poniedziałek, 13 października 2025

Paweł Jasienica (Lech Beynar) - Pamiętnik

Pamiętnik Pawła Jasienicy nie jest klasycznym autobiograficznym zapisem, lecz raczej esejem dotyczącym historii Polski i Rosji. Pełnym uwag o ludziach z tą historią związanych i opisów wydarzeń - rewolucja październikowa, II wojna światowa, czasy powojenne. Z okresu studiów w Wilnie autor wyniósł przekonanie, że najważniejsze w życiu to nie zeszmacić się ŚWIADOMIE (bo co innego, gdy ci złamią kręgosłup, autor widział, jakie to proste). 

Dużo ciekawych fragmentów, ale jednak nie na dziś to dla mnie lektura, zmęczyła mnie. Chyba znowu będzie jakiś kryminał 😕 


 Początek:


Koniec:


Wyd. Znak, Kraków 1989,  143 strony

Z własnej półki (kiedyś zafasowany z knihobudki i chyba tam będzie odniesiony)

Przeczytałam 12/13 października 2025 roku (zgasiłam światło o 23.00, godzinę później zapaliłam ponownie, bo znów nici ze spania i skończyłam czytać... zasnęłam może koło 5.00... zmęczonam totalnie) 



Najnowsze nabytki

Z jednej strony wynoszę swoje, z drugiej przynoszę cudze 🤣 Oto urobek z minionego tygodnia. Słówka na ewentualną wymianę, takoż Witaj Karolciu. Ferdynanda Wspaniałego też wzięłam w tym celu, a tu okazało się, że w domu jest tylko Zbudź się, Ferdynandzie, więc tego no. To są ilustracje Mikulskiego, a do Mikulskiego mam ogromny sentyment, więc trzeba mieć. Dwie młodzieżówki bez tytułu na grzbiecie to Ząb Napoleona i Alarm Paula Berny (Berna?) z Klubu siedmiu przygód.


Napisałam w czwartek do Ulubionego Antykwariatu, co z moimi książkami, bo już długo czekam - dziś przyszła odpowiedź, że przepraszają, bo kolega zapomniał wysłać 🤣 Jak to zawsze miło zwalić na nieistniejącego kolegę! Musiała być panika i szukanie 😂 Ale ok, znów mam trochę czasu - na myślenie, co by tu jeszcze wydać, żeby zrobić trochę miejsca...

Porównałam sobie w katalogu etykiety po wydaniu precz dużej ilości cracovianów. Zostało ich jeszcze 1054... cholibka... czy to możliwe? Na pewno ich wszystkich nie potrzebuję. Jak wiadomo, cracoviana ustępują miejsca czeskim. Też sprawdziłam, jak to wygląda: po czesku 761, w tym pragensie 456. Różnica spora, ale cracoviana zbierałam dzieści lat, a po czesku to dopiero kilka. Zresztą wcale nie zamierzam dorównywać. Pewnie, że za każdym razem z Pragi coś tam przywiozę, ale diabli wiedzą, ile razy jeszcze do tej Pragi pojadę, prawda.

Z katalogiem zrobiłam się na szaro. Od dłuższego czasu powolutku robiłam porządki, znaczy odkurzałam książki i wpisywałam ich lokalizację. No, a po ostatnich przestawkach wszystko poszło się... tę lokalizację mam na myśli. Ponieważ głupiego robota lubi, właściwie należy zacząć od początku 😠 No cóż, zima przed nami, długie wieczory.

O, właśnie odnalazłam Słówka i jednak zostawię swój egzemplarz, bo jest w miarę dobrym stanie, a pochodzi z wielotomowych Pism Boya, które miał Ojczasty, jest jego pieczęć, więc pamiątkowe. Uf, jedno do odniesienia z powrotem 😉
 

Taka przygoda mnie wczoraj spotkała, że wyszłam na kroki i czekając na zielone w pobliżu przystanku autobusowego zauważyłam, że cosik podjeżdża, więc natychmiast zmieniłam gryplan i wsiadłam. Ach, pojadę gdzieś sobie i stamtąd będę szła. Szybko sprawdziłam, jakie przed nami przystanki i jadę, jadę, jadę. Aż tu nagle... błyskawica w mózgu: czy na pewno mam kartę do dzisiaj czyli niedzieli (o czym byłam święcie przekonana, bo się nawet wcześniej zastanawiałam, czy wykupić następną już od poniedziałku czy zaoszczędzić kilka dni)? Wątpliwość nagle jakaś... Sprawdzam wydruk z automatu sprzed miesiąca (zawsze chowam do portmonetki) - oczywiście, ŻE NIE. Do soboty było. Noooo, wysiadałam na najbliższym przystanku modląc się, żeby do tej pory nie objawił się nagle jakiś kanar 😂 Raczej nie udałoby mi się nabrać go na sklerotyczną staruszkę, jak ta babcia w filmie Port lotniczy, który właśnie oglądałam 🤣

Ale jako że znalazłam się w pobliżu takiej jednej willi, na którą się fotograficznie od jakiegoś czasu zamierzałam, to voila'. Ta też mogłaby być moja, aczkolwiek musiałabym chyba się nią z kimś podzielić, bo stanowczo za wielka, kto by to a/ sprzątał b/ogrzewał c/ i w ogóle. Ja ten dom kojarzę z czasów dzieciństwa mojej córki, było tam pogotowie czy jakaś nocna opieka, w każdym razie bywało się z nią w tym miejscu. Teraz jest instytucja jakowaś, a że była uchylona furtka (w niedzielę?), to i z tyłu zrobiłam zdjęcia.



No czyż nie cudne?


 

środa, 8 października 2025

Zofia Kaczorowska - Cocktail nad Zalewem

Dobrze mówiłam, że jak wezmę kryminał, to szybciej pójdzie. Choćby się trafiło na kryminał mało kryminalny... no bo tak: przebijamy się przez 130 stron opowieści psychologiczno-rodzinnych oraz przez pamiętnik opisujący jeszcze czasy przedwojenne, żeby wreszcie padł trup. Na działania milicji zostaje 60 stron, więc mam wątpliwości, czy można tę książkę zakwalifikować do nurtu kryminału milicyjnego.

