poniedziałek, 15 lipca 2013

Hanna Ożogowska - Ucho od śledzia

Hannę Ożogowską każdy zna - każdy z mojego pokolenia, bo nie wiem, czy w przypadku obecnego pokolenia młodzieży można z całą pewnością tak stwierdzić, tak to już jest, że część książek z naszej młodości wychodzi z mody... my do nich wracamy, ale nasze dzieci wolą Harry'ego Pottera, a wnuki? hm, kto wie, co wybiorą wnuki...

Dlaczego UCHO OD ŚLEDZIA? To ulubione powiedzonko jednego z bohaterów powieści. Akcja jej toczy się w Warszawie, gdzieś na początku lat sześćdziesiątych, w zrujnowanej podczas wojny kamienicy na Powiślu. Naokoło trwa odbudowa Warszawy, napomyka się już o Zamku Królewskim, którego ruiny widać przez okno mieszkania państwa Szafrańców.
To starsze małżeństwo, którego jedyny syn zginął podczas powstania, a kamienica została trafiona bombą. W oczekiwaniu na przydział nowego mieszkania, Szafrańcowie żyją w swym dawnym 4-pokojowym mieszkaniu ze służbówką na pierwszym piętrze, nie zważając na katastrofalny stan reszty domu - ale już nie sami: kwaterunek przydzielił trzy pokoje obcym, zostawiając staruszkom jeden, do tego przechodni pokój. A więc mamy tu klasyczną komunałkę :) Najgęściej zaludniony jest pokój państwa Piotrowskich z dwójką synów, a w pozostałych dwóch pokojach i służbówce mieszkają samotni: pan Czernik, lubiący nieco wypić, pielęgniarka pani Aniela ze swoim jamnikiem Pimpusiem i poważna nauczycielka polskiego pani Tołłoczko. Jak to bywa we wspólnych mieszkaniach, nie brak problemów z takiej przymusowej koegzystencji, ale zasadniczo lokatorzy darzą się wzajemną sympatią i pomagają sobie w życiowych kłopotach.
Taki jest punkt wyjścia, gdy w mieszkaniu przy ulicy Boleść pojawia się nastolatek Michał, siostrzeniec pana Czernika - matka przywiozła go z Łodzi, gdzie chłopak nie mógł dojść do ładu ze swoim ojczymem. Michał jest bardzo pewnym siebie zawadiaką, prędzej ucho od śledzia niż chwilę jego słabości ktoś zobaczy.
Wkrótce potem w pokoju nauczycielki pojawia się młoda kuzynka, Agnieszka. Okazuje się, że chodzi do szkoły o rok wyżej i w ogóle jest jakaś taka - w oczach Michała - przemądrzała. Toteż Michał buntuje przeciwko niej Witka, starszego syna państwa Piotrowskich. Zaczynamy naszą przygodę z tą trójką: będziemy jej towarzyszyć w chwilach radości i smutku, przyjrzymy się, jak rodzi się przyjaźń i jak zmieniają się życiowe priorytety pod wpływem mądrej dziewczyny...

Chłopcy chodzą na telewizję do jednego z kolegów. Poszukałam początków telewizji w Polsce na Wikipedii, okazuje się, że codzienny program ruszył w 1961 roku.

Charakterystyczne ilustracje wykonał Gwidon Miklaszewski.

Początek:
i koniec:


W domu znalazłam jeszcze cztery powieści tej autorki:
To oczywiście nie wszystko, bo przecież jeszcze i Złota kula była i Raz, gdy chciałem być szlachetny i Za minutę pierwsza miłość... Znacie je wszystkie?

Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1988, wyd.IX, 302 strony
Ilustrował Gwidon Miklaszewski
Z własnej półki
Przeczytałam 13 lipca 2013

piątek, 12 lipca 2013

Aldous Huxley - Kontrapunkt

Ta powieść towarzyszyła mojej wczesnej młodości - stała bowiem na jednej z półek, kupiona przez Ojczastego, a mój tapczan przylegał jednym dłuższym bokiem do regału dzielącego nasz pokój z bratem na dwie części, tak więc Kontrapunkt miałam stale przed oczami i nawet zaczęłam go czytać kiedyś tam w liceum, ale nie zmogłam - to on zmógł mnie :) Od tej pory był wyrzutem sumienia, no bo jak to, przecież to nie jakiś Ulisses, żeby się tak go bać - no i wzięłam go do łóżka teraz, w tym kryzysowym czasie, i pogratulowałam sobie tej zwłoki w czasie: dobrze się stało, bo w wieku lat nastu nie można zrozumieć ani książki ani jej bohaterów ani ich rozumowania i logiki :) Trzeba do tego trochę więcej życiowego doświadczenia...

