piątek, 17 lipca 2020

Adam Bahdaj - Wakacje z duchami


Podczas odkurzania pomyślałam, żeby z okazji wakacji wrócić do Bahdaja i jego Wakacji z duchami. Okazuje się, że ostatni raz czytałam tego autora przed DZIESIĘCIU laty (a człowiek myśli, że często wraca...), był to Kapelusz za sto tysięcy i muszę powiedzieć, że chyba wolę. Kapelusz znaczy. Trochę mnie te duchy znudziły, a że przy okazji zabrałam się też za serial, to już byłam podziemiami zamku kompletnie znużona. Nie miało to dziś tego uroku, co 50 lat temu :) Tak że na Filmwebie wystawiłam serialowi ocenę 7/10, a potem trochę pożałowałam, że to niesprawiedliwe dosyć, bo w swoim czasie oceniało się film na 10/10, a że teraz już się jest za starym na to? Nie wiem, niektóre filmy dziecięco-młodzieżowe podobają mi się do tej pory. Może mi poszło o te zmiany względem pierwowzoru literackiego, nawet przezwisk. No, ale tak naprawdę serial jest na motywach.

Kiedyś robiłam zdjęcie półki, na której dana książka u mnie stoi i postanowiłam wrócić do tego zwyczaju (w miarę możności i o ile będę pamiętać). Więc seria zwana przeze mnie całe życie "cieniowaną", choć jej nazwa oficjalna jest inna, ale nie mogę jej zapamiętać, może Książki Polski Ludowej albo co? A na końcu stoi reszta Bahdaja, poza serią.

Piszą tu o czterech serialach. Dobrze, Do przerwy 0:1 + Wakacje z duchami + Podróż za jeden uśmiech, a jaki czwarty?
Sprawdziłam, bo mnie to gryzło :) Czwarty to Stawiam na Tolka Banana.
Od jakiegoś czasu wyszukiwarka działa u mnie po czesku (sama z siebie?), to znaczy najpierw się wyświetlają wyniki z czeskiego internetu, więc kliknęłam na czeską Wiki i po pierwsze dowiedziałam się, że pisał (pod pseudonimem) kryminały, a po drugie właśnie Czesi je tłumaczyli. Wakacji z duchami u siebie nie wydali, ale Klobouk za půl miliónu jest. Co za dewaluacja, swoją drogą :)

Ilustrował niezapomniany Bohdan Butenko (Butenko pinxit). Już sam początek jest genialny - czyli ta mapka miejsca akcji, jak ja takie sprawy uwielbiałam. Do dziś mam w oczach podręcznik do geografii, to był pierwszy, nie pamiętam, kiedy się geografia zaczynała, w czwartej czy w piątej klasie, miał seledynową okładkę - były tam mapki i objaśnienia, bo mieliśmy się nauczyć znaków, jakimi na mapach są oznaczane rozmaite zamki, rzeki, mosty, lasy etc.
Coraz bardziej sentymentalna się robię, bo wczoraj z kolei oglądałam czeski stary film o dziewczynce, która właśnie idzie do pierwszej klasy i jak tam dukają z elementarza. Prawie miałam łzy w oczach na wspomnienie. Nie tylko elementarza, ale w ogóle podręczników do szkoły. Gdy kończyły się wakacje i kompletowało się tornister... zapach tych nowiutkich podręczników... ciekawość, ile wiedzy przyniosą...
Chyba mi to trochę zostało. Gdy przychodzą nowe książki o Pradze i przeglądam z myślą, że kiedyś dokładnie je przestudiuję i tyle się dowiem.
A tymczasem dni i tygodnie biegną i nic się nie dzieje. Hm.