Pisałam przy poprzednio czytanej książce Kaczorowskiej, żem ciekawa reszty jej twórczości. Tym razem nie była, zaskoczona osobą mordercy, bo od któregoś momentu wyraźnie było widać, że jest coś nie tak z ... no, mniejsza o to, z kim 😁

W każdym razie historia jest taka, że pani mecenas Anna Hortowska całe życie jest zakochana w jednym mężczyźnie, mimo że po drodze nawet wyszła za mąż za kogoś przypadkowego (zyskując niezbyt sympatycznego pasierba). Tymczasem tenże mężczyzna, znakomity kardiochirurg Grąszyc, najpierw zakochał się i ożenił z eteryczną panienką, którą Hortowska pielęgnowała w chorobie, a po jej śmierci był długo sam, aż poznał - w charakterze pacjentki z lekko przesuniętym sercem - młodziutki demon seksu Magdę. Magda ma tak naprawdę serce nakierowane w stronę kasy i właśnie się zorientowała, że bliski współpracownik Grąszyca ma większe szanse na karierę i to zagraniczną niż jej świeżo poślubiony małżonek, więc romans kwitnie. Ale była kiedyś dziewczyną tego pasierba, który również miał co do niej plany, więc sytuacja się zagęszcza. W dodatku pojawia się - z Ameryki - nieślubny syn Hortowskiej, o którym nikt nic do tej pory nie wiedział... 

A' propos tego syna - autorka przedstawia jego sprawę następująco: gdy się miał urodzić, do Polski przyleciała ciotka Hortowskiej z mężem, właśnie z USA i gdy po kilku miesiącach odlatywali z powrotem, zabrali dziecko ze sobą. Powiedzcie mi, jak to niby byłoby możliwe? Co z dokumentami? 

Początek:


 Zdjęcia końca nie będzie, bo wszystko tam na ostatnich stronach podane na tacy 😁

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1988, 191 stron

Seria z jamnikiem 

Z własnej półki (z knihobudki 25 sierpnia 2025 roku)

Przeczytałam 7 października 2025 roku

 

Jak nie urok to wyżymaczka, więc w poniedziałek znów miałam zalanie, a potem nie spałam do trzeciej w nocy (nie mówcie, że nad ranem, skoro nawet o szóstej jest jeszcze ciemno), no bo przecież trzeba się przejmować, nastawiać uszu, czy znowu nie kapie, myśleć o remoncie. Z tym, że tym razem to nie z pionu, żeby iść wreszcie z siekierą do Spółdzielni, tylko sąsiadka z góry miała zatkany odpływ, tzw. kratkę, wynalazek szatana. Mówił facet z Awarii, że jeśli wreszcie dostaną zlecenie na wymianę pionu, to zlikwidują te kratki wszędzie tam, gdzie jeszcze się ostały. Czyli dwie pieczenie na jednym ogniu się upieką. Ale czy to w ogóle nastąpi?

Pamiętacie, jak pisałam, że sąsiadka się pozbyła męża, ale chce jego emeryturę? No - to ją rodzinka męża wykołowała: zabrali gościa z Alzheimerem do banku, gdzie ona i on mieli wspólne konto, zlikwidowali je i założyli mu gdzie indziej nowe, pewnikiem upoważniając siebie 🤣 Sąsiadka z kolei założyła sprawę, bo jej nie wystarcza.

Ja założyłam nogę na nogę, bo wstałam dziś z globusem dla odmiany - i jakie to szczęście, że nic nie muszę. Jedyne, na co się zdobyłam, to telefon w sprawie Ojczastego, radzą sobie, natomiast chcą go w przyszłym tygodniu przenieść do 2-osobowego pokoju - ich problem, jak Ojczasty nie da spać tej drugiej osobie wołaniem czy majakami... Póki co, twierdzą, że łóżko ustawią w tej samej pozycji, żeby nie musiał na nowo się uczyć (że stolik czy kaczka po lewej stronie).


Z racji generalnego zwiększenia możliwości wychodzenia z domu zaglądam znów na Śmieciarkę i oto najpierw wyfasowałam fiszki do niemieckiego, a potem Dziennik zajęć szkoły stacjonarnej 🤣 Bardziej z ciekawości niż z potrzeby, w końcu nie wiem, jak taki dziennik wygląda i chętnie zobaczę. Chciałam jeden, wmuszono mi trzy (bo im zostało kilkanaście), nie pozostaje nic innego, jak zrobić sobie planner w jednym, a resztę wynieść do knihobudki. Albo oceniać swoje postępy w nauce angielskiego 😂


Bo wróciłam od października do regularnych lekcji, akurat 1-go było rozpoczęcie roku akademickiego, a ja znalazłam coś o nazwie Essential Grammar in Use Cambridge, ma toto 115 dwustronicowych unitów i tak sobie robię po jednym unicie dziennie, od 2 X, bo najpierw było uroczysta inauguracja przecież, nie że od razu do zajęć, trzeba się szanować 🤣 

Z budki przyniosłam tę Zapolską ładnie wydaną, na podmiankę - moje wydanie było z Biblioteki Klasyki Polskiej i Obcej, ale w brzydkiej popielatej oprawie, więc chętnie. Jednakże okazuje się, że co prawda w nowej jest 6 sztuk, a w starej 5 - ale wśród tych pięciu jest Panna Maliczewska, której nie ma w nowej (gdzie za to są Mężczyzna i Kobieta bez skazy). I co ja teraz mam zrobić?

 

A kiedyś jeszcze takie wzięłam:


 A wczoraj coś, co pewnie będę niedługo czytać:


 

Z wycieczki do miasta poezja/filozofia rynnowa: 

No właśnie!

niedziela, 5 października 2025

Jerzy Broszkiewicz - Długi deszczowy tydzień

Bardzo sympatyczna powieść wakacyjno-detektywistyczna dla młodzieży, tylko dlaczego ja ją czytałam prawie siedem dni? Zaiste nie mogę ostatnio skupić uwagi na lekturze, jaka by ona nie była. Kto wie, jak długo to potrwa... bo niewątpliwie związane jest z sytuacją i z ciągłym myśleniem o Ojczastym. Może teraz sięgnę po kryminał, żeby sprawdzić, czy też kiepsko idzie.