Aldous Huxley, brytyjski pisarz, który przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, znany jest głównie ze swej antyutopii Nowy wspaniały świat. Ale nie mnie! Nie czytałam. Znam tylko ze słyszenia - shame on me. Mnie zawsze był znany tylko z Kontrapunktu (tamtej powieści w domu nie było, a ja pozostałam na całe życie uwarunkowana tym, co wyniosłam z młodych lat), ciekawe, czy tak już pozostanie? Powieść mnie zachwyciła. Jako nie wyedukowana muzycznie musiałam sprawdzić, co to jest w ogóle ten kontrapunkt. Encyklopedia mówi, że:
Kontrapunkt (z łaciny punctus contra punctum, w dosłownym tłumaczeniu: nuta przeciw nucie) - technika kompozytorska, która polega na prowadzeniu kilku niezależnych linii melodycznych (polifonia) zgodnie z określonymi zasadami harmonicznymi i rytmicznymi.
I tak rzeczywiście skonstruowana jest powieść: na obraz brytyjskiej inteligencji w pierwszej połowie XX wieku składają się równolegle prowadzone wątki kilkunastu bohaterów. Polecam w wolnej chwili!

Początek:
i koniec:


Wyd. PIW Warszawa 1974, wyd. II, 487 stron
Tytuł oryginalny: Point Counter Point
Tłumaczyła: Maria Godlewska
Z własnej półki
Przeczytałam 9 lipca 2012

czwartek, 11 lipca 2013

P.G.Wodehouse - Dewiza Woosterów

Sami przyznacie, że okładka jest OKROPNA. Toż to jakiś chłopo-robotnik! Ani fizjonomia ani tym bardziej prostacki gest nie pasują do wyrafinowanego kamerdynera Jeevesa. Pan, który zaprojektował to dzieło, trochę się poszkapił... nawet nie przeczytał książki.
Tym razem akcja toczy się wokół pewnej... krowy. Właściwie krówki i to nie byle jakiej, bo srebrnej, osiemnastowiecznej, będącej dzbanuszkiem na śmietankę. O tej krówce z antykwariatu marzy wuj Bertiego Woostera i gotów za nią poświęcić rodzinnego kucharza Anatola, mistrza rondla i patelni. Oczywiście Bertie nie może dopuścić do takiej straty, ale przedsięwzięte przez niego (a raczej przez ciotkę Dalię) środki będą wymagały interwencji Jeevesa.

Początek:
i koniec:

Wyd. Książka i Wiedza Warszawa 1984, 383 strony
Tytuł oryginalny: The Code of the Woosters
Tłumaczyła: Hanna Rowińska
Z własnej półki
Przeczytałam 5 lipca 2013


Lektura idzie powoli i ociężale, niczym lokomotywa z wiersza Tuwima... coś nieprawdopodobnego, potrafię spędzić wieczór nie tęskniąc za książką, jeszcze tego nie przerabiałam! Postanowiłam się rozerwać nieco serialem rosyjskim i wybór padł na kolejną głupotę czyli Annuszkę, 16 odcinków o tym, że życie kobiety rosyjskiej jest ciężkie i pełne goryczy :) to się rozrywam jak diabli :) słowo daję, chyba tylko sitcomy będę oglądać!
W międzyczasie sięgnęłam po rzekomą komedię rumuńską Wszyscy w naszej rodzinie... ha ha ha, komedia jak cholera... czysty dramat, o przemocy w rodzinie, o tym, jak się nakręca spirala i jak od rzemyczka do koziczka... ale warto było obejrzeć.



