówiąc o pewności, że miejsce i czas urodzenia determinuje tak wiele). Ale oto siedzę w tym autobusie, na kolanach mam rozłożoną książkę, a koło mnie siada jakaś ewidentka menelka, roztaczając zapaszek nieprzetrawionej nalewki. A więc mam obok siebie człowieka, o którym właśnie czytam.
I już mnie ten człowiek nie interesuje.
Już zaczynam się modlić, żeby jak najprędzej wysiadła, choć nie jest agresywna, nic nie mamrocze pod nosem, nie rozpycha się, przeciwnie, stara się zajmować jak najmniej miejsca, jak najmniej BYĆ. Ale ja jej nie chcę koło siebie. Ja się jej boję, jej zapachu, może jakiegoś robactwa, fizycznego dotyku czy werbalnego ataku.
Cóż. Zyskałam jakąś wiedzę o sobie, wiedzę, której może wolałabym nie mieć i dalej się łudzić, że taka jestem empatyczna, pełna wyrozumiałości, współczucia... taaaaa, pod warunkiem, że o tym czytam, a nie mam do czynienia osobiście :(
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Agora, Warszawa + Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, 484 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 28 marca 2019 roku
Audyt mnie wciągnął na maksa, jak to mawiają. Zdecydowanie reportaże to jest coś, co mnie obecnie najbardziej kręci. Mimo jej rozmiarów, ciągnęłam tę książkę ze sobą codziennie do pracy, żeby w nieszczęsnym autobusie 704 wykorzystać choćby te pół godziny, gdy się wleczemy, czy to rano, czy po południu.
I teraz taka ciekawa historia. Ten tom (pierwszy z zamierzonej trylogii, mającej sportretować współczesną Polskę) traktuje głównie, choć nie jedynie, o ludziach z szeroko pojętego marginesu. Są tam menele i alkoholicy (wstrząsający obraz ulicy Brzeskiej z warszawskiej Pragi), czyli ludzie, od których jestem jak najdalej, którzy są dla mnie wielką egzotyką, ale gdy o nich czytam i o ich pokręconych losach, ogarnia mnie współczucie (nie mówiąc o pewności, że miejsce i czas urodzenia determinuje tak wiele). Ale oto siedzę w tym autobusie, na kolanach mam rozłożoną książkę, a koło mnie siada jakaś ewidentka menelka, roztaczając zapaszek nieprzetrawionej nalewki. A więc mam obok siebie człowieka, o którym właśnie czytam.
I już mnie ten człowiek nie interesuje.
Już zaczynam się modlić, żeby jak najprędzej wysiadła, choć nie jest agresywna, nic nie mamrocze pod nosem, nie rozpycha się, przeciwnie, stara się zajmować jak najmniej miejsca, jak najmniej BYĆ. Ale ja jej nie chcę koło siebie. Ja się jej boję, jej zapachu, może jakiegoś robactwa, fizycznego dotyku czy werbalnego ataku.
Cóż. Zyskałam jakąś wiedzę o sobie, wiedzę, której może wolałabym nie mieć i dalej się łudzić, że taka jestem empatyczna, pełna wyrozumiałości, współczucia... taaaaa, pod warunkiem, że o tym czytam, a nie mam do czynienia osobiście :(
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Agora, Warszawa + Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, 484 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 28 marca 2019 roku
czwartek, 28 marca 2019
Dan Hrubý - Pražské příběhy. Na cestě Malou Stranou
W odstępie półtora roku mniej więcej przeczytałam ponownie pierwszą część dylogii o ludziach lewobrzeżnej Pragi. Poprzednim razem dokładniej książkę obfotografowałam, więc dziś tylko zdjęcie okładki.
Impulsem do powtórki był oczywiście zbliżający się wyjazd do Matki Miast (maj, maj, maj!) i rezerwacja hotelu właśnie na Małej Stranie. Tak sobie myślę, że zrobię dokładną inwentaryzację tamtejszych ulic i zaułków :)
Toteż w kwietniu muszę jeszcze doczytać część drugą, obowiązkowo.