Początek:
Koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1975, 301 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 14 lipca 2020 roku


Jak zapowiedziałam poprzednim razem, tak uczyniłam i pojechałam rowerem przez cały Kraków, żeby oddać książki w Nowej Hucie. Wyszłam z domu o 15.05, a wróciłam o 18.40. Przed biblioteką byłam o 16.44 czyli dojazd w jedną stronę zabrał mi ponad półtorej godziny. Powrót potrwał nawet nieco dłużej, ale to dlatego, że w mieście zajechałam jeszcze po zapas płytek i zatrzymałam się na pogaduchy z panem sprzedawcą. Umęczyłam się, ale nie śmiertelnie :) Dobrze, że wodę wzięłam.
Praktycznie od ronda Mogilskiego jedzie się ścieżką rowerową, tyle, że często-gęsto przerywaną światłami i dużo czasu spędziłam stojąc i czekając na zielone. Tak że - do przeżycia, ale jakoś powtarzać na razie nie zamierzam :) Myślałam, że będę miała jakieś straszliwe zakwasy, ale nic z tych rzeczy.
Owszem, czeka mnie jeszcze wyprawa do biblioteki na Królowej Jadwigi, ale to już pestka, do Błoń i kawałek stamtąd. Na razie zresztą jeszcze tej książki do oddania nie przeczytałam.
Zaczynam się przyzwyczajać do myśli, żeby na jesieni dalej jeździć do pracy rowerem... tym bardziej, że dziś wyczytałam, iż przymierzają się do podwyżek biletów i karta miesięczna ma podrożeć o prawie 30 zł. Tyle, że nie wiem, jak się zabezpieczyć przed deszczem przy takim sposobie podróżowania. Kolega mi mówił o jakichś pelerynach, ale mnie to nie przekonuje, boję się, że to się może wkręcić albo co :)

A w bibliotece była wystawa - paczpan, czeskiego autora :) Jedna jego książka też mi wpadła w ręce podczas odkurzania i sobie zanotowałam, żeby ją przeczytać niedługo, bo cudna graficznie :)

środa, 15 lipca 2020

Jaroslav Rudiš - Cisza w Pradze


Więc tak. W Pradze śmierdzi. Mieszkańcy Pragi żyją muzyką i angielskimi tekstami piosenek. Oraz seksem i myśleniem o seksie. Mają milion kompleksów jako naród (no coś podobnego, my nie...). W mieście panuje nieustający hałas (chyba, że ktoś wyłączy prąd), a wszyscy są zagubieni.
Jeszcze trzeba dodać, że niektórych słów czy wyrażeń nie potrzeba tłumaczyć na polski. To znaczy według tłumaczki. Chciałam nawet pojąć, dlaczego taki zabieg - na przykład párek v rohlíku czyli czeski hot dog: zawsze pozostaje w czeskiej wersji i jeśli ktoś z Czechami nie miał do czynienia, to się nie dowie, o co chodzi. Takich numerów jest tam więcej, a why czyli warum - pewnie się już nigdy nie dowiem.

Jestem już na tyle stara, że nie zachwycam się Pragą bezkrytycznie i nie uważam, że to raj na ziemi, więc nie chodzi o to, że przeszkadza mi autorska wizja współczesnego miasta, bo koliduje z moimi wyobrażeniami. Cóż, Rudiš pokazuje świat zaludniony przez wrażliwców, nieprzystosowanych, niepoukładanych ludzi - a mnie się chyba po prostu nie chce już o nich czytać. Chcę spokoju i w miarę szczęśliwego świata (skoro i tak zmierzamy ku zagładzie). Chyba chcę bajek :)

Obejrzałam ostatnio polski film z 1977 roku o chłopo-robotniku, który wygrywa w Totolotka milion i cały otaczający go świat - z zawiści - obraca się przeciwko niemu. Ogólnie rzecz biorąc mentalność ludzka tak bardzo się od tej pory nie zmieniła, ale ponieważ akcja dzieje się na wsi, dla własnego dobrego samopoczucia stwierdziłam, że gdyby mnie się to teraz przytrafiło, nikt z otoczenia by nawet o tym nie wiedział i nie miał okazji do brzydkich postępków... no bo to miasto, a nie wieś. Czyli żeby się lepiej czuć, przypisałam te paskudne skłonności wsi. Bo ONI byli tacy i są tacy dalej, ci chłopi. Ale słynna modlitwa wieczorna z Dnia świra to nie na wsi przecież...
Dlaczego ja właściwie o tym?
???
Aaa, już wiem :) Że lubimy się samooszukiwać.
Tak, sytuacja jest mocno niepewna - moja sytuacja. Chwilę pracowałam, znów nie pracuję, co będzie po wakacjach - nie wiadomo. Czy można mi się dziwić, że szukam beztroski i szczęścia? Chcę potraktować ten lipiec i sierpień jako wakacje właśnie, takie długie, jak to w szkolnych czasach bywało. Nie myśleć o pieniądzach i o tym, co będzie dalej. Konik polny :)