poniedziałek, 8 lipca 2013

Emil Braginskij - Poczti smiesznaja istoria

Poczti smiesznaja istoria (Почти смешная история) to film, który zapragnęłam obejrzeć, "zabezpieczyłam" z internetu, zasiadłam do oglądania, a tu - zacina się. Po 20 minutach stanął. Aaaa paskudnik! Tymczasem znalazłam w sieci scenariusz. No nic, pomyślałam, przeczytam, a potem poszukam raz jeszcze filmu. I tak uczyniłam. Uparta jestem, prawda?
Scenariusz napisał Emil Braginskij, bardzo znany, choćby ze współpracy z Riazanowem, tuzem radzieckiej smutnej komedii. W realizacji filmu zaszło kilka drobnych zmian, ale zasadniczo film pozostał wierny swej "literackiej" wersji.
To piękna historia o przebudzeniu się uczuć w dwojgu podstarzałych bohaterach, którzy nie myśleli, że coś ich jeszcze w tym zakresie spotka w życiu :)
Początek:
i koniec:

Przeczytałam 3 lipca 2013.


A potem obejrzałam wreszcie film - ta kolejność zresztą pozwoliła mi łatwiej go zrozumieć :)
Poczti smiesznaja istoria, 1977, reż. Piotr Fomienko

Do małego miasteczka nad Wołgą przyjeżdżają dwie siostry koło czterdziestki na wywczasy. Starsza, Taisia, jest malarką, artystyczną duszą. Młodsza, Ilaria, poświęciła swe życie dla Taisi, prowadzi jej dom, opiekuje się jej mężem i dziećmi.
Na przystani (tu zmiana, w scenariuszu była mowa o pociągu) nie znajdują tragarza, a mają ze sobą bardzo ciężką walizkę z farbami. Bagaż oferuje się ponieść nieznajomy, również pasażer ze statku, przybyły tu służbowo, w delegacji. Niestety po paru krokach urywa się rączka i zawartość walizki ląduje na chodniku.
Taisia, zawsze pewna siebie i zdecydowana, ma pretensje do nieznajomego, więc ten szybko zdobywa kawałek sznurka, obwiązuje walizkę, znajduje furkę, która podwiezie ich do hotelu, słowem dwoi się i troi.
W hotelu okazuje się, że co prawda dostali telegram z prośbą o rezerwację pokoju od Taisi, ale jest jakiś tam zjazd i miejsc brak.
Nieznajomy znów przychodzi z pomocą: odstępuje kobietom pokój zarezerwowany dla kolegi, a sam zaprasza go do siebie, na polówkę. Przestaje być nieznajomym, przedstawia się jako Mieszkow, ale jest niemiły Taisi, bo ta ma teraz wobec niego dług wdzięczności, czego nie lubi. Natomiast młodsza Ilaria - cóż, zakochała się w Mieszkowie z punktu :)
Odwiedza go pod byle pretekstem... pierwszym jest konieczność nareperowania walizki, wyruszają więc razem w odyseję walizkową:
Sprawa nie jest prosta, bo jak im tłumaczy fachowiec w punkcie naprawy walizek, rączek nie dowieźli. Proponuje kupić nową walizkę i przełożyć z niej rączkę do starej, jeśli właścicielka jest tak do niej przywiązana emocjonalnie.
Mamy tu przy okazji satyrę na niedostatki systemu, znane doskonale i u nas. Walizkę udaje się naprawić w... punkcie naprawy zegarków, gdzie reperują też potrzebującym odkurzacze i lodówki. Tam rączki dowieźli :)
Ilaria szuka kontaktu z Mieszkowem, choć ten zdradza oznaki zniecierpliwienia. Zastawszy go z kolegami pijącego wódkę, też chlapnie kielicha i upiwszy się z braku przyzwyczajenia, śpiewa nawet panom piosenkę.
Jednym słowem, walczy o swoje szczęście. Jednak Mieszkowowi skończyła się delegacja i wraca do Moskwy, łaskawie pozwoliwszy się jedynie odprowadzić na pociąg. Pociągi i samoloty są jego naturalnym środowiskiem, jako wdowiec z dorosłą już córką jest ciągle wysyłany w delegacje i w domu spędza spędza mało czasu. Choć Ilaria go pociąga, odpycha od siebie myśl o wspólnym szczęściu, przede wszystkim uważając, że jest za stary (ma już koło pięćdziesiątki). Rozstali się bez wymienienia choćby numerów telefonu, toteż sprawa dla Mieszkowa jest zakończona... ale któregoś dnia Ilaria pojawia się pod jego domem - odszukała go przez biuro adresowe. Znów się rozstają, Maszkow nie jest w stanie uwierzyć w miłość na stare lata, Ilaria odchodzi...
A jednak... coś utkwiło w sercu inżyniera d/s BHP, coś każe mu szukać Ilarii - a przecież nie zna nawet jej nazwiska, czym wkurza tylko pannicę pracującą w biurze informacji:
Nawiasem mówiąc, taka scena tam jest, gdzie ta panienka siedzi w okienku, instruuje, gdzie mówić (DO MIKROFONU) i udziela rozmaitych informacji po zapłaceniu 5 kopiejek. Gdy Mieszkow zapytał ją, która godzina, też zażądała tych 5 kopiejek i udzieliła informacji po zainkasowaniu należności :)
Czy tych dwoje odnajdzie wspólne szczęście?