Widzę różnicę w czytaniu, wtedy - w 2017 roku - lektura tych ponad 400 stron zabrała mi trzy tygodnie, teraz już tylko tydzień. Kurs jednak coś daje :) no i oczywiście wszystkie te lektury w międzyczasie też rozwijają językowo, choć rzadko zaglądam do słownika, bom leń. Zauważyłam, że czasem doskonały rezultat daje przeczytanie danego słowa na głos, wtedy okazuje się, że jest podobne do polskiego, czego w piśmie nie widać.
Przede mną jeszcze wielka robota - wynotowanie przed wyjazdem niektórych adresów, a w tym celu trzeba przecież przebiec wzrokiem wszystkie strony. Na bieżąco się tego nie dało robić (powtarzam - bom leń), a i warunki nie zawsze były. Otóż przez ten tydzień jeździłam z tomiszczem pod pachą i uparcie starałam się czytać również w autobusie i tramwaju.
Wyd. Pejdlova Rosička, Jarošov nad Nežárkou 2015, 428 stron
Z własnej półki (kupione 11 sierpnia 2017 za 499 koron)
Przeczytałam po raz drugi 25 marca 2019 roku
Etykiety:
Po czesku,
Praga,
Pragensie,
Z własnej półki
środa, 27 marca 2019
Janusz Głowacki - Ostatni cieć
Iii tam.
Poczłam w piątek do biblioteki po coś cienkiego i małego na sobotnio-niedzielną podróż.
Owszem, te warunki spełniło.
Poza tym mogłam sobie darować.
Taki melanż mitów i ikon kultury w krzywym zwierciadle ironisty.
Wszystko to już było, mam wrażenie.
Choć gdyby mnie ktoś spytał o przykłady, odpowiedziałabym yyyyy.
Albo może ten mój brak entuzjazmu wynika ze smutnej konstatacji na temat współczesnego świata?
Ale co tam!
To świat odległy.
U nas tu na prowincji toczy się zwyczajne życie, do pracy, do domu, obiad ugotować, serial obejrzeć...
Początek:
Koniec:
Wyd. Świat Książki Warszawa 2008, 142 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 24 marca 2019 roku
Poczłam w piątek do biblioteki po coś cienkiego i małego na sobotnio-niedzielną podróż.
Owszem, te warunki spełniło.
Poza tym mogłam sobie darować.
Taki melanż mitów i ikon kultury w krzywym zwierciadle ironisty.
Wszystko to już było, mam wrażenie.
Choć gdyby mnie ktoś spytał o przykłady, odpowiedziałabym yyyyy.
Albo może ten mój brak entuzjazmu wynika ze smutnej konstatacji na temat współczesnego świata?
Ale co tam!
To świat odległy.
U nas tu na prowincji toczy się zwyczajne życie, do pracy, do domu, obiad ugotować, serial obejrzeć...
Początek:
Koniec:
Wyd. Świat Książki Warszawa 2008, 142 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 24 marca 2019 roku
Etykiety:
Literatura współczesna polska,
Z biblioteki
niedziela, 17 marca 2019
Gabriel Michalik - Danuta Szaflarska. Jej czas
Znów się w bibliotece nie powstrzymałam i zgarnęłam coś ze stolika ze świeżo oddanymi książkami :)
Jakie wrażenia po lekturze?
Mieszane.
Jakoś, mimo wszystko, mimo przeżyć wojennych, nie znalazłam życia Szaflarskiej fascynującym, jak zapowiadała okładka. Choć ta późna kariera, zarówno filmowa jak teatralna, owszem, była podziwu godna. Chciałabym mieć tyle witalności choćby teraz, nie mówiąc o późnej starości. Góralka :)
Biografia jest mocno rozbudowana o strzępki życiorysów osób, których losy w jakiś tam sposób przecięły się z życiem głównej bohaterki, i na początku brzydko sobie o tym pomyślałam - ot, autor ciągnie, żeby ta książka była gruba, jak najgrubsza. Potem jednak przyznałam mu rację. Jeśli nie teraz, to kiedy. Być może to jedyna okazja, by o kimś napisać, ocalić od zapomnienia.