A' propos jeszcze tłumaczenia. Już nie czepiając się, tylko zastanawiając, bo sama nie wiem.
W Tajlandii dostał trzydniowe rozwolnienie. Ja zawsze mówię dostał rozwolnienia czyli używam innego przypadku. Ale jaka jest w końcu prawidłowa wersja? Dopełniacz czy biernik? Bo z drugiej strony mówię przecież dostał pudełko czekoladek albo książkę...
Druga sprawa. Nie miała tam żadnego la petite mort. Czyli, że nie miała orgazmu. Ale termin francuski (mała śmierć) jest rodzaju żeńskiego. Jak wobec tego należy w takim przypadku postąpić: żadnego *orgazmu* czy żadnej *la petite mort /małej śmierci*? Ten dylemat towarzyszy mi od dawna :)

Początek:

Koniec:

Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2014, 277 stron
Tytuł oryginalny: Potichu
Przełożyła: Katarzyna Dudzic
Z biblioteki
Przeczytałam 9 lipca 2020 roku

Książka była na szczęście z biblioteki :) a w związku z tym taka refleksja. W Bibliotece Kraków można sobie na wirtualną półkę odkładać wynalezione pozycje, tyle, że ta wirtualna półka wyświetla się tylko na jednym komputerze. Ja sobie w pracy w wolnych chwilach zawsze przeglądałam nowości i tam odkładałam. A gdy wchodzę na swoje konto w domu, to ich tam nie ma. Dość to głupie, nie? W każdym razie - pod koniec czerwca kupili mi w pracy nowego kompa, przy okazji tej "przeprowadzki" straciłam wszystkie hasła, nawiasem mówiąc. I wczoraj wieczorem myśląc o tym uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie zniknęły też te trzy setki odłożonych, pracowicie wyszukanych knig... No, chyba, że półka jest przypisana do IP? Cóż, dowiem się we wrześniu (mam nadzieję).
Najpierw się przeraziłam, a potem pomyślałam, że może LOS TAK CHCIAŁ :) że może znowu zacznę czytać tylko swoje?

Dziś tymczasem postanowiłam po obiedzie pojechać do tej nieszczęsnej biblioteki w Nowej Hucie i oddać trzy zaległe pozycje. Na rowerze oczywiście. Zbieram się do tego już trzeci miesiąc, na co czekać? Na razie gotuję się psychicznie :) Kurczę, toż to przez cały Kraków, z zachodu na wschód. Dam radę? Przywiozą mnie z powrotem dobrzy ludzie na leżąco?

