czwartek, 21 kwietnia 2022

Egon Erwin Kisch - Praski Pitaval

 Kisch był z przekonania komunistą, więc chętnie go u nas wydawano zaraz po wojnie. W domu był jego Szalejący reporter (a może też i Jarmark sensacji), toteż znałam to nazwisko od dzieciństwa. Natomiast o istnieniu Praskiego Pitavala dowiedziałam się już po nabyciu praskiego szmergla i znalazłam egzemplarz (z nieco podniszczoną obwolutą) na allegro.

Nabyłam też niegdyś czeską wersję, którą być może w bliżej nieokreślonej przyszłości przeczytam. Przydała mi się jednak już teraz, albowiem: albowiem książka została przetłumaczona oczywiście z niemieckiego (ach, niech by mi ktoś powiedział, do jakiej właściwie literatury zaliczyć Kischa - urodzony i zmarły w Pradze, piszący po niemiecku, Żyd, obywatel Austro-Węgier aż do powstania Czechosłowacji) i niestety muszę powiedzieć - przetłumaczona niechlujnie. A przy tym przez zasłużoną tłumaczkę, Edytę Sicińską. Rzecz jednak w tym, że w niemieckim oryginale Kisch używał czeskich nazw własnych w brzmieniu niemieckim i tłumaczka nie zadała sobie trudu odszukania właściwych wersji. Czasem się domyśliłam, czasem nie* i wtedy właśnie sięgałam po czeskie wydanie. Przy okazji stwierdzając, że różni się ono od polskiego zestawem poszczególnych opowieści. Zresztą we wstępie niejaki Bodo Uhse (enerdowski pisarz i aktywista) pisze, iż niektóre rozdziały opuszczono, inne ukazują się w nowej formie, a jeszcze inne zostały dodane, bo treścią odpowiadają zbiorowi. Hm.

*Na przykład Zajęczy Zamek na Smichowie. No w życiu bym nie przypuszczała, że chodzi o Petřín! Albo na zamku Stern. Tu już mi zaświtało, że chodzi o Letohrádek Hvězda. Jednak moja znajomość niemieckiego nie sięgała tak daleko, by wyczaić, że Brenntegasse to ul. Spálená (to ta, gdzie jest taki cudny antykwariat** i gdzie zwykle grzebię w pudełkach za 10 koron i gdzie, nieco dalej, pod numerem 10, pracował w składzie makulatury Hrabal, co go zainspirowało do napisania Zbyt głośnej samotności; Szczygieł wysłał tam Springera, żeby zrobił zdjęcie do jego Osobistego przewodnika po Pradze, ale okazało się, że w podwórku nie ma właściwie nic do sfotografowania)...

A poza tym - niektóre opowieści na siłę przyklejone do PRASKIEGO Pitavala, zwłaszcza te francuskie, z okresu Rewolucji (swoją drogą brrrrr!). Za mało Pragi w Pradze!

Ale przypomniałam sobie, jak to kiedyś udałam się na cmentarz Krčský, przeczytawszy przed wyjazdem właśnie rozdział na ten temat u Kischa (tylko ten, nie wiem już, dlaczego, skąd mi się to wtedy wzięło) i długo tam mantykowałam szukając pewnego grobu... bo niegdyś chowano w tym miejscu więźniów z Pankraca, było to miejsce ściśle tajne (na grobach nie było nawet nazwisk, tylko numery) i odmówiono reporterowi wejścia, więc po prostu przeskoczył przez płot. I teraz ponownie przeczytawszy ten rozdział znów mi się zachciało tam pojechać, ale pewnie czasu zabraknie. 
 

Początek:


Koniec:

Spis treści:

Oglądaliście Pułkownika Redla? Ja się ze wstydem przyznam, że nie. I nawet nie mam.


 

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1957, 318 stron

Tytuł oryginału: Prager Pitaval

Przełożyła: Edyta Sicińska

Z własnej półki

Przeczytałam 18 kwietnia 2022 roku


** No nie mogę się powstrzymać przed wspominkami:



 


Szukam teraz zdjęć z tego cmentarza i trafiam na domofon sprzed czterech lat (a dawno nie było). Jaki... urozmaicony 😁
 


wtorek, 19 kwietnia 2022

Iga Karst - Pan Samochodzik i... perły księżnej Daisy


Nasza Nowa Sekretarka wybierała się na weekend do Pszczyny, przypomniałam sobie, że będąc tam kiedyś kupiłam przewodnik (ależ człowiek miewa pomysły!), więc go koleżance pożyczyłam, a jednocześnie zajrzałam na Wikipedię i tam w biogramie księżnej Daisy wyczytałam, że niby Pan Samochodzik.