No ale ten tekst na okładce - pierwsza biografia Danuty Szaflarskiej! A co, będą kolejne? Nie przesadzajmy, jednej wystarczy... choć nawet nie ma w niej daty śmierci bohaterki, tak jak nie dowiadujemy się niczego o jej córkach! Przeoczenie? Czy zaakcentowanie, że oto nie jest tu pisana zwykła biografia, że to właściwie taki fresk epoki. Zresztą autor kilkakrotnie wychodzi z cienia.
Początek:
Koniec:
Wyd. Agora, Warszawa 2018, 365 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 16 marca 2019 roku
Jakie wrażenia po lekturze?
Mieszane.
Jakoś, mimo wszystko, mimo przeżyć wojennych, nie znalazłam życia Szaflarskiej fascynującym, jak zapowiadała okładka. Choć ta późna kariera, zarówno filmowa jak teatralna, owszem, była podziwu godna. Chciałabym mieć tyle witalności choćby teraz, nie mówiąc o późnej starości. Góralka :)
Biografia jest mocno rozbudowana o strzępki życiorysów osób, których losy w jakiś tam sposób przecięły się z życiem głównej bohaterki, i na początku brzydko sobie o tym pomyślałam - ot, autor ciągnie, żeby ta książka była gruba, jak najgrubsza. Potem jednak przyznałam mu rację. Jeśli nie teraz, to kiedy. Być może to jedyna okazja, by o kimś napisać, ocalić od zapomnienia.
No ale ten tekst na okładce - pierwsza biografia Danuty Szaflarskiej! A co, będą kolejne? Nie przesadzajmy, jednej wystarczy... choć nawet nie ma w niej daty śmierci bohaterki, tak jak nie dowiadujemy się niczego o jej córkach! Przeoczenie? Czy zaakcentowanie, że oto nie jest tu pisana zwykła biografia, że to właściwie taki fresk epoki. Zresztą autor kilkakrotnie wychodzi z cienia.
Początek:
Koniec:
Wyd. Agora, Warszawa 2018, 365 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 16 marca 2019 roku
środa, 13 marca 2019
Vojtěch Steklač - Sedmé oddělení
To zdaje się trzecia książka tego autora, którą przeczytałam. Tym razem było ciężej, chociaż krótsza. Językowo, myślę. Sprawę ułatwiało jedynie to, że sprawa kryminalna, to przykuwało uwagę :) Tak sobie projektuję, że wrócę do niej za jakiś rok, zobaczymy, na ile mi się podniesie poziom.
W dodatku się nieco zawiodłam po pierwszym rozdziale, bo okazało się, że to zbiór kilku kryminalnych zagadek rozwiązywanych wspólnie przez dwóch milicjantów, a nie jedna dłuższa historia. No ale. I tak pana Steklača lubię!
Początek:
Koniec:
Wyd. Naše vojsko, Praha 1984, 125 stron
Z własnej półki (kupione 8 stycznia 2019 w praskim antykwariacie online za 22 korony)
Przeczytałam 12 marca 2019 roku
W dodatku się nieco zawiodłam po pierwszym rozdziale, bo okazało się, że to zbiór kilku kryminalnych zagadek rozwiązywanych wspólnie przez dwóch milicjantów, a nie jedna dłuższa historia. No ale. I tak pana Steklača lubię!