Piątka młodych ludzi z rodzicami jednej z nich spędza wakacje w wynajętym domu gdzieś w podgórskiej okolicy i jak na złość pada i nie zamierza przestać. Trzeba sobie znaleźć jakieś zajęcie, coś wymyślić. Na przykład przynęcić cynicznych złodziei do miejscowej kapliczki, bo akurat dużo się pisze w prasie o kradzieżach dzieł sztuki sakralnej. Przynęcić i zorganizować pułapkę. Dodajmy, że młodzież ta jest wyjątkowo inteligentna i rozwinięta 😉 A jakie obiady gotują!

Wspomniane jest w pewnym momencie, że ich przygody były już wcześniej opisane. Wikipedia podaje, że była to Wielka większa i największa. Ale chyba mi się nie chce. Natomiast może bym obejrzała serial

Początek: 


 Koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1977, 246 stron (uwaga dla Dariusza - wpisuję ostatni wydrukowany numer strony 😁)

Seria cieniowana 

Z własnej półki

Przeczytałam 5 października 2025 roku
 

Siódmy dzień. Dalej dręczą złe myśli. Gdyby to chociaż było bliżej, pojechałabym i może się uspokoiła. Wszyscy mi mówią, że nie ma sensu się tam tłuc, jeszcze w taką pogodę paskudną.

Budzę się w nocy, odruchowo sprawdzam łóżko Ojczastego. Wychodzę do sklepu i odruchowo przebieram szybko nogami, żeby jak najprędzej wrócić, bo co się tam dzieje.  

 

W nocy raz śpię, raz nie. Wstaję, przekładam książki z jednego pokoju do drugiego. Usunęłam z katalogu ponad dwieście cracovianów - niby ciężka decyzja, ale jak się już zacznie, to leci. Z tym, że było ich 1221, więc większość została. Do następnego zrywu. 

Gdy skończył się remont kuchni, układałam książki bardziej jak leci, niż z jakąś myślą. Teraz postanowiłam cracoviana stamtąd wyrzucić do sypialni, a tu przeniosłam reportaże i różne nowsze zdobyczne, do czytania w najbliższym czasie. Z tego ruchu jestem bardzo zadowolona. 

 

W pokoju Ojczastego zgrupowałam kryminały w normalnych wydaniach (jamniki i kluczyki są w sypialni na niskich półkach), niżej - cóż - dalej cracoviana.


Na regale obok uwolniłam półkę z książek (i już nawet nie pamiętam, co tam było) - wreszcie stos czeskich seriali na dvd zyskał swoje miejsce i opuścił podłogę. Jeszcze jest kilka centymetrów wolnych na przyszłe nabytki 😎

Pozostały trzy stosy na podłodze w sypialni do upchnięcia gdzieś w drugich rzędach. Chyba, że jeszcze coś wyniosę?

Chciałabym się przenieść z kanapą do pokoju obok, na miejsce tego łóżka Ojczastego, ale na razie strach. A nuż coś się wydarzy i on tu wróci? (wiem, bredzę) W dodatku to łóżko kupował mój brat i pewnie będzie je chciał sprzedać, żeby odzyskać kasę, zdaje się, że ponad tysiąc zł kosztowało (bo używane, nowe to jakieś masakryczne pieniądze).


Moje pierwsze dni wolności to nic specjalnego: robię kroki, dużo kroków (pierwszego dnia jak poszłam w długą tak zrobiłam 8 km W DESZCZU), zaglądam na siłownię, ale na kwadrans, dłużej nie wytrzymuję, bo to takie nudne, ta powtarzalność ruchów 🤣 nie wiem, jak ludzie mogą siedzieć godzinę na prawdziwej siłowni (bo ja oczywiście mówię o takiej plenerowej, gdzie czasem bijemy się o dany sprzęt, a czasem nie ma nikogo)... Używam 5-6 sprzętów, po parę minut na każdym, jedynie jak się uda trafić na wolny rowerek - najbardziej oblegany - to siedzę troszeczkę dłużej starając się myśleć o niebieskich migdałach.

Coś tam porządkuję w domu, z rozpędu upiekłam przedwczoraj ciasto i teraz nie wiem, kto to zje, jak Ojczastego nie ma, ja za dużo - wiadomo - nie powinnam. Jak się zrobiło tak zimno do chodzenia, a było głupio już zimową puchówkę wyciągnąć - kupiłam w Pepco ciepłą kurtkę, jakąś bluzę, córka ciepłe galoty dresowe sobie wzięła i czapkę z rękawiczkami, w Lidlu rzucili koce szenilowe i wyszło mi, że otulona takim kocem będę w zimie oglądać filmy - i oto już po zrobieniu opłat zostało jakieś 400 zł z mojej emerytury 🤣 Dobrze, że na książki nie wydaję 😉 

Znaczy moment, wydałam na te czeskie, ale to w zeszłym miesiącu - jeszcze nie przyszły i dobrze, bo też im będzie cała półka potrzebna.

 W ramach odzyskanej wolności kursuję w te i we wtę do knihobudki, różne tam rzeczy można znaleźć:


Wczoraj wieczorem ktoś przyniósł (nie wiem, jak dał radę) encyklopedię - i wyobraźcie sobie, że dziś rano (byłam o 8.00 na krokach 😎) już połowy nie było, nie przypuszczałam, że ktoś się na to złakomi.


No, a dziewczyna jedna przyniosła te dwa talerze - jakiś fajans niemiecki - i nawet wstawiłam to na Śmieciarkę, a potem wieczorem ha ha ha sama zabrałam do domu, skoro jeszcze były: a, będziemy teraz jeść na nich obiad dla odmiany 😁 I dzisiaj jadłyśmy. 


Wstawiłam też na Śmieciarkę łóżko w częściach koło bloku... po czym wieczorem wracając z ostatniej wyprawy do knihobudki nagła myśl - halo, będzie dobre na zagłówek.
 


I tak, przytargałam to samodzielnie pod osłoną ciemności, a ciężkie było jak cholera. Kojarzy mi się, że to łóżko z IKEA. Hemnes się nazywa.

