Miałam dwie Marininy pożyczone z biblioteki, tę drugą chciałam prolongować, a tu mnie ktoś ubiegł i ją sobie zamówił, musiałam oddać.No nic to, pożyczę jeszcze raz.
Tymczasem przeczytałam pierwszą (w sensie chronologicznym).
Nie przestaje mnie zadziwiać tupet wydawców, którzy potrafią tak bęc z grubej rury walić arcydziełami. Ja rozumiem, że caryca - taką ma ksywę w Rosji i tyle 😀 Ale znaj proporcjum, mocium panie.
No nic, czytało się dobrze i przynajmniej nie miało 600 stron, jak to teraz jest w zwyczaju (bo i książka z 1998 roku, jeszcze nie było takiej mody i rozbuchania kryminalnego). A' propos jednakże. Miałam dziś dłuższą rozmowę ze znajomą dziewczyną, która wykorzystała wiosenno-letnią pandemię do napisania książki. Jest na etapie szukania wydawcy (znaczy jednego chętnego już ma, ale się jeszcze rozgląda w poszukiwaniu lepszych warunków finansowych, z drugiej strony wiadomo, że jako debiutantka wszędzie będzie miała pod górkę). Z nastaniem wiosny ma zamiar zabrać się do pisania kolejnej, bo to będzie saga. Wszystko wiem, co i jak, ale nie mogę napisać na razie, bo wiecie, trzeba być ostrożnym 😄
No ale do rzeczy: wspomniałam, że wśród planów na przeżycie na głodowej emeryturze miałam też i pisanie, przy czym myślałam raczej o humorystycznym kryminale - a tu się w międzyczasie namnożyły tego niewiarygodne ilości, no i jak się tu przebić. Pomijam fakt, że nie cierpię pisać na komputerze... I dostałam dobrą radę: osadzić miejsce akcji w Pradze 😁 No że też o tym nie pomyślałam!
Tak że drżyjcie narody!
No dobra, żartuję. To by już była naprawdę ostateczność, dokładać swoją cegiełkę do całego tego chłamu na półkach księgarń. Ale do Lidla na kasę też nie pójdę, bo to ciężka fizyczna praca, nie nadaję się.
A przy okazji Marininy się podzielę taką uwagą. Rzecz się działa w czerwcowej Moskwie ogarniętej falą okropnego upału. Niby pisze przekonująco o lepiącym się do ciała ubraniu etc. - a jednak w lutym nie potrafię sobie wyobrazić gorąca. Tak samo jak w środku lata nie umiem "odczuć" mrozu. Czy to jakaś ułomność? Gdy się dobrze czuję, nie umiem zwizualizować sobie bólu, choćby tego najczęstszego czyli głowy, tego, co mi dzisiaj towarzyszy 😒 Dziś wiem, jak to jest, a jutro rano, gdy wstanę BEZ (co daj Boże), już go sobie nie wyobrażę.
A u Niziurskiego było tak, że chłopcy mieli jakąś książkę bez początku i końca i tam opisy warunków pogodowych były tak sugestywne, że zamarzali albo ociekali potem czytając je. W czym to było? W Siódmym wtajemniczeniu?
Albo na przykład u Prousta, ten smak magdalenki zamoczonej w herbacie. Poczujecie go na końcu języka przy czytaniu?
Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2020, 367 stron
Tytuł oryginalny: Призрак музыки
Przełożyła: Aleksandra Stronka
Z biblioteki
Przeczytałam 24 lutego 2021 roku
No właśnie, głowa. Pewnie to z powodu tego globusa dziś po wyjściu z pracy miałam ochotę zabić. Kogo? A tak z grubsza jedną trzecią tych, co się szlajali po mieście. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że aż tyle osób ma w głębokim poważaniu maseczki. I to w obliczu coraz poważniejszej sytuacji. Byłam taka wściekła, że w końcu spuściłam głowę, żeby tego nie widzieć po prostu i nie denerwować się.
Powinnam nosić w kieszeni garść pięćdziesięciogroszówek i wręczać po jednej każdemu napotkanemu, że skoro właśnie zgubił maseczkę, to proszę bardzo, masz i kup se.
Zdjęcie akurat z poranka, gdzie ludzi jeszcze jak kot napłakał, ale i tak widać, kto się przejmuje, a kto nie...
Niesamowity film obejrzałam:
WALERIA I TYDZIEŃ CUDÓW (Valerie a týden divů), Czechosłowacja 1970
Jest to bardzo poetycki, surrealistyczny film grozy czyli gatunek, za którym, delikatnie mówiąc, nie przepadam - ale ten, taki sen z pozorami rzeczywistości, doprawdy mnie zachwycił. Jest w nim coś z atmosfery Felliniego. Aż dziw, że powstał w dobie krótko po inwazji!
Dziś pewnie nic nie obejrzę przez ten głupi łeb, wieczoru już nie odzyskam, stracony na zawsze, nic to, żyje się dalej.





















































