środa, 24 lutego 2021

Aleksandra Marinina - Harmonia zbrodni

Miałam dwie Marininy pożyczone z biblioteki, tę drugą chciałam prolongować, a tu mnie ktoś ubiegł i ją sobie zamówił, musiałam oddać.No nic to, pożyczę jeszcze raz.

Tymczasem przeczytałam pierwszą (w sensie chronologicznym).

Nie przestaje mnie zadziwiać tupet wydawców, którzy potrafią tak bęc z grubej rury walić arcydziełami. Ja rozumiem, że caryca - taką ma ksywę w Rosji i tyle 😀 Ale znaj proporcjum, mocium panie.

No nic, czytało się dobrze i przynajmniej nie miało 600 stron, jak to teraz jest w zwyczaju (bo i książka z 1998 roku, jeszcze nie było takiej mody i rozbuchania kryminalnego). A' propos jednakże. Miałam dziś dłuższą rozmowę ze znajomą dziewczyną, która wykorzystała wiosenno-letnią pandemię do napisania książki. Jest na etapie szukania wydawcy (znaczy jednego chętnego już ma, ale się jeszcze rozgląda w poszukiwaniu lepszych warunków finansowych, z drugiej strony wiadomo, że jako debiutantka wszędzie będzie miała pod górkę). Z nastaniem wiosny ma zamiar zabrać się do pisania kolejnej, bo to będzie saga. Wszystko wiem, co i jak, ale nie mogę napisać na razie, bo wiecie, trzeba być ostrożnym 😄 

No ale do rzeczy: wspomniałam, że wśród planów na przeżycie na głodowej emeryturze miałam też i pisanie, przy czym myślałam raczej o humorystycznym kryminale - a tu się w międzyczasie namnożyły tego niewiarygodne ilości, no i jak się tu przebić. Pomijam fakt, że nie cierpię pisać na komputerze... I dostałam dobrą radę: osadzić miejsce akcji w Pradze 😁 No że też o tym nie pomyślałam!

Tak że drżyjcie narody!

No dobra, żartuję. To by już była naprawdę ostateczność, dokładać swoją cegiełkę do całego tego chłamu na półkach księgarń. Ale do Lidla na kasę też nie pójdę, bo to ciężka fizyczna praca, nie nadaję się. 

A przy okazji Marininy się podzielę taką uwagą. Rzecz się działa w czerwcowej Moskwie ogarniętej falą okropnego upału. Niby pisze przekonująco o lepiącym się do ciała ubraniu etc. - a jednak w lutym nie potrafię sobie wyobrazić gorąca. Tak samo jak w środku lata nie umiem "odczuć" mrozu. Czy to jakaś ułomność? Gdy się dobrze czuję,  nie umiem zwizualizować sobie bólu, choćby tego najczęstszego czyli głowy, tego, co mi dzisiaj towarzyszy 😒 Dziś wiem, jak to jest, a jutro rano, gdy wstanę BEZ (co daj Boże), już go sobie nie wyobrażę.

A u Niziurskiego było tak, że chłopcy mieli jakąś książkę bez początku i końca i tam opisy warunków pogodowych były tak sugestywne, że zamarzali albo ociekali potem czytając je. W czym to było? W Siódmym wtajemniczeniu?

Albo na przykład u Prousta, ten smak magdalenki zamoczonej w herbacie. Poczujecie go na końcu języka przy czytaniu?

Początek:
Koniec:

Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2020, 367 stron

Tytuł oryginalny: Призрак музыки 

Przełożyła: Aleksandra Stronka

Z biblioteki 

Przeczytałam 24 lutego 2021 roku 

 

No właśnie, głowa. Pewnie to z powodu tego globusa dziś po wyjściu z pracy miałam ochotę zabić. Kogo? A tak z grubsza jedną trzecią tych, co się szlajali po mieście. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że aż tyle osób ma w głębokim poważaniu maseczki. I to w obliczu coraz poważniejszej sytuacji. Byłam taka wściekła, że w końcu spuściłam głowę, żeby tego nie widzieć po prostu i nie denerwować się.

Powinnam nosić w kieszeni garść pięćdziesięciogroszówek i wręczać po jednej każdemu napotkanemu, że skoro właśnie zgubił maseczkę, to proszę bardzo, masz i kup se.

Zdjęcie akurat z poranka, gdzie ludzi jeszcze jak kot napłakał, ale i tak widać, kto się przejmuje, a kto nie...


Niesamowity film obejrzałam:

WALERIA I TYDZIEŃ CUDÓW (Valerie a týden divů), Czechosłowacja 1970 

Jest to bardzo poetycki, surrealistyczny film grozy czyli gatunek, za którym, delikatnie mówiąc, nie przepadam - ale ten, taki sen z pozorami rzeczywistości, doprawdy mnie zachwycił. Jest w nim coś z atmosfery Felliniego. Aż dziw, że powstał w dobie krótko po inwazji!