 

No i proszbardzo, jest zagłówek. Akurat wlazło w szparę za łóżkiem czyli stoi na podłodze, jakby podwiesić, to by było wyżej, ale trzeba by wołać znowu jakiegoś gościa ze spółdzielni, a na samą myśl o wierceniu w ścianie konstrukcyjnej słabo mi.


I tak sobie zapełniam na razie czas. 

A na FB wyświetlił mi się wczoraj post z 2016 roku:

W sumie jestem w Pradze dwunasty dzień (ma ich być jeszcze z pięć razy tyle!), 

Mój Boże! Czy mogłam wtedy, w październiku 2016, przypuszczać, że to nie będzie pięć razy dwanaście, ale dużo dużo więcej? 

czwartek, 2 października 2025

Pewnego dnia żyła sobie rodzina

Czytam Długi deszczowy tydzień, choć powoli (że co, że czasu nie mam? mam, ale z przyzwyczajenia sięgam po książkę dopiero wieczorem w łóżku, a wtedy szybko zasypiam) (albo i nie, ale gaszę światło w nadziei zaśnięcia). Wszystko wymaga dopiero przemyślenia, ustalenia sobie planów, harmonogramu dnia - tak zakładam. Po czym stukam się w głowę, że przecież bez napinki, brać dzień jak leci. Ale ja się znam i wiem, że jeśli nie mam punktów do odhaczenia, to mogę się STRASZLIWIE rozleniwić, a przecież nie o to chodziło. Mówicie, żebym najpierw odpoczęła - a czy ja umiem odpoczywać?

Dziś wydarzyło się coś, o czym chciałam donieść natychmiast, nie czekając na skończenie Broszkiewicza, więc wzięłam z knihobudki taki drobiazg: Mama i Tata adoptowali z Domu Dziecka trójkę rodzeństwa i wspólnie opisali, zilustrowali i wydali na kredowym papierze tę historię. Zastanawiam się, jaki by można przypisać hasztag/etykietę do różnych dziwnych druków - dawajcie pomysły!

Początek: 


Koniec:

Wyd. nakładem rodziny, 2005, 11 stron

Z knihobudki

Przeczytałam 2 października 2025 roku

 

No więc muszę, bo się uduszę. Jak ktoś ma pecha, to całe życie. Ale to już jest SZCZYT.
Dziś o 10:23 odebrałam telefon z ZOL-u... że zwolniło się łóżko i jutro Ojczasty ma się stawić. Czy też że oni po niego przyjadą, w sumie nie wiem, co dokładnie powiedziała pani, bo normalnie zgłupiałam. Niedawno przecież pani mi mówiła, że jest 45. w kolejce.

Przytomności umysłu starczyło mi jedynie na to, żeby wyjąkać, że brat wczoraj zabrał Ojczastego do siebie na odpoczynek (mój) i że Ojczasty źle zniósł podróż, więc w tej chwili nie podejmę się go przywozić z powrotem do Krakowa.

Trzy dni. Gdyby się poczekało z tym domem opieki trzy dni, cała sytuacja byłaby kompletnie inna. Byłby już w docelowym miejscu i pod moim doglądem.

Pani dodała, że narzekałam na trudności w opiece... najwyraźniej chciała mi pomóc i przesunąć go w kolejce na początek.

- Niech pani się przypomina, dzwoni, bo ja nie mam głowy, żeby wszystko pamiętać. 

Krucafux. 

Podpisałam umowę z domem opieki na 3 miesiące, z miesięcznym wypowiedzeniem. Oczywiście mogę zabrać Ojczastego z dnia na dzień, ale za ten miesiąc wypowiedzenia trzeba będzie zapłacić. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że tak będzie w każdym przypadku, kiedy by nie zadzwonili z ZOL-u ponownie, spodziewają się pacjenta na drugi dzień, nie rezerwują przecież i nie trzymają pustego łóżka. 

Z drugiej strony to chyba dobrze, że Ojczasty teraz jest, gdzie jest, bo może naprostują kwestie fizjologiczne, nauczy się pampersa i do ZOL-u pojedzie na tacy. Na pewno jest tam lepsze podejście, lepsza opieka niż w takim molochu, nie wspominając o jednoosobowym pokoju... 

No, ale powiedzcie sami, nie jest to francowaty pech? 

wtorek, 30 września 2025

Henryk Sienkiewicz - Latarnik


Wzięłam ze sobą wczoraj Długi deszczowy tydzień, że przeczytam w pociągu wracając do Krakowa, ale dacie wiarę, że nie potrafiłam nawet dwóch stron zrozumieć?

Więc teraz, żeby na szybko opisać wczorajsze przeżycia, sięgnęłam po nowelkę 😉 To jest wydanie z opracowaniem, które zostało jeszcze z ostatniej dostawy Szyszkodarowej. I nie wiem, czy to dlatego, że źle psychicznie się czuję czy co, ale strasznie mnie ten Latarnik znudził, dobrze, że go nie było dużo...

Pytanie: nadawalibyście się do takiej pracy, gdyby jeszcze istniała (może gdzieś istnieje?)? W totalnej samotności, z jedynym kontaktem z ludźmi podczas dostawy jedzenia?

Początek: 

Koniec: 

Skoro tak podają na tacy, to co, jak połowa klasy przepisze tekst z bryku 😂

 

Wyd. GREG. Kraków 2021, 31 stron (bo po tekście opracowanie)

Przeczytałam 30 września 2025 roku 


Ciężko jest, powiem Wam.

Zacznijmy od tego, że noc z niedzieli na poniedziałek była znów nieprzespana, bo pomijając wstawanie Ojczastego na sikanie - nie mogłam usnąć ze strachu, tym razem o brata. Otóż przez całą niedzielę nie mogłam się do niego dodzwonić, abonent poza zasięgiem, a przecież nie byliśmy domówieni, o której w poniedziałek przyjedzie, jak mam szykować Ojczastego. Jak się ma trochę wyobraźni, to wiadomo, co może po głowie chodzić... A że aktualnie sprząta po malowaniu, to na przykład spadł z drabiny, gdy wynosił coś na strych... W poniedziałek rano komunikat się zmienił na abonent czasowo niedostępny. Zaczęłam wydzwaniać po jego znajomych, czy nie mają numeru telefonu do sąsiada, z którym brat ma wspólne ogrodzenie, a w nim furtkę, więc sąsiad by mógł iść i zajrzeć do domu przez szybę, na początek. Nie, nie mają. Jeden się zaoferował, że o 10.00 pojedzie do niego. Tymczasem kuzynka, która będzie u brata mieszkać podczas jego najbliższego wyjazdu (kot!), oznajmiła, że ma już klucze, więc zbudzi męża i pojadą. 