Na YT niestety tylko druga część:


środa, 3 lipca 2013

P.G.Wodehouse - Dziękuję, Jeeves

Z rozpędu sięgnęłam po kolejny tom z cyklu przygód lorda Bertrama Woostera i jego kamerdynera Jeevesa. Jak się człowiek chce rozerwać, to łyka byle co. Byle czym nazywam przedwojenne tłumaczenie, no ale cóż zrobić, wydawnictwo BATOS (bliżej mi nie znane i pewnie dawno już nie istniejące) postanowiło zaoszczędzić na kosztach i wziąć za darmochę to, co było pod ręką. Chętnie bym przeczytała pozostałe przedwojenne tomy, ale w nowym tłumaczeniu. Aż mi dziwno, że nikt się o to nie pokusi, wszak humorystyczne powieści Wodehouse'a to doskonała rozrywka i na pewno by się rozeszło jak ciepłe bułeczki.




Tym razem Woster rozstaje się na jakiś czas z Jeevesem, dokonując trudnego wyboru: albo lokaj albo gra na banjolele. Młody arystokrata wynajmuje dworek na wsi od swego przyjaciela Chuffy'ego i tam zamierza poświęcić się muzykowaniu na swym ulubionym instrumencie. Dziwnym trafem Jeeves znajduje się w pobliżu, jako że Chuffy skorzystał z okazji i przyjął go do pracy u siebie. Będzie to prawdziwie opatrznościowe dla Bertrama, bo życie na wsi nie jest pozbawione niebezpieczeństw w postaci panien chcących się zaręczyć oraz ich ojców nie mogących pozwolić na unieszczęśliwienie progenitury, toteż Jeeves będzie miał pełne ręce roboty...

Początek:
i koniec:

Wyd. BATOS Warszawa 1991/92, 232 strony
Tytuł oryginalny: Thank you, Jeeves
Przełożył: nie wiadomo kto, wykorzystano przedwojenne tłumaczenie
Z własnej półki
Przeczytałam 2 lipca 2013


Obejrzałam film radziecki z 1973 roku Dwier bez zamka (Дверь без замка) w reż. Adolfa Bergunkera.