  

Dziś pewnie nic nie obejrzę przez ten głupi łeb, wieczoru już nie odzyskam, stracony na zawsze, nic to, żyje się dalej.

niedziela, 21 lutego 2021

Aleksander Kaczorowski - Europa z płaskostopiem

Znowu mi się namnożyły książki z bibliotek, ale tymczasem wzięłam jedną z własnej półki. Kupiłam ją jakiś czas temu, nawet pamiętam okoliczności - byłam właśnie w Pradze i gdzieś w internecie o niej przeczytałam, napaliłam się i szybciutko na allegro nabyłam, tak że jak wróciłam do domu, to już chyba na mnie czekała. Ja ją na półkę i... i kuniec.

No ale wreszcie zabrałam się za czytanie i bardzo się z tego cieszę: i z nabycia kiedyś i z przeczytania teraz.  Świetna to rzecz, piętnaście rozmów z ludźmi kultury i nauki z Czech, Słowacji i Polski. Z większym zainteresowaniem przeczytałam pierwszą połowę, bo głównie właśnie o kulturze się tam mówiło, o filmie, o literaturze. Druga część bardziej zajmuje się historią, a ja jako neptek historyczny mam tu tak duże braki, że momentami się w tym gubię. Ale właśnie te wywiady potrafią rozjaśnić co nieco w głowinie. Przy okazji zapisałam sobie do kajeciku, że Josef Roth czeka. Chcę wrócić do Krypty kapucynów i zobaczę, co i czy ja jeszcze mam.

A' propos Austro-Węgier - byłam na Rajskiej, pożyczyłam tego Porucznika diabła (leży jeszcze na kwarantannie, więc nawet nie zajrzałam do środka, ale jestem dość przerażona objętością) i znowu szłam tymi niekończącymi się korytarzami. Teraz jest jeszcze gorzej, bo zamknęli dostęp do windy, trzeba było się wdrapać na drugie piętro, które w tym wypadku można liczyć za czwarte, bo nie oszczędzano przy budowie koszar na wysokości. I właśnie leząc po tych schodach pomyślałam, że może jednak ja przeszłam wtedy w grudniu tego covida? Bo tak się zmachałam, tak umęczyłam...




Początek:
Koniec:

Półka. Ja wiem, to wygląda dziwnie, pomieszane książki i filmy. Ale te DVD, które przywiozłam z Pragi, już się nie mieściły na sąsiednim regale i wtargnęły obok. 

Wczoraj przy okazji odkurzania odkryłam, że na którejś półce da się wcisnąć jeszcze jedną książkę. Matko i córko, ile z tym roboty! No bo najpierw szukanie, którą (chodziło o to, żeby miała biały grzbiet). Potem myślenie, co na jej miejsce z kolei. Następnie co na miejsce tej trzeciej. Wiecie, że do tej pory nie skończyłam? Jestem przy szóstej zamianie 😁 

Wyd.  Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006, 222 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 20 lutego 2021 roku


Donoszę, iż awizowany poprzednio film radziecki obejrzałam. Jest to istotnie historia sześciorga ludzi, którzy utknęli w windzie w sobotnie popołudnie, gdy wszyscy oglądają ważny mecz. Fachman od windy też, więc nie reaguje na wciskany guzik alarmowy. A ludzie w windzie są różni, od jakiegosiś naczelnika przywykłego do rozkazywania i dyrygowania ludźmi, poprzez dziennikarza rozczarowanego swą pracą, fryzjerkę, która wieki już nie była w teatrze, bo nikt jej nie zabiera, aż po skromnego mieszkańca bloku, który wracał do domu z wiadrem od śmieci. Oczywiście najpierw kłótnie, co robić w tej sytuacji, każdy się spieszy, wzajemne żale i urazy, potem rozmowy, próba własnoręcznego rozwiązania problemu, a gdy wreszcie drzwi windy otwierają się, właściwie już nikt nie chce odejść, rozstać się - polubili się...

Niestety części dialogów nie zrozumiałam - ten mój rosyjski ze słyszenia nie stoi niestety na najwyższym poziomie 😒 Może gdybym obejrzała po raz drugi, poszłoby lepiej - wiadomo, człowiek się wtedy tak nie skupia na samej akcji - ale skąd wziąć czas?


Не было бы счастья... 1983

 

A' propos skąd brać czas. Jakby tego wszystkiego było mało, dorzuciłam do codziennej rozpiski (coraz bardziej rozbudowanej) poranne oglądanie wiadomości z czeskiej TV. A one trwają około 50 minut! Żeby było śmieszniej w tygodniu daję jakoś radę (większa dyscyplina?), a w weekend jest gorzej 😀 No, w każdym razie jest to prawie godzina dodatkowego siedzenia przed komputerem, to wkurza, zobaczymy, jak długo wytrzymam. Większy sens by to miało, gdybym sobie na bieżąco z ołóweczkiem siedziała i zapisywała/sprawdzała nowe słówka. Ale taki kozak to ja nie jestem!

Najgorsze jest to, że we wtorek zaczyna się nowy semestr. Czeskiego znaczy. Takie były luzy w tym lutym, a tu znowu... Normalnie chyba zapominam, że to robię dla przyjemności 😂

Tymczasem jest niedziela, więc kuchnia. Zawsze, gdy mam w planie zupę jarzynową - i kupuję do niej śmietanę - powstaje problemik, co zrobić z resztą tejże (śmietany, nie zupy). I tak wczoraj wypróbowałam nowy przepis, który jej wymagał. Kotleciki Szu Szu 😎 Córka zażyczyła sobie wprowadzenia na stałe do menu. Przepis jest tutaj. To jest dobry pomysł, gdy chce się czegoś na szybciutko, a nie ma to być nieśmiertelny kotlet z piersi a' la schabowy. Znaczy na szybciutko - poprzedniego wieczora trzeba pokroić i zamarynować, ale to wszystko, potem już tylko usmażyć. Naprawdę smaczne!

Jak widać, całkiem z mięsa ciągle nie rezygnujemy. Ale na Jadłonomii, poleconej przez Teresę, już znalazłam przepis na spaghetti ratunkowe z ciecierzycą i ono będzie z przyszłym tygodniu.


piątek, 19 lutego 2021

Ewa Lach - Kosmohikanie

To również lektura wynikła z posta Biuro książek zagubionych. Mam w domu Klub Kosmohikanów, a tu nagle się okazało, że istnieje pierwsza część Kosmohikanie. Musiałam zaś do biblioteki 😏

I o ile w pamięci z dzieciństwa miałam tę książkę za sympatyczną, tak mnie Kosmohikanie dość rozczarowali. Narrację prowadzi tu Gośka, która z trójką rodzeństwa i rodzicami przebywa na wakacjach w Jastarni. Gośka jest przemądrzała jak cholera, styl prowadzenia akcji przez autorkę mi się nie podoba, a opisy zabaw rodzeństwa i potyczek z miejscowymi dziećmi, zwanymi dość pogardliwie Kaszubami, są po prostu nudne.

Mój plan był przeczytać po kolei całą trylogię (bo jest jeszcze Przygrywka), ale teraz nie wiem... Mam się nudzić?

Póki co, wzięłam coś o Czechach z własnej półki i bardzom zadowolniona 😎 

Początek:
Koniec:

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1987, 204 strony

Z biblioteki 

Przeczytałam 17 lutego 2021 roku


Tydzień przeleciał jak z bicza trzasł, ani nie zauważyłam kiedy. Niby dobrze, bo coraz bliżej wiosna 😍 Ale jak mi tak szybko będzie mijać ta reszta życia...

Córka mi wczoraj mówi, że umarł jakiś rosyjski reżyser. Odkąd ma instagrama, obraca się w międzynarodowym towarzystwie - codziennie muszę wysłuchiwać wieści przede wszystkim z Paryża, ale też z Chile, bardzo dużo z Chile, gdzie się z jakąś dziewczyną wzajemnie edukują na temat swych krajów - no i instagramowa znajoma Rosjanka, tyle że paryska, coś na ten temat napisała. Ale ta moja odnoga nazwiska nie kojarzyła. Weszłam więc na stronę dostarczycielkę wszelkich informacji o rosyjskim kinie, a tu Andriej Miagkow umarł. Znaczy się gdzieś dzwonili, bo nie reżyser, tylko aktor. Zanim włączyłam laptopa i sprawdziłam, już sobie ubzdurałam, że chodzi o Michałkowa (i że obejrzę wieczorem po raz enty Szagaju po Moskwie z tej okazji) - no ale o nim by przecież pisali i u nas, wiedziałabym. 

Skoro Miagkow, który najbardziej jest znany z Ironii losu i Służebnego romanu (nie mówię, że je znam na pamięć, ale każdy oglądałam kilkakrotnie), wynalazłam sobie na wieczór film z jego udziałem, którego do tej pory nie widziałam. Tytułuje się Sadis riadom, Miszka i zapowiadał się całkiem sympatycznie (opisów nie czytałam, włączyłam tylko początek na próbę). A tu - cholera jasna - po zabawnej opowieści, jak to Miszka chcąc udowodnić kolegom z leningradzkiego podwórka, że jego tata naprawdę jest strażakiem (bo nigdy nie przychodzi do domu w hełmie) roznieca pożar, więc po takich chłopackich hecach nagle BUM zaczyna się wojna. A wojna w Leningradzie to wiemy, co - blokada. No, to już tak zabawnie nie było 😒

Садись рядом, Мишка!, 1977

  

Ponieważ zwykle działam zrywami, więc nabrałam ochoty na jeszcze jeden film z Miagkowem. Sześcioro ludzi w windzie, a winda zatrzymuje się między piętrami. Nikt nie spieszy na pomoc, bo wszyscy oglądają w telewizji mecz... To z opisu, który tym razem przeczytałam. Ale film obejrzę dopiero jutro, bowiem...

Не было бы счастья... 1983

   

Bowiem co drugi dzień oglądam czeski serial, więc dziś kolejny odcinek. Serial powstał w latach 80-tych, nazywał się Sanitka (czyli Karetka albo Ambulans) i opowiadał oczywiście o pracy pogotowia ratunkowego w Pradze. Bardzo go lubiłam, obejrzałam w zeszłym roku.

  

No, a w 2013 roku zrobili kontynuację - Sanitka 2. Oczywiście ani się umywa do tamtego. Pogratulowałam sobie, że nie ściągałam, tylko oglądam ze strony czeskiej TV 😉 Ale oglądam, bo po pierwsze dużo znanych mi aktorów, a po drugie ćwiczę język, tak?

  


wtorek, 16 lutego 2021

Olga Chrobra - Dwie ulice

U Zacofanego w lekturze znalazłam taki post (radzę się zapoznać, jeśli lubicie wracać do lektur z dzieciństwa). A tam ta książka. Nigdy nie słyszałam o autorce. Na Rajskiej mieli, więc się udałam, choć tam ostatnio nie lubię chodzić. A jeszcze remont mają, wejście jest od tyłu i potem kilometry korytarzy aż do końca prawie drugiego piętra. No ale skoro akcja w Krakowie, to był mus. Nawet rozważałam przez chwilę zakup, bo jest na allegro, ale gdzie to niby potem dam??? Więc nie, trudno.

Rzecz o 12-letniej Uli, która z rodzicami i siostrą przeprowadza się do nowego pięknego mieszkania w kamienicy, ale ciągle z niego ucieka do ubogich krewnych dwie ulice dalej. Bo tam zwykła kartoflanka zjadana wśród życzliwych sobie ludzi smakuje lepiej niż frykasy w zimnym domu rodzinnym, pod surowym wzrokiem despotycznego ojca. To właściwie opowieść o tym, jakie konsekwencje może przynieść pragnienie wyrwania się ze swojej sfery, dążność do podniesienia statusu (której przecież nie można potępiać w czambuł), jakie bolesne może być odcinanie się od korzeni i jaką cenę płacą za to bliscy.

Oczywiście najbardziej mnie interesowały krakowskie lokacje 😀 Ula z rodzicami mieszka przy ul. Odrowąża, a babcia i pozostała część rodziny gdzieś przy Mazowieckiej. Ach, zapomniałam dodać, że wszystko to dzieje się w okresie międzywojennym! No a mapa poniżej jest z teraz... Ale - zajrzałam do "Nazw ulic Krakowa" pod Odrowąża - i dowiedziałam się, że tę ulicę wytyczono ok. 1930 roku, ale nazwę otrzymała w 1937. To mnie trochę skonfundowało, bo jakoś nie wyczuwałam atmosfery zbliżającej się wojny. Zajrzałam jeszcze do książki, gdzie są podane daty powstania i nazwiska architektów wszystkich domów (no, wszystkich - wszystkich do wojny). A tam: większość odrowąskich kamienic jest z lat 1933-1935. To dość ciekawe, że stała już większość domów, a ulica ciągle nie miała nazwy. 

Byłam tam kiedyś z aparatem, ale nie podzielę się żadnymi zdjęciami, bowiem nie jestem w stanie ich odnaleźć.

Pod koniec książki jest mowa o dużym pożarze na Krowodrzy, miałam nadzieję, że znajdę o nim wzmiankę w "Krakowie między wojnami" Czesława Brzozy, który jest takim kalendarium. Nie znalazłam, albo ten pożar nie był taki duży albo go w ogóle nie było 😁 

Za to przy okazji trafiłam na takie wyliczenie. Ciekawe, jak by wyglądało tego rodzaju zalecenie dziś? Chyba jednak nie 30 kg mąki? Gdy wszyscy mają lodówki i zamrażarki, być może większy nacisk byłby położony na zapas mięsa? Jeszcze parę lat temu ja sama zaplanowałabym najwyżej kilogram mąki, ale wtedy nie śniły mi się kopytka, pyzy, nie piekłam chleba 😋 A gdy przeczytałam o 10 kg kapusty kiszonej, to wiecie co? Dzisiaj wracając z pracy zahaczyłam o warzywniak i kupiłam 😀 Nie, nie 10 kg, ot, za 2,50 zł, do obiadu - ale mnie taka chętka naszła!

Początek:
Koniec:
Skomplikowane biblioteczne dzieje książki 😏

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1968, 198 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 13 lutego 2021 roku

 

Wchodzę dziś do banku i widzę, że coś mi się wyświetla na zielono - jako wpływ znaczy się. Wytrzeszczam ślepe oko, jak to się u mnie w domu mawiało, a tam:

Myślę i myślę, o co tu chodzi... Miałam lokatę na 6 tysi (półroczną). Zarobiłam 30 groszy 😂😂😂

Bogać tam 30! Tylko 24, bo przecież jeszcze mi zabrali 6 groszy podatku!!!

Jeśli chodzi o robienie interesów, to jestem NAJLEPSZA!!! 

 

Tymczasem oglądam "normalne" filmy. Najpierw SZARLATAN czeski, reż. Agnieszka Holland. Podobał się, podobał, żarło... aż do połowy. Potem już przestało - i nie powiem, dlaczego, bo może ktoś go będzie oglądał, nie chcę nic sugerować. W każdym razie to na kanwie autentycznej postaci (bo nie do końca historii) zielarza i uzdrowiciela, którego nie mogło tolerować komunistyczne państwo, więc wytoczyło mu sfingowany proces. W filmie to bardzo złożona postać, mogąca z jednej strony budzić podziw, ale z drugiej i odrazę.

 

 

 

A potem wreszcie trafiłam na AKTORÓW PROWINCJONALNYCH z 1978 roku, od dawna już chciałam obejrzeć - i się zdziwiłam, bo nie pamiętałam, że to też Holland, całkiem niechcący mi się nałożyły na siebie. Ten film polecam gorąco, aktualny do dziś.

  

 

No a skoro już o czeskim filmie mowa, to obejrzałam ponownie po latach słynne NIKT NIC NIE WIE /Nikdo nic neví, 1947. Słynne, bo od tytułu tego filmu wzięło się to nasze powiedzenie nikt nic nie wie, czeski film. To taka wojenna komedia omyłek. Jako że Czesi są znani ze swego poczucia humoru i dystansu do samych siebie, wspomnę tu o takiej scenie. Członkowie orkiestry, dowiedziawszy się, że gdzieś tam biją esesmana, uznali, że wybuchło powstanie i jeden za drugim porzucają instrumenty, wymykając się chyłkiem, żeby wziąć udział w walce. Ale co się okazuje - esesmana ktoś bije prywatnie! Więc wszyscy po cichutku wracają na swoje miejsca i znów przykładają się do gry (od 39 minuty).

 

Miałam dziś jeszcze więcej popisać, ale gdy usiadłam do laptopa i załadowałam zdjęcia, zadzwonił telefon. Była 16.30. Dzwoniła Psiapsióła z Poznania, zaniepokojona, że mnie tyle czasu już nie ma na fejsie. No tośmy musiały pogadać, prawda? I oto nagle jest 18.40 czyli czas na kolację i... film oczywiście (dziś rosyjski)😉

sobota, 13 lutego 2021

Vojtěch Steklač - Jak se vraždí v Česku

Więc było tak, że trafiłam na pana Vojtěcha Steklača (odmieniając jego nazwisko po polsku) w antykwariacie oczywiście przypadkiem, teraz już nie wiem, czy najpierw na jego twórczość dla dzieci czy dla dorosłych. Ale spodobały mi się obie. Mam za sobą pięć jego książek, a przed sobą o wiele więcej, bo trochę zgromadziłam 😋

Już po przeczytaniu pierwszej (Dvoreček w grudniu 2018) miałam ten pomysł, żeby do autora napisać. No ale wiadomo, jak to jest, pomysł to jedno, a realizacja to drugie.

I oto przed miesiącem dowiedziałam się, że zmarł. Poza smutkiem, że już nic nowego się nie doczekam, poza zdziwieniem, bo miał zaledwie 75 lat - odczułam przede wszystkim wielki wyrzut sumienia, że nie zdążyłam.

  

Przy okazji się zdumiałam, jak mało jest na temat Steklača w internecie (albo źle szukam). A przecież to autor kultowych w Czechach książek dla dzieci! Znalazłam jedną rozmowę z nim z 2006 roku w jakimś programie TV, którego prowadząca straszliwie mi się nie spodobała. Ani pomysłu na pytania ani uważnego słuchania odpowiedzi. I z tej rozmowy właśnie dowiedziałam się, że Steklač właśnie pracuje nad kryminałem Jak se vraždí v Česku (czyli Jak się morduje w Czechach). Znaczy wtedy w 2006 pracował. OK, to właśnie to sobie teraz przeczytam, bo przecież mam.

Początek:
Koniec:
Spis treści mówił, że są tam cztery rozdziały (lub opowiadania). Nie od razu skapowałam, w czym rzecz, choć ten pierwszy był jakiś znajomy...

Nosz kurczę!

Co się okazuje!

Ja te cztery opowiadania już znałam!

Tu niżej są dwie książki przeczytane przez mnie wcześniej i one je zawierają (między innymi). Jedna wydana w 1984, druga w 1992!

Jak ja nienawidzę takich numerów!

Dobra, dość tych wykrzykników. Ale naprawdę okropnie mnie to wkurza, gdy autor/wydawnictwo bierze coś starego i wydaje pod nowym tytułem.

Teraz zrozumiałam, że  Steklač w tym wywiadzie wyraził się precyzyjnie - nie PISZE Jak se vraždí v Česku, ale PRACUJE nad tym 😕 Pracował mianowicie nad wyborem napisanych wcześniej opowiadań. I rozumiem, że tak chciało wydawnictwo, które wypuszczało serię Najlepsze kryminały. Wszystko w tej serii było odgrzewanym kotletem.

No, trudno się mówi, przeczytałam znów. Czego nie żałuję, bo sposób pisania leży mi przecież.

Mam jednak nadzieję, że reszta książek Steklača już mi takich dublowanych rozrywek nie dostarczy. Choć kto wie... Lista dzieł jego autorstwa zawiera - uwaga - 147 sztuk. Ja mam 19. 

Nawiasem mówiąc, taki misz masz z dublowaniem opowiadań jest i u Hrabala. Ech. A niedawno - pisałam o tym - spotkało nas to samo z Mikołajkiem...


Wyd. Mladá Fronta. Praha 2008, 163 strony

Z własnej półki (kupione 14 stycznia 2020 roku w Ulubionym Antykwariacie za 29 koron)

Przeczytałam 12 lutego 2021 roku - moja 50-ta książka czeska w oryginale 😍😍😍

 


Odkurzanie idzie mi dobrze (odpukać), zrobiłam już 53 półki czyli czasem nawet dwie dziennie (a czasem żadnej, przy migrenie). W takich przypadkach jak poniżej na zdjęciu człowiek jednak się zastanawia, po co to trzyma. Te różne słowniki kupowałam jak jakaś wariatka - że niby dla dziecka będzie. W amoku, jakie to są różne wydawnictwa, których za moich szkolnych lat nie było (albo ja akurat nie miałam) i jakie to moje dziecko będzie mądre, jak wszystko wyczyta. Dziecko niekoniecznie czytało (podejrzewam, że do niektórych w życiu nie zajrzało), a tu jeszcze internety przyszły i dziś takie dzieła zajmują tylko miejsce. Z drugiej strony - zerknęłam do tego Miodka żółtego, a tam są całkiem interesujące rzeczy... No i jak wyrzucić?


Problem mam. Jak zwykle w zimie. Kwiatki padają jak muchy. 

Chciałabym tę jukkę uratować - nie wiem, czy podlewam za mało czy za dużo? Usychają jej liście na potęgę 😖 A żeby jej zapewnić dużo światła (jak na możliwości mojego parterowego mieszkania), wykwaterowałam stąd fikusa beniamina, któremu się nie spodobało w nowym miejscu i też masowo zrzuca liście, tak że dwa nieszczęścia naraz!


Moje przesłuchiwanie płyt sprzed lat idzie dość powoli, w zasadzie zostawiam je sobie na czas obiadu w weekendy. Tak naprawdę nic nie broni temu, by robić to również w tygodniu, ale zapominam. Wracam z pracy, zabieram się za ten obiad, szybko szybko, bo jemy teraz około 15.00 dopiero (Derechcja nas przetrzymuje na Fabryce zazwyczaj do 13.30 lub okolic) i płyty wylatują mi z głowy.

Właśnie dotarłam do kolejnych nagrań Poljazzu, które - bidoki - nie miały nawet okładek! To były czasy 😕 Pakowano płytę w tzw. okładkę zastępczą, co widać na poniższym filmiku. Albo w okładkę po innej płycie. Albo wręcz sprzedawano bez okładki!

 

A na koniec donoszę, iż skończył mi się miesięczny abonament na DAFilms. W połowie byłam zdecydowana odnowić, a pod koniec stwierdziłam, że czas sobie zrobić przerwę. Za dużo tego było 😎 Obejrzałam 31 dokumentów i rozpaczliwie zapragnęłam wrócić do "normalnych" filmów 😄 Żebym była dobrze zrozumiana: właściwie wszystkie chyba obejrzane produkcje mi się podobały... tylko nagle poczułam, że coś MUSZĘ, zamiast MOGĘ. Czyli normalnie, jak zawsze. Jak na studia poszłam, to też wybrany kierunek nagle przestał mnie interesować, już się przerzuciłam na coś innego. Ten typ tak ma.

Wśród ostatnich obejrzanych filmów było EATING ANIMALS z 2017 roku. Jest nawet w całości na YT, ale po niemiecku.

 

My już rzadziej jadamy mięso od jakiegoś czasu, ale nie jesteśmy wegetariankami sensu stricte. Gdy się jednak widzi i słyszy, jak wygląda ta masowa produkcja mięsa i jakie niewiarygodne cierpienie zwierząt temu towarzyszy, włosy dęba stają. Przy czym autorzy filmu nie nawołują do całkowitej rezygnacji z mięsa, przeciwnie, pokazują fermy, gdzie zwierzęta hoduje się w przyzwoitych warunkach... ale jednocześnie widzimy, jak te fermy przegrywają z wielkimi graczami na rynku.

Tak, to było okropne. 

Za to kilka filmów o starych ludziach (to już wiecie, że ulubiony temat) to czysta przyjemność. Na przykład libańska TETA, ALF MARRA (Grandma, a Thousand Times) z 2010 roku.

Jest i w całości, z angielskimi napisami. Polski tytuł to WSZYSTKO O MOJEJ BABCI.  Z opisu na Filmwebie: 

Kiedyś dom Tety Fatimy był gwarny i pełen muzyki. Dziś 83-letnia staruszka z Bejrutu żyje samotnie, nawiedzana przez wspomnienia i duchy zmarłych. A jednak to właśnie jej dom, pachnąca sziszą i libańską kuchnią ostoja matriarchatu, od wielu lat ogniskuje rozproszoną po świecie rodzinę Kaabourów, przypominając im skąd pochodzą.

Rosyjski dokument MAMA z 2013 roku (nie znajduję na YT) obejrzałam na czeskiej wersji platformy. Bo odkryłam, że niektóre filmy są na czeskiej, a na polskiej ich nie ma. W MAMIE reżyserka przygląda się swojej matce, która od dziesięcioleci opiekuje się własną matką, już nie pamiętającą, ile ma lat (96), że mąż już dawno nie żyje, a ona sama od 20 lat nie wychodzi z domu. Obie czekają na nadejście wiosny. Smutne, ale jednocześnie w jakiś sposób pozytywne.

Za to KOBIETA W NIEWOLI (Egy nő fogságban, 2017)

opowiada koszmarną historię współczesnego niewolnictwa. Gdzie? Na Węgrzech. Jak to się stało, że bohaterka haruje u pewnej rodziny po kilkanaście godzin na dobę, dodatkowo chodzi do fabryki (a całe wynagrodzenie jest jej zabierane), nie ma nawet własnego łóżka, jest nieustannie poniżana, zjada resztki z ich talerzy - i nie może liczyć na żadną ochronę? Ponoć u bratanków jest około 20 tys. osób w takiej sytuacji...

   

wtorek, 9 lutego 2021

Frédéric Martel - Sodoma

Uff!Wreszcie zmogłam! Dwanaście dni mi to zajęło!

A już się musiałam spieszyć, bo za mną 6 osób w kolejce i nie da się prolongować. Czemu aż 12 dni? Bo były takie, kiedy w ogóle do książki nie zajrzałam. Ona jest straszna. Człowiek niby tak plus minus coś tam wie, coś się orientuje, ale żeby sobie zdawać sprawę z rozmiarów tego wszystkiego, to przecież nie...

Oczywiście można powiedzieć, że się wiedzieć nie musi i po co to komu. Ale jeśli zamkniemy oczy, to sprawa nie zniknie. I nie mogę nawet twierdzić, że mnie to nie dotyczy, skoro do kościoła nie chodzę - ale właśnie, w tym naszym kraju pięknym nad Wisłą, dotyczy, niestety, skoro KK ma tak wielki wpływ na życie publiczne i ba! na prawodawstwo.

No to oczy mam teraz szerzej otwarte, ale zarazem pytanie jak cierń: czy można o kimkolwiek z kleru mówić/myśleć jako o dobrym człowieku - skoro jednak należy do tej instytucji? Przecież są wyjątki, prawda? I nie tak rzadkie. 

Ale, jak wiadomo, wyjątek jedynie potwierdza regułę 😕

Chciałyśmy z córką w zeszłym roku wypisać się z tego towarzystwa, ale odbiłyśmy się od proboszcza przez prosty fakt, żeśmy chrzczone gdzie indziej, a z powodu pandemii nie udamy się po metryki do kolejnych plebanów. Wszyscy mówią: a po co to komu, nie należy się poniżać, wystarczy nie chodzić, nie dawać, dzieci nie posyłać. Nie wiem, czy wystarczy. Dzięki takim niezdecydowanym KK w Polsce może śmiało twierdzić, że ma 102 % wyznawców. No, a za tym idą pieniądze...

Moja wina, że córka ochrzczona (i u komunii była). Klasyka - babci by było przykro. Zresztą nie o lekką przykrość chodzi, babcia by ani spać nie mogła, byłoby to dla niej nie do pomyślenia i wielka zgryzota. Ale sobie zawsze myślałam tak: to jeszcze ta generacja, ale  następna już tak myśleć nie będzie, moja córka nie będzie posyłać swoich dzieci na religię, żeby babci nie było przykro, bo babci (czyli mnie) przykro nie będzie. No tak myślałam. A teraz widzę, że żadna zmiana generacyjna nie nastąpiła i dalej jest takie samo myślenie... 

Mój brat jechał w pandemii (!!!) na chrzciny dziecka swojego chrześniaka gdzieś na Śląsk. Pytam, jak to, przecież ten chrześniak niewierzący, dlaczego to robi? A bo jego czy żony rodzice chcą. Czyli - nasza, moja generacja. Nic się nie zmienia. Jakże łatwo jest zapisać niemowlaka, jak trudno będzie wypisać dorosłego człowieka...

Marzy mi się, żeby było jak w Niemczech, żebym poszła do urzędu, wypełniła świstek, zapłaciła parę groszy - i była wolna. Żeby nikt mnie nie ujmował w swoich statystykach.

Jeśli chodzi o samą Sodomę, mam dużo zastrzeżeń. Wielkie nagromadzenie nazwisk, dziesiątki, setki, przechodzące w tysiące. Okropny styl pisania, polegający na używaniu mnóstwa wyrażeń anglojęzycznych (dziwne, z jednej strony niby znak czasu, ale z drugiej - to przecież Francuz, zawsze się mówiło, że Francuzi opierają się anglicyzacji języka), które - co gorsza - niewiele mi mówią. Widać mój brak obycia we współczesnej popkulturze (tak!). A już zwłaszcza w gejowskiej nomenklaturze 😉😕

Dalej - dużo błędów niestety. Przy cytatach z obcych języków na przykład. Głównie tu mówię o włoskim. A dlaczego cały czas używa się słowa monsinior? Po jakiemu to w sumie ma być?

Brak indeksu, karygodne.  

No i to najistotniejsze - dla mnie to była bardzo ciężka lektura, bo przez nagromadzenie faktów, nazwisk, historii, afer, skandali w pewnym momencie zaczęła - nużyć. A przecież autor chciał wyczerpująco omówić temat...

Gdy czytałam już pod koniec o Benedykcie XVI i o tym, jaką tragedią i zawaleniem całego jego świata stało się dla niego zrozumienie ogromu grzechu w Kościele, jak płakał i jak uciekał - mnie samej było przykro. A to nie mnie powinno. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Dodam jeszcze, skoro o Watykanie mowa, że planowałam wrócić do Brezy, ale to chyba musi poczekać i to długo - wizja tego świata pokazana w Sodomie zbyt głęboko teraz we mnie siedzi.
Początek:
Koniec:

Wyd. Agora, Warszawa 2019, 714 stron

Tytuł oryginalny: Sodoma. Enquête au cœur du Vatican 

Przełożyły: Anastazja Dwulit, Elżbieta Derelkowska, Jagna Wisz

Z biblioteki

Przeczytałam 8 lutego 2021 roku

 

NAJNOWSZE NABYTKI

W związku z tym, że mój brat skądś tam wracał przez Kraków w niedzielę, zapowiedział się na obiad. No, moja córka nie była zachwycona, bo ona od początku pandemii nikogo do domu nie wpuszcza, ale co było robić. Najpierw się co prawda odgrażała, że będzie jadła osobno, ale w końcu do stołu usiadła 😉A brat przywiózł geschenki spod choinki, cośmy się nie widzieli z powodu śmiesznej kwarantanny.  Lewy mój, prawy mojej córki (na życzenie obu oczywiście).

Nawiasem. Mikołajek został zamówiony, bo znaleziony w internecie, a takiegośmy nie miały. Jak się teraz okazało, zawierał pięć starych książeczek (z których nie mamy tylko pierwszej). No cóż.


Tymczasem na osiedlu (no bo gdzie w pandemii, albo na fabryce albo w domu przeca). Stojąc w hallu w kolejce do biblioteki i omiatając wzrokiem ściany zauważyłam... No nie uciekniesz! 

A przecież choćby taki argument: wśród nazwisk dzieci uczęszczających tu na zajęcia plastyczne, uwidocznionych na wystawionych pracach (ha ha, czekam, kiedy szaleństwo RODO spowoduje, że obrazy żyjących artystów nie będą podpisane), są arabskie i inne, z różnych kultur i różnych religii (przed multikulti nie uciekniesz). Tak na początek. Więc dlaczego ten krzyż tutaj? Krzyż niech sobie wisi w kościele, tam jego miejsce.

Szczęśliwa zlaicyzowana Francja!

Pozytywny za to fakt, że ustawiono nam ekopudełko i wreszcie wyrzuciłam te żarówki, które czekały od miesięcy 😀💙
Mniej pozytywny jest ten widok - znowu ktoś umarł.

W Pradze właśnie uruchomiono wielki magazyn - jeśli ktoś chce oddać meble czy inne rzeczy (oczywiście w dobrym stanie) to wystarczy do nich zadzwonić, przyjadą, odbiorą. Albo samemu zawieźć. Potrzebujący sobie potem coś wybiorą.

A u nas co? Jedynie ta Śmieciarka jedzie na fejsie. Czyli inicjatywa oddolna, poza tym ograniczona do kontaktu face to face. A jak się z fejsa (już) nie korzysta? To nic 😒 Ten magazyn w Pradze to sprawa miasta. Ktoś w końcu musi ponieść koszty.

Aha, jest jeszcze OLX, zapomniałam.

 

I na koniec mały kącik kulinarny. Jak się gusta zmieniają. Jako dorosła nie przepadałam za słodkimi daniami na obiad. Zresztą makaronu z truskawkami albo jagodami do dziś nie tknę. Ale jako już bardzo dorosła nagle zaczęłam wracać do smaków dzieciństwa i takiej klasycznej polskiej kuchni (oczywiście pod warunkiem, że jest proste i niemęczące w przygotowaniu).

Niedawno znalazłam przepis na placuszki twarogowe. Jest to oczywiście to, czego w sumie jeść nie powinnam, bo Pani Dochtór powiedziała, żeby unikać mącznych. Zresztą to samo powiedział mi płaszcz w ostatni piątek, rozpruwszy się na szwie 😁 No ale. To się tak błyskawicznie i prosto robi!

W dodatku mam pretekst, żeby córkę zawołać do kuchni - ma za zadanie ubić białka, podczas gdy ja mieszam twaróg z mąką i mlekiem (a' propos, w przepisie jest, żeby mikserem, ja tam widelcem mieszam i też jest dobrze). A to tak fajnie działać w kuchni razem 😍

Na innym blogu odkryłam, że można dodać do tego ciasta starte jabłko, ale jeszcze nie próbowałam.

Natomiast - mam już serdecznie dość pieczenia w sobotę chleba! Co sobota, ta sama robota! Uzgodniłyśmy, że w najbliższy weekend odpoczynek 😊