Przez cały ten czas nie wiedziałam, czy mam dzwonić do tego domu opieki, żeby oni po Ojczastego przyjechali (mogą, tylko kosztowna sprawa na tę odległość), żeby przynajmniej jedna sprawa była załatwiona i rozwiązana. 

W desperacji napisałam jeszcze do brata na whatsappie i wtedy - zadzwonił. I jeszcze:

- Ale czemu tak mięsem rzucasz?

Nosz, czemu...

Nie zauważył w niedzielę rano, że mu się telefon wyłączył...

Dobra, przejdźmy nad tym do porządku.

Obudziłam Ojczastego na śniadanie, najpierw kaczka oczywiście - i kolejny kwiatek: siedział z 10 minut i kiwał się nad tą kaczką, a potem okazało się, że wszystko posikane. Wrzuciłam spodnie od piżamy do suszarki na jakiś krótki program, ale nic nie wysuszyło (nie wiem, co to jest i czemu służy). Trudno, pojedzie z 2 i pół piżamy, a ja te gacie kiedyś dowiozę. Zresztą okazało się, że żaden problem, bo oni dają swoje w razie potrzeby. 

Brat przyjechał, wyciągnęłam wózek z piwnicy, Sąsiad przyszedł pomóc i jakoś Ojczastego ze schodów na tym wózku spuścili i dowieźli do auta. Tam nastąpił proces wsiadania, ale też się powiódł i ruszyliśmy.  

Ojczasty pewnie myślał, że jedzie do brata na wywczasy...

Zajechaliśmy po 13.00, Ojczastego od razu na wózek i do pokoju na II piętrze, żeby się położył i odpoczął. Panie opiekunki zapytały, czy jadł obiad, a skoro nie jadł, to przyniosły zupkę kartoflankę z kiełbaską, ładnie pachniała, usiadł na łóżku, przysunęłam mu stolik (czyli było mniej więcej jak w domu), westchnęłam, że nie pomyślałam o zabraniu śliniaka (w jego charakterze występowała u nas ścierka kuchenna), panie zaraz przyniosły cosik z flizeliny - o wiele lepszy pomysł, człowiek jak nie ma doświadczenia z opieką nad starszymi ludźmi, to ani nie wie, że różne rzeczy już wymyślono...

Zupkę wywiosłował, w międzyczasie trwała burza mózgów, co i jak zrobić i ulepszyć (muszą domontować do łóżka to takie trzymadło u góry, on wtedy sam się czy to przekręca na drugi bok czy podnosi do siadania). Na drugie były naleśniki z serem i jakimś sosem owocowym, ale nie chciał, od dawna jada tylko na jedno danie i to właśnie zupę, jak najmniej gryzienia. 



Rozpakowałam jego manele, a gdy się znów położył, zeszliśmy na dół załatwiać formalności i uzgadniać jeszcze, jak to z nim jest etc. Mieli już głuchych, mieli niewidomych, ale nie naraz... Szefowa z miejsca zadysponowała, że te tabletki na wyciszenie będą mu dawać hurtem na noc, żeby całą przespał i sikał do pampersa, żeby się do tego wdrożył. Jak mu powiedzieć halo, sikaj śmiało, nie wyciągaj z majtek instrumentu? Przecież nikt nie będzie w nocy do niego chodził co godzinę. To jest teraz ten największy problem, o dwójeczce nie wspominając. Ale mają te krzesła toaletowe i już omawiali, jak sobie będą radzić... 

Zeszło nam półtorej godziny na tym wszystkim, wróciliśmy na górę się pożegnać (cokolwiek to znaczy w jego głuchym przypadku), ale spał dzielnie po tych emocjach. Kto wie, co myślał - o nic nie zapytał.

Ja mam nadzieję, że uznał, że jest w szpitalu, z tym się nie dyskutuje przecież.

Pojechaliśmy z bratem coś zjeść, a potem do Dżendżejowa, odwiedzić mamę na cmentarzu. 



I na pociąg do Krakowa. Patrzyłam na to jego zdjęcie w łóżku i popłakałam się troszeczkę, ale nikt koło mnie nie siedział. 

I ciągle czuję się bardzo źle. Nie mówię, że podle, że żałuję, bo wiem, że ja już musiałam, nie dawałam rady ani psychicznie ani fizycznie, to podnoszenie go ostatnio było koszmarne, a on jest coraz słabszy przecież. Więc nie żałuję, ale jego mi żal, że ani nie wie, co się z nim dzieje i kto koło niego chodzi. I co trochę sobie popłakuję znowu, nawet dziś w tramwaju 😥

A tu to puste łóżko... myślę, że dopóki nie trafi docelowo do ZOL-u, lepiej się go nie pozbywać. Czy tego zaplamionego totalnie dywanu przed nim. A jeśli stanie się coś takiego, że wróci? Panie się tam zaśmiały, jak wspomniałam, że mam nadzieję, iż nie będą chciały go oddać, one sobie poradzą.

Żeby się czymś zająć, ściągnęłam i uprałam jego pościel, coś tam poprzestawiałam, córka uporządkowała w łazience wokół umywalki... co trochę łapię się na tym, że zapominam, że go tu nie ma. 

Ja wiem, że to z czasem minie, ale wczoraj, dziś - fatalne samopoczucie.

Dzwoniłam oczywiście z pytaniem, jak minęła noc. No cóż, posikał wszystko. Panie, które przyszły rano, jeszcze nie wiedziały, że mają najpierw iść do niego i zaczęły od I piętra, dopiero zadzwonił do nich pan Stasiu z pokoju obok, że Ojczasty coś woła. Nie rozumieli, co (może Małgo tradycyjnie?). Pierwsze dni są najgorsze, powiedziała szefowa. Jasne. 