niedziela, 12 lipca 2020

Magdalena Kursa, Rafał Romanowski - [KRK] Książka o Krakowie


Jedna z tych dawno kupionych książek, których nigdy nie przeczytałam (no bo skoro już mam, to zawsze zdążę), a odkrytych podczas Wielkich Porządków.
Zabrałam się za to pełna entuzjazmu. To 18 rozmów z różnymi ludźmi, których łączy Kraków i pasja, z jaką wykonują swój zawód (czasem "tylko" hobby). A rozmowy są o Krakowie właśnie. O ich ulubionych miejscach i widokach. I to było bardzo inspirujące... tyle, że do pewnego momentu.
Bo ciągle te knajpy i kluby.
Ja nie wiem, stara już okropnie jestem (ale i za młodu mnie te sprawy nie ciągnęły specjalnie). Więc zachwycanie się tym, że mamy tu 600 knajp (czasy grubo sprzed pandemii, oczywiście) i że ludzie siedzą i że barman wie, jaką kawę lubisz najbardziej... ech, to jednak środowisko Wyborczej :(
Z której zresztą są autorzy.
I nie, że jestem przeciwniczką GW (mam Gazetę Polską czytać czy co?), wręcz przeciwnie, czytam codziennie, ale pewien taki sznyt cafe latte z mlekiem sojowym kojarzy mi się z warszawką i tzw. problemami pierwszego świata. Staram się pojąć, że kogoś może rajcować pójście z laptopem do knajpy i spędzenie tam wielu godzin, ale ciężko mi to idzie. Równie ciężko mi przychodziło zrozumienie tych ludzi, którzy w czasie lockdownu koronawirusowego płakali, że muszą siedzieć w domu. Naprawdę tak im źle we własnych czterech ścianach, że tylko szukają okazji, aby się wyrwać, uciec? A mówimy tu raptem o dwóch miesiącach... Więc jak oni sobie te swoje domy urządzili (i nie myślę tu o meblach), że źle się w nich czują?

Natomiast wracając do książki, niektóre rozdziały były skomponowane w ten sposób, że najpierw jest rozmowa, a po niej taka mała ściągawka, gdzie iść, co zobaczyć, skąd fajny widok etc. I nawet kilka miejsc mnie zaskoczyło, pomyślałam, że dobrze byłoby sobie zanotować, wybrać się tam kiedyś, w lepszych czasach (bo na rowerze to ja za daleko nie ujadę).
Ostatecznie jednak zeszło na niczym, bo gdzie niby miałabym zrobić te notatki, żeby przetrwały rok czy dwa. Zeszyt osobny założyć? No weźcie. Mam już tego na kopy.
/a' propos, jeszcze muszę zrobić porządek w papierach w najbliższym czasie/

I tu się przyznam do czegoś, ale tak bardzo wstydliwie.
Otóż niby, w teorii, jestem przeciwniczką samochodów. To znaczy rozumiem, że czasem, z różnych względów (wiek, stan zdrowia, miejsce zamieszkania) samochód jest rzeczywiście niezbędny, ale generalnie uważam, że powinniśmy posługiwać się transportem publicznym.
Ale pandemia nieco mi zamieszała w poglądach. Dopóki bowiem zarazy nie ma w powietrzu jako takim (choć córka co trochę mi z różnymi rewelacjami przychodzi), nie ma powodu, by nie korzystać z uroków świata. Nie z oferty muzeów czy kin, ale po prostu wycieczek na świeżym powietrzu, skoro mamy to lato. A tu klops. Do tramwaju czy autobusu nie wsiądę ze strachu. To tak a' propos poruszania się w granicach miasta. A co dopiero mówić o wyprawie do lasu? W dobie pandemii własny samochód to jednak błogosławieństwo...
I tak właśnie ekologia przegrała u mnie z koronawirusem - oczywiście jedynie w poglądach, bo przecież samochodu nie nabyłam :)

Tymczasem zbliża się już wyborczy wieczór. Nie mam wielkich nadziei na rozum naszych rodaków i nie robię sobie złudzeń. Ale postanowiłam zrobić jeden dobry uczynek dla tego kraju i wcześniej zadzwonić do ciotki mojej córki, która dwa tygodnie temu powiedziała, że głosuje na D., bo jest przystojny i ładnie mówi...
/Boże, ludzie naprawdę tak myślą??? Gdzie byli i co widzieli???/
No, w każdym razie chciałam ją nie tyle namawiać na zmianę zdania, co zasugerować chwilę refleksji, podając kilka argumentów.
Na szczęście okazało się, że nie będzie to potrzebne. Na początku rozmowy wyznała, że nie była głosować dwa tygodnie temu i dziś się też nie wybiera :)






Wyd. Znak, Kraków 2007, 254 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 6 lipca 2020 roku



Skończyłam.
SKOŃCZYŁAM!
Choć już się zaczynałam obawiać, że to nigdy nie nastąpi!
Odkurzyłam, spisałam, czego w katalogu nie było i poustawiałam z powrotem, czasem nawet zupełnie inaczej, niż było.
Dumna i blada, aczkolwiek zajęło mi to ponad pół roku. Zaczęłam 28 grudnia zeszłego roku (pamiętam, pod wpływem książki TRENING IKIGAI), a w ostatni czwartek 9 lipca 2020 o godz. 17:23 (zapisałam w kalendarzu) ostatnie czeskie książki znalazły swoje miejsce i szlus.