Początek:
Koniec:
Wyd. Naše vojsko, Praha 1984, 125 stron
Z własnej półki (kupione 8 stycznia 2019 w praskim antykwariacie online za 22 korony)
Przeczytałam 12 marca 2019 roku
Etykiety:
Kryminał i sensacja,
Po czesku,
Z własnej półki
sobota, 9 marca 2019
Maria Czubaszek. Ostatni dymek
No i znowu - oddawałam do biblioteki Murakamiego, wzięłam Czubaszek. Zaczęło się na dobre. Ale nie będę się biła sama ze sobą, widać tak już musi być. Przynajmniej można na spacerek do tej biblioteki iść, nie to, co w zimie, gdzie nikt by mnie z domu nie wypędził poza destynacją praca i sklep. Jak to cudownie, że ta wiosna coraz bliżej. Im starsza jestem, tym bardziej mi jesień z zimą do spółki dokuczają.
A Czubaszek?
Mogłam sobie spokojnie darować :)
Połowa to wspominki różnych powiązanych z nią osób, druga połowa to przedruk Dzień dobry, jestem z kobry. Co zyskałam? Wiedzę, że Maria Czubaszek była w straszliwych szponach nałogu, a także tę, iż bywają osoby na tym świecie kompletnie nie zainteresowane sprawami materialnymi. Oraz że w wieku 75 lat ma się wszystkiego dość. To jeszcze mi trochę czasu zostało ;)
Początek:
Koniec:
Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2017, 303 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 8 marca 2019 roku
A Czubaszek?
Mogłam sobie spokojnie darować :)
Połowa to wspominki różnych powiązanych z nią osób, druga połowa to przedruk Dzień dobry, jestem z kobry. Co zyskałam? Wiedzę, że Maria Czubaszek była w straszliwych szponach nałogu, a także tę, iż bywają osoby na tym świecie kompletnie nie zainteresowane sprawami materialnymi. Oraz że w wieku 75 lat ma się wszystkiego dość. To jeszcze mi trochę czasu zostało ;)
Początek:
Koniec:
Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2017, 303 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 8 marca 2019 roku
Etykiety:
Humor i satyra,
Wspomnienia i memuary,
Wspomnień czar,
Z biblioteki
czwartek, 7 marca 2019
Haruki Murakami - Śmierć Komandora 1. Pojawia się idea
No i tak się kończy (albo zaczyna) pójście, w teorii jednorazowe, do biblioteki. Wiecznie coś jeszcze innego podejdzie i oto mamy niekończący się serial. Tak właśnie wpadł mi w ręce nowy Murakami.
Z Murakamim to mam tak, że podobały mi się ze dwie jego powieści, z tych pierwszych. Potem uznałam, że ciągłe wracanie do bajdurzenia o Noblu dla niego jest grubą przesadą. Ba, przecież ma nawet w pewnych kręgach opinię takiego "lepszego" Coelho :)
Według mnie jest sprawnym autorem czytadeł - klasycznej powieści, którą dobrze się czyta, choć niewiele z tego wynika. Na ile mogę wnioskować z tego, co do tej pory przeczytałam, konstruuje te powieści według pewnego schematu, który zawsze zawiera wątek TAJEMNICY, czegoś nierzeczywistego, czegoś wręcz fantastycznego - no i to oczywiście wciąga.
Dla mnie (i może dla wielu europejskich czytelników) dodatkowym smaczkiem jest pewien rodzaj egzotyki, wymieszany jednocześnie z dobrą znajomością zachodniej kultury.