Główną bohaterkę Daszę zagrała Żanna Prochorenko:
Wychodzi ona bardzo młodo za mąż za Piotra, który dostaje nominację na kapitana statku turystycznego kursującego po rzece (Wołdze?).
Piotr zabiera Daszę w pierwszy rejs, jako że zawiną do przystani w wiosce, gdzie mieszka jego matka. Chcę Daszę przedstawić teściowej i zostawić ją u niej na jakiś czas. Sam krąży w tę i z powrotem na swoim statku.
Na statku pracuje też kobieta grana przez Ludmiłę Gurczenko, wspomnianą poprzednim razem - ale nie zrozumiałam, jaką ona rolę odgrywa, zdaje się, że sceptycznie zapatruje się na to małżeństwo i szanse jego przetrwania. Ech, ta bariera językowa, ciągle istnieje :)
Dasza nie czuje się zbyt dobrze na wsi, gdzie teściowa patrzy na nią niechętnym okiem (wszak nikt jej nawet nie zawiadomił o ślubie), a wszyscy mieszkańcy lustrują dziewczynę z miasta, mając w pamięci liczne podboje Piotra z kawalerskich czasów. Toteż Dasza szukając swego miejsca na ziemi przyjmuje się do fizycznej pracy na przystani, gdzie dostaje też pokój. Pokój, w którego drzwiach nie ma nawet zamka. To wszystko bardzo nie podoba się mężowi, który podejrzewa Daszę o jakiś romans. To pierwszy poważny kryzys w stosunkach między dwojgiem młodych: Dasza, dziewczyna pryncypialna, bardzo uczciwa i przede wszystkim bardzo zakochana, nie może pojąć, jak mężowi mogły w ogóle przyjść do głowy takie podejrzenia. Ale nad naszą parą zbierają się jeszcze czarniejsze chmury - kapitan dał się wciągnąć w jakieś ciemne machinacje, związane z przewożeniem jego statkiem kradzionych ryb - motorem był kuzyn:
Babulka od kuzyna uprzedziła o wszystkim Daszę i ta stawia mężowi ultimatum - albo zawiadomi milicję albo nigdy więcej się już nie zobaczą...

Film w całości dostępny jest na YT:

poniedziałek, 1 lipca 2013

P.G.Wodehouse - Wielce zobowiązany, Jeeves


Obwoluta się sfatygowała w toku dziejów, zostało z niej jedynie prawe skrzydełko:

Nie wiem, co się dzieje, ale od wczoraj mam ten problem ze zdjęciami: pierwsze się wyświetla normalnie, po staremu, a następnych tylko kawałek... Jak ja lubię, gdy coś na blogspocie ulepszą...


Moja droga do Wodehouse'a była pokrętna. Otóż będąc młodą mężatką wylądowałam wraz ze ślubnym na jakiś czas we Francji i tam przez 3 tygodnie mieszkaliśmy u pewnych państwa pod Paryżem. Któregoś dnia wybrałam się z panią domu do miejscowej biblioteki i ta zachęciła mnie do pożyczenia sobie czegoś. Mogłam oczywiście wybrać Prousta czy innego Woltera, ha ha ha, ale w oczy wpadł mi właśnie Wodehouse, pisany zabawnym językiem, a w każdym razie strawną dla mnie francuszczyzną (w tłumaczeniu). I tak się rozmiłowałam w brytyjskim humoryście, że po powrocie do Polski zaczęłam szukać i nawet znalazłam: trzy pozycje. Przed wojną zdaje się, że wydano ich więcej, ale sorry Winnetou, współczesne tłumaczenie Juliusza Kydryńskiego jest o niebo lepsze od tych staroci. Moje upodobanie w Wodehouse'ie sięgnęło szczytu w momencie, gdy nabyłam na allegro jedną z jego powieści w oryginale. Nie, nie przeczytałam, ale mówię sobie, że JESZCZE nie przeczytałam. Któregoś dnia to zrobię... tylko się najpierw podciągnę w angielskim. Nawet wymyśliłam, że w ramach tej depresji znajdę sobie nowe hobby (może mnie bardziej zainteresuje niż te stare) i będzie to przerobienie podręcznika do angielskiego... podręcznik położyłam na półce koło łóżka i czekam na natchnienie :)

Swoją drogą, dokonując bilansu zysków i strat (winien i ma) położyłam na szali moje zainteresowania. Że niby mam co robić i nie jest tak do końca źle. Cóż z tego, skoro mi nawet te zainteresowania obrzydły. Właściwie nie tyle obrzydły, co już tak nie ciągną. Podręczniki do języków leżą. A przecież nawet czeski sobie kupiłam. Kraków obywa się beze mnie. Zdjęć nie robię, na wycieczki krajoznawcze nie chodzę. Karty wolnego wstępu do Muzeum Narodowego nie wykorzystałam w tym roku ani razu. Co mi zostało w aktywach? Kino radzieckie. Oglądam mało, ale ciągle jeszcze gromadzę w nadziei na lepsze dni. Od czasu do czasu wydaje mi się, że już wszystko mam, co można mieć, a potem odkrywam dziesiątki kolejnych filmów :) jak by ktoś pytał, mój stan posiadania na dziś wynosi 1172 sztuki, z czego wynika, że gdybym oglądała po dwa filmy tygodniowo, skończę po 11 latach. Mówimy oczywiście wyłącznie o kinie radzieckim i rosyjskim! A więc gromadzę. Przynajmniej z tego nie zrezygnowałam :)