Co mnie pociesza, to że bardzo tam dbają o jedzenie, już planowała szefowa, że mu będą dawać jabłka pieczone i śliwki, żeby uregulować wypróżnianie, że w razie potrzeby miksują jedzenie, ale będą się starać dawać mu coś do delikatnego gryzienia, żeby nie był na płynnym jedynie. Ostatnio miałam z nim problemy w tym zakresie, nie chciał jeść na kolację tego, co wcześniej wsuwał i ograniczał się do mleka z bułką. 

Nie mogę się za bardzo skupić na czymkolwiek, nawet na robieniu tych sławetnych planów NA PO, chyba chwilowo przestało padać, pójdę przynajmniej na przebieżkę, bo mogę...

Dziękuję Wam za komentarze i słowa pociechy 🧡🧡🧡 

niedziela, 28 września 2025

Václav Nývlt - Dva miliony svědků

Ciężko się skupić na czymkolwiek w obecnej sytuacji, myśli ciągle krążą wokół i choć kryminał ciekawy, wieczorem czytałam jedną - dwie strony i litery mi się zlewały, oczy zamykały... po czym Ojczasty wstawał na sikanie i tyle było spania 😁 a po takiej pobudce znowu Myślenice na wiadomy temat.

A tymczasem ciekawe. Nawet szukałam innych kryminałów tego autora o niewymawialnym nazwisku, ale nie ma. Za to jest film, ktoś tam nawet twierdził, że najpierw był film, a na jego podstawie powstała książka (i że to widać), ale trochę się machnął, bo film jest z 1965 roku, a książka z 1962. Václav Nývlt był wybitnym scenarzystą, może dlatego pracując w filmie i telewizji wpadł na pomysł kryminału, w którym ginie znany aktor podczas emitowanej na żywo inscenizacji zatytułowanej Historia z pięcioma mordercami. Tenże aktor jest przywiązany do fotela i okazuje się, że ktoś podłączył prąd, tak że wynikło z tego krzesło elektryczne. Podejrzani? Cóż, wszyscy obecni wówczas w studiu, a tych była trzydziestka. Kapitan Suda z młodym pomocnikiem zaczynają śledztwo próbując zorientować się w skomplikowanych stosunkach i układach wśród twórców i personelu.

Ciekawostka: kamerzysta chciał coś kapitanowi pokazać w studiu, ale kamery nie są nagrzane. Potrzeba 40 minut od ich włączenia, by można było kręcić... to ci czasy i sprzęt.

 

Początek: 

Koniec: 


Wyd. Mladá fronta, Praha 1962, 166 stron

Edice (seria): Smaragd 

Z własnej półki (kupione 16 maja 2025 roku za 10 koron z pudła w antykwariacie)

Przeczytałam 28 września 2025 roku 



W przeddzień wyjazdu sytuacja przedstawia się tak. Jutro zawozimy Ojczastego z dobytkiem (ograniczonym do niezbędnego minimum, bo cóż leżącemu po ubraniach etc.). Ja podpisuję umowę z ośrodkiem, wpłacam gotówkę za pierwszy miesiąc, a potem już przelewy. Nawet jeśli Ojczasty będzie się pytał, gdzie jest, nie sposób mu, jak wiadomo, powiedzieć. To jest takie okropne, reszta nie. Jestem u kresu. Dziś w nocy poszłyśmy z córką spać o 5.30.

Ktoś może pomyśleć - niedługo wytrzymała. Dwa lata i cztery miesiące. To faktycznie nie jest długo.Tyle że jak się przez cały ten czas nie śpi (a przecież z tego właśnie powodu zrezygnowałam z pracy, byłam nieprzytomna i bałam się narobić nieodwracalnych szkód, które wpłynęłyby negatywnie na imidż Fabryki), to jest wieczność. Do tego doszły od stycznia tego roku ataki halucynacji i niemożność odejścia z domu ani na chwilę. To znaczy - wyjście do sklepu oznaczało, że córka pilnuje, ale ja biegusiem robię zakupy, pod telefonem, żeby natychmiast powrócić, gdy się coś będzie dziać.  

Właśnie, dodajmy do tego złamaną rękę córki jako wynik obecności Ojczastego w naszym domu. Nie wiem, czy mi to kiedyś wybaczy, bo przecież od początku była przeciwna pomysłowi zabrania go do nas. I gdybym ja wiedziała, jak to się potoczy, też bym się nigdy nie zdecydowała, wiadomo. Ale kto mógł wiedzieć? Miałam zabrać miłego staruszka, jeszcze czytającego prasę i wypowiadającego się na polityczne tematy, człowiek sobie wyobrażał, że będzie snuł opowieści i rodzinne historie, na co wcześniej nie było czasu...

Założenie jest, żeby tam Ojczasty doczekał miejsca w ZOL-u tu w Krakowie czyli 5-6 miesięcy mniej więcej. Niemniej jednak na razie, nie wiedząc, czy nie zadzwonią i nie powiedzą pani, zabieraj se to swoje złoto, trudno wrócić do tego, co było przedtem - pozbyć się łóżka, zrobić remont pokoju i przenieść się tam z kanapą i telewizorem 😁 

Jak na złość przez ostatnie dni był spokojniutki, żadnych problemów, jakby czuł, że wisi nad jego głową miecz Damoklesa, więc jasne, wyrzuty sumienia, no jakżeż mu tam będzie, kto mu naleje soku malinowego do cytryny, kto poprawi kołdrę...

Ale gdy zaczął znowu odwalać numery, wszelkie wątpliwości minęły i teraz już tylko nie mogę się doczekać. Za 24 godziny będzie po wszystkim.

Dziś w nocy wyzywał mnie, obiecywał poskarżyć się bratu, a nawet rwał się do bitki (ja sobie tylko myślałam poczekaj, jutro o tej porze będziesz miał lepiej, uwolnisz się ode mnie) i nie, nie z powodu urojeń czy innej demencji, to było całkiem świadome, bo na coś mu nie pozwalałam* - i tak zresztą postawił na swoim, bo co mam zrobić, jak drze się w środku nocy w bloku...