Ogólnie - przeczytałam szybko i z przyjemnością, tylko teraz mnie wkurza, że nie mam drugiego tomu. Przy pożyczaniu w ogóle nie zauważyłam tej jedynki na okladce :) bo bym od razu pytała o kolejny tom. W trakcie lektury poszłam znów do biblioteki dopytać, i okazało się, że ha ha, owszem, mają, ale jest wypożyczony i w dodatku jest lista, zapisy. Tak że teraz czekam na maila, ale wiadomo, że zanim ten drugi tom do mnie dotrze, nic nie będę pamiętać z pierwszego :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Warszawskie Wydawnictwo Lliterackie MUZA, Warszawa 2018, 473 strony
Tytuł oryginalny: 騎士団長殺し ha ha ha
Przełożyła: Anna Zielińska-Elliott
Z biblioteki
Przeczytałam 6 marca 2019 roku
Z Murakamim to mam tak, że podobały mi się ze dwie jego powieści, z tych pierwszych. Potem uznałam, że ciągłe wracanie do bajdurzenia o Noblu dla niego jest grubą przesadą. Ba, przecież ma nawet w pewnych kręgach opinię takiego "lepszego" Coelho :)
Według mnie jest sprawnym autorem czytadeł - klasycznej powieści, którą dobrze się czyta, choć niewiele z tego wynika. Na ile mogę wnioskować z tego, co do tej pory przeczytałam, konstruuje te powieści według pewnego schematu, który zawsze zawiera wątek TAJEMNICY, czegoś nierzeczywistego, czegoś wręcz fantastycznego - no i to oczywiście wciąga.
Dla mnie (i może dla wielu europejskich czytelników) dodatkowym smaczkiem jest pewien rodzaj egzotyki, wymieszany jednocześnie z dobrą znajomością zachodniej kultury.
Ogólnie - przeczytałam szybko i z przyjemnością, tylko teraz mnie wkurza, że nie mam drugiego tomu. Przy pożyczaniu w ogóle nie zauważyłam tej jedynki na okladce :) bo bym od razu pytała o kolejny tom. W trakcie lektury poszłam znów do biblioteki dopytać, i okazało się, że ha ha, owszem, mają, ale jest wypożyczony i w dodatku jest lista, zapisy. Tak że teraz czekam na maila, ale wiadomo, że zanim ten drugi tom do mnie dotrze, nic nie będę pamiętać z pierwszego :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Warszawskie Wydawnictwo Lliterackie MUZA, Warszawa 2018, 473 strony
Tytuł oryginalny: 騎士団長殺し ha ha ha
Przełożyła: Anna Zielińska-Elliott
Z biblioteki
Przeczytałam 6 marca 2019 roku
niedziela, 3 marca 2019
Charles Montgomery - Miasto szczęśliwe
Zgarnęłam w osiedlowej bibliotece ze stolika ze świeżo oddanymi książkami, tak trochę z myślą zobaczymy, co to. Zobaczyłam i autor zwyciężył. Przyjmuję wszystkie jego koncepcje i teorie. Nadzwyczaj interesujące, choć traktujące jednak głównie o Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Chodzi o typowe dla tamtejszego krajobrazu ciągnące się dziesiątkami kilometrów suburbia, zabudowane domami jednorodzinnymi, których mieszkańcy codziennie rano dokonują exodusu, dojeżdżając nieraz setkę kilometrów do pracy.
Przyznam, że i ja byłam do tej pory nieco pod urokiem własnego domu z kawałkiem trawnika, tak jednoznacznie kojarzącego się z filmowym obrazem Ameryki, ale nie zdając sobie absolutnie sprawy, jakie ten typ zabudowy rozproszonej pociąga za sobą konsekwencje - dla miasta i dla mieszkańców. Dałam się zmanipulować :) i od dziś inaczej już na to patrzę.
Coraz bardziej (choćby po wcześniejszych lekturach Springera) interesują mnie problemy urbanistyki i zaczynam dojrzewać do ponownej wizyty - po ładnych paru latach - w bibliotece na Rajskiej, która ze względu na swą wielkość posiada, jak przypuszczam, więcej pozycji na ten temat.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2015, 507 stron
Tytuł oryginalny: Happy city. Transforming our lives through urban design
Przełożył: Tomasz Tesznar
Z biblioteki
Przeczytałam 3 marca 2019 roku
Przyznam, że i ja byłam do tej pory nieco pod urokiem własnego domu z kawałkiem trawnika, tak jednoznacznie kojarzącego się z filmowym obrazem Ameryki, ale nie zdając sobie absolutnie sprawy, jakie ten typ zabudowy rozproszonej pociąga za sobą konsekwencje - dla miasta i dla mieszkańców. Dałam się zmanipulować :) i od dziś inaczej już na to patrzę.