Wracając do Wodehouse'a. Są to zabawne opowieści o perypetiach młodego lorda Bertrama Woostera, niezbyt bystrego, za to wyposażonego w genialnego lokaja, tytułowego Jeevesa. Bertie wiecznie wpakowuje się w tarapaty, głównie polegające na rzucaniu uroku na młode arystokratki, które postanawiają wydać się za niego za mąż, do czego Bertie oczywiście się nie pali, ale chcąc być preux chevalier nie może wprost odrzucić oferowanej mu ręki, nespa? Dżentelmenowi wszak nie przystoi :) Tak więc różnymi zmyślnymi sposobami z opresji wyciąga Bertiego jego dystyngowany lokaj, który je dużo ryb i dlatego ma dobrze odżywiony mózg :)
W moim posiadaniu znajdują się jeszcze: Dziękuję, Jeeves i Dewiza Woosterów. A ta w oryginale to Big Money. Nie odmówiłabym zresztą posiadania takowych :)

Początek:
i koniec:


Wyd. Książka i Wiedza Warszawa 1977, 253 strony
Tytuł oryginalny: Much Obliged, Jeeves
Tłumaczył: Juliusz Kydryński
Z własnej półki
Przeczytałam 30 czerwca 2013

Co do gromadzenia, to książki ostatnio, jak widać, odpuściłam... ale natknęłam się na jedna obowiązkową, bo dotyczącą Krakowa:

Autor: Dieter Schenk
Tytuł: Krakauer Burg. Wawel jako ośrodek władzy generalnego gubernatora Hansa Franka w latach 1939-1845
Kupiłam za 44 zł w Księgarni Akademickiej

Obejrzałam radziecki film z 1975 roku Szag nawstrieczu (Шаг навстречу). Z nieodżałowaną Ludmiłą Gurczenko (zm. w 2011):

Jej bohaterka właśnie wprowadziła się do nowego mieszkania i ciągle słyszy różne dziwne dźwięki zza ściany, nie zna jednak tego lokatora, bowiem mieszka on w sąsiedniej klatce. Jednocześnie widuje go, nie wiedząc, że to ten przeszkadzacz zza ściany, i powoli się w sobie zakochują:

Kto wykona pierwszy krok ku spotkaniu?
Na tle tej historii rozwija się pięć innych nowel, z których najbardziej spodobały mi się dwie. Jedna, zatytułowana Ojciec Serafim, to historia pewnego kolejarza (zagranego przez Jewgienija Leonowa), który pewnego mroźnego wieczoru odbiera w pociągu poród.

Lekkomyślna matka, nie mając się gdzie podziać z dzieckiem, postanawia podrzucić je Serafimowi...

Druga historia, Mięso po argentyńsku, to opowieść o tym, jak to w mieszkaniu pewnego muzyka pojawia się były mąż jego aktualnej partnerki. Muzykiem jest Władimir Basow, pamiętny z roli frotera w filmie SZAGAJU PO MOSKWIE:

Były opowiada z zachwytem o swej żonie, chwali ją na wszystkie sposoby, jaka jest gospodarna, jak robi zakupy, sama prasuje koszule i cudownie gotuje, a jej daniem popisowym jest mięso po argentyńsku. Byłego zagrał Lew Durow:

Naturalnie muzyk po powrocie kobiety do domu domaga się od niej smacznego domowego obiadu, co powoduje natychmiastowy powrót niewiasty (nic nie potrafiącej w domu zrobić) do dawnego męża - który jest z zawodu kucharzem i zawsze szykuje dla nich jedzonko :) Spryciula mężyk, który najwyraźniej nie pierwszy raz wykonał ten numer wobec wiarołomnej, ale uwielbianej małżonki.
Do obejrzenia na YT w całości:


Po lekturze Jeeves'a obejrzałam też Gosford Park, niezapomniany, niezwykle gorzki obraz wyższych sfer brytyjskich i ich służby w reż. Roberta Altmana.