Sporo - jak na moje psychiczne możliwości - wyniosłam, ale oczywiście nie tyle, żeby pozbyć się drugich rzędów. To jest ciągle ból. Ale może jeszcze kiedyś się zdobędę na ten heroizm i coś tam więcej wyniosę?

piątek, 10 lipca 2020

Ota Hofman - Chobotnice z Čertovky

Widywałam już od dawna na stronie swego Ulubionego Praskiego Antykwariatu tę okładkę, ale - choć widziałam, że to książka dla dzieci - ubzdurałam sobie, że tytuł oznacza... robotnice z Čertovky :) No, tak, wiecie - chobotnice=robotnice :)
Ponieważ jednak autorem jest Ota Hofman, którego Pana Tau przeczytałam z wielką przyjemnością (a potem obejrzałam serial), w końcu te robotnice kupiłam. A nawet sprawdziłam w słowniku to dziwne słówko. Otóż - ośmiornice!
Historia bowiem jest taka, że po pierwsze naukowcy przy pomocy batyskafu gdzie na dnie morza pobierają próbki dziwnej materii, ale próbki te dają nogę i lądują na odludnej plaży, gdzie akurat zajechała przez pomyłkę rodzinka z Pragi z dwójką dzieci. A po drugie te właśnie dzieci ze znalezionej materii, podobnej nieco do plasteliny, ulepiły dwie ośmiorniczki i postanowiły je zabrać po kryjomu do domu, żeby móc się nimi chwalić przed rówieśnikami, ponieważ ośmiornice żyją i mówią.


A gdzie dzieci mieszkają w Pradze? W kamienicy na brzegu Čertovki czyli odnogi Wełtawy. Czesi nazywają tę okolicę Praską Wenecją i cholera jasna, gdyby nie ten durny koronawirus, już bym tam jechała i gapiła się, gdzie dokładnie mieszkała rodzina Holanów!
Ja tam oczywiście byłam, ale bez świadomości ośmiorniczek :)
Tymczasem przeczytawszy książkę i zorientowawszy się, że nakręcono serial, natychmiast przystąpiłam do jego konsumpcji. Okazało się, że powstały dwie wersje: dwa filmy fabularne i 4-odcinkowy serial.




Na You Tube jednak jest tylko pierwszy film:


Napatrzyłam się na Pragę (udało się nie popłakać), naczytałam się po czesku (skończył się semestr na kursie, trzeba dbać o kontakt z językiem). Nawiasem mówiąc, szkoła zorganizowała letni kurs konwersacyjny w tym celu, ale nie zapisałam się z oszczędności, skoro znowu nie pracuję, a we wrześniu trzeba będzie wybulić tysiaka na kolejny semestr; trudno, jakoś przeżyję :)

Początek:

Koniec:

Wyd. Albatros, Praha 1989, 239 stron
Z własnej półki (kupione 27 lutego 2020 w antykwariacie online za 19 koron czyli 3 zł)
Przeczytałam 1 lipca 2020 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Skoro do Pragi w tym roku nie jadę, to przynajmniej ściągnę jeszcze parę książek, prawda? Ale skromnie, tylko dziewięć. Wszystkie już na swoim miejscu.