Coraz bardziej (choćby po wcześniejszych lekturach Springera) interesują mnie problemy urbanistyki i zaczynam dojrzewać do ponownej wizyty - po ładnych paru latach - w bibliotece na Rajskiej, która ze względu na swą wielkość posiada, jak przypuszczam, więcej pozycji na ten temat.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2015, 507 stron
Tytuł oryginalny: Happy city. Transforming our lives through urban design
Przełożył: Tomasz Tesznar
Z biblioteki
Przeczytałam 3 marca 2019 roku
środa, 27 lutego 2019
Guareschi - Rodzinka
Wyciągnęłam gdzieś z drugiego rzędu dwie książki Guareschiego z myślą, że nadszedł czas. Ta dzisiejsza ma wpisaną ołóweczkiem datę zakupu - 16 maja 1982 roku (w Krakowie na pchlim targu za 100 zł). Tak więc odczekała swoje 37 lat ;)
A jako, że poszła szybciutko i bezboleśnie, pomyślałam nawet, żeby może resztę włoszczyzny, którą w owych studenckich czasach nabywałam dziesiątkami, wreszcie zużytkować czytelniczo... ale jeszcze nie wiem, czy się zdobędę na taki akt heroizmu :)
Rodzinka, jak sama nazwa wskazuje, traktuje o sprawach, o których zawsze lubiłam czytać. W dodatku w kluczu absolutnie i nieodwołalnie humorystycznym - tym lepiej. A' propos rodziny, to obejrzałam właśnie film Roma i też mi się podobał, mimo, że oscarowy :) Jak komuś leży temat, to będzie zawsze zadowolony :)
Początek:
Koniec:
Wyd. PAX Warszawa 1969, 181 stron
Tytuł oryginalny: Corrierino delle Famiglie
Przełożyła: Barbara Sieroszewska
Z własnej półki
Przeczytałam 26 lutego 2019 roku
A jako, że poszła szybciutko i bezboleśnie, pomyślałam nawet, żeby może resztę włoszczyzny, którą w owych studenckich czasach nabywałam dziesiątkami, wreszcie zużytkować czytelniczo... ale jeszcze nie wiem, czy się zdobędę na taki akt heroizmu :)
Rodzinka, jak sama nazwa wskazuje, traktuje o sprawach, o których zawsze lubiłam czytać. W dodatku w kluczu absolutnie i nieodwołalnie humorystycznym - tym lepiej. A' propos rodziny, to obejrzałam właśnie film Roma i też mi się podobał, mimo, że oscarowy :) Jak komuś leży temat, to będzie zawsze zadowolony :)
Początek:
Koniec:
Wyd. PAX Warszawa 1969, 181 stron
Tytuł oryginalny: Corrierino delle Famiglie
Przełożyła: Barbara Sieroszewska
Z własnej półki
Przeczytałam 26 lutego 2019 roku
niedziela, 24 lutego 2019
Daria Doncowa - Tuszkanczik w bigudiach
Naszło mnie znowu na poczytaniu po rosyjsku, współczesnemu rosyjsku. Oczywiście Doncowa. Padło na serię o Iwanie Poduszkinie, bo była pod ręką, a za innymi trzeba by było grzebać w moim pokoju, oddanym chwilowo w pacht Ojczastemu, który drzemał słodko i nie chciałam zapalać światła :)
Wyszło, że wcześniej przeczytałam sześć poprzednich tomów z serii (ostatni w 2010), więc czas był zacząć siódmy - Tuszkanczika w bigudiach. Nawet nie wiedziałam, co to tuszkanczik, przeczytałam całą książkę, znalazłam fragment, gdzie się wspomina o tym, że główny bohater w danej chwili wygląda tak właśnie jak tuszkanczik w bigudiach czyli w wałkach na włosy, no musiałam jednak sięgnąć po słownik, otóż tuszkanczik to zool. skoczek. Tego, jak wygląda zool. skoczek, już mi się nie chce szukać. Pewnie tak, jak na okladce, jakaś mysz czy inny szczur.