Bodajbym wcześniej wzrok straciła!

Święcie przekonana, że Iga Karst to pseudonim, bo któż by się chciał podpisać swoim nazwiskiem pod podobną szmirą - teraz odkrywam, że nie, że istnieje ta kobieta i jest nawet NADZIEJĄ WROCŁAWIA. Iga, która zastąpiła Nienackiego - taki tytuł można znaleźć.

No cóż, napisać można wszystko, papier przecież zniesie. 

Historia jest taka, że bohaterka - siostrzenica Pana Samochodzika i jednocześnie jakasiś niby ogólnie znana piosenkarka - udaje się do Książa w towarzystwie młodszego brata-managera oraz ekipy mającej zrealizować teledysk w pięknych okolicznościach przyrody i architektury. Właśnie, w dodatku do Książa, a nie do Pszczyny (tam też trafiają, ale tylko na jeden nocleg). A tam okazuje się, że grasuje przestępca, dewastując groby, ponoć w poszukiwaniu słynnego naszyjnika księżnej Daisy. Zośka dzwoni do stryja i ten również pojawia się w Książu, na pół incognito. Tak się to zaczyna. Ale jak to jest napisane, matko i córko! Gdy czytałam w łóżku i miałam pod ręką kartkę z długopisem, coś tam sobie wynotowywałam...

Więc tak:

- str. 27 Nie miałem zamiaru krzątać się po ciemku po mrocznym parku (do krzątania się autorka ma wyraźne upodobanie)

- str. 27 Zośka z rozczapierzonymi włosami 

- tamże Przyjdźcie do mnie w nocy, powiedzmy o trzeciej, będziemy mogli spokojnie porozmawiać - mówi Pan Samochodzik do siostrzeńców (jasna sprawa)

- str. 62 Stryj wcisnął mi do ręki pomarańczową, tęgą książkę

- str. 72 Głosem jakby dochodzącym zza światów

- str. 73 Zza pleców usłyszałam łomot targanego powietrzem materiału (chodzi o pelerynę)

- str. 93 Zmuszono mnie do wysłuchania przykazań dotyczących nieodpowiedzialnego zachowania (chodzi oczywiście o KAZANIE)

- str. 98 W kawiarni wypiliśmy po filiżance esencjonalnego naparu - ja osobiście dostaję drgawek, gdy słyszę o esencjonalnym naparze

- str. 98 Śledzeni zanurzyli się w odmętach parku 

- str. 105 Bohaterowie poszli do restauracji na obiad. Po posiłku poprosiliśmy o kawę i szarlotkę. Gloria przed podwieczorkiem przesiadła się na skraj krzesełka. A potem poprosili o trochę jedzenia na wynos: Najapetyczniej zapowiadały się pierogi ruskie ze skwarkami i kwaśną śmietaną.

- str. 115 Kustoszka młodsza od stryja Tomasza o około dwudziestu lat

- str. 118 Nasi agenci nie spuszczają z nich oka - posługiwała się zawodowym slangiem

- str. 119 Oddychała szybko, łapczywie połykając hausty powietrza

- str. 130 Zanim udaliśmy się na zasłużony odpoczynek - oj, też się zaraz udam

- str. 140 Zza futryny wyłoniło się czterech policjantów

- str. 141 Człowiek z jego pozycją nie spędzałby wypoczynku w polskich górach

str. 147 Jacek poczłapał wzdłuż pokoju (chodzi o młodszego brata)

Tak naprawdę na każdej stronie coś znajdziecie. Ale gorsze jest co innego. O ile mnie pamięć nie myli, prawdziwy Pan Samochodzik snuł historyczne opowieści w odpowiednich chwilach, na przykład zapytany przez harcerzy o jakiś szczegół czy coś w tym stylu. Tutaj Zośka prowadzi samochód i widząc wyłaniający się zza zakrętu zamek wplata w narrację (to ona opowiada nam, co się dzieje) daty i fakty, prosto z przewodnika lub naukowego dzieła.

Zamek wznosił się na skale, rozdzierając spokój wszechobecnej, dzikiej natury cząstką cywilizacji. Takie cymesy szmiry, banału i kiczu na każdym kroku.

 

Początek:

Koniec:

Wyd. Oficyna Wydawnicza WARMIA s.c. w Olsztynie, bez roku, 148 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 15 kwietnia 2022 roku

Największa jednak bomba na koniec!

Oficyna Wydawnicza WARMIA produkuje (czy może raczej wyprodukowała, nie wiem, czy ten proceder nadal trwa) masówkę na szeroką skalę i zobaczcie jak sprytnie się pod Nienackiego podpina. Na tej liście nie ma absolutnie rozróżnienia między prawdziwymi Panami Samochodzikami a tymi dosztukowanymi, których jest kilkadziesiąt.



piątek, 15 kwietnia 2022

Aleksandra Marinina - Zasada trzech sprzeciwów

 Na tę Marininę wpadłam przypadkiem, znaczy stała na półce wśród nowości, gdy oddawałam poprzednie książki i choć nie planowałam nic brać, szkoda było przepuścić okazję. Nówka sztuka, jestem pierwszym czytelnikiem, a teraz już stoi za mną kolejka. Właśnie, muszę sprawdzić, czy dziś jeszcze jest czynna biblioteka, to bym mogła oddać...

O, czynna, do 15.30. Kruca, będę się musiała znowu ubrać 😁 Ale przynajmniej nie będzie mi już zalegać koło łóżka, trzeba trochę ogarnąć, w niedzielę przyjadą Ojczasty i brat. Gdyby nie to, leżałabym przez najbliższe cztery dni plackiem, a tak to jak ta głupia o siódmej rano pognałam do sklepu, chyba w sumie nie potrzebuję budzika, bo sama z siebie o szóstej pięć już byłam na nogach, to zgroza jest. A z drugiej strony pamiętam, że w Pradze, gdy mi właśnie dzwoni budzik, no bo przecież nie ma czasu na wylegiwanie się - to jestem mocno nieszczęśliwa. Wiecie co, muszę chyba sięgnąć po latach po Pollyannę i nauczyć się cieszyć z tego, co nie cieszy... Zresztą Kamieńska to samo akurat przechodzi w Zasadzie trzech sprzeciwów. Uczy się rozumienia, że wszystko jest po coś i że ze wszystkiego jest jakiś pożytek.


Ale nic nie rozumiem, skąd się wzięła jej złamana noga. Przecież czytałam poprzedni tom czyli Niezamknięte drzwi i nic tam nie było o żadnym wypadku, w którym miała brać udział! Wielka tajemnica.

Kamieńska nadal jest wkurzająca, a jej instrumentalne traktowanie Czistiakowa (męża) prosi się o odpowiednią reakcję. 

Ja w sumie też jestem abnegatem, jeśli chodzi o kwestie żywieniowe, ale tego obiadu jakoś nie mogę pojąć: słodki twarożek i zsiadłe mleko??? Próbowaliście takiego zestawu?


 Za to przypadek za ciasnych spodni jak najbardziej rozumiem 😁  tylko wiecie co? Ona W JEDEN DZIEŃ wrąbała 2 kg czekoladowych cukierków. To też jest wyczyn, na samą myśl mi niedobrze.

Tłumaczenie znów momentami przypomina google translate. I nie, żebym miała coś przeciwko, trzeba sobie życie ułatwiać - w pracy ostatnio tak robimy, bo jednak jest coraz lepsze - ale potem trzeba to wszystko wygładzić, poprawić, skorygować. A nie puszczać do druku firmową marynarkę zamiast markowej! Nie piszemy Zoja Pietrowna się uśmiechnęła, tylko uśmiechnęła się. To samo Stwierdziła Anita w zadumie i się zachmurzyła. Kamieńska nie opracowuje przykładowego harmonogramu dnia, tylko dzisiejszy. Skoro deszcz mżył bez przerwy, to jakim cudem Nastia słyszała stukanie drobnych kropel o szyby i parapet

Taka zagadka: Miała białe dżinsy, którym dawno już przedłużyła żywot, wsunąwszy przez roztargnienie do pralki razem z niebieską i czarną koszulką. Na logikę to chyba im żywot skróciła? Nie mówiąc o tym, że wsunąwszy JE do pralki.

Korotkow wstał z niskiego krzesełka i zaczął wymachiwać zdrętwiałymi nogami. Chciałabym to zobaczyć.

Olbrzymie mieszkanie w wysokościowcu aż się prosiło o przypis, że chodzi o jeden ze słynnych siedmiu stalinowskich drapaczy chmur, gdzie w swoim czasie mieszkała elita. Tak zwane Siedem Sióstr. W Moskwa nie wierzy łzom jedna z tych Sióstr gra dużą rolę. A my dostaliśmy na ich wzór Pałac Kultury.

Ale pojawia się też ciekawa kwestia. Kamieńska rozmyśla, czy nie jest jak Raskolnikow, który rozwiązał problem kosztem staruchy lichwiarki oraz jej ciężarnej siostry. Kompletnie nie pamiętałam, czy siostra lichwiarki była w ciąży (ale jak to, to jaka była między nimi różnica wieku?). Znalazłam jednak, że Dostojewski pisał, iż Lizawieta była поминутно беременная czyli coś w stylu co trochę (co minutę dosłownie) w ciąży. To nie jest to samo, co aktualnie ciężarna, prawda? Chyba nigdy w Zbrodni i karze nie rozprawiało się o tym, że w sumie Raskolnikow zabił trzy osoby? Poszukam*.

Początek:


Koniec:

Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2021, 485 stron

Tytuł oryginalny: Закон трёх отрицаний

Przełożyła: Aleksandra Stronka

Z biblioteki

Przeczytałam 10 kwietnia 2022 roku


Byłam w ZUS-ie. Wyczekałam się w kolejce do Emerytur i rent i nie żebym wiedziała coś więcej. Bo nasza pani konserwatorka powierzchni płaskich ostrzegała, żeby nie przechodzić natychmiast na emeryturę, tylko trochę odczekać, chociaż miesiąc, to będzie emerytura wyższa (o 10 groszy?). Co jest dość logiczne. Tymczasem pani za biurkiem mi powiedziała, że wręcz odwrotnie, będę stratna, jak poczekam 😂 I że to zależy od sytuacji, a każda jest inna. Kazała mi się stawić miesiąc przed urodzinami z wnioskiem. Akuratnie wypada to w niedzielę, więc już będę miała opóźnienie 😅 Ale terminu muszę dopilnować, bo w tym samym tygodniu wyjeżdżam do Pragi, więc niech już tam sobie ten wniosek leży, niech nabiera mocy. Ta sama pani konserwatorka dostała, nawiasem mówiąc, trzy różne decyzje...

A czekając studiowałam plakaty na ścianie i był taki od policji do seniorów, coby uważali na oszustów. Z dopiskiem od wdzięcznego klienta NFZ 😂 

Po drodze widziałam wielkie prace na skwerze, byndzie fontanna. Czyli są jakieś pozytywy!


Negatywy też. Właśnie wróciłam z piekarni - nasz ludzki pan dał nam na piątek wolne, będę się byczyć - chleb podrożał o kolejne 50 groszy. Jeszcze w styczniu kosztował 3,70, potem 4,49, potem w lutym po obniżce VAT 4,29, na końcu marca znów 4,49, a w połowie kwietnia. proszbardzo, 4,99 zł. Czekajcie, czekajcie, jaką to mamy oficjalnie inflację? Trzeba się chyba przerzucić na ciastka. 

 

-----

No i tak. Wyszłam do biblioteki, a tu pod klatką naszą stoi krzesło tralkowe. No przecież nie mogłam tak go zostawić na pastwę losu (zaczęło właśnie kropić)!

Nie wiedziałam, że te krzesła są tak ciężkie! Solidne, znaczy się. 

Oczywiście ono jest mi PO NIC. Nie mam na nie miejsca, dopiero co przecież inne wyniosłam (też przed klatkę i też ktoś się nim zaopiekował) 😁
Może Ojczasty będzie chciał zamienić swoje, bo jego thonet przy biurku jest taki bardziej rozłażący się, rozchwierutany... 

Albo gdyby je tak cacaniutko przemalować na białe? By mi pasowało. Do biurka.

A to aktualne spod biurka - dalej nie wiem, gdzie. Osiołkowi w żłoby dano. 

 

* Poszukałam.



No i jaka ciężarna?

wtorek, 12 kwietnia 2022

René Goscinny, Jean-Jacques Sempé - Rekreacje Mikołajka


Co się będę usprawiedliwiać (i dlaczego w sumie miałabym)? Życzyłam sobie po praskiej cegle czegoś łatwego i przyjemnego, więc padło na Mikołajka. Pytam córki jako wielkiej wielbicielki, którego zdjąć z półki, a ona że Rekreacje, bo tam jest jej ulubione opowiadanie Różowy wazon z salonu. OK, niech będą Rekreacje.

Nawiasem mówiąc, ona sobie zażyczyła pod choinkę Mikołajka w oryginale, po czym powiedziała, że po francusku nie jest taki śmieszny. Jakoś nie przypuszczam, żeby to w polskim wydaniu geniusz tłumaczek spowodował, że Mikołajek stał się jednym z ulubieńców czytelników... raczej chyba chodzi o to, że francuski mojej córki jednak nie stoi na najwyższym poziomie - choć dziewczyna się kształci. Wyobraźcie sobie, że gdy miała go w szkole, nie nauczyła się niczego (można powiedzieć, że szewc bez butów chodzi, w pewnym sensie), a gdy zaczęła się udzielać na instagramie w czasie pandemii - nagle go opanowała. I ostatnio często widzę, że ogląda jakieś filmy, seriale całe... z francuskimi napisami. Wierzyć mi się nie chce 😊 Nawet jej kiedyś powiedziałam, że jak tak dalej pójdzie, to i rosyjski opanuje - ale tu oczywiście żywo zaprotestowała 😁

W każdym razie mamy jednego Mikołajka w oryginale i muszę pamiętać, żeby go wziąć do czytania zamiast zwyczajowego Maigreta, gdy znów mi się zachce francuszczyzny. Zobaczę, czy takie nie śmieszne.

A tymczasem przeczytałam po polsku, uśmiałam się, nie tylko przy okazji różowego wazonu, podumałam, jak często już w dzieciństwie widać cały przyszły charakter człowieka jak na dłoni (a czasem nie) i tyle.


 Początek:


Koniec:

 

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2000, 122 strony

Tytuł oryginalny: Les Récrés du petit Nicolas

Przełożyły: Tola Markuszewicz, Elżbieta Staniszkis

Z własnej półki

Przeczytałam 7 kwietnia 2022 roku

 

Do Pragi zostało mi 37 dni, to już nie jest tak dużo, więc przyspieszyłam prace nad moim kapownikiem. Zazwyczaj na maj szykowałam cieńszy zeszyt, ale tym razem - co się będę ograniczać - przygotowuję taki 40-kartkowy (są takie, Pigna, w dodatku nawet nieopisane, trzeba sobie te kartki policzyć). Wśród wklejonych wydruków są i takie:

😂😂😂

No co, strzeżonego zeszyt strzeże! Przypadkiem odkryłam takie spisy na stronie praskiego MPK i stwierdziłam, że TO SIĘ MOŻE PRZYDAĆ (choć nie daj Boże). Jak by co, jak bym w trakcie podróży metrem akurat poczuła zew, to będę wiedziała, gdzie najbliżej wysiąść (po nerwowym przekartkowaniu) 😁 

Nadganiam też zaległości na DAFilms, bowiem 12 maja kończy mi się roczny abonament i postanowiłam go nie przedłużać (na razie skupię się na Netflixie chyba). No to chcę przedtem obejrzeć to i owo, zrobiłam listę 26 filmów (ha ha ha) i wczoraj obejrzałam pierwszy:

 

Co za fascynująca postać, ta Olga Havlová! 

W tekście pod trailerem co prawda piszą, że film jest do obejrzenia legalnie i tu link, ale pod warunkiem, że zapłacisz 65 koron (ostatnio robi się łatwiejsze przeliczanie z koron na złotówki - prawie razy dwa, niestety). Od razu się zainteresowałam, co to za strona, można tam kupić oprócz pojedynczego filmu również abonament miesięczny albo roczny. Już liczę, ile by to wypadło (30 zł miesięcznie)... ale na szczęście dla mojej kieszeni oraz 24-godzinnej doby doczytałam, że z zagranicy nie można. To znaczy można za pomocą tego VPN, co to piszą, że w Rosji jak ktoś chce mieć obecnie dostęp do FB i innych takich, to musi się nim posługiwać. Nie wiem, co to jest i nie chcę wiedzieć 😀 Nie jestem stryjek, nie będę zamieniać swojej siekierki!

A jeszcze jest taka sprawa, że na Fabryce kupiliśmy w grudniu 91 filmów - też by było fajnie obejrzeć. No jak żyć?


sobota, 9 kwietnia 2022

Stanislava Jarolímková - Co v průvodcích nebývá


 /nie wiem, co to takie różowe/

Powiem Wam, że właśnie sięgnąwszy po tę książkę zaczęłam się zastanawiać nad następującą kwestią: ile tomów u mnie w domu jest "do czytania", a ile takich innych, jedynie do skonsultowania, wyszukania czegoś (na przykład słowniki, encyklopedie, poradniki, książki kucharskie). Nawet mówiłam córce, że gdyby się nudziła, to by mogła policzyć, w katalogu odznaczyć, ale nawet się nie uśmiała, spojrzała jedynie pogardliwie 😂

Kto wie, może nawet połowa? Eee, tyle to chyba nie... No, w każdym razie myślałam, że ta pozycja to będzie właśnie z gatunku "nie do czytania", ale chciałam spróbować. I okazało się, że do czytania jak najbardziej, co oznacza, że przede mną kolejne dwa tomy:


A nawet jeszcze kolejne dwa. Nie wiem, dlaczego właściwie autorka rozdzieliła serię Czego nie znajdziecie w przewodnikach na dwie części, bo wszystko to traktuje o Pradze? 



 W każdym razie jestem dumna, że wszystko zebrałam, a jeśli jeszcze coś kiedyś wyjdzie, to obowiązkowo dołożę. W końcu moje praskie zakupy zazwyczaj właśnie zaczynają się od tego, że jest tom z jakiejś serii, którego mi brakuje 😂 Tak było z tym ostatnim zakupem, który już na mnie w Pradze czeka. Ba, mam listę na maj różnych nowości do dokupienia i tam są Praskie mordy (tfu, morderstwa znaczy się) i Psie wycieczki (tom 7) i Nieznana Praga (tom 5) i taka nowość Tajemnice praskich klasztorów, która zapowiada się też na serię, bo nosi podtytuł Hrad i Hradczany. A te mordy są w 2 tomach po 500 stron, ja się skicham wracając chyba. Może zabiorę taką siatę jak z Ikei, tylko na książki?

Co v průvodcích nebývá okazało się czytable, choć zajęło mi ładnych parę dni (dziesięć), a w międzyczasie machnęłam tę węgierską powieść, bo była wygodniejsza do zabrania do pociągu.

W jednym z rozdziałów znalazłam taką ciekawostkę: w 1784 roku Józef II złączył cztery praskie miasta (Stare Miasto, Małą Stranę, Hradczany i Nowe Miasto) w jedną całość, po czym...


"miasto było godzinę długie, trzy kwadranse szerokie" i można je było obejść mniej więcej za cztery godziny. Na rysunku są obecne granice zaznaczone. I teraz takie pytanie: ile czasu zabrałoby obejście dzisiejszej Pragi? Jak długie są jej granice? Super pomysł na mały projekt 😁 Może kiedyś? Cały jeden wyjazd poświęcić na takie obejście? Nie że na raz, broń Boże 😂 Dzieląc na przykład na 3-godzinny odcinek rano i 4-godzinny po południu. Jak tylko skończę pisać, zabieram się za szukanie długości granic Pragi!

Ale podejrzewam, że to mogłaby być ciężka sprawa, bo gdzieś tam polami, gdzieś znowu szosą ruchliwą może. Wpuszczę tę pchłę do ucha Věrze - ona jest bardzo dzielny piechur, możliwe, że by ze mną taki projekt podjęła. Ewentualnie mam jeszcze inny pomysł na towarzystwo w tych wyprawach. Bo jednak samotna kobita szwendająca się gdzieś po zadupiu to różnie może dopaść... 


 

Początek:


Koniec:

Spis treści:



Ten Pepson, co jest współautorem 3-tomowych Hradów i zamków, napisał właśnie o tajemnicach klasztorów (o czym wyżej), więc tym bardziej wierzę, że to początek nowego cyklu. Ja go znam z programu Z metropole, śmieszny taki, bo zawsze mówi z uśmiechem od ucha do ucha i z wielkim zaangażowaniem 😀 Co mi przypomina, że muszę dziś obejrzeć zaległe trzy odcinki programu.



Wyd. Motto Praha 2005, 280 stron

Z własnej półki (kupione w Ulubionym Praskim Antykwariacie 8 maja 2018 roku za 144 korony)

Przeczytałam 5 kwietnia 2022 roku


Joł, jak to dobrze, że weekend w domu 😍 Właściwie planowałam skoczyć do Teatru Słowackiego, bo sprzedawali dziś krzesła z widowni (przed wymianą na nowe). Nie są to krzesła z czasów Wyspiańskiego, ale tak mi się zamarzyło mieć w domu pamiątkę. Ale raz, że wkurzyli mnie nie podając wcześniej choćby widełek cenowych, a dwa, że poszłam jednak po rozum do głowy - gdzie ja niby to krzesło dam. Dopiero co przecież sama wyniosłam jednego Thoneta, bo nie było na niego miejsca...

A trzy, że lepiej sobie poleżeć.

Po tym covidzie-niecovidzie.

W środę wieczorem zadzwoniła przyjaciółka i nie można lekceważyć, zrób test, to trzeba wyleżeć, nie idź do pracy (no, takie to sobie może gadać osoba, która całe życie była na etacie), moja siostra przeszła niby lekko, a teraz leży z obustronnym zapaleniem płuc i takie tam. W rezultacie w czwartek w drodze do pracy kupiłam test w aptece. Wyobraźcie sobie, że TRZY OSOBY były potrzebne do jego wykonania 😂 Nowa Sekretarka studiowała instrukcję i wydawała komendy, ja po umyciu rąk grzebałam patyczkiem w mózgu, a Nowa Księgowa manewrowała ampułką z płynem i roniła krople w odpowiednie miejsce. 

Wynikiem byłam bardzo zawiedziona, bo już marzyłam, że pójdę do domu.


Ale teraz tak. Wczoraj wieczorem zadzwonił Ojciec Mojego Dziecka, że jego matka w szpitalu z zapaleniem oskrzeli i ... covidem. 

- Skąd ona to wzięła, nigdzie nie chodzi, pewnie ode mnie, bo ja się tak w niedzielę kiepsko czułem.

Zapewniłam go, że na pewno od niego, ale prawda jest taka, że dwa tygodnie wcześniej byłam u nich wieszać firanki (Jezus Maria, moja dożywotnia fucha), to było w sobotę, a w poniedziałek rano zorientowałam się, że straciłam węch.

Czyli bardzo prawdopodobne, że byłam wtedy zarażająca już, ona to chyciła, wykluło się w następnym tygodniu, a teraz tak kaszlała, że w końcu z nią pojechał do lekarza. A on:

- Całe szczęście, że córka do nas nie przychodziła.

Jaaaasne.  

Córka zresztą się dziwuje, jak to jest, że ona na razie ciągle nic i że te testy to o kant potłuc, bo niewiarygodne. Ale ja po prostu myślę, że w tym tygodniu już jestem PO covidzie. 

A kaszlę cały czas, tyle że węch odzyskałam, może nie w 100%, ale jednak. 

Zrobiłam covidową oś czasową 😂😂😂 

Jak by coś, to sami są sobie winni, z tymi firankami zakichanymi, ja się fatalnie czułam (jeszcze wtedy migrenę miałam, tyle że po południu mi przeszło, więc się do nich powlokłam, żeby mieć to z głowy, bo jojczenie, że poprane i czeka, a tu gołe okna), pamiętam, że się strasznie spociłam i zmęczyłam przy tym wieszaniu.

No, ale się nie przyznamy do roznosicielstwa!


Mam tylko nadzieję, że gdy byłam w ubiegły weekend w Dżendżejowie, nie zaraziłam Ojczastego...

 

Kurka wodna, nie umiem szukać albo co. Tej długości granic Pragi. Na razie znalazłam tylko, że:

1/ kilka lat temu ktoś organizował takie obejście jako artystyczne przedsięwzięcie (nie byłam pierwsza z tym pomysłem, kruca!) i że w przybliżeniu to około 100 km

2/ drugą stronę, gdzie jest mowa o objeździe rowerem naokoło Pragi, ale nie trzymając się ściśle granic, tylko używając ścieżek rowerowych etc.: ma to być 112 km wewnątrz granic i 150 km na zewnątrz.

Hm, sto km... zakładając, że po 5 km do południa i po południu, w dziesięć dni można się wyrobić 😏

Co do punktu 1/ w linku jest napisane, że projekt artystyczny był zainspirowany pieszą wędrówką Wernera Herzoga z Monachium do Paryża (3-tygodniową) w 1976 roku, w intencji umierającej przyjaciółki (wierzył, że jego poświęcenie ją ocali). Poszukałam więc czegoś i na ten temat, znajdując m.in. rozmowę z reżyserem z National Geographic, gdzie opowiada o swojej przyjaźni z Brucem Chatwinem. Ten, proszę państwa, rzucił robotę i ruszył w świat, zostając pisarzem podróżniczym - po prostu wysyłając swemu szefowi telegram o treści Poszedłem do Patagonii. A poza tym Herzog wyznaje zasadę, że turystyka to grzech, a podróżowanie pieszo cnota. Tyle się dokształciłam w sobotni wieczór 😀

 

 

 

 

 

Trafiłam na to w niedzielę, piękną słoneczną niedzielę...  

Jest polski tekst do włączenia.

Informacja dla anonimów - tak, to są oczywiście ukraińskie prowokacje.

środa, 6 kwietnia 2022

János Újhelyi - Szwecja jest daleko

Ja nie wiem. Nic o tym człowieku nie można znaleźć. W sensie jako o pisarzu, bo okazuje się, że był też bardzo płodnym scenarzystą i na przykład IMDb wymienia tony filmów, w tym sporą część z polskimi tytułami, podczas gdy Filmweb tylko trzy, ale wiadomo, że Filmweb to straszne dziadostwo. Jest Świadek, półkownik, bo pokazywał w krzywym zwierciadle życie w czasach komunizmu. I jest Porażenie prądem, o którym nic więcej nie wiadomo, a tytuł mnie intryguje. W każdym razie pan János Újhelyi jako pisarz pogrążył się w mrokach niepamięci, znam jedynie jego datę urodzin i śmierci (1941-1999). Nawet nie ma węgierskiej strony na Wiki, nie mówiąc o jakiejkolwiek innej!

Tymczasem ktoś kiedyś, prawie 50 lat temu, podjął decyzję o wydaniu w Polsce tej krótkiej powieści. Ja tam się cieszę, bo bardzo wygodny do pociągu format 😁 Właśnie w Dżendżejowie przeczytałam. A skąd ją wytrzasnęłam? Oddawałam - chyba to w tym roku już było - książkę w filii na Królewskiej, a Szwecja jest daleko leżała na stoliku do wzięcia. Ponieważ mam słabość jakąś niewytłumaczalną do Madziarów (no dobrze, wybrali sobie znowu Orbana, ale co z tego, my w Polsce też pewnie znowu PiS wybierzemy), to wzinam. Z myślą, że po przeczytaniu wyniosę z powrotem, ale już nie jestem tego tak pewna, bo mi się podobało, a przecież dobrze wiecie, jak trudno mi się rozstawać z książkami i nie tylko. Może za lat parę znowu po nią sięgnę?

Nawiasem mówiąc byłam dzisiaj w Jordanówce, na półce leżały dzienniki Bridget Jones, oba tomy - i przecież nie będę ich czytać (filmy owszem, możea obejrzeć, ale na tym koniec) - a jednak wzięłam. Że niby zrobię z nich jakiś dobry użytek. Nie pytajcie, jaki, bo póki co nie wiem. Tudzież chapnęłam film Intruz szwedzki, który jest dramatem i wcale nie wiem, czy mam na niego ochotę, ale jak nie brać, gdy leży i czeka 😂 I jeszcze film Święty z Rogerem Moore, ale to muszę sprawdzić, czy aby na pewno nie mam, bo chyba jednak mam... Najwyraźniej na pewne ograniczenia mentalne nie ma rady! 

No a wracając do Szwecji... jak przeczytacie początek, to pomyślicie (jako i ja), że bohater to stary piernik, pedant i nudziarz. A tymczasem po chwili dowiadujemy się, że właśnie skończył 30 lat. Teoretycznie wszystko w jego życiu jest uporządkowane, ma dobrą pracę (kierownik biblioteki), własne mieszkanie, niby-dziewczynę (bo okazuje się, że tylko ona jest zaangażowana emocjonalnie w ten związek). Ale też jest kompletnie zimny i pozbawiony uczuć, nie umie sobie ułożyć relacji z kimkolwiek, woli stać przy oknie za firanką i przyglądać się ludziom w bloku naprzeciwko. A' propos, taki cytat:

Rozsunął zasłony z żółtego lnu, które należały do wyposażenia wszystkich mieszkań.

Hm. To ci dopiero 😏 Powinni też jednakowe meblościanki zaserwować wszystkim lokatorom.  

Bálint Varga ma wszystko i nie ma nic. Wpada na pomysł, że kupi wycieczkę do Szwecji i odnajdzie tam swego ojca, który dał nogę z kraju przed laty. Ale czy to rozwiąże jego problemy?


Początek:


Koniec:


Wyd. Iskry Warszawa 1976, 227 stron

Tytuł oryginalny: Svédország messze van

Przełożyła: Krystyna Pisarska

Z własnej półki

Przeczytałam 3 kwietnia 2022 roku  

Co lubię? Taki śliski stary papier, już pożółkły. Dodatkowy urok książki.

 

W Dżendżejowie nawrót zimy, ale nowy piec zakupiony. Konieczna była przy tej okazji zmiana opału na jakiś tam pelet. Nie wiem, co wszyscy w bloku zrobili z pozostałą im resztą węgla, no ale to już i tak była końcówka sezonu grzewczego.


Z covida-niecovida jeszcze do końca nie wyszłam, kaszlę, smarkam, ale trochę już węchu odzyskałam. A tak było fajnie w toalecie bez 😂 

Subskrybuję od niedawna profil, gdzie jacyś młodzi ludzie przepytują Rosjan na ulicy, bez żadnych komentarzy, na różne aktualne tematy. I dzisiaj poczytałam trochę komentarze pod ostatnim filmikiem (Czy popiera pan Putina). Z jednej strony to STRASZNE, ludzie tam naprawdę wierzą w propagandę w wielkiej masie i argumentują typu a u was Murzynów biją. Z drugiej strony - przecież u nas też tak jest. Tyle że procenty niższe.  

 

Natomiast zastanawiałam się w ostatnich dniach nad kwestią jebać Rosję, ruskich i wszystko, co ruskie, która tak ostatnio rozpala umysły. Zwłaszcza, że córka jest stanowczo za jebaniem ruskich i codziennie mi dosyła jakieś argumenty za.

Jednak nie.

Nawet po Buczy nie.

Nigdy nie uznawałam odpowiedzialności zbiorowej.