Odszukałam parę zdjęć z zeszłego roku, z miejscem akcji :)

Ale lepiej sobie kliknąć tutaj, żeby zobaczyć ładniejsze.

niedziela, 28 czerwca 2020

Boris Akunin - Bruderszaft ze śmiercią, t.1-2

Ostatniego marcowego dnia, gdy były jeszcze czynne biblioteki, pożyczyłam Akunina na osiedlu, a w domu zorientowałam się, że to kolejny tom, więc podjechałam szybciutko na Królewską po pierwszy. I ten pierwszy ledwie teraz zmęczyłam, po czym podjęłam heroiczną decyzję (tak trudno oddawać nieprzeczytane książki), że drugi sobie daruję. A tym bardziej trzeci, jeśli istnieje.
Chyba tylko trylogię z siostrą Pelagią lubię, jeśli chodzi o Akunina. A w każdym razie kiedyś lubiłam, tak że nawet kupiłam na własność, kto wie, czy dziś jeszcze czytałabym... Kiedyś się przekonam.
I chyba nie ma w tym specjalnej winy samego autora, to ja mam duży problem z czytaniem beletrystyki ostatnio - ale o tym już było, już się żaliłam. Nudzi mnie to.
Tymczasem podczas sławetnego odkurzania odkryłam mnóstwo rzeczy do natychmiastowego zapoznania się :)

Przed kilkoma dniami rozpoczęły się dla mnie kolejne koronawirusowe (czyt. wymuszone) wakacje, ale wiadomo, nie byłabym sobą, gdybym nie przygotowała długaśnej listy rzeczy do zrobienia. Punkt pierwszy to oczywiście skończyć to odkurzanie i katalogowanie. Zaś punkt drugi czyli porządki w filmach - brzmi jedynie zacząć :) Przecież się nie można zarżnąć :)



Początek:

Koniec:

Wyd. Replika, Zakrzewo 2015, 370 stron
Tytuł oryginalny: Младенец и чёрт. Мука разбитого сердца
Przełożył: Piotr Fast
Z biblioteki
Przeczytałam 20 czerwca 2020 roku

Skończyłam porządkować kolejny regał, kuchenny. Tu też wśród cracovianów sporo książek, których albo jeszcze nie przeczytałam wcale, albo chciałabym do nich wrócić.
Jeszcze 3 tygodnie z hakiem i to wszystko powinno być za mną, wreszcie będę czytać, a nie ustawiać książki!
A przynajmniej mam taką nadzieję :)

czwartek, 18 czerwca 2020

Bogdan Wojciszke, Marcin Rotkiewicz - Homo nie całkiem sapiens


A tak mi wpadło w ręce na stoliku ze świeżo oddanymi książkami ostatniego dnia przed pandemią. Nawet nie przeczytałam na odwrocie, że to z psychologiem rozmowa, podtytuł mi wystarczył.
Ale czytając - aczkolwiek było dość interesujące - przyszła mi do głowy taka myśl, że to wielka prawda, iż zamykamy się wszyscy w naszych bańkach. No bo dlaczego niby wybrałam wywiad, gdzie zarówno wywiadowany, jak i wywiadujący - są ludźmi myślącymi podobnie jak ja? Dlaczego sama idea pożyczenia książki skonstruowanej przez tę drugą stronę, ten lepszy sort, jest mi nienawistna? Zresztą, nienawistna to nie jest dobre słowo, aż tak staram się nie angażować emocjonalnie... w każdym razie gdybym wzięłą do ręki i zorientowała się, że pisana jest z określonych pozycji - odłożyłabym z powrotem. Nie jestem otwarta na argumenty drugiej strony, a przy tym racjonalizuję to sobie tak, że żadne sensowne argumenty nie istnieją :)
A jeszcze jedno. Przecież wcale nie jestem zwolenniczką opozycji jako takiej czy którejkolwiek z tych partii. Jestem tylko i wyłącznie przeciwniczką obecnie rządzącej. Dopóki nas nie wtrącano w średniowiecze, nie urządzano państwa wyznaniowego, nie odsuwano coraz bardziej od cywilizacji zachodniej - w dupie miałam, kto jest przy władzy. Najlepszy dowód to - że poszłam na wybory PIERWSZY RAZ W ŻYCIU dopiero, gdy zrobiło się groźnie. Moim skromnym zdaniem władza jest wybierana po to, żeby sprawnie zarządzała państwem i obywatela nie powinno to w ogóle interesować.