Stanowczo Doncowa wspina się na wyżyny kreatywności szukająć tytułów dla swoich licznych powieści kryminalnych. Ponoć jest ich już 180, w związku z czym podnoszą się głosy, że na firmę działa cały zespół murzynów.
W każdym razie Poduszkin jest nudny. Siłą Doncowej zawsze były dla mnie humorystyczne sceny, no i żywy język. Tymczasem nic mnie w tym tomie nie rozbawiło. Chyba będę musiała wrócić do Wioli Tarakanowej.
A w ogóle wkurza mnie, że kiedyś na rosyjskiej Wikipedii był dostępny cały spis dzieł, a teraz już go nie ma. A ja tu potrzebuję wpisać oryginalny tytuł i co? Wyszukiwanie z alfabetu literki po literce trwa zbyt długo i jest zbyt nużące :( Komu to przeszkadzało? Spis jest na ukraińskiej wersji Wiki, no ale po ukraińsku, ofkors.
Początek:
Koniec:
Wyd. EKSMO Moskwa 2004, 380 stron
Tytuł oryginalny: Тушканчик в бигудях
Z własnej półki
Przeczytałam 24 lutego 2019 roku
Wyszło, że wcześniej przeczytałam sześć poprzednich tomów z serii (ostatni w 2010), więc czas był zacząć siódmy - Tuszkanczika w bigudiach. Nawet nie wiedziałam, co to tuszkanczik, przeczytałam całą książkę, znalazłam fragment, gdzie się wspomina o tym, że główny bohater w danej chwili wygląda tak właśnie jak tuszkanczik w bigudiach czyli w wałkach na włosy, no musiałam jednak sięgnąć po słownik, otóż tuszkanczik to zool. skoczek. Tego, jak wygląda zool. skoczek, już mi się nie chce szukać. Pewnie tak, jak na okladce, jakaś mysz czy inny szczur.
Stanowczo Doncowa wspina się na wyżyny kreatywności szukająć tytułów dla swoich licznych powieści kryminalnych. Ponoć jest ich już 180, w związku z czym podnoszą się głosy, że na firmę działa cały zespół murzynów.
W każdym razie Poduszkin jest nudny. Siłą Doncowej zawsze były dla mnie humorystyczne sceny, no i żywy język. Tymczasem nic mnie w tym tomie nie rozbawiło. Chyba będę musiała wrócić do Wioli Tarakanowej.
A w ogóle wkurza mnie, że kiedyś na rosyjskiej Wikipedii był dostępny cały spis dzieł, a teraz już go nie ma. A ja tu potrzebuję wpisać oryginalny tytuł i co? Wyszukiwanie z alfabetu literki po literce trwa zbyt długo i jest zbyt nużące :( Komu to przeszkadzało? Spis jest na ukraińskiej wersji Wiki, no ale po ukraińsku, ofkors.
Początek:
Koniec:
Wyd. EKSMO Moskwa 2004, 380 stron
Tytuł oryginalny: Тушканчик в бигудях
Z własnej półki
Przeczytałam 24 lutego 2019 roku
niedziela, 17 lutego 2019
Ludwika Włodek - Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów
No proszę.
Wydawnictwo Literackie potrafi wydać taki chłam, jak Grzegorzewską (sama nie wiem, czemu się tak nad nią pastwię, książka jak wiele innych), a również tak urocze wspomnienia o rodzinie Iwaszkiewiczów, jak książka Ludwiki Włodek. Na czymś pewnie trzeba zarabiać... choć myślę, że i na Iwaszkiewiczu nie straciło.
Przeczytałam z prawdziwym zadowoleniem, podobnie jak Ojczasty, też oznajmił, że jest ukontentowany, zwłaszcza, że kiedyś narzekał, iż w przeczytanej wcześniej biografii pisarza o córkach dowiedział się jedynie, iż głupie są. Tu miał okazję dowiedzieć się, skąd takie zdanie ojca wynikło.
Bez zadęcia, bez tromtadracji, bez pruderii. Bardzo sympatyczna lektura prowokująca czytelnika również do snucia własnych refleksji, choćby o swojej rodzinie.
Trochę mi szkoda, że książka z biblioteki, że nie mam na własność, żeby móc jeszcze kiedyś zajrzeć. No ale nie - to nie. Nie kupuję. Nie ma miejsca. Jedyne, co jestem jeszcze w stanie upchnąć gdzieś na półkach, to czeskie, bo tych w bibliotece nie ma :)
Strasznie mnie natomiast chętka naszła zobaczyć na własne oczy to słynne Stawisko, jakoś nigdy żadna szkolna wycieczka o nie nie zahaczyła, szkoda. Teoretycznie byłoby to możliwe, gdybym się wybrała z kilkudniową wizytą do ciotki w Warszawie i wówczas wyskoczyła na wycieczkę... ale to tylko teoria. Całe moje wolne idzie na Pragę, a na emeryturze... cóż, mój ostatni plan jest taki, że gdy za 3 lata nabędę do niej prawa, w ogóle o tym w pracy nie powiem i dalej będę do niej zasuwać, pobierając jednocześnie te swoje 300 zł świadczenia :)
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 2012, 381 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 15 lutego 2019 roku
Wydawnictwo Literackie potrafi wydać taki chłam, jak Grzegorzewską (sama nie wiem, czemu się tak nad nią pastwię, książka jak wiele innych), a również tak urocze wspomnienia o rodzinie Iwaszkiewiczów, jak książka Ludwiki Włodek. Na czymś pewnie trzeba zarabiać... choć myślę, że i na Iwaszkiewiczu nie straciło.
Przeczytałam z prawdziwym zadowoleniem, podobnie jak Ojczasty, też oznajmił, że jest ukontentowany, zwłaszcza, że kiedyś narzekał, iż w przeczytanej wcześniej biografii pisarza o córkach dowiedział się jedynie, iż głupie są. Tu miał okazję dowiedzieć się, skąd takie zdanie ojca wynikło.
Bez zadęcia, bez tromtadracji, bez pruderii. Bardzo sympatyczna lektura prowokująca czytelnika również do snucia własnych refleksji, choćby o swojej rodzinie.
Trochę mi szkoda, że książka z biblioteki, że nie mam na własność, żeby móc jeszcze kiedyś zajrzeć. No ale nie - to nie. Nie kupuję. Nie ma miejsca. Jedyne, co jestem jeszcze w stanie upchnąć gdzieś na półkach, to czeskie, bo tych w bibliotece nie ma :)
Strasznie mnie natomiast chętka naszła zobaczyć na własne oczy to słynne Stawisko, jakoś nigdy żadna szkolna wycieczka o nie nie zahaczyła, szkoda. Teoretycznie byłoby to możliwe, gdybym się wybrała z kilkudniową wizytą do ciotki w Warszawie i wówczas wyskoczyła na wycieczkę... ale to tylko teoria. Całe moje wolne idzie na Pragę, a na emeryturze... cóż, mój ostatni plan jest taki, że gdy za 3 lata nabędę do niej prawa, w ogóle o tym w pracy nie powiem i dalej będę do niej zasuwać, pobierając jednocześnie te swoje 300 zł świadczenia :)
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 2012, 381 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 15 lutego 2019 roku
Etykiety:
Biografie,
Wspomnienia i memuary,
Wspomnień czar,
Z biblioteki
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