* nie chcę podawać tu szczegółów, ciągle się krępuję, bo to jednak intymna sprawa, tak wywalać publicznie flaki 

Teraz przetrwać operację TRANSPORT, ciągle o tym myślę, Sąsiad proponuje, żeby wziąć wózek z piwnicy i na tym wózku go ściągnąć na dół, chyba to najlepsze wyjście będzie. Potem kwestia, jak sobie poradzą z moim bratem z usadzeniem go w  aucie, Sąsiad mówi, że jeden będzie go wciągał od środka. Jestem zdania, żeby jechał w piżamie, żeby go nie męczyć dodatkowo ubieraniem, a gdy tam zajedziemy, żeby mógł od razu położyć się do łóżka. Gdy już zaśnie, a my załatwimy formalności, obejrzymy, co i jak, pojedziemy do Dżendżejowa na cmentarz do mamy (gdzie nie byłam przez cały ten czas), a stamtąd na pociąg do Krakowa. Córka chciała z nami jechać, żeby wszystko zobaczyć, ale jak zrozumiała, że wracać trzeba będzie pociągiem, zaraz jej chęć przeszła. Maseczkę mi kazała zabrać.

Pewnie wrócę skonana, a we wtorek obudzę się z masakrycznym globusem - ale już nic nie będę musieć 😉 Dziś jeszcze boję się robić plany na potem, że go odeślą 😉 Ale kuzynka mówi, że nic podobnego, z tego żyją, więc nie odsyłają. Ach, bo się okazało, że mój brat wcale tego nie znalazł w internecie, tylko od kuzynki się dowiedział, tam była ta druga kuzynka chora na Alzheimera (tyle, że krótko, bo miała udar), więc ona to zna i mi powiedziała, co i jak.

Co natomiast jest do kitu, to że ja myślałam, że brat go odwiedzi po kilku dniach (bo ma blisko), a tymczasem okazuje się, że wyjeżdża. Był ten wyjazd październikowy zaplanowany, ale stał pod dużym znakiem zapytania, bo nie było innych chętnych, tymczasem grupka się zebrała i lecą w niedzielę, badać poziom szczęścia w Azji. Na dwa tygodnie. To mnie siekło, powiem szczerze, bo wiadomo, jak to jest, jak się nie dopilnuje, rodzina się nie pokazuje... Ale właściwie to mam już trochę na to wylane, po dzisiejszej nocy...

czwartek, 25 września 2025

Tadeusz Wittlin - Diabeł w raju

To jest jedna z tych niewielu książek znalezionych w knihobudce, gdzie po przeczytaniu wiesz na 100%, że ją zachowasz. Że pewnie kiedyś będziesz chciał wrócić, gdybyś zapomniał, co człowiek człowiekowi potrafi zrobić. No, system - ale system składa się z ludzi. Takich, jak ten chłopek, który dostał pieniądze za to, żeby bezpiecznie przeprowadzić autora przez granicę z Litwą podczas ucieczki z Warszawy - i bezpiecznie go wyprowadził: prosto na posterunek sowieckiej straży granicznej. No nie można go za to winić, kiedyś Sowieci dowiedzieli się, że zawodowo się trudni przemytem ludzi, skatowali i obiecali, że wypuszczą, jeśli będzie pracował dla nich. Za każdego sprowadzonego uciekiniera dostawał od nich dodatkowo czerwońca czyli 10 rubli, ludzkie pany.

Wittlin dostał na parodii sądu karę śmierci jako szpieg i dywersant (wcześniejsza  kontrrewolucja polegająca na tym, że w czasie ubiegłej wojny polsko-niemieckiej był dowódcą partyzantów, którzy zniszczyli dwa sowieckie czołgi), a przy tym jako dziennikarz był współpracownikiem pism faszystowskich i sędzią na usługach ustroju kapitalistycznego - sami rozumiecie, że nic poza czapą mu się nie należało. Ale honorowo, bo przez rozstrzelanie! Po odwołaniu się zmieniono mu karę na 12 lat łagru i dawaj na Syberię. Z tym, że miał chłop szczęście, bo w końcu przyszła amnestia dla Polaków, jeśli deklarowali się wstąpić do wojska walczącego z Niemcami.

Jest tak, jak napisał we wstępie gen. Anders: Wittlin dokładnie opisuje warunki i działanie systemu, ale w sposób satyryczny, dlatego ta lektura jest inna od Sołżenicynów etc. i dlatego też Wam ją polecam, jeśli znajdziecie w bibliotece.

Nawiasem - miałam już książkę o dokładnie tym samym tytule, ale autorstwa Henry Millera... 

 




Zazwyczaj reprodukuję pierwszą i ostatnią stronę, tym razem pierwszą i drugą, żebyście wiedzieli, jak to było z tym Wittlinem-Guliwerem, dlaczego nie mógł się podnieść. 
 



Wyd. Polonia, Warszawa 1990, 247 stron

Okładka oczywiście Młodożeńca 

Z własnej półki

Przeczytałam 21 września 2025 roku



Siedzimy dalej na tykającej bombie. Z tym, że zwykła bomba rozpirzy wszystko i nawet nie trzeba tego sprzątać (znaczy służby jakieś rumowisko posprzątają), a jak ta nasza bomba pierdyknie, to będzie co robić.

Znów nas zalewa. Every fucking day, że się popiszę moją zaiste niesamowitą znajomością angielszczyzny 🤣

Ale wiecie co, jest nadzieja, że niedługo wrócę do porządnych regularnych lekcji, o czym zaraz też napiszę. 

Młody pan, który do nas przyjeżdża z Awarii, ustanowił mnie Naczelną Osiadaczką i udzielił numeru telefonu (żeby nie trzeba było przez dyspozytornię za każdym razem) - nie omieszkałam go poinformować, że został zapisany jako Awarie Przystojniak, niech chłopak chociaż tyle ma z życia 😂 A dlaczego Osiadaczką? Bo zazwyczaj musi się dostać do mieszkania na II piętrze, gdzie lokatorzy - jak wiadomo wszystkim - mają nocną szychtę (tak, już wszyscy u nas chrząkają hm hm, są "w pracy" - choć przecież praca to jest i to zapewne nielekka) i ja czatuję, kiedy się pojawią, żeby Przystojniaka wezwać pilnie. Bo oczywiście jak się coś dzieje to wieczorem lub w nocy, prawda. Rano przepychają pion na 5. piętrze. Popołudniu woda zaczyna się lać na 1. i u mnie, na 3. sucho, wiadomo, że z 2. piętra - ale ich już nie ma. Właściciel tego mieszkania twierdzi, że nie ma kluczy (no, na pewno oddał wszystkie lokatorom, jaaaasne), ale też mówi, że nie ma prawa wejść do mieszkania pod ich nieobecność, bo posądzą go o jakąś kradzież. Takie są stosuneczki w tym naszym świecie nowoczesnym...

Teraz przynajmniej mam też telefon do tego lokatora - ale co z tego, gdy wczoraj wieczorem oznajmił, że jest z mamą u lekarza i będzie za godzinę (był za dwie). A żona? Żona jest w lokalu, nie może przecież wyjść. Cała klatka czeka, bo przecież zakręcona woda, co nie zmienia faktu, że jezioro u niego przesącza się cały czas niżej. No, ta bezpośrednio nade mną to w ogóle ma prysznic w przedpokoju (tam postawiła wiadro, które się bardzo prędko napełnia) i w dużym pokoju, na co ja patrzę ze zgrozą, bo jak zacznie z jej podłogi (gdzie leży parę szmat jedynie) kapać do mnie, to nie będę miała gdzie spać, tam stoi moja kanapa (leje się na styku płyt). 

Na czym cały witz polega? Pion, jak wiadomo wszystkim oprócz administracji, jest do wymiany. Spółdzielnia rzuca jako pierwszy argument przeciwko - że lokatorzy się nie zgadzają na dostęp, w sensie, że trzeba będzie im w toalecie rozpirzyć tylną ściankę, a część z nich ją sobie zagospodarowała (ja też mam płytki do pewnej wysokości, a dopiero wyżej półki, które można w każdej chwili zdemontować, tak było, gdy robili ciepłą wodę). Natomiast właściciel mieszkania na 2. piętrze twierdzi, że wystarczy ten dostęp powyżej i wczoraj obszedł wszystkich z pionu i ponoć wszyscy się zgodzili, żeby podpisać pismo (zredagowane przez prawnika) z żądaniem wymiany pionu. Oprócz 9. i 10. piętra, bo tam nikogo nie było. Mam zdobyć telefon tych brakujących lokatorów...

Tak że - dziś rano woda schodzi, wszystko działa, a co będzie za godzinę lub jutro, nie wiadomo. Awarie przepychają czopy czy zatory gdzieś niżej, przez chwilę działa, po czym znów gdzieś tworzy się kolejny zator. Wczoraj wyciągnięto szmatę - ktoś wrzucił szmatę do toalety! O ręcznikach papierowych czy pampersach nie wspominając. A 50-letnia rura jest zakamieniona i już sama z siebie ma małe światło.  Na kuchence jeszcze stoi jeden z garnków z wodą, którą się łapie, gdy zakręcają dopływ...

I teraz ta druga sprawa. Po nieprzespanej nocy poprzedniej, gdzie oprócz kapiącej wody zadziałał Ojczasty, który regularnie co pół godziny siadał na łóżku i wołał Małgo! Małgo! (za pierwszym razem poszłam i okazało się, że na sedes - co odpada, takie atrakcje możemy w dzień uprawiać... to nie jest tak, że jemu się chce, on po prostu się przyzwyczaił, że w środku nocy wstaje na sedes, po czym nic nie robi), więc gdy za drugim razem chwycił kulę i zabierał się sam w drogę, zabrałam mu ją - za trzecim Małgo! Małgo! Gdzie moja laska? - za czwarty, piątym, szóstym itd. już tylko Małgo! Małgo! Wtedy sobie po raz pierwszy tak dobitnie uświadomiłam, że główną cechą jego charakteru jest to, co przypisywał jednemu z nieżyjących braci - że mówili na niego w rodzinie Kozioł, bo był taki uparty. Nie! Uparty jest on i to jak cholera! Musi postawić na swoim. Tym razem ja też postanowiłam być uparta i postawić na swoim - żadnego sedesu w nocy. Zyskałam tyle, że nie spałam ani pięciu minut 😂 Sąsiadka z góry chyba też nie, jak się tak wydzierał...

I rano - rano zadzwoniłam do tego DPS-u, na który miałam namiar (poza Krakowem) i dowiedziałam się, co załatwiać. Cena - 6.500 zł. Ale nieoficjalnie miałam wcześniej info, że ponoć biorą tylko z emerytury. Nie wiem, nie rozumiem, ale tak twierdziła osoba, która mi o tym mówiła i która miała tam babcię przez parę lat. I że przez telefon mi o tym nie powiedzą, bo to jest coś, o czym się głośno nie mówi. Dziwne jakieś, ale że tak było.

Brat tymczasem też pogmerał w internecie i znalazł coś za 5 tys. blisko niego i jeszcze na innych zasadach, korzystniejszych. I od zaraz. 

Powiem Wam, że trochę mi się to nie podoba, że coś jest nie tak w tym wszystkim, ale zmęczenie chyba wzięło górę i stanęło na tym, że w poniedziałek zawozimy tam Ojczastego i płacimy za pierwszy miesiąc. Jak się okaże, że jest nie teges, wróci z powrotem (dalej czekamy na ZOL), więc na razie nic się tu w mieszkaniu nie będzie likwidować. 

Ale jest tak: euforia (Boże, koniec tej męki!) i straszliwy niepokój i wyrzuty sumienia (jak on się tam odnajdzie, co pomyśli). Jeszcze nie śmiem marzyć szerzej i planować remontów (zresztą dopóki będą zalania, to nie ma sensu). 

Tak że dziś oczywiście - globus.

 

PS. Właśnie przyszli panowie z Awarii i już się przestraszyłam, że znów się coś dzieje, ale nie, oglądali szkody i powiedzieli, że na kamerze widać, że gdzieś tam między 1. a 2. piętrem są w rurze zadziory, ktoś wrzuci szmatę czy podpaskę, na nich się zatrzyma i tworzy się zator. Jedyne wyjście - wymiana pionu, żadne frezowanie tu nie pomoże. Ale idą to obejrzeć dokładnie na komputerze.