A tak w ogóle, to dalej nie mam czasu na czytanie. I odliczam dni do skończenia tych nieszczęsnych porządków w księgozbiorze. Byle doczekać do 29 lipca! Właśnie się dowiedziałam, że w lipcu i w sierpniu pracy mieć nie będę, to może pójdzie szybciej?





Początek:


Koniec:

Wyd. Smak słowa, Sopot 2018, 204 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 12 czerwca 2020 roku


Odkurzyłam i skatalogowałam kolejną partię regałów i jestem bardzo dumna i zadowolona :)
Niemniej nie mogę się doczekać końca. Wyobrażam sobie, że zacznę nowe życie. A tymczasem już mi po głowie chodzi nowy pomysł (porządki z filmami). Głupich nie sieją...

wtorek, 9 czerwca 2020

Patrick Modiano - Rue des Boutiques Obscures

No więc tak.
Ja tu całkiem niedawno na blogu narzekałam, że nie posiadam na własność mojej ulubionej książki Modiano i że nie mam do niej dostępu, bo nie zamierzam płacić rocznego wpisowego do biblioteki Instytutu Francuskiego (z której ją niegdyś pożyczałam). Życzliwy czytelnik (czytelniczka?) bloga mi w komentarzu podsunął myśl o bibliotece na Rajskiej, z jej oddziałem obcojęzycznym. Tamże się udałam, w lutym bodaj, książkę przywlokłam, a teraz, gdy nastał czas jej zwrotu, zabrałam się za czytanie.
Lektura to na pewno trzecia, jeśli nie czwarta. Nie, chyba trzecia.
I znów pełna zaangażowania.
No naprawdę podoba mi się ta powieść, jak mało która.
Ale ponieważ zdaję sobie sprawę, że dość często mam tak, iż gdy czytam coś w oryginale, ma to dla mnie o wiele większy urok, niż gdy poznaję tłumaczenie - dopuszczam myśl, że nie wszyscy mogą być zachwyceni. Jakaś dziecinna satysfakcja płynie z tej możliwości czytania po francusku czy chińsku :)
Więc - nie mam absolutnie nigdy zamiaru przeczytać tej książki po polsku! Jamais!
Teraz. Patrzę ci ja w hasztagi po prawej stronie, a tam PO FRANCUSKU - 41 sztuk, PO CZESKU - 41 sztuk. A przecież po czesku czytam w sumie od niedawna, a po francusku całe życie (całe dorosłe życie). Wynika to z tego, że gdy czytałam masę książek wypożyczanych z Instytutu Francuskiego, nie miałam jeszcze bloga :) Było to głównie w czasach, gdy "siedziałam" w domu z dzieckiem. Co trzy tygodnie (tak dziwnie mieli, nie na miesiąc pożyczali) jechałyśmy do miasta, brałam coś dla córki (głównie dużo ilustracji, mało tekstu - ten tekst jej potem czytałam od razu po polsku, nie że moje dziecko się francuskiego nauczyło) i oczywiście zapas dla siebie.


Dobrze. Wrócę na chwilę do Rue des Boutiques Obscures. Jest tam klimat tajemniczości tego rodzaju, że trzyma w nieustannym napięciu. Dla kogoś, kto lubi kryminały, miód na serce, bo cały czas śledzimy usiłowania bohatera, który chce za wszelką cenę ustalić swoją tożsamość. I jest to po trosze tak, jak by szukać wyjaśnienia jakiejś kryminalnej historii.



Początek:
Koniec:
A gdy przeczytałam to ostatnie zdanie - to było jak magdalenka. NO SKĄD TO ZNAM? Czy to możliwe, żebym je zapamiętała z lektury przed (powiedzmy) dwudziestu laty? Czy kojarzy mi się z czymś innym?
Ba! Wręcz mi taka myśl przemknęła przez głowę, że to w stylu Saganki... Przepraszam :)
A jednocześnie łzy same mi się cisną do oczu (znowu przepraszam). Nasze życie - jakież ono pozostawia po sobie ślad?


Wyd. Gallimard 2004, 250 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 8 czerwca 2020 roku

A w niedzielny poranek, jeszcze w trakcie czytania, już miałam gotowy plan. Pojadę do Paryża śladami bohatera. On w roku 1965 szuka swoich śladów z okresu przed II wojną światową - ja w 2025 (na przykład) będę szukać jego śladów z 1965 roku :)
To jest plan wyłącznie na emeryturę, bo wcześniej nie dam rady ze względu na Pragę (albo albo w końcu). A ta emerytura będzie diabli wiedzą kiedy. Lubię co prawda powtarzać, że mi do niej zostały dwa lata, ale tak naprawdę za dwa lata zacznę ją pobierać, ale pracować będę musiała dalej...
W każdym razie - założę bloga i tam udokumentuję swoje wędrówki. Mam oczywiście zamiar wyżebrać gdzieś jakieś fundusze na ten cel, bo jednak Paryż to nie Praga i trochę więcej kasy będzie potrzebne.
Projekt już wdrożyłam. Mianowicie zamówiłam książkę we francuskiej księgarni, ma nadejść w przyszłym tygodniu :) Tutaj nie było zmiłuj się, muszę przecież mieć własny egzemplarz. Co prawda wolałabym jakieś starsze wydanie i w sumie byłoby to możliwe, wyszukać we francuskim antykwariacie i sprowadzić, ale znam się trochę i wiem, że "przy okazji" i dla "rozłożenia kosztów przesyłki" zaraz bym nakupiła co najmniej pięć innych. Jeśli nie dziesięć. A na to nie mogę sobie pozwolić - mimo wszystko moje ściany nie rozszerzają się.

piątek, 5 czerwca 2020

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi

Z Białorusią to mi do tego stopnia nie po drodze, że nawet nie wiem dokładnie, gdzie leży. Miałam wstać podczas czytania po atlas, ale nie chciało mi się. Starość nie radość. Już się wiele nie chce. Na przykład dziś mowa w internetach o tym, że Czechy już wszystkie granice otwierają (poza polską, bo Polska se nie życzy), a mnie się nie chce nawet pomyśleć o sierpniowym wyjeździe. Nie chce mi się bać, więc nie pojadę (chyba powinnam już te rezerwacje skasować). Ale prościej było, gdy się nie dało po prostu, gdy ktoś za mnie zdecydował NIGDZIE KUŹWA NIE JEDZIESZ (jak to było w maju). Teraz to wyłącznie będzie moje ryzyko. A tak mi się właśnie NIE CHCE podejmować decyzji...

Ale dobra, wróćmy do Białorusi. Nie miałam pojęcia, że tak tam wszystko ładnie wyczyszczone, wymalowane, wyświecone. Proszę, są plusy dyktatur. Dziwić się, że Łukaszenka ma swoich zwolenników. Wszak ci u nas PIS też ma, i to sporą część narodu.
O protestach przeciwko ustawie o darmozjadach słyszałam. Ale ciekawie było poczytać, w jak prosty sposób można załatwić opozycjonistów. Dziennikarkę na przykład, która się czepia, zamiast pisać o osiągnięciach. Takich dziennikarzy nazywają u nich "nieuczciwymi", w przeciwieństwie do "uczciwych", którzy ładnie opisują dynamiczny rozwój Kombinatu Mleka i Konserw. Nieuczciwej dziennikarce można zasądzić grzywnę. Jedną, drugą, trzecią. Jak się nazbiera ich trochę, do domu przyjadą komornicy i zaczną opieczętowywać meble. Wtedy dziennikarka mówi, że meble są rodziców, u których mieszka.
- Aaa, skoro tak, to znaczy, że wasza rodzina kwalifikuje się jako żyjąca w niebezpiecznych warunkach socjalnych.
No skoro nie mają własnych mebli?!
A tak zakwalifikowanym osobom z dnia na dzień zabiera się dzieci i umieszcza je w przytułku. Tak po prostu, bez postanowienia sądowego nawet, nie jest potrzebne.
Sami widzicie, że nie ma musu urządzania pokazówek i wymyślania paragrafów na opozycję.
Pięknie.





Początek:
Koniec:

Wyd. Czarne, Wołowiec 2019, 185 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 4 czerwca 2